Zaprojektowałem kalendarz — w zasadzie dla siebie, ale każdy inny też może go nabyć drogą kupna 🙂 Kliknij „ciąg dalszy” aby obejrzeć podgląd ośmiu z dwunastu stron.

cal2

cal3

cal4

cal5

cal6

cal7

cal8

cal9

Aby nabyć kalendarz, przelej Paypalem następującą kwotę w euro na adres ray małpa raygrant.com:
15 euro — dostawa kowalem w Amsterdamie
19 euro — dostawa w Polsce
22 euro — dostawa w Holandii (tak, mamy tu trochę drogą pocztę…)
28 euro — dostawa w Unii Europejskiej z Track & Trace
33 euro — dostawa poza UE bez Track & Trace
39.30 euro — dostawa poza UE z Track & Trace

Zamówienia zbieram do 1 grudnia. 2 grudnia kalendarz idzie do druku. Wraca do mnie 9 grudnia i wtedy rozpoczyna się wysyłka. Kalendarze dla Polski będą wysłane razem i potem sukcesywnie rozsyłane z Warszawy. W każdym wypadku spodziewam się, że dotrą przed świętami.

Koniec reklamy 🙂

Kiedyś, dawno temu, na samym początku życia z bipolarem nabyłem (jak to osoba w hipomanii) wszystkie dostępne w Amazonie książki na ten temat, po czym je wchłonąłem. Następnie zaś zrecenzowałem jednozdaniowo na blogu i tak sprawę zostawiłem.

W języku polskim, o ile mi wiadomo, funkcjonują dwie publikacje: „Na huśtawce emocji” (oryg. „Manic”) Terri Cheney oraz „Zaburzenia afektywne dwubiegunowe: podręcznik pacjenta: jak opanować wahania nastroju?” Moniki Ramirez Basco. Tej drugiej nie znam, może dlatego, że nie czytam po hiszpańsku, choć kiedyś mówiłem tym językiem płynnie. Oprócz tego są jeszcze dwie książki dla lekarzy oraz „Listy do Lekarza/Listy do Pacjenta. Depresja i Choroba dwubiegunowa” pod redakcją Łukasza Święcickiego. Tak przynajmniej sugeruje portal LubimyCzytac.pl.

W języku angielskim dostępna jest o wiele większa ilość książek o dwubiegunówce. Podstawą jest „An Unquiet Mind” Kay Jamison Redfield — książka chyba najlepiej znana, po części dlatego, że Redfield jest profesorą psychiatrii i współ-dyrektorką centrum zaburzeń nastroju w szpitalu John Hopkins. Redfield ogląda problem poniekąd z obu stron — jako pacjentka i jako lekarka. Przyznaje się do tego, że zdarzało jej się odstawiać leki, ponieważ — jak to bipolarom — uznawała, że 1) czuje się doskonale i nic jej nie dolega, lub 2) leki ograniczają ją i to one powodują złe samopoczucie. Malarsko nieomal opisuje swoje manie (Redfield cierpi na ChAD I, podobnie, jak ja, ale moje wizje są zgoła nudziarstwami w porównaniu z tym, co Redfield ogląda, gdy odstawia leki). Książka z jednej strony przeraża — z drugiej jednak daje nadzieję: więc z ChAD można nie tylko żyć, ale kierować oddziałem szpitala, pomagać ludziom, zostać profesorą.

Moja pierwsza lektura „An Unquiet Mind” pozostawiła mnie głównie z myślą „co za szczęście, że ze mną nie jest jeszcze tak źle”. Druga — półtora roku później, gdy już się dowiedziałem, jak źle potrafi być — dała mi raczej zrozumienie, że nie ma dwóch identycznych bipolarów. Nie, nie jest ze mną TAK źle, jest ze mną INACZEJ źle. Nie zostanę raczej profesorem psychiatrii, w dużym stopniu dlatego, że mnie ten kierunek nie ciekawi w wystarczającym stopniu, żeby go studiować. Widzę jednak szanse na zostanie naprawdę niezłym kowalem, choć zajmie to na pewno o wiele więcej czasu, niż bez choroby. 10/10

Drugą ważną dla mnie książką jest „Madness” Maryi Hornbacher. Hornbacher jest zawodową pisarką (choć pisze głównie o sobie). Podobnie jak z „Unquiet Mind”, jej książkę przeczytałem dwa razy. Za pierwszym razem odniosłem niemiłe wrażenie, że Hornbacher upiększa i podkręca swoje przejścia, szczególnie w okresie manii podlewanej alkoholem i posypywanej innymi substancjami. Za drugim razem zrozumiałem, że moja irytacja brała się głównie stąd, że czytając Hornbacher potrafię… odnieść jej przejścia do swoich. Nie, nie jechałem do Meksyku w środku nocy, nie, nie ratowali mnie sanitariusze, gdy niechcący za głęboko zrobiłem sobie sznyty, ale — że tak to delikatnie ujmę — przydarzyły mi się podobne przejścia. Jakiś czas później Hornbacher napisała krótką, zwięzłą i zupełnie inną książkę „Sane” o tym, w jaki sposób odnieść program 12 kroków do połączenia uzależnienia z chorobą umysłową. W „Sane” widzimy kompletnie zmienioną osobę; spokojną, tchnącą (fu, co za słowo…) optymistyczną mądrością. Z tego, co wiem, Hornbacher aktualnie radzi sobie doskonale, uczy kreatywnego pisania na Northwestern University, nominowano ją do Pulitzera. Z tą lekturą świeżo w pamięci zabrałem się z powrotem do „Madness” i ogromnie zaskoczyła mnie zmiana własnego podejścia; potrzebowałem przeczytać, że tak powiem, część drugą, żeby zrozumieć, że część pierwsza wcale nie jest upiększaniem i chwaleniem się przygodami. „Madness” to książka spanikowanego, roztrzęsionego, cóż — szalonego umysłu. „Sane” to książka osoby, która musiała bardzo wiele przejść, żeby zrozumieć, że nie musi tak potwornie cierpieć. 9/10 i 8/10.

Na koniec, żeby szanpaństwa nie zanudzić publikując elaborat zbyt długi, weźmiemy „Manic” Terri Cheney. Podarowałem tę książkę swojej Mamie, która po przeczytaniu określiła ją mianem „trochę przerażającej”. No cóż, „Manic” jest trochę przerażające dla osoby, która nigdy nie doznała (hipo)manii. Cheney doskonale opisuje różnicę między stabilnością, a hipomanią; tę niewidzialną granicę, za którą zaczyna się szaleństwo. A szaleństwo nie musi się zawsze objawiać tak, jak u Hornbacher, podcinaniem sobie żył i piciem whisky na śniadanie; czasami może być odczuciem, że jesteśmy nieśmiertelni i nikt nie jest się nam w stanie oprzeć, a wszystkie nasze pomysły są świetne. Kilka razy już chyba pisałem, że Cheney idealnie uchwyciła ten stan hipomanii, kiedy rzeczywiście nikt nie jest się nam w stanie oprzeć i sprzeciwić naszym pomysłom. Cheney i ja mamy jedno wspólne doświadczenie (chociaż ja nie jestem prawniczką, która pracowała z Michaelem Jacksonem) — stan, który ona określa jako „glittering”, kiedy wystarczy nam wejść do baru, rozejrzeć się, wybrać obiekt… i zwierzyna już jest praktycznie upolowana, czy o tym wie, czy nie. Cheney opisuje też przymusowe zamknięcie w szpitalu psychiatrycznym i w więzieniu — przeczytałem w międzyczasie wystarczająco dużo książek amerykańskich bipolarów (i jednej schizofreniczki), żeby wiedzieć, że raczej się do USA nie wybiorę, nawet turystycznie. Wiązanie jest fajne, ale nie wtedy, gdy jesteśmy w szpitalnej izolatce. 8/10

Czy jest zainteresowanie częścią drugą z kolejnymi recenzjami? 🙂 (Jeśli przypadkiem czyta to wydawca książek o zbliżonej tematyce, przyjmuję egzemplarze do recenzji.)

PS. Żeby było transparentnie: linki do anglojęzycznych książek są typu Amazon Associate, co oznacza, że jeśli ktoś kupi książkę za pomocą mojego linka, otrzymam z tego prowizję. Tak więc zachęcam do używania linków 🙂

Zdjęcie: Ashley Lynne via Pinterest

Zresztą ebola też pokazuje, jak działa myonizm. O tysiącach ofiar w Afryce pisze się per „tysiące”. Natomiast kiedy ebolę wykryto u białego amerykańskiego lekarza, dziennikarze zaczęli się ścigać niemalże w pisaniu o tym, jak BIAŁE MZIMU złapało wirusa. Bo w Afryce mieszkają oni, a w Ameryce — w tym przypadku — mieszkamy my.

Myonizm codzienny w Holandii to stosunek do mniejszości rasowych. Sławetny Zwarte Piet chociażby — dostałem zaproszenie (od osoby, która mnie nie zna za dobrze) do grupy „Zbierzmy milion członków i pokażmy, że kochamy Zwarte Pietów!”. Rozmaici ludzie z powagą tłumaczyli mi, że to tradycja i w ogóle ich ona nie obraża. Cechą wspólną tych ludzi było to, że co do jednego byli biali, co skojarzyło mi się ze stwierdzeniem bodajże Kempy (czy insektologa?), że w Polsce nie ma homofobii, bo sama jej nigdy nie zauważyła.

Oczywiście nie jest tak, że biali są źli, a niebiali dobrzy, bo punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Pewnego dnia tak się zdarzyło, że Zbrojmistrz wdał się w utarczkę słowną z czarnoskórą damą, palącą sobie przed jego drzwiami. Obok drzwi znajduje się bar, z którego wyskoczyło dwóch marokańskich nastolatków. Jeden z nich ocenił sytuację w ciągu sekundy i warknął „no jasne! czego się spodziewać po homoseksualistach!!!” Przyznam, że w tym momencie zrobiło mi się lekko niedobrze. Geert Wilders odniósł sukces. Metoda „dziel i rządź” zadziałała doskonale. Niczego tym chłopakom nie zrobiliśmy (spoiler alert: oni nam też nie, bo po prostu weszliśmy do środka i zamknęliśmy drzwi), ale dla nich my byliśmy onymi, a dla nas onymi byli oni. (Przepraszam za poprzednie zdanie i obiecuję, że nigdy czegoś takiego więcej nie napiszę — aż do następnego razu.)

Myonizm w Polsce widać w wielu miejscach. Najlepiej oczywiście wypada w kwestii smoleńskiej, gdzie naród podzielony jest na „ci zdrajcy zabili nam prezydenta” i „te stuknięte oszołomy znowu robią szopkę z helem i dwiema brzozami”. Wyróżniamy jednak dwa rodzaje myonizmu: myonizm pospolity, jak Smoleńsk, gdzie dwa obozy po prostu kompletnie nie rozumieją, jak ten drugi może spojrzec rano w lustro — i myonizm dumny, jak KNP, Fronda i NOP. Myonizm dumny jest niebezpieczny, bo po osiągnięciu odpowiedniej liczby członków rozpoczyna dżihad.

Myonizm uprawiamy sami, kupując mieszkanie na osiedlu zamkniętym. To jest nasza piaskownica i ONI nie będą się w niej bawić. Nasuwa się pytanie: dlaczego nie? Będą się w tej piaskownicy załatwiać? Kraść piasek wiadrami? A skąd pomysł, że takie rzeczy robią tylko ONI? Czy MY jesteśmy samym dobrem, niezdolnym organicznie do skrzywdzenia innej osoby lub splugawienia mienia, które cudzem jest? Problem z grodzonymi osiedlami jest taki, że w pewnym momencie powstaje wyspa, na której jedyną przestrzenią wspólną są sklepy z alkoholem, jezdnie i przystanki autobusowe. Skąd nasza pewność, że NASZE dzieci i wnusie nie będą pewnego dnia spać na przystanku autobusowym, bo noclegownię dawno zamknięto i zamieniono w kolejną placówkę RiczBanku?

Spytano mnie niedawno, czy ja zawsze byłem taki lewicowy, czy mi się zalęgło dopiero wtedy, kiedy zacząłem mieć mniej pieniędzy. Rozczaruję pytającego — albo zachwycę, kto wie — mieszkając w Polsce byłem na lewo od anarcho-lewicy, po czym przyjechałem do Amsterdamu i odkryłem, że to, co w Polsce nazywa się lewicą, tutaj jest centrum. W tej chwili zjeżdżam powoli dalej na lewo, co bierze się między innymi z dyskusji z moim ulubionym lewakiem, Casperem the Friendly Kowalem, który trzyma się ze squattersami i artystami. Holandia zaś jako całość przesuwa się w prawo, ku niechęci wobec cudzoziemców, wobec darmozjadów na zasiłkach, wobec czarnych i beżowych. Wobec ONYCH. I nieważne, czy beżowy pan o imieniu Hassan mieszka w Holandii całe życie, nigdy w Turcji w ogóle nie był, ma holenderskie obywatelstwo, nie zna żadnych języków oprócz niderlandzkiego i angielskiego. Jest ONYM, bo nie wygląda jak powinien. I to jest właśnie zasługa Wildersa: już nas — Holendrów — podzielił, teraz przymierza się do rządzenia.

Lewica przeżywa kryzys na całym świecie, ponieważ — paradoksalnie — osiągnęła sukcesy, o które walczyła. Pracujemy (na ogół, oczywiście) 8 godzin dziennie i pięć dni w tygodniu; dostajemy urlopy; w krajach cywilizowanych pary jednopłciowe mogą zawierać śluby, a niekiedy również adoptować dzieci; w dużych firmach funkcjonują z powodzeniem związki zawodowe; itd., itp. Nie mówię oczywiście o Polsce, ale w Polsce za lewicę uchodzą liberałowie z TR i konserwatywni liberałowie z SLD, W Holandii jednak lewica doszła do ściany. O co właściwie dalej walczyć? Po co ludzie mieliby na nas głosować? Tym sposobem do władzy dobrali się liberałowie i przystąpili ochoczo do demontażu tego, nad czym lewica pracowała przez dekady. Jako wymówkę mają kryzys ekonomiczny — wszakże nie możemy rozdawać zasiłków na prawo i lewo, gdy kryzys. A poza tym, mówią liberałowie, ty, drogi widzu, pracujesz (bezrobocie w Amsterdamie wynosiło ostatnio coś koło 7.6%), więc zasiłki bierze kto? ONI, rzecz jasna, ci ONI, podczas gdy MY…

W Holandii istnieje takie słówko, jak allochtoon. Ciężko to przetłumaczyć dosłownie. Autochtoon — wiadomo, z dziada pradziada. A allochtoon… to ON. Czasem beżowy, czasem Polak, czasem Marokańczyk, czasem Surinamczyk. Zdaniem premiera Ruttego wszystkiemu winni są ONI; zdaniem Wildersa ONI to allochtooni. Partie Ruttego i Wildersa przodują w sondażach, idąc łeb w łeb. Co ich powstrzyma przed pozbyciem się w pół-legalny sposób ONYCH z kraju, kiedy już nadejdzie ten czas?

A czas nadchodzi nieubłaganie i możliwe, że już nadszedł, chociaż jeszcze nie wszyscy zauważyliśmy. Niemieccy „hooligans” walczą z policją; niemieccy i holenderscy motocykliści jadą strzelać do „dżihadystów”; co do Polski, wystarczy poczytać komentarze pod absolutnie dowolnym artykule o muzułmanach (których w Polsce jest chyba jeszcze mniej, niż Żydów). Czygtałem jakiś czas temu, że kryzysy ekonomiczne na ogół rozwiązywały się tak, że następowała wielka wojna, po czym trzeba było wszystko odbudowywać. Czy i ten zakończy się podobnie?

Zdjęcie: The Independent

Dziś ojciec Muchomorek opowie nam o genderze (jak zwykle)!

Redemptorysta zabrał głos podczas spotkania Rodziny Radia Maryja w Kędzierzynie-Koźlu. Takie zjazdy odbywają się co tydzień, za każdym razem w innym mieście. Oprócz mszy i wspólnych modlitw kilkanaście minut transmitowanej przez Radio Maryja i Telewizję Trwam uroczystości przeznaczone jest na spotkanie z redemptorystami. O. Rydzyk prawie zawsze zabiera wtedy głos – albo przyjeżdża, albo łączy się z wiernymi przez telefon. Tym razem wybrał tę drugą opcję, bo jest przeziębiony.

– To cud, że ojciec w ogóle mówi – stwierdził o. Benedykt Cisoń, który reprezentował Radio Maryja na miejscu.

CUD!!! Ja bym powiedział, że to za wstawiennictwem u relikwii paznokcia u nogi JP2. Santo subito!

O. Rydzyk jak zwykle zaczął od ciepłych słów pod adresem parafii, która gości słuchaczy radia. Najcieplej mówił o działającym w Kędzierzynie-Koźlu Ruchu Czystych Serc. To młodzieżowy ruch, którego członkowie rezygnują z uprawiania seksu przed ślubem.

– To jest wspaniały ruch. Polska będzie inna, jeżeli młodzież tak będzie formowana. Polska będzie piękna i uporządkowana, po Bożemu – stwierdził redemptorysta.

Aha, będzie mniej dzieci i więcej rozwodów ze względu na niedopasowanie seksualne. Pięknie i po Bożemu. (Co oni wszyscy mają za hysia na punkcie seksu? Polecam moją religię, nasze bóstwa kompletnie nie są zainteresowane wtykaniem komuś nosa pod kołdrę, chyba, że w nadziei na trójkąt.)

Bo zobaczcie, co robią przeciwnicy Pana Boga. Deprawują. W Polsce to idzie od rządu. Kiedyś od rządu szło „zrywać krzyże”, „religię wyrzucać” „czarni…” i tak dalej. Czy się dużo zmieniło? Teraz dopiero deprawują. Jakieś gender wprowadzają. Dowiedzcie się, co to jest, to jest coś strasznego – mówił o. Rydzyk.

Oj, panie Grzybku, ja bym na pana miejscu nie namawiał ludzi, żeby się dowiedzieli, co to jest gender, bo będzie ich potem zajebiście trudno straszyć. Na przyszły raz polecam powiedzieć „Jakieś gender wprowadzają. W ogóle o tym nie czytajcie, bo to grzech śmiertelny, tak jak Hary Ploter, picie maridżuany i wstrzykiwanie sobie ekstazi”.

Teraz na przykład mają jakąś tam konwencję przeciw przemocy. Przecież każdy jest przeciwko przemocy w rodzinie.

O? To ciekawe, a gdzie podpisiki i ratyfikacja?

Nazywają to tak, a tam jest gender. Popatrzcie, którzy posłowie to robią. Zapytajcie ich, idźcie do nich. Tych z Platformy, SLD i z PSL. Oni się bardzo ładnie kłaniają i do Kościoła pędzą się pokazywać katolikom, żeby głosy zdobyć. A to jest fałszywe takie, że aż szkoda gadać.

Tu się poniekąd zgadzamy…

Zaatakował też Ewę Kopacz, która w weekend była na inauguracji roku akademickiego na KUL-u.

– A parę lat temu w Lublinie szukała szpitala dla dziewczynki, żeby jej aborcję zrobili – stwierdził o. Rydzyk. Chodziło mu o sprawę z 2008 roku, kiedy Ewa Kopacz jako minister zdrowia pomagała szukać szpitala, który zgodzi się wykonać aborcję u 14-letniej zgwałconej dziewczynki.

A to podlizna z tej Kopacz, nie zmusiła dziecka do urodzenia. Mam wielką nadzieję, że wierni Sromotniczka wiedzą, o jaką sprawę chodzi.

Od aborcji redemptorysta płynnie przeszedł do wyborów samorządowych.

– Zwróćmy uwagę, kogo wybieramy. Jak jest nastawiony na rodzinę, na człowieka, żeby miał pracę, żeby rodzina się rozwijała. Wiecie o tym, że w roku 2050 Polaków będzie o 5 mln mniej? Polska umiera i Polskę deprawują – mówił o. Rydzyk.

I to wszystko dzięki wyborom samorządowym!

Zdjęcie: Sławomir Kamiński, Agencja Gazeta