Na Facebooku mojego przyjaciela odbyła się dziś kolejna odsłona dyskusji pt. „Czy w Paradzie Równości powinny brać udział drag queens”.

Fakt powtarzania od lat tej samej w gruncie rzeczy dyskusji mnie martwi. Nie dlatego, że w ogóle jest różnica zdań, bo różnice zdań są zdrowe. Dlatego, że rozmawiamy o czymś, co w ogóle nie jest problemem. Tygodnik Wprost zilustrował kiedyś artykuł o Paradzie Równości zdjęciem z berlińskiej Love Parade. Jeśli na polską Paradę nie przyjdzie ani jedna drag queen, to pominąwszy już powód (zakazano im? czy same się źle czuły? jak o nas świadczy jedno i drugie?) Parada stanie się jeszcze bardziej szarobura. A przecież tak bardzo staramy się udowodnić, że jesteśmy tacy sami. Czy wróblowatość to naprawdę jest aż taka wartość? Podobno dziwne jest to, że ubieramy się kolorowo i wesoło bawimy, a tymczasem nasze postulaty są polityczne. Czy polityczne postulaty wolno zgłaszać wyłącznie białym heteroseksualnym panom w garniturach?

Po siedmiu latach mieszkania w Amsterdamie zdecydowanie przywykłem do luksusu nieudowadniania już, że jestem taki sam. Bo nie jestem. Jestem odmieńcem i dobrze mi z tym, a ludzie nie mają z tym problemu. Nikt nie wpadłby na pomysł zakazywania mi wybierania się gdziekolwiek w jakimkolwiek stroju; gdyby ktoś na taki pomysł wpadł, nadzwyczaj bym się zdziwił i z troską spytał, czy wziął dziś swoje tabletki. Nie jestem drag queen, różnię się od „standardu” w inny sposób. Ale czy naprawdę ktoś wierzy, że powodem dla braku ustawy o związkach w Polsce jest pięć drag queens na Paradzie Równości? Czy to dlatego Platforma i PiS odmawiają nawet pierwszego czytania projektu ustawy? Czy drag queens wiedzą o tym, jak ogromną mają siłę polityczną?

Tak się złożyło, że szedłem sobie dzisiaj do domu piechotą, przyjechawszy tramwajem zamiast roweru. Z naprzeciwka nadchodził facet dość wyraźnie przebrany za Kapitana Haka z Piotrusia Pana, w błyszczących plastikowych czerwieniach, z (prawdziwym, o ile umiem stwierdzić) wąsem i w puklach loków. Facet pomachał do mnie ręką i nie było to teatralne machanie typu „patrz na mnie”, tylko zwyczajne „cześć” z elementem rozpoznania. Ja ubrany byłem w koszulkę na ramiączkach eksponującą tatuaże, w uszach miałem — jak zawsze — tunele, a na głowie powoli odrastającego irokeza. Freak poznał freaka i pomachał.

Tak się składa, że bardzo niedawno rozpoczął działalność nowy blog zatytułowany Skrzyżowany. Bloga pisze crossdresser o imieniu Michał. Michał analizuje reakcje ludzi na swój wygląd; na to, jak zachowują się dzieci, dorośli, metroseksualni, kobiety, mężczyźni. Mój przyjaciel zapytał na swoim Facebooku „dlaczego uczestnicy Parady nie mogą się ubrać tak, jakby szli do sklepu po bułki”. Pominąwszy pytanie, dlaczego by mieli, skoro nie idą wszakże do sklepu po bułki, odpowiedzieć można: a skąd wiesz, że tego nie robią? Michał w drodze po bułki wygląda tak:

Stoję na ulicy, mam na sobie ciasne szare spodnie: rurki od spodu pomalowane na różowo. Jak podwiniesz nogawkę, to na zewnątrz jest róż. Mam jeszcze damską kurtkę w moro z ćwiekami. No i makijaż, pomalowane paznokcie – te sprawy.

Bardzo mnie cieszy istnienie tego bloga i istnienie Michała, bo sugeruje, że może kiedyś będę miał odwagę w Polsce wyglądać i zachowywać się dokładnie tak samo, jak w Amsterdamie. Nie jest łatwo być crossdresserem na łódzkiej ulicy; nie jest łatwo iść w tym stroju po bułki. Ale Michał pisze o swojej „normalności” tak:

Miałem coming out dopiero w tym roku, a kończę 30 lat. Wyjście z szafy okazało się dosłowne. Wyjąłem ciuchy z szafy, założyłem je i strachliwie wypełzłem na ulicę, potem na rower, do pracy itp. Nie ma już chyba odwrotu, choć często męczą mnie myśli, że może warto odpuścić, ocucić się i stać się na powrót „normalnym”. W porządku, ale ten „normalny” i tak miał dużo dla siebie, bo prawie 20 lat. Prawdziwego siebie zostawiałem wtedy w czterech ścianach – na klucz, na cztery spusty, na amen. Dosyć. Nareszcie w pełni żyję i jest mi z tym dobrze (choć sporo ryzykuję).

Ja nie jestem już szczupłym, wystraszonym chłopcem, tylko dużym, niedźwiedziowatym facetem. Nie ubieram się w damskie stroje i nie maluję paznokci. A jednak będąc w Polsce nie miałem odwagi wziąć Zbrojmistrza za rękę. Nawet na Nowym Świecie w Warszawie — nie żartujmy w ogóle mówiąc o robieniu tego w mniejszej miejscowości. (Nie urażając Łodzi.) Crossdressing ORAZ bycie drag queen, bo to nie to samo, wymaga odwagi o wiele większej. Wyjście w sukience i makijażu po bułki wymaga odwagi straceńczej. Michał ją ma. Drag queens na Paradzie w Warszawie może mają, a może nie. Ja w każdym razie nie podjąłbym się ani oceniać tego, czy są wystarczająco odważne nie ubierając się tak na wypad do spożywczaka, ani też odmawiać im wstępu.

I może dlatego w Holandii jest mi lepiej, niż w Polsce.

Poniżej wpis sponsorowany.

Wydawnictwo Grodkowskie poprosiło Józia o zrecenzowanie książki. Nie mnie. Mnie nikt nie prosi. Nie jestem z tego powodu wcale smutny, ani mnie to nie uraziło. Co to to nie. Nie przyłapiecie mnie na zgrzytaniu zębami.

Ale temu małemu draniowi może kabelek od ładowarki jednak zginąć pewnego dnia.

*

Recenzja ksionszki A komu czasem nie odbija oraz wyciągnięte wnioski

Zostałem poproszony o napisanie recenzji ksionszki A komu czasem nie odbija. Gdy mówię że zostałem poproszony mam na myśli że Ray zabrał mi ładowarkę do komórki i powiedział że nie odda aż nie napiszę recenzji. Więc napisałem.

Na wstępie do mojej recenzji książki Borzydara Grzebyka A komu czasem nie odbija oraz wyciągniętych wniosków chciałbym powiedzieć isz ksionszka wciongneła mnie bardzo oraz wzbudziła we mnie zainteresowanie. Nie jest ona równiesz bardzo długa, przez co można ją szybko przeczytać. Niestety to oznacza, że szybko się kończy ale to dobrze bo mój telefon szybko się rozładowuje. Więc wada ta cechuje się również zaletami.

Głównym bohaterem książki A komu czasem nie odbija jest Jurek który stracił pracę co przydarza się wielu ludziom w dobie kryzysu. Na szczęście zna on kilku przestępców co pomaga mu przypadkiem wygłosić mowę pogrzebową i znaleźć pracę w przedsiąbr prszedsi firmie „Świętej Pamięci”. Nie zdradzajonc zbyt wielu szczegółów chciałbym powiedzieć że w firmie pracuje chyba Pani Halinka. To mnie bardzo rozbawiło gdyrz Pani Halinka należy do moich wielbicieli. Jurek jest człowiekiem bardzo samotnym nie licząc kota oraz wielu osób które umierają więc nie zdąrza się z nimi zaprzyjaźnić. Oraz kilku szanowanych w mieście przestępców. Oraz pewnej pięknej kobiety. Ale nie uprzedzajmy faktów.

W książce występuje również seryjny morderca Maniuś Brzytewka. Którym jest Jurek albo nie. Nie mogę wszystkiego napisać gdyrz jedną z reguł recenzji jest unikanie spoilerów. Jednakoworz zdradzę Wam że na końcu dowiadujemy się kto jest mordercą. To ważna zaleta książki gdyrz inaczej byłbym jeszcze bardziej zirytowany niż w pszypadku Sagi Ognia i Lodu oraz Trylogii Milenium która miała mieć siedem tomów ale autor umarł. Wiele jest również realistycznych postaci które jednakoworz rozmawiają z użyciem bardzo skomplikowanych słów i zdań co powoduje że powieść można zaliczyć do gatunku realizmu magicznego. Gdyrz tak naprawdę by nie było.

Trochę się bałem bo na okładce napisano że w książce męczy się koty a ja bardzo lubię koty a szczególnie mojego kotka o imieniu Gorgoroth. Jednakoworz na szczęście kot nie zostaje zamordowany przez Maniusia ani przez nikogo innego i wszystko dla kota kończy się dobrze. Mam nadzieję że nie zrujnowałem Wam lektury ujawnieniem tego faktu.

Nie wiem jak napisać o czym książka jest bo tak do końca nie jestem pewny ale wydaje mi się że jest ona o zmaganiach człowieka z systemem oraz z Panią Halinką. I jest ona równiesz o tym że nigdy nie wiadomo co się przydarzy więc zawsze na wszelki wypadek dobrze jest mieć alibi. Dużo się też nauczyłem na temat barów oraz prowadzenia biznesu. Tak więc ksionszka jest bardzo przydatna oraz pełna ważnych informacji i polecę ją każdemu kto potrzebuje się czegoś dowiedzieć na wyżej wzmiankowane tematy.

Na zakończenie mojej recenzji książki Bożydara Grzebyka A komu czasem nie odbija oraz wyciągniętych wniosków chciałbym powiedzieć isz ksionszka ta nie jest wcale taka śmieszna jak napisano na okładce. To znaczy z pewnością jest to najśmieszniejsza powieść o utracie pracy, męczeniu kota i seryjnym mordercy jaką kiedykolwiek czytałem. Jednakoworz tak naprawdę ksionszka wydała mi się trochę smutna z uwagi na pszesadny realizm scen w których występują policjanci oraz przedsiębiorcy. Jako chłopiec młody i naiwny pragnę wieżyć że nasz kraj jest pełen ludzi uczciwych oras inteligentnych którzy mogą znaleść pracę poza światem przestępczo-pogrzebowym. Tak więc mam nadzieję rze w kolejnej ksionszce pana Grzebyka pojawi się więcej magii i mniej realizmu. Jednak poza tym ksionszka bardzo mi się podobała i w sumie to nawet nie potrzebowałem ładowarki bo przeczytałem ją szybko i z pszyjemnością.

Chris Guillebeau zwrócił mą uwagę ku nowej książce Britt Reints (czy wspominałem, że kupuję w ostatnich miesiącach wyłącznie jedzenie i książki?). Wspomniana pani Reints pisze (moje tłumaczenie):

W „Micie Szczęścia” Jennifer Michael Hecht definiuje trzy typy szczęścia: chwilę szczęścia, dobry dzień, szczęśliwe życie. Hecht sugeruje, że dalsze definiowanie nie jest potrzebne, ponieważ różnica między powyższymi trzema jest oczywista gdy słyszymy kontekst, w jakim użyto wyrazu „szczęście”.

[Hecht] wskazuje jednak, że te trzy rodzaje szczęścia rzadko pojawiają się razem, co może spowodować, że trudniej jest osiągnąć szczęście, niż je zdefiniować. „Wszystko, co robimy,” pisze Hecht, „może pomóc osiągnąć jeden rodzaj szczęścia, lecz utrudnić osiągnięcie drugiego”.

Innymi słowy, jeśli zamiast do pracy pójdziemy do kina, pomoże nam to mieć dobry dzień, ale może utrudnić nam osiągnięcie szczęśliwego życia. Ten konflikt może utrudnić nam zdefiniowanie szczęścia dla siebie samych.

Nie czytałem „Mitu Szczęścia”, ale za to oglądałem wiele razy film „Godziny”, gdzie Meryl Streep mówi do swojej córki:

Pamiętam taki poranek, gdy wstałam o świcie, miałam takie doznanie możliwości. Wiesz o jakim uczuciu mówię, prawda? I pamiętam, jak pomyślałam sobie: Więc to jest początek szczęścia. Tutaj się zaczyna. I oczywiście zawsze będzie go więcej. Nie miałam pojęcia, że to nie był początek. To było szczęście. To była ta chwila. Właśnie wtedy.

*

Kiedyś wydawało mi się, że osiągnąłem szczęście.

Budziłem się rano po kilku godzinach snu i wyskakiwałem z łóżka, podekscytowany myślą, że nadszedł nowy dzień i… można iść do pracy. Mówię poważnie. Pamiętam ten okres jako nieskończony cykl słonecznych poranków pełnych możliwości. Wiecie o jakim uczuciu mówię, prawda? Możliwe, że nie wiecie. Kiedy myślę o tym okresie — był to rok, zdaje się, 2003 — myślę, że to był pierwszy identyfikowalny okres hipomanii w mojej chorobie dwubiegunowej.

Przez bardzo długi czas wydawało mi się, że wiem, co to jest szczęście. Szczęściem był ten właśnie okres, kiedy wyskakiwałem z łóżka o poranku, ciesząc się możliwością. Szczęściem były tygodnie po zakończeniu mojego pierwszego BARDZO niefortunnego związku, kiedy czułem się wolny, szczęśliwy, rozsłoneczniony i hipomaniczny. Generalnie rzecz biorąc, szczęściem było doznanie, że świat został stworzony specjalnie po to, żeby było mi dobrze. Chodziłem po świecie, dudniąc po chodniku specjalnie wyprofilowanym dla mych glanów, ubierając się w skóry od góry do dołu, plotąc sobie zdziczałe warkoczyki wraz z kolorowymi koralikami. Podkładu muzycznego dla długowłosego skórzaka dostarczały Kylie, Janet i Alizee. A w związku z tym, że szczęściem był haj serotoninowy, cała reszta musiała być nieszczęściem.

Kiedy zacząłem chodzić do terapeuty, już w Amsterdamie, w roku 2007, jednym z problemów, na jakie się skarżyłem było silne doznanie, że osoba widziana w lustrze to nie ja. Nie byłem pewien, kim ta osoba jest, ale na pewno nie była mną. Uczucie czasami przybierało na sile, a czasami słabło, ale towarzyszyło mi właściwie zawsze. Nie byłem do końca ani mrocznym skórzanym długowłosym mrukiem, ani chłopcem z koralikami na warkoczykach. Nie czułem się do końca w swoim ciele — i duszy — ani stojąc na balkonie i chłonąc całą skórą cudowność słonecznego popołudnia, ani leżąc na podłodze w swoim pokoju, za zamkniętymi drzwiami, chowając się przed współlokatorem, domagającym się wysprzątania łazienki. Przeprowadzka do Amsterdamu nie pomogła. Odnalazłem wiele rzeczy, wiele osób i wiele miejsc, ale nie odnalazłem siebie. Zajęło mi dwa lata terapii, treningów na siłowni i poszukiwań, zanim uczucie przeminęło — aby nigdy nie powrócić.

A jednak.

Gdy odkryłem mocne używki, wydawało mi się, że tym właśnie jest szczęście — tu chowało się przede mną od kilku lat, w małej żółtawej pastylce, albo w torebce z białym proszkiem. U nas, bipolarów, stan kiedy nie robimy nic głupiego i nie mamy depresji nazywa się „remisją”. Tyle, że ja nie wiedziałem, że mam jakąś remisję. Zdawało mi się po prostu, że nie wiedzieć właściwie dlaczego nie czuję się „szczęśliwy”. Po tygodniach namów Wikinga zgodziłem się wreszcie spróbować ecstasy i odkryłem, że szczęście można włączać na zawołanie. Podobnie DJ namawiał, namawiał, aż namówił mnie na śnieg — a ja odkryłem, że powód, dla którego ludzie biorą narkotyki jest bardzo prosty: bycie pod ich wpływem jest bardzo przyjemne. Tyle, że ludzie z chorobą dwubiegunową nie mogą sobie pozwolić na pieprzenie sobie w mózgu.

O powrocie swojej depresji pisałem. O wychodzeniu z niej prosto w hipomanię — też (chociaż nieświadomie). O swojej nowej diagnozie — podobnie. Kilka osób z bipolarem, czytających mojego bloga, zdziwiło się uprzejmie, że diagnoza nie była dla mnie oczywista. Otóż: nie była. Nie było dla mnie oczywiste, że w stanie hipomanii podejmuje się bardzo łatwo decyzje, konsekwencje których mogą trwać całe lata. W hipomanii próbowałem kolejnych używek, podrywałem z powodzeniem pół miasta, spadałem z hulajnogi na Słowacji, gotów byłem powiedzieć cokolwiek i zrobić jeszcze więcej, zakładałem firmę i pisałem piosenki. Aż nadszedł dzień, kiedy mój umysł postanowił, że czas na epizod mieszany. A ja nie rozumiałem, czemu nagle przestałem być szczęśliwy.

*

Moje szczęście jest ostatnio bardzo nudne.

Chodzimy ze Zbrojmistrzem wcześnie spać, bo ja muszę spać co noc przez 8 godzin, a tak naprawdę przy swoim zestawie leków potrzebuję co najmniej 9. W sobotę położyliśmy się jeszcze wcześniej, niż w piątek, bo mimo wczesnej pory ziewałem jak wieloryb i groziło nam, że połknę kanapę. Kanapa jest nam bardzo przydatna, bo spędzamy na niej mnóstwo czasu, trzymając się za ręce, oglądając razem różne dzieła sztuki na iPadzie. (Robimy też na niej inne rzeczy, o których nie będę szczegółowo opowiadać.) Grywamy w planszówki. Gotujemy razem, razem robimy grilla, rozpalamy ognisko, chodzimy na siłownię, wysyłamy sobie mailem ciekawe linki, słuchamy muzyki. Spotykamy się ze znajomymi i przyjaciółmi (niezbyt późno). Aktualnie robimy razem częściowy remont mojego prysznica.

Moje leki zostały ustabilizowane na poziomie, który przez 90% czasu gwarantuje mi funkcjonowanie pośrodku mojego „wykresu nastroju” — narzędzia pomagającego osobie z dwubiegunówką uniknąć nadmiernych wzlotów i spadków. Wśród innych pomocnych narzędzi warto wymienić stuprocentową trzeźwość, wzmiankowane 8 godzin snu co noc, uregulowany tryb życia, unikanie stresów i terapię.

Czym jest dla mnie pierwszy rodzaj szczęścia pani Hecht cytowanej przez panią Reints? Spojrzeniem w oczach mojego mężczyzny; wzięciem go za rękę; kształtowaniem gorącej stali; powąchaniem nowej książki; nową piosenką Annie. Czym jest drugi? Ustabilizowanym nastrojem; narzekaniem na nasze lenistwo, gdy bawimy się doskonale grając w Carcassonne; udaną konwersacją z urzędem pracy w języku niderlandzkim; oglądaniem Wikingów na wyspie Wolin; zrobienie wszystkiego, co zaplanowałem i przyjemnym doznaniem około godziny 19, że zostało mi już tylko przeczytanie DListed i zjedzenie czegoś pysznego. Szczęściem codziennym jest przewidywalność — miłe doznanie, że jutro najprawdopodobniej nadal nie będę mieć depresji.

Czym jest rodzaj trzeci? Wydaje mi się, że zaczynam rozumieć. Rodzaj trzeci to balans — rzecz, którą osobie z dwubiegunówką bardzo trudno osiągnąć. Między pracą, a odpoczynkiem; między miłością, a pożądaniem; między depresją, a manią; między naturą, a cywilizacją. Zbyt wiele lat spędziłem skacząc między ekstremami. Aktualnie odganiam je od siebie kijem, psiocząc na rozbisurmanioną młądziesz, jeżdżącą na rowerach bez trzymanki. Używki, czemu nie, zielona herbata i jedna kawa dziennie.

Ciekawe, jak długo mi zostanie.

Nie piszę, bo staram się nie być cynikiem, ale to niewykonalne.

Świat dostarcza mi ostatnio głównie powodów do cynizmu. To, co się dzieje w sprawie Edwarda Snowdena odebrało mi ostatnie złudzenia, jakie mogłem mieć w temacie prezydenta Baracka Obamy. To, co się dzieje dookoła olimpiady w Soczi odebrało mi ostatnie złudzenia, jakie mogłem mieć w temacie pozapieniężnego znaczenia igrzysk olimpijskich. Torturowanie Edwarda Manninga, globalna inwigilacja za pomocą systemu PRISM, kryzys ekonomiczny spowodowany chciwością najbogatszych, końcówka botneta w telefonach Motoroli. Nie ma komu ufać. (Za tę notkę zaś mnie powieście.)

Polski rząd reaguje dokładnie tak, jak mi podpowiada cynizm. W temacie prawa zakazującego „propagandy homoseksualizmu wśród nieletnich” (jak się w międzyczasie okazało, trzymanie się za ręce może oznaczać propagandę homoseksualizmu wśród nieletnich, gdyż w promieniu kilometra ma szansę znajdować się nieletni, który mógłby nieprawomyślny akt zobaczyć) rząd państwa znanego niegdyś z walki o wolność nie ma do powiedzenia nic. Mimo, że nie kłaniamy się Rosji i nie padamy przed nią na kolana. Mógłbym rzecz jasna udawać, że cisza polskiego rządu mnie zaskakuje, ale to przecież nieprawda. Bardziej zaskoczyła mnie forma, w jakiej minister Sikorski odmówił Snowdenowi azylu politycznego — przez twittera, w wiadomości skierowanej do innej osoby, rzekomo z uwagi na to, że wysłane pismo nie spełniało warunków formalnych, „ale nawet gdyby spełniło, nie dam pozytywnej rekomendacji”. Nie zaskoczyło mnie to, że największy lizus przyjaciel USA odmawia Snowdenowi azylu, zaskoczyły mnie elegancja, rozwaga i dyplomacja wykazane przez pana ministra Sikorskiego.

Rzekłem cynicznie.

Facebook, Google, Apple, PRISM, Motorola, NSA. To początek listy instytucji, które kradną nasze dane i wymieniane informacje. Nie mam żadnych złudzeń co do tego, że posiadane przeze mnie informacje są dla kogoś przesadnie ważne — większość moich sekretów opisałem i tak w szczegółach na tym blogu, a trochę zachowuję do autobiografii. W międzyczasie USA generuje fałszywe alarmy terrorystyczne (bo jak inaczej usprawiedliwić istnienie systemów inwigilacji?) i zmusza firmy oferujące bezpieczną, szyfrowaną pocztę e-mail do kończenia działalności. Międzynarodowy Komitet Olimpijski straszy dyskwalifikacją atletów, którzy chcieliby np. mieć tęczowe przypinki, albo w inny sposób okazywać swoje niezadowolenie sytuacją w Rosji. MKOl nie widzi też problemu w tym, że rosyjski sąd zakazuje organizacji „Pride House” dla sportowców LGTB — jako, że byłby to „akt ekstremizmu” który „sprzeciwiałby się podstawom ludzkiej moralności”. Ale ja tu piardu piardu o prawach człowieka, Berlinie 1936 i sporcie, a Rosjanie wydali na olimpiadę 50 miliardów dolarów, więc czego się spodziewać po MKOl.

Rzekłem cynicznie.

Przeczytałem ostatnio książkę Stephena Emmotta „10 miliardów”. W dużym skrócie Emmott pisze o tym, że do końca tego wieku będzie nas co najmniej 10 miliardów, a możliwe, że sporo więcej. Na liczbę tę wpływ może mieć efekt cieplarniany, głód i pragnienie, choroby, rozbuchana konsumpcja, generacja niewiarygodnych ilości śmieci, skończona ilość paliw kopalnych i brak większego zainteresowania alternatywami, krótkowzroczność polityków zainteresowanych głównie własnymi samochodami i jachtami… Jak się zapewne domyślacie, książka nie jest przesadnie optymistyczna, wali za to między oczy wykresami i danymi, które spisał skrzętnie profesor nauk komputerowych na Oksfordzie i szef działu nauk informacyjnych Microsoftu. Tymczasem my, ludzie zajmujemy się dyskryminowaniem i podsłuchiwaniem samych siebie, lobbowaniem na rzecz firm zajmujących się niszczeniem środowiska naturalnego oraz udawaniem, że problemu nie ma.

Jest to rzecz jasna jakiś sposób na radzenie sobie z życiem. W oceanie cynizmu i negatywizmu na duchu podtrzymuje mnie głównie Zbrojmistrz, który wiadomościami z szerokiego świata w ogóle się nie przejmuje. Czyta gazetę, omijając informacje polityczne i ekonomiczne, a skupiając się na nowo otwieranych muzeach i wystawach. Wiadomości ogląda bez dźwięku, ożywiając się głównie na widok przystojnych sportowców. Facebooka nie używa. O holenderskiej polityce dowiaduje się ode mnie. A ja nie mogę się zdecydować, czy odfiltrować sobie wszelkie informacje o tym, co się na świecie dzieje i skupić się na nauce rysunku technicznego, czy też monitorować je nadal. Czy lepiej wiedzieć, że Obama mnie podsłuchuje (nie, nie osobiście) i pewnych rzeczy po prostu nie umieszczać w Internecie, czy też nie wiedzieć i liczyć na to, że mój poziom ważności w skali od 0 do 10 sięga w porywach 0.1 i nikt nigdy nie zapyta mnie, czemu napisałem na blogu notkę, w której wyrażam się negatywnie o królu Jarosławie Polskęzbawie I?

PS. O polskich (i nie tylko) emeryturach nie będę w ogóle zaczynać, bo chyba wszyscy wiemy, co z tego będzie. Zaczyna się na g. Rzekłem cynicznie.