Lekko drżące ręce, którymi przygotowuję się do schadzki (schadzka, też mi słowo, ale randka sugeruje romantyzm, tymczasem romantyzm nie jest planowany, Amerykanie z brutalną dosłownością proponują sex-date, jednak seks-randka brzmi jak oksymoron, pies-pingwin, tak więc) biorąc prysznic, myjąc włosy i brodę, wycierając się do sucha puchatym ręcznikiem, myjąc zęby dwa razy dłużej niż zwykle, przyodziewając się w gustowny t-shirt i świeżo wyprane dżinsy, klepiąc się po brzuchu, który mimo straty ośmiu kilogramów pozostaje bytem zauważalnym. Spojrzenie na zegarek po raz czternasty, ciągle nie ma godziny osiemnastej pięć, mimo to postanawiam już wyjść, ponieważ zwierzątko w żołądku rozhuśtane i rozchichotane zawiadamia mnie potężnym rykiem, że mi zależy, chociaż może nie powinno, nawet na pewno nie powinno, ale. Luby (luby!) z którym się schadzam nosi przepiękne miano Sierioża Korwin, mimo narodowości niderlandzkiej (cóż, rodzice mieli słowiańską fantazję), z wyglądu jest podobny do Sebastiena Chabala, na którego punkcie mam hopla od chwili, gdy zobaczyłem go w telewizji podczas meczu rugby, który drużyna narodowa Francji rzecz jasna wygrała, bo jakże mogłoby być inaczej, gdy Chabal, bestia rozmiaru niedźwiedzia i urody smagłego Wikinga, na sam widok jego barów drużyna przeciwna jakby zmalała, a brodą zmiażdżył to, co z drużyny przeciwnej pozostało, po czym oklaski i wręczenie pucharu.

Ale ja tu robię dygresje, podczas gdy Sierioża czeka i nalewa wody do wanny, co już samo w sobie stanowi element przyciągający, albowiem wanny nie są dobrem powszechnie spotykanym w Amsterdamie. Zdając sobie sprawę z absurdu brania prysznica przed kąpielą dochodzę krokiem na siłę niespiesznym do promu, którego rzecz jasna jeszcze nie ma, albowiem godzina osiemnasta pięć. Zwierzątko w żołądku uprawia samo ze sobą grę w krzesełka, Sebastien Chabal, Asgeir (jak to możliwe, żeby kompletnie obcy człowiek zapytał mnie, czy znam Asgeira, Islandczyka, który na mojej liście Top 10 Islandczyków prześcignął w zeszłym roku Björk?) i Madonna w słuchawkach w sposób zupełnie nieprzystający do sytuacji.

Prom, tramwaj, uważne pilnowanie przystanku, Google Maps, mój telefon ma problemy ze wskazywaniem kierunku i uparcie twierdzi, że idę bokiem. Bokiem czy nie, ważne, że idę we właściwym kierunku, zwierzątko jakby przyczajone, może to napad nagłej odwagi, być może wartoby go wykorzystać w sposób mądrzejszy, niż schadzka (ha!) – ale teraz już za późno, Sebastien/Sierioża czeka obok wanny, chociaż może jeszcze nie, cholera, jestem za wcześnie, ale co mi szkodzi zadzwonić i tak, przecież nawet jeśli jest nagi, to wcale w niczym nie zaszkodzi, a wręcz. Sierioża otwiera, uśmiechnięty od ucha do ucha, od Chabala różni się posiadaniem brzucha wydatniejszego od mojego, co zauważam rozdarty między próżnością, a ulgą. Gada coś. Zdejmuję buty i kurtkę, czego się napijesz, wody – proszę jak zwykle, nie dodając, że planuję się za nim wepchnąć do kuchni i upewnić, że rzeczywiście nalewa mi wody prostu z kranu, a nie ze specjalnie w tym celu przygotowanej butelki. Sierioża gada, ignorując moją prośbę nalewa herbaty do dwóch filiżanek. Mimo wizji samego siebie, budzącego się w wannie pełnej lodu z silnym bólem na wysokości nerki straceńczo pociągam łyk herbaty ziołowej (jakie zioła?), która okazuje się całkiem smaczna. Po pierwszym łyku na wszelki wypadek odstawiam filiżankę, poniekąd z żalem, myśląc nie wiadomo czemu o Zbrojmistrzu, który doskonale wie, z kim się znajduję, choć nie wie, gdzie. Sierioża gada. Może to nieśmiałość? Pokazuje mi swoje obrazy i rzeźby, zachwycam się posłusznie, och, cudowne, magnifique, sacrebleu, pokazuje mi zdjęcia swoich rodziców, pokazuje mi wreszcie wannę, którą rzeczywiście posiada i do której trzeba napuścić wody, która leci strumyczkiem dość niemrawym.

Sierioża gada. Woda leci. Włączamy przyniesioną przeze mnie Björk, Vulnicura, album o treści nadzwyczaj anty-schadzkowej, Sierioża zachwyca się grzecznie pomiędzy akapitami, ja wtrącam coś od siebie i odnotowuję, że robi przerwę, żeby mnie wysłuchać, a potem odpowiada na temat. Więc jednak nieśmiałość, a nie tylko wielkie ego, wielkie ego odpowiedziałoby “ale dość już o mnie, porozmawiajmy o tobie, jak ci się podobam?”. Woda ciurka, jakby uprawiała strajk włoski, z jednej strony nie mogę się doczekać kąpieli, z drugiej wcale mi się nie spieszy do rozbierania, bo Sierioża wprowadził atmosferę typową raczej dla otwarcia nowej wystawy w galerii, niż – ach – seksu. Z drugiej strony w wannie seksu raczej uprawiać nie będziemy, mityguję się, przestawiając błyskawicznie na doznania higieniczne. Do wody dodał olejku eterycznego o zapachu trawy cytrynowej (usypiającego? pyta czujne zwierzątko, ale nie miałoby to sensu, skoro planuje wejść do wody wraz ze mną…), który pachnie aż tutaj, przebijając herbatę ziołową, którą sam w międzyczasie dopił, dając mi motywację do zaczerpnięcia drugiego łyka.

Siedzimy w wannie. Sierioża gada, ale teraz gadam i ja, zupełnie nie wiem kiedy zjechaliśmy na doznania duchowe, nagle opowiadam mu o swojej chorobie, ma wielu znajomych z bipolarem (czemu mnie to nie zaskakuje, wśród nas, artystów choroby psychiczne są w tym sezonie wyjątkowo modne), zwierzątko zwinęło się w kulkę i zasnęło. Sierioża jest artystą chwilowo bezrobotnym, albowiem magistrat w Arcueil ujrzawszy jego wyobrażenie Wercyngetoryksa spalił się z wrażenia i zaprzestał zamawiania kolejnych dzieł. Artysta czuje się sobą wtedy, gdy pracuje nad dużymi projektami, jak na przykład Wercyngetoryks, jednakowoż w związku z kryzysem na rynku rzeźbiarskim panuje aktualnie posucha – informował mnie Chabal, jednocześnie przypadkiem przemieszczając stopę tak, aby, zresztą nieważne.

Przyświadczyłem, że kryzys, panie, i owszem, przypadkiem kładąc dłoń na łydce artysty, który co jak co, ale nogi miał godne gracza w rugby. Kilka przypadków później dolaliśmy do wanny nieco gorącej wody, albowiem atmosfera robiła się z gatunku mrożących krew w żyłach, nawet pomimo stóp i łydek, które powoli zaczynały sugerować, że gramy w Twistera. Wreszcie skończyłem herbatę i odetchnąłem z ulgą, stwierdziwszy, że ani trochę nie robię się senny. Vulnicura dobiegła nieuniknionego końca. Woda powoli robiła się znów cieplejsza.

Wymieniliśmy nieuniknione w tych warunkach uwagi na temat odchudzania. Sierioża gorąco zachwalał zalety soku z kale, brokułów i innych potwornych składników, co nachalnie kojarzyło mi się z Goopy Paltrow, Czułem się zupełnie nieschadzkowo, nawet pomimo przypadkowychstópiłydek, ale było mi całkiem dobrze, pominąwszy fakt, że woda schładzała się w wybitnie niesportowym tempie. Gdy zaproponował wyjście z wanny i przemieszczenie się w ogólnym kierunku salonu, zgodziłem się z mieszanką ulgi i oczekiwania. Oczekiwanie nie trwało długo, ponieważ zdążyłem wyłącznie wstać i przyjąć ręcznik, gdy rzeźbiarz padł przede mną na kolana zupełnie dosłownie, co wprawiło mnie natychmiast w zupełnie sprzyjający schadzkom nastrój. Artysta okazał się utalentowanym w wielu dziedzinach, co doceniłem fizjologicznie i werbalnie, po czym powstał z kolan i pocałował mnie.

Przez moją głowę przebiegło naraz wiele spłoszonych myśli: – ojej – on dziwnie smakuje – jak to możliwe, żeby tak smakować, czy ludzie dzisiaj – bogowie, czemu on dziwnie – to sok z kale i produktów trawiastych – to na pewno sok z kale, chyba, że, ale na pewno – jak ja mam się skupić w tych warunkach! – to nawet nie jest obrzydliwe, to jest po prostu aseksualne jak Keanu Reeves – jak by mu tutaj elegancko zasugerować, żeby umył zęby – to wszystko podczas, gdy nasze usta i języki wykonywały rytualne gesty powitalne, a ślina – ja chyba nie lubię soku z kale – poprzestanę na mojej metodzie odchudzania – ale Chabal – dlaczego Chabal, dlaczego zawsze, dlaczego nigdy Chabal.

Stopy – dłonie – splot – uchwyt – usta – kale, dlaczego kale! – kolana – usta, znowu – prowadzę go w kierunku południowym, zdecydowany unikać dalszych pocałunków, lecz rugbysta ma na ten temat swoje zdanie, moje oko pada na zdjęcie zupełnie autentycznego Chabala, wycięte z gazety (moja siostra stwierdziła, że jesteśmy nie-do-odróżnienia, informuje z zapałem rzeźbiarz) tak mi przykro, naprowadzam, muszę się niedługo zbierać, rozumiesz, lekarstwa, wcześnie spać, oczywiście, tak, następnym razem może bez kąpieli, he he he, oczywiście, co za pech, że, do widzenia, Sierioża gada, następnym razem, tak, następnym razem zrobimy wszystko i jeszcze więcej, lecz teraz tramwaj, jadę do domu, obwąchując podejrzliwie brodę, trzeba wziąć kolejny prysznic, bo przecież nie przywiozę Zbrojmistrzowi w prezencie obcego człowieka we włosach i brodzie, zwłaszcza pachnącego kale i brokułami.

Resztę drogi spędzam myśląc różne rzeczy o pier

niczkach z polskiego sklepu i o kur

czaku po klatchiańsku, na którego dostałem przepis od Niny, i o graczach w rugby, którzy zapewne też spożywają różne dziwne rzeczy, a w międzyczasie przestaję się dziwić, że Chris Martin i Goopy Paltrow rozstali się, skoro kale.

*

Ogłaszam konkurs: pierwsza osoba, która poda autora i tytuł książki, którą czytałem pisząc tę notkę, otrzyma w prezencie “Kronos” Gombrowicza, który co prawda do czytania nie nadaje się ani ani, ale ładnie prezentuje się na półce, ewentualnie jako podstawka pod chyboczący się mebel. Podpowiedź: tytuł notki jest mylący. Z konkursu wyłączona jest Nina, która doskonale wie, co czytam.

Zdjęcie: kale, praca użytkownika Rasbak, Wikimedia Commons

Szanowni Państwo,

czas na ekspiację: otóż nie tylko frankowiczom wciśnięto gówno w złotym papierku. W kraju rzekomo cywilizowanym i przepełnionym regulacjami po dziurki w zębach też można wpakować się w kompletnie idiotyczny produkt bankowy, sprzedawany jako Wspaniała Okazja. Służę przykładem. Niestety — własnym.

W roku 2007 wyczytałem na forum dla ekspatów, że jest świetny moment na zakup mieszkania. Ceny idą w górę fafnasty rok z rzędu, wynajmowanie to wyrzucanie pieniędzy za okno, tylko zakup! Gdy kupisz mieszkanie, będzie całe twoje! Będziesz właścicielem ziemskim! Zajrzałem na stronę z ogłoszeniami i pierwszym, na co padło me oko był piękny apartament 10 minut od centrum, z kominkiem i widokiem na park. Kiedy ocknąłem się z omdlenia, dłoń ma śmiało ujęła telefon i zadzwoniłem do agenta, poleconego mi przez koleżankę z pracy.

Apartament z kominkiem niestety sprzedał się w ciągu 20 minut od zamieszczenia ogłoszenia, co zwiększyło moje przekonanie, że należy kupować. Agent roztoczył przede mną cudowne wizje, zaprezentował moją możliwość kredytową wyliczoną z palca na kalkulatorze, po czym wysłuchał moich pragnień (głównie w zakresie lokalizacji, bo chciałem jeździć do pracy rowerem i nie mieć czasu się spocić). Kilka dni później zaprezentował mi pierwszy lokal. Było to miejsce nie do zapomnienia — wyglądało bowiem, jakby ktoś wziął małe mieszkanie i obudował je dookoła czymś w rodzaju tunelu o szerokości metra. Pod prysznicem wystawało wesoło gniazdko elektryczne, zaś w sąsiedztwie znajdowało się li i jedynie przedszkole, którego bliskość jakoś nie wydawała mi się potrzebna.

Drugi apartament spełnił moje wymagania z nawiązką. Marzyłem otóż o posiadaniu mieszkania typu studio, z jedną wielką przestrzenią. Martwiło mnie jednak to, że tego typu mieszkania na ogół mieściły się na strychu, a ja nie lubię schodów. Jednakowoż agent zaprezentował mi studio na parterze. Rzuciłem się na nie warcząc „moje!!!” (byłem wtedy w stanie hipomanii, skąd wiedzieliście?) i zapewniłem go o swojej niezgonnej miłości do lokalu. Kilka dni negocjowaliśmy cenę — którą udało się zbić o pięć tysięcy dzięki temu, że mój agent był, jak mniemam, niezłym pokerzystą — i zapadła decyzja.

Drugi agent, finansowiec, skontaktował się z kilkoma bankami i przedstawił mi ofertę nie do odrzucenia. „To świetne warunki kredytowe,” zachwalał, „lepszych pan nie dostanie.” Zgodnie z jego podpowiedzią zafiksowaliśmy oprocentowanie na 9 lat, jako, że również było „doskonałe, lepszego nie będzie”. Szczegółów kredytu nie poznałem, oprócz informacji, że bazuje on na akcjach i obligacjach, „ale nie musi się pan tym zajmować, niech mi pan tylko powie, czy chce pan grać ryzykownie, czy nie?” Nie chciałem, więc zafiksowaliśmy 50% akcji i 50% obligacji.

Podczas wizyty u notariusza tłumaczono na angielski każdą kolejną stronę umowy. Ale nie kredytowej. Umowy sprzedaży. Umowę kredytową podpisałem poniekąd w ciemno, zachęcany przez mojego agenta, w zbożnym przekonaniu, że skoro go opłacam, to działa na moją korzyść. (Pewnie się już domyślacie, co będzie dalej.) Mój niderlandzki w 2007 roku sięgał wyżyn „ja prosić jajko”. Umowa sprzedaży brzmiała jak umowa sprzedaży, nic wyjątkowego. Wszystko podpisałem, dostałem butelkę szampana (którego nie znoszę, ale przydał się jako prezent), klucze i rozpocząłem remont przy wydatnej pomocy mojego brata.

Po pomalowaniu ścian, położeniu w sypialni wykładziny i nabyciu szafy, regału na książki i paru podobnych utensyliów odkryłem, że popełniłem drobny błąd, kupując mieszkanie do remontu i nie posiadając przy tym pieniądzy na rzeczony remont. Ale co tam, rzekłem rześko, się zdąży. Zamontowałem ogrzewanie, pożyczając część kasy od znajomego Holendra, zrobiłem pół kuchni, wmontowałem w sypialni eleganckie przesuwne drzwi zamiast poprzednio się tam rojących zgniłych drzwi balkonowych, przez które właziły do środka robaki i wilgoć, dokonałem jeszcze kilku ulepszeń, po czym zachorowałem i piniondz nagle dokonał efektownego wyjścia. W międzyczasie zaś huknął kryzys, a ceny mieszkań zaczęły spadać na łeb, na szyję.

Gdy zapytałem swojego agenta nieruchomości co robić, zgodnie z otrzymanym przy zakupie prikazem, aby dawać znać o problemach ze spłatą, agent przesłał mi do podpisu piękne pismo napisane w języku prawniczym. Przed podpisaniem skonsultowałem się z prawnikiem, który chętnie objaśnił mnie, że podpisując daję agentowi 2% prowizji od ceny sprzedaży, a w zamian nie otrzymuję w zasadzie nic, sprzedaż może zostać poczyniona po cenie wedle widzimisię agenta, a resztę długu będę musiał spłacić. Nadąwszy się godnie odmówiłem podpisania utworu i zrobiłem awanturę w temacie „do tej pory byłem idealnym płatnikiem, a jak się pojawia drobny problem, to się na mnie wypinacie”, po czym okazało się, że bank wcale nie żąda sprzedaży — jak mi powiedziano — i że mogę spłacać nieco mniejsze raty, a potem spłacić dług. Tak się też stało, a w międzyczasie, w grudniu 2013, otrzymałem pismo, na którego widok zbladłem. List informował mnie albowiem, iż spłaciłem dwa tysiące siedemset euro, a po trzydziestu latach spłacę według prognoz tysięcy czterdzieści, resztę pieniędzy będąc wciąż winnym. Co do tego, co mam zrobić z długiem wartości 80% mieszkania po trzydziestu latach spłacania rat, bank wesoło sugerował, że mogę je sprzedać. Po schwyceniu kalkulatorka wyliczyłem sobie bez trudu, że przez 30 lat spłacę 40 tysięcy długu i 320 tysięcy odsetek.

Rzuciłem się na umowę kredytową, albowiem w międzyczasie mój niderlandzki nieco się poprawił. Pierwsze, co zobaczyłem, to uroczy rysunek pana niosącego pudła z podpisem WYSOKIE RYZYKO. Następnie dowiedziałem się zaś, że mój kredyt działa tak, że przez trzydzieści lat spłacam odsetki od całości, a samego kredytu w zasadzie nie spłacam (to znaczy spłacam, 53 euro miesięcznie). Szybki google powiadomił mnie, że kredyty tego typu zostały zdelegalizowane dwa lata po moim zakupie, jako wysoce nieetyczne i niebezpieczne zarówno dla banku, jak i spłacającego, przed 2007 jednak były wciskane mnóstwu ludzi, ponieważ agenci dostawali od nich wysokie precyzje.

Od wesołych rozmyślań nad spaleniem BMW mojego agenta (nie wiem, czym jeździ, ale wygląda, jakby lubił BMW) oderwała mnie wściekłość na własną głupotę. Nie jestem w stanie niczego udowodnić, ponieważ o kredycie rozmawialiśmy w cztery oczy, ja powiem, że on mnie zachęcał, on powie, że mnie zniechęcał i proszę, niech sąd rzuca monetą i decyduje. Umowę kredytową miałem w domu, zanim ją podpisałem, nie wpadłem na pomysł konsultacji z osobą znającą język, która to osoba wybiłaby mi z głowy podpisywanie WYSOKIEGO RYZYKA, ponieważ wierzyłem, że opłacany przeze mnie agent pracuje dla mnie. Jedynym owocem rozmyślań był nagle wyrosły cynizm i zgorzknienie, tudzież gorąca nienawiść wobec wszystkich instytucji finansowych na świecie.

Kiedy teraz czytam opowieści frankowiczów i artykuły na ich temat, gorąco kibicuję pomysłowi, żeby przegłosowano ustawę, zgodnie z którą kredyt będzie spłacany po kursie z dnia zaciągnięcia. Nie na koszt podatników. Na koszt banków, których zdaniem zdolność kredytowa w złotówkach wynosiła 200 tysięcy, a we frankach 300. Które zmieniały spready czwartego każdego miesiąca, akurat kiedy przypadkiem wyliczano aktualną wysokość raty, a po wyliczeniu rat zmieniały je z powrotem. Nie wierzę w to, że bank i kredytobiorca są równymi partnerami przy podpisywaniu umowy, chyba, że kredytobiorca ma doktorat z ekonomii i pracuje jako analityk ryzyka (a i wtedy nie dostanie do ręki wewnętrznych regulaminów banku, więc może sobie fiukać). Mnie kredyty we frankach osobiście nie obchodzą, rzecz jasna, na mój kredyt nie będzie to mieć wpływu żadnego, natomiast istnieje niewielka szansa, że wyrównałoby to ryzyko ponoszone przez banki i ich klientów.

A jeśli Amsterdamem wstrząśnie niedługo fala samozapłonów białych BMW, to ja nic o tym nie wiem.

Ilustracja: forbes.com

Feministki zawyły, poinformowała mnie red. Kublik na portalu Wyborcza.pl. Jako feministka rzecz jasna poczułem się w obowiązku dowiedzieć, dlaczego wyję, czy do księżyca i z czym ma to związek. Dzięki magii Internetu rychle dowiedziałem się, że ja i moje siostry wyjemy, albowiem przeraża nas kandydatka Ogórek.

Kandydaturę pani Ogórek na prezydentę 33 1/3 RP można rozpatrywać dwojako. Albo stanowi ona konceptualny żart Leszka Millera, ku czemu przychyla się profesor Wojciech Sadurski, albo też rzeczywiście jest to najlepszy kandydat, jakiego może wysunąć całe SLD. W obu przypadkach właściwą reakcją jest nie tyle wycie, co facepalm. Z powagi urzędu prezydenta nie powinno się dowcipkować. Jeśli (zapewnie słusznie) zakładamy, że Bronisława Komorowskiego i tak nie przebijemy, należy albo zrezygnować z wystawiania kandydata, albo połączyć siły chociażby z Zielonymi i Palikotem i wystawić kandydata wspólnego. W miarę możliwości wykształconego (może nie w historii Kościoła…) i na tyle samodzielnego, żeby potrafił(a) odpowiadać na pytania dziennikarzy podczas konferencji. Podobno najpierw uderzano do Wojciecha Olejniczaka, Barbary Nowackiej i Krystyny Łybackiej. Cała trójka odmówiła. Jak mniemam, Leszek Miller popadł wtedy w desperację i zaczął dzwonić do wszystkich osób, których numery ma w telefonie, pod literą O wreszcie mu się poszczęściło.

Za panią Ogórek zdążyłem się już zawstydzić kilka razy. Lektura o tym, jak to „Józef został moim mentorem” jest doświadczeniem bolesnym. Jej typowo lewicowe postulaty, jak np. powołanie Gwardii Narodowej, obniżenie podatków i ułatwienie zakładania działalności gospodarczej — to drugie w zestawieniu z postulatem zlikwidowania umów śmieciowych (czy pani Ogórek wie, co to jest samozatrudnienie?) śmieszą. Zawyć zechciało mi się, gdy dowiedziałem się, że kandydatka chce napisać prawo od nowa. Nie do końca wiem, w jaki sposób chce to osiągnąć ze swoim wykształceniem humanistycznym, ale wiem, że przed podjęciem decyzji o kandydowaniu nie poświęciła pięciu minut na to, żeby dowiedzieć się, jakie prawa i obowiązki ciążą na osobie pełniącej urząd prezydenta.

Według pani Kublik feministki wyją, bo analizują program pani Ogórek wedle jej płci. Otóż uprzejmie zawiadamiam, że płeć kandydatki kompletnie mi zwisa i powiewa. Marzę za to o kompetentnym, wykształconym prezydencie lewicy. Modelowym niemal, jeśli pominąć pojedyńcze wpadki, prezydentem był dla mnie Aleksander Kwaśniewski, który ładnie się uśmiechał, podawał rączkę bez podpowiedzi żony, reprezentował państwo podczas spotkań z zagranicznymi oficjelami i — znowu, oprócz pojedyńczych wpadek — nie wygadywał głupot i nie obrażał ludzi. Podobny model prezydentury prezentuje Bronisław Komorowski, którego wielką siłą jest to, że bardzo rzadko się o nim pisze. Prezydent nie powinien bez przerwy zajmować pierwszej strony gazety swoimi wyskokami (co automatycznie dyskwalifikuje Janusza Palikota).

Pisząc o pani Ogórek nie mogę rzecz jasna pominąć pana Dudy. Z wielką przykrością stwierdzam, że nadaje się do realizacji postulatów pani kandydatki o wiele lepiej, niż ona sama — ma wykształcenie prawnicze, jest byłym posłem i sędzią Trybunału Stanu, aktualnie jest posłem do europarlamentu. Osobiście na wybory prezydenckie się nie wybieram, ponieważ mieszkam za granicą 9 lat i istnieje możliwość, że do wyborów stracę obywatelstwo polskie, ale na papierze — pomijam tu publiczne wypowiedzi — pan Duda bije pozostałych kandydatów o kilka długości. I naprawdę jego płeć jest tu najmniej ważna, dla feministki i dla nie-feministki. Niestety pracuje też ciężko nad rozpoznawalnością, co w tym przypadku oznacza wygłaszanie populistycznych andronów. Jednak i tu pani Ogórek przegrywa, ponieważ jej „lewicowe” androny po pierwsze lokują ją pomiędzy PiS a LPR, a po drugie bardzo luźno (staram się być miły) wiążą się z urzędem prezydenta. Pan Duda natomiast wygłasza apel do Bronisława Komorowskiego, żeby nie podpisywał ustawy o reformie górnictwa. Niepodpisanie ustawy rzeczywiście leży w gestii prezydenta.

Najwięcej o SLD w roku 2015 mówią tak naprawdę odmowy Olejniczaka, Nowackiej i Łybackiej. SLD pod wodzą Millera nie podniesie się nigdy. Budowanie partii o twarzy człowieka, którego jedyną siłą jest umiejętność przekonywania lokalnych bonzów do głosowania na niego w wyborach przewodniczącego jest niewątpliwie zajmującym i przyjemnym zajęciem, ale nie jest to umiejętność przekładająca się na poparcie w wyborach. Nie dziwię się np. Barbarze Nowackiej, że nie chce swoim nazwiskiem firmować polityki Millera. Dla pani Ogórek kandydowanie na urząd prezydenta RP jest niewątpliwie wielkim skokiem w porównaniu z pracą z prezydenckiej kancelarii. I tylko lewicowych wyborców szkoda.

A Komorowski i tak wygra w pierwszej turze.

Zdjęcie: P. Bławicki, East News

— W innych okolicznościach poślubiłbym cię — mówi tow. Gierek.

Leżymy razem w łóżku, w przerwie seks-randki. Przez pierwszą godzinę niespiesznie zdzieraliśmy z siebie kolejne warstwy ubrań, ciesząc się sobą nawzajem jak najlepszymi prezentami pod choinkę. Teraz nadeszła przerwa na zwyczajne przytulanie przed przejściem do dalszej części. Leżę w jego ramionach czując się jak mały chłopczyk — tow. Gierek ma 202 cm wzrostu i 120 kg wagi — i niespodziewanie zostaję uderzony w brzuch wyznaniem.

Już od dłuższego czasu coś mi szeptało, że Gierek się we mnie zakochał. Nie tak to miało być. To, że seks-partnerzy się we mnie zakochują, jest niestety normalne, nie usiłuję się tu chwalić, bo nie ma czym, sprawia to wyłącznie problemy. Na ogół gdy się to działo natychmiast zrywałem stosunki (ha, ha) z delikwentem, zirytowany tym, że popsuł mi się kolejny i znowu muszę szukać nowego do haremu. Tym razem nie ma haremu, nie ma manii, jestem obrzydliwie stabilny od początku grudnia i wyznanie każe mi podać w wątpliwość moje dotychczasowe przekonanie, że mężczyźni zakochują się nie we mnie, a w hipomanii. Dzięki której błyszczą mi oczy, skóra staje się jakby złocista, uśmiech pełniejszy, a seks niewiarygodnie przyjemny.

Wiem dobrze, o które okoliczności mu chodzi: o te, które grają właśnie w squasha, a o 5 rano wstają do pracy. O okoliczności o imieniu Zbrojmistrz. Gierek o Zbrojmistrzu wie, zresztą Zbrojmistrz o nim także, jest świadom tego, co robię, gdzie i z kim. Przesłał Gierkowi za moim pośrednictwem pozdrowienia. Ten nieco zaskoczony odpowiedział po chwili, że pozdrawia wzajemnie.

Gierek jest, co tu ukrywać, świetnym facetem. Z zawodu nauczyciel angielskiego, muzycznie jesteśmy dopasowani, potrafimy spędzić godzinę rozmawiając o Janet Jackson, po czym płynnie przejść do Prince’a. Dziś słuchamy nowego D’Angelo. Jest inteligentny, w moim typie, bardzo utalentowany w łóżku (jak również na kanapie, pod ścianą i na blacie kuchennym). Ma wielu przyjaciół. Jest biseksualny i jego planem życiowym jest wyszaleć się porządnie, a potem spotkać Tę Jedyną, z którą spłodzi kilkoro ślicznych dzieci. Zupełnie nie ma tu miejsca na ślub ze mną, ba, w ogóle na uczucia wykraczające poza przyjacielskie. Okoliczności nie przewidują takich odstępstw.

A ja? Bardzo go lubię, naprawdę bardzo. Uwielbiam spotykać się z nim na seks, przytulanki i długie rozmowy. Fizycznie jest tak odmienny od Zbrojmistrza, że dużo bardziej by się nie dało, chyba, że byłby kobietą. Daje mi mnóstwo przyjemności, nie tylko seksualnej. Ale do Zbrojmistrza brakuje mu tak wiele, że właściwie nie startuje nawet w tym samym wyścigu. Gdyby Zbrojmistrza nie było… wtedy na pewno bym się zastanowił. Ba, może nawet powiedziałbym „tak”.

Związki otwarte, moim zdaniem, wcale nie są bardziej niebezpieczne niż zamknięte. Święty sakrament małżeński nigdy nie przeszkadzał w zdradach ani kobietom, ani mężczyznom. Każdy może we wtorek być szczęśliwym mężem i ojcem, a w środę spotkać osobę, na której widok trafi go piorun. I mi się to kiedyś zdarzyło. Byłem wtedy z Szacownym jeszcze-nie-eks-Małżonkiem, przyszedłem do pracy, szef przedstawił mnie nowemu pracownikowi, odwróciłem się, spojrzałem w jego oczy, podałem rękę i zakochałem się na śmierć i życie. Na miękkich kolanach jakoś dotarłem do biurka, po kilku minutach wstałem, udałem się do ubikacji i z rozmachem zwymiotowałem. Przez następne dwa tygodnie nie byłem w stanie jeść nic oprócz jogurtu, a kiedy Majid wszedł do naszego pokoju z jakąś sprawą zawodową, jogurt stanął mi w gardle i pobiegłem go zwymiotować. Nie mogłem spać, na siłowni robiłem co dnia nowe rekordy mimo wygłodzenia i niedospania, nie byłem w stanie dotknąć Szacownego. Nigdy nie byłem tak permanentnie zdenerwowany. W końcu wyznałem Szacownemu, co się wydarzyło, dodałem też, że nie planuję z tym nic robić, bo jesteśmy razem na dobre i złe. I zostaliśmy razem. Po kilku tygodniach znowu zacząłem być w stanie coś przełknąć, co nie zmieniło faktu, że kiedy Majid po pół roku odchodził z firmy, aby wyjechać na stałe do Paryża, wszystkie objawy wróciły z nową gwałtownością. Różniliśmy się wszystkim, chociażby tym, że on był pobożnym muzułmaninem, a ja nie do końca. Nigdy nie powiedziałem mu wprost, co czuję, ale na sam koniec przeprowadziliśmy krótką rozmowę dwuznacznikami, z której zrozumiałem, że on nigdy nie pozwoli sobie na bycie gejem, bo nie pozwala mu na to religia. Jedynie to mnie uratowało.

W innych okolicznościach… Gierek może czytał o dwubiegunówce (wiem, bo mi to powiedział), ale nigdy nie widział mnie, jak w stanie manii odbijam się od ścian, zaczynam robić pięć rzeczy naraz i żadnej nie jestem w stanie skończyć, wjeżdżam z rozmachem rowerem w turystę, który ośmielił się iść po drodze, a nie po chodniku, uderzam go tak mocno, że o mało nie spadam z roweru, od kierownicy coś odpada, a ja jadę dalej, nie oglądając się nawet, krzycząc „następny!!!”. Nie widział mnie, jak w depresji koczuję na kanapie, czytając kolejne książki, bo to jedyne, do czego jestem zdolny, aż dopóki nawet czytanie nie odpada i wtedy już tylko leżę na kanapie, wstając wyłącznie wtedy, gdy przypili mnie głód lub potrzeba toalety. Nie widział mnie w stanie zaawansowanej nietrzeźwości, miotanego zmianami nastroju z manii na depresję co kilkanaście minut. Nie wie, jak głęboko w finansowej dupie tkwię ze swoim zasiłkiem, wystarczającym akurat na zapłacenie wszystkich rachunków i zjedzenie czegoś od czasu do czasu, ale już na nowe buty albo spodnie nie. To wszystko i więcej widział Zbrojmistrz; wyciągał mnie z depresji tak strasznej, że siadałem na ziemi na przystanku tramwajowym i odmawiałem wstania; praktycznie niósł do domu, bo nie mogłem ruszać nogami; odwiedzał mnie w szpitalu; wspomagał finansowo, gdy nadchodziły niespodziewane rachunki na 350 euro; przynosił kawę i herbatę, kiedy wstanie przekraczało moje możliwości. Tych okoliczności tow. Gierek nie zna i najprawdopodobniej nigdy nie pozna. Gdyby nie te okoliczności… o Bogowie, skąd ja mam wiedzieć, co by było gdyby nie te okoliczności? Może byłbym wesołym singlem? Może nadal pracowałbym w tej samej firmie? Może niebo byłoby różowe, a trawa niebieska?

Tow. Gierek leży obok i nic nie mówi; jakby czekał na odpowiedź.

— W innych okolicznościach może powiedziałbym „tak” — wzdycham, na głos, chociaż nie planowałem tego powiedzieć.

Nie wiem, co zrobić. Może powinienem z nim zerwać dla jego własnego dobra. Ale skąd ja mam wiedzieć, co jest dla niego dobre? Przecież jest dorosły, ma 32 lata, wie doskonale, na co może liczyć, a na co nie może. Zna okoliczności. Wie, że mieszkam ze Zbrojmistrzem, a do starego mieszkania przyjeżdżam głównie po to, żeby się z nim spotykać. Wie, że jedyne czteroliterowe słowo na „L”, którego wolno mu używać, to „like”. A ja wiem, że chciałby użyć innego, że chciałby więcej, niż może dostać. Wiem też, że więcej nie dostanie. Wiem, bo mi powiedział, że „nigdy nie umawia się z osobami w związku, bo z tego wynikają komplikacje”. No i wynikły. Robi mi się go żal, co jest zupełnie nieseksownym uczuciem.

Pochrapuje; zasnął w moich ramionach. D’Angelo śpiewa „Betray My Heart”. Czuję się, jakbym nagle został postacią w filmie klasy B.

Zdjęcie: troll.me