Uwaga, ta notka w zasadzie jest dla dorosłych, chociaż jestem przekonany, że Was zawiedzie.

*

Wczoraj wybraliśmy się ze Zbrojmistrzem na fetyszystyczne seks-party.

Prawda, że brzmi doskonale? Krążą po sieci takie obrazki: „co sobie wyobraża społeczeństwo, że robię… co sobie wyobraża moja mama, że robię… co sobie wyobrażam ja, że robię… co robię rzeczywiście”. Obrazek tego typu mógłby świetnie posłużyć zamiast poniższej notki, ale ja jestem stworzeniem piszącym, a nie tworzącym memy, poza tym gdzieś już takiego widziałem.

Na miejsce dotarliśmy raczej wcześnie, około 22:30. Rozebraliśmy się z pewnym trudem z odzieży wierzchniej, założyliśmy własne skóry i mundury i przeszliśmy dalej. W klubie można już było oglądać pierwszych panów przyodzianych w skóry i mundury, niepewnie rozglądających się wokół siebie. To mnie raczej ucieszyło, ponieważ nigdy na takiej imprezie do tej pory nie byłem i czułem się nadzwyczaj dziwnie. Kiedyś pomógłbym odwadze przy użyciu belgijskiego piwa, teraz mogłem się uciec jeno do wody mineralnej, lub dekadencko szarpnąć się na colę light.

Porozmawialiśmy z kilkoma znajomymi, moimi lub Zbrojmistrza, czekając na rozpoczęcie żwawej akcji. Klub powoli się zapełniał, ale akcja się nie rozpoczynała. Po części byłem temu winien osobiście, ponieważ jak mnie poinformował Zbrojmistrz, ktoś uparcie usiłował zwrócić moją uwagę, a nawet dotknął mnie w sposób niedwuznacznie wskazujący, a ja — co nie jest dla mnie nietypowe nawet gdy nie jestem nerwów — nie zauważyłem. Ów ktoś zrezygnował, znalazł sobie dość prędko chętniejszy obiekt i w jego towarzystwie udał się na scenę, gdzie odbył się najmniej podniecający pięciominutowy seks, jaki w życiu miałem przyjemność oglądać.

Nieco zdewastowany obrotem wydarzeń zaproponowałem, abyśmy udali się na ogląd darkroomów. Darkroomy mają jedną wadę. Jest w nich ciemno. W tych konkretnych darkroomach jest diabelnie ciemno i nie widać NIC. Widziałem w ciemności, że w środku siedzi COŚ. Być może był to człowiek w skórzanym uniformie, a być może połyskujący raptor. Niepewność co do zawartości pomieszczenia nie zachęciła mnie do dalszych eksploracji, a i raptor nie wystawiał kończyn celem wciągnięcia mnie do wewnątrz. Tak więc darkroomy znudziły mi się bardzo prędko i udaliśmy się na balkon.

Na balkonie odbywała się żwawa akcja. Polegała na tym, że jeden wąsaty pan zajmował się drugim wąsatym panem, w powietrzu unosił się zapach poppersa, a wszystkiemu z zainteresowaniem godnym National Geographic przyglądali się dwaj inni. Całość ciągle nie wydawała mi się ani trochę podniecająca, może przez moje skojarzenia z Village People. Był jeszcze jeden problem. Mianowicie ten, że w całym klubie podobało mi się może trzech facetów na krzyż, nie licząc, rzecz jasna, Zbrojmistrza.

Problem polega być może na tym, że ja nie jestem fetyszystą skórno-dżinsowo-obuwniczo-mundurowym. Jeśli ktoś mi się podoba, to nie z uwagi na to, co na sobie ma, tylko z uwagi na bujny zarost, piękne oczy, interesujący błysk w owych oczach, uśmiech, dłonie, to, co ma do powiedzenia… Nie umiem skupić się na skórzanym uniformie z napisem POLICE tak, żeby nie zauważyć, że ma go na sobie sześćdziesięcioletni, raczej obwisły pan, który wygląda jak wyjątkowo dobrotliwy sprzedawca waty cukrowej. Tak więc zamiast sceny z filmu pornograficznego zobaczyłem podrygujących, nieatrakcyjnych panów, przyodzianych w raczej zabawne elementy skórno-metalowe, przyglądających się sobie nawzajem i mnie w szczególności z pewną taką nieśmiałością. I upewniłem się w tym, co podpowiadał mi rozum długo przed tym, jak zostaliśmy na imprezę zaproszeni: mnie to NAPRAWDĘ nie kręci.

Wyszliśmy wcześnie, przed pierwszą. Podobno po pierwszej imprezy tego typu zaczynają się rzeczywiście rozkręcać. Zbrojmistrz wytłumaczył mi, jak to działa: po pierwsze, piwo pije się z pewną szybkością, a pewna ilość spożytych piw pozwala na nabycie pewnej śmiałości — jestem pewien, że jest na to wzór matematyczny. Po drugie, uczestnicy z jednej strony czekają, aż przyjdzie więcej osób (bo może pojawią się atrakcyjniejsi), ale nie jest wcale tak, że atrakcyjniejsi przychodzą później, bo wcześniej nie są wpuszczani. Tak więc następuje po trzecie, związane ze słynnym skąpstwem Holendrów — „skoro zapłaciłem, to muszę zaliczyć”. Po pewnej ilości spożytego piwa standardy zaczynają spadać, a godzina zamknięcia się zbliżać i nagle okazuje się, że pan, który wcale nas nie interesował o pierwszej jest fascynujący o trzeciej piętnaście.

Te reguły nie działają, jak się okazuje, jeśli na imprezę przychodzi para, która nadal jest na etapie „nie możemy się odkleić od siebie”, a poza tym nie pije i nie zażywa. Zbrojmistrz spożył jedno małe piwo, ja oczywiście trzymałem się twardo wody, raz szarpnąwszy się dekadencko na colę zero. W tych warunkach szanse na sukces były od początku niskie, a w połączeniu z faktem, że wśród, bo ja wiem, setki facetów podobało mi się trzech, a 97 wzbudzało we mnie chęć ucieczki były zerowe. Ale ważne jest co innego: do tej pory seks-imprezy wzbudzały we mnie agresywny brak zainteresowania wyłącznie teoretycznie, a teraz potwierdziłem to w praktyce i mogę powrócić do bycia w otwartym związku, z którego otwartości nie korzystam.

W drodze do domu wstąpiliśmy do mojego ukochanego baru. Kominek buzował jak zwykle; bilard jak zwykle był okupowany; piwo lało się jak zwykle; a jednak zmieniło się… wszystko. Za barem urocza arabska lesbijka (kobieta w moim barze! jak ja mam teraz uprawiać seks przy kominku?), większość obecnych narąbana już o tej porze w szpadel, a ja trzeźwy jak świnka morska. Przy boku wspaniały mężczyzna, u którego boku zasnę za kilka godzin, co zdecydowanie zmniejsza zainteresowanie innymi. Wypiliśmy po kolejnej wodzie mineralnej i udaliśmy się do domu spacerem, w naszych niewygodnych wysokich glanach i lekko pobrzękując uprzężami pod trzema warstwami odzieży wierzchniej. Po czym dotarliśmy do domu i padliśmy do łóżka, wykończeni tak świetną zabawą.

Chyba jestem oficjalnie w średnim wieku, albo co.

Zmarła Joanna Chmielewska. Powiedzieć, że mi z tego powodu smutno, to o wiele za mało. Mam uczucia takie, jakby zmarła moja krewna.

Pierwszą książką Chmielewskiej, jaką przeczytałem, była „Wszyscy jesteśmy podejrzani”. Dzieło dostałem od mamy. Miałem wtedy 14 lat. Oznacza to, że pani Joanna była obecna w moim życiu przez 22 lata.

Przeczytanie „Podejrzanych” wywarło na mnie wrażenie tak piorunujące, że postanowiłem niezwłocznie skompletować dzieła wszystkie pani Joanny. Był rok 1991 i na rynku było w tym czasie jakieś 18 książek Chmielewskiej, a kiedy mówię, że były one na rynku, mam na myśli, że kiedyś w przeszłości zostały wydane i ciężko było je znaleźć. „Dzikie Białko” dostałem spod lady. „Upiorny legat” uporczywie się przede mną ukrywał i znalazłem go przypadkiem w przecenie za jakieś grosze. W kolejnych latach robiło się, rzecz jasna, łatwiej, pojawiały się nowe wydania i dodruki w większych nakładach. Moja kolekcja „Chmielewskich” rosła w siłę.

Radosne Eldorado niestety nie potrwało długo. „Drugi wątek” w 1993 był pierwszą książką pani Joanny, przy której moje brwi zawędrowały na czoło — i nie dlatego, że paroksyzmy śmiechu powodowały u mnie wyjątkowo dziwne miny. To tam, o ile pomnę — a nie mogę sprawdzić, co wytłumaczę za chwilę — pojawiła się pierwsza wzmianka o homoseksualistach w książce Chmielewskiej. Można ich było poznać po damskich szlafrokach i makijażu. To tam, co sprawdziłem, pojawiła się ciotka-koszmar. Postać ciotki była tak realistyczna, że czytanie o jej znęcaniu się nad śliczną i uroczą (rzecz jasna) Kasią powodowało u mnie nieomal fizyczny ból. Nie po to kupowałem książkę Joanny Chmielewskiej, żeby czytać horrory.

„Drugi wątek” był tylko zwiastunem tego, że droga, na którą wstępują artyści, często ma jeden kierunek ruchu (że zacytuję samą Autorkę). „Autobiografia” powodowała u mnie wybuchy śmiechu np. w tramwaju — nie obchodziły mnie kompletnie reakcje współ-podróżników, ja miałem nową Chmielewską i MUSIAŁEM JĄ CZYTAĆ TERAZ. Podobnie było z „Lądowaniem w Garwolinie”, które bazowało na starym słuchowisku. Ale od „Dużej polki” nie dało się już udawać, że jest dobrze. Pani Joanna nie umiała się odnaleźć w nowej, post-PRL-owej rzeczywistości.

Przez kilka lat kupowałem książki Chmielewskiej niejako automatycznie. Jednak ich lektura sprawiała mi coraz mniej przyjemności. Wyjątkiem była „Przeklęta bariera” — postać 25-letniej średniowiecznej damy podróżującej w czasie miała w sobie tyle wdzięku, że bez problemu dało się przełknąć typowy już wtedy dla autorki sposób konstruowania komedii romantycznych bitych jedna za drugą z tej samej sztancy. Tej odmiany zabrakło we… we właściwie wszystkich pozostałych książkach Chmielewskiej, jakie się ukazały po roku 1996. A dwoma tematami, przewijającymi się coraz częściej w książkach pani Joanny okazały się homofobia i alkohol we wszelkich postaciach.

Czułem się osobiście zraniony i zdradzony. Moja ukochana artystka nie robiła tego, czego ja się po niej spodziewałem, a ja nie umiałem tego przyjąć do wiadomości. Kupowałem kolejne książki i męczyłem się, czytając je jeden raz i z ulgą odstawiając na półkę, wciąż żyjąc nadzieją, że coś się zmieni — nieomal niczym niektóre bohaterki Chmielewskiej, czekające na powrót ukochanego mężczyzny, który zdradzał je ze wszystkim, co puls miało i na drzewo nie uciekało. Aż przyszły „Byczki w pomidorach”, mające być drugą częścią „Wszystkiego czerwonego”. Tego dzieła nie zdzierżyłem i wystąpiłem o rozwód.

Pani Joanna, widzicie, nie była dla mnie „znaną autorką powieści kryminalnych”, która „przy użyciu języka ulicy” „przemawiała do każdego czytelnika” „rozweselając mimo ponurej rzeczywistości PRL-u”. Pani Joanna była MOJA i pisała DLA MNIE. Nie była jakąś tam pisarką, była tą, której powieści zbierałem, pielęgnowałem, a na czterech miałem autografy. Raz jeden wybrałem się na spotkanie z autorką i była to, rzecz jasna, Pani Joanna. Nie mogłem patrzeć na jej książki przez barierę autor/czytelnik, artysta/fan. Ja ją przecież kochałem. Jak mogła mi to zrobić?

Dwa lata terapii zajęło mi zrozumienie, że miłość jest umiejętnością przyjęcia drugiej osoby z całym dobrodziejstwem inwentarza, a nie frustrowaniem się coraz silniej, że nie chce się dla nas zmienić. Pani Joanna pisała to, co miała ochotę. Ja w pewnym momencie napisałem do polskiej biblioteki w Holandii i oddałem im jakieś 80 polskich książek, w tym wszystkie dzieła Joanny Chmielewskiej wydane po 1995 oprócz „Przeklętej bariery”. Powoli uwalniałem się od toksycznego uzależnienia. Przez kilka lat nie wziąłem w ogóle do ręki żadnej książki Pani Joanny, moja kolekcja pokrywała się kurzem. Aż podczas sierpniowych wakacji znalazłem w naszej kwaterze „Klin” (obok kilku różnych Biblii) i uzależnienie wróciło z przytupem. Nie bacząc na towarzystwo połknąłem książkę w ciągu może dwóch godzin.

Dzisiaj — nie żartuję — pracowałem w kuźni i myślałem, że czas przeczytać znowu „Podejrzanych”. „Wstępne wyniki śledztwa wykazują, że Witka udusił kolega Wiesio, wtykając mu do gardła dwa jajka na twardo” myślałem, już wstępnie testując chichoty, jakie będę z siebie wydawać przy lekturze. Kiedy wróciłem do domu wziąłem prysznic, wstawiłem wodę na makaron, zajrzałem do interwebsów i odkryłem, że Pani Joanna nie żyje.

Mój regał na książki ma na Joannę Chmielewską specjalną sekcję, w której znajduje się 26 tytułów. Jedynymi innymi autorami, których kolekcjonuję, są Michael Cunningham, Marian Keyes i Julio Cortazar. Nawet Marian Keyes nie potrafiła mnie nigdy doprowadzić do płaczu ze śmiechu i wicia się po kanapie jednym prostym zdankiem typu „A pani ruszała SIĘ?”.

Nie powinno się dowiadywać o śmierci ukochanych osób z portali internetowych.

Zaczęła Szprotest.

To znaczy, oczywiście nie zaczęła Szprotest, bo to nie ona wymyśliła, że kobieta ma ładnie wyglądać, a mężczyzna dobrze zarabiać. Ale Szprotest napisała posta „Nie ja rządzę moim ciałem”, w którym można przeczytać między innymi:

Spora część znajomych mi kobiet jest wychowywana w przeświadczeniu, że ich pierwszym i podstawowym obowiązkiem jest wyglądać atrakcyjnie (przy czym przez atrakcyjność rozumiemy tutaj przystawanie do aktualnie modnych standardów, mierzone kilogramami i jędrnością skóry), nawet jeśli odbywa się to ze szkodą dla zdrowia i samopoczucia psychicznego. […] Atrakcyjność obowiązuje do czasu, gdy kobieta staje się matką (mnie zatem będzie obowiązywać do śmierci): jak wiadomo, wówczas niewiastę winno cechować całkowite poświęcenie progeniturze. Zbyt wypiękniona matka to znak, że dzieckiem zajmuje się za mało, kto to bowiem widział martwić się czymkolwiek innym, może jeszcze własnym wyglądem: ZŁA MATKA.

Kilka dni temu temat podchwyciła Naima, która w swym poście „Lokatorzy bez prawa do remontów i wyburzeń” zawarła przegenialny passus o tatuażach:

Tymczasem przytrafiła nam się kultura i społeczeństwo, i oto (w gigantycznym skrócie) ciała zostały podzielone na te, które mają służyć zabijaniu i byciu zabijanymi oraz te, które mają służyć produkowaniu nowych ciał. […] Zaniedbujących swoje role i użytkujących ciała zgodnie z własnym widzimisię szykanowano w sposób formalny lub symboliczny. Spektrum kar wahało się od zwiększonych podatków dla bezdzietnych/singli, przez zakaz pełnienia niektórych zawodów przez mężczyzn z tatuażami (osoba, która modyfikuje własne ciało zgodnie ze zwoim gustem najwyraźniej wyłamała się z umowy dzierżawnej i nie nadaje się na mięso armatnie ni służbowe – jest w tym pewien piękny symbolizm, że ucieczką od munduru i ujednolicenia kamaszem było wypalenie własnych znamion na skórze, permanentne odróżnienie się od reszty rozebranych do naga ciał na targowisku komisji rekrutacyjnej) po ostracyzm i wyzwiska względem zniewieściałych, niemęskich, słabych czy hipsterów.

To, co napisała Naima, jest bardzo dobrą odpowiedzią na pytanie, dlaczego mam tatuaże, ale o tym za moment.

*

Spędziłem wczoraj wieczór z moim przyjacielem, który w pewnym momencie wsiadł na temat, który regularnie ujeżdża, dokarmia i podlewa: temat „jaki ja jestem gruby”. Przyjaciel waży 67 kilogramów i nosi dżinsy rozmiaru 28-29. Nie widzi sprzeczności między „jaki ja jestem gruby” i faktem, że nie może dostać spodni w swoim rozmiarze, bo Holendrzy generalnie zaczynają się od rozmiaru 30.

Ja noszę rozmiar 34 i na ogół nie cierpię przesadnie z tego powodu. Dzięki moim medykamentom przybyło mi na wadze 18 kg i zacząłem wyglądać jak kowal, a nie jak pływak, ale na ogół — znów — się tym nie przejmuję. A jednak po słuchaniu przez 15 minut wałkowanego z upodobaniem „oczywiście wyglądam już nieco lepiej niż pół roku temu, ale to ciągle nie jest to” przerwałem przyjacielowi dość brutalnie:

— Czy mógłbyś przestać? Bo Ty może nie masz anoreksji, ale ja zaczynam powoli jej dostawać.

Zaśmialiśmy się obaj i porzuciliśmy temat, ale tak naprawdę, oczywiście, ta dyskusja się nie zakończyła i nie zakończy jeszcze bardzo długo.

Chorobę ujawniającą się w różnych postaciach, jako anoreksja, manoreksja, bulimia czy też body dysmorphic disorder obserwujemy na ogół u kobiet i homoseksualnych mężczyzn. Jak napisał elegancko mały obrzydluszek, och! literówka! pan Ziomecki w cytowanym w poprzedniej notce artykule, „mężczyźni są wzrokowcami”. (Miss Olgu postanowiła naprawić ten niesprawiedliwy stan rzeczy czepiając się hipsterów za to, że są hipsterami, a pani Cieślik niewysokich za to, że nie urośli — i to jest właśnie ten sposób, w jaki możemy pozbyć się dyskryminacji wobec pewnych grup społecznych — zacząć dyskryminować kolejne!)

Tymczasem nie istnieje obiektywny wzorzec atrakcyjności. Poważnie. Nie ma czegoś takiego. Nie istnieje kobieta obiektywnie piękna. Nie istnieje mężczyzna o obiektywnie pięknym ciele. Nie istnieje obiektywnie odpowiedni wzrost, owłosienie czy ubiór. Najlepszym dowodem na to są eksperymenty z komputerowym uśrednianiem najpiękniejszych twarzy, rezultatem których są twarze idealnie… nudne. No owszem, nie ma na nich pryszczy, krzywych nosów, zeza czy zmarszczek. Nie ma na nich w ogóle niczego, na czym chciałoby się zawiesić wzrok dwa razy.

Powtarzam to moim przyjaciołom i przyjaciółkom, kiedy jęczą, że czują się grubi (są i tacy, którzy narzekają, że są zbyt chudzi, ale jest ich mniej). Nie istnieje idealny obwód ciała, do którego należy aspirować, a odstępstwo od niego będzie karane. Istnieje natomiast MAINSTREAMOWY obwód ciała, odstępstwo od którego będzie wytykane przez mainstream. Podobnie istnieje też mainstreamowa fryzura, mainstreamowy ubiór i mainstreamowa muzyka. I tutaj muszę się zgodzić. Jeśli Waszym celem jest bycie jak najbardziej średnim średniakiem, będziecie musieli nad tym popracować. Bo natura, Bóg czy też Potwór Spaghetti nie stworzyli nas wszystkich tak znowu na swoje podobieństwo (to dotyczy zwłaszcza Potwora Spaghetti) jak się nam wmawia. Jednych stworzyli wyższych, jednych — niższych, niektórzy z nas mają tendencję do tycia, inni do chudnięcia, jedni mają włosy proste, inni kręcone. I to jest właśnie fajne.

Nigdy nie narzekałem na brak zainteresowania płci tej samej. Moja przyjaciółka kilka razy wytknęła mi, że to dlatego, że ja jestem „przystojny facet”. Ale przecież to nie jest OBIEKTYWNA prawda. Owszem, jeśli lubimy dużych misiów pokrytych grubą warstwą tatuaży, jestem dramatycznie przystojny. Jeśli natomiast lubimy wątłych blondynków, jestem ohydny. W artykule na Gazecie (spędzam tam zdecydowanie za dużo czasu) na temat męskiego zarostu większość damskich komentarzy brzmi mniej więcej tak: „a fuj, zgolić to”. Nie dogadałbym się z tymi damami. A to jest naprawdę większość. Podobnie jest z gejowskim życiem Amsterdamu — naprawdę nie podobam się WIĘKSZOŚCI. Różnica między mną, a moim przyjacielem i moją przyjaciółką leży tak naprawdę nie w obwodzie, tylko w tym, że ja wcale nie chcę się podobać większości, bo uważam, że większość nie ma gustu i się nie zna.

Zdaję sobie sprawę z faktu istnienia „forum dla brzydkich ludzi”, ale nie do końca wierzę w to, że osoby piszące na tym forum są „brzydkie” — bo nie do końca wierzę w istnienie czegoś takiego, jak obiektywna brzydota. Brzydkie to są reklamy wieszane na zruinowanych budynkach na warszawskim Tarchominie oraz Comic Sans. Ludzie są co najwyżej mniej lub bardziej średni. Claudia Schiffer, supermodelka, jak dla mnie wygląda jak budyń z pianką. Większość modeli płci męskiej wzbudza we mnie rozpaczliwe ataki ziewania. David Beckham i jego żona kojarzą mi się z insektami. To są podobno ci „obiektywnie atrakcyjni” ludzie. Dla mnie tymczasem obiektywnie atrakcyjny jest pewien 60-letni rugbysta z Berlina, z którym kiedyś zrobiłem sobie zdjęcie, bo mnie zżerało pożądanie. Zrobię powtórkę ze zdjęcia, bo jestem pewien, że by mu to nie przeszkadzało.

Docinanie samemu sobie za to, że „jestem za gruba” albo „jestem za niski” (tu wstawić sto wariacji na ten sam temat) kojarzy mi się nieodparcie z syndromem sztokholmskim, w którym oprawcą są media, ale też my sami. 99% reklam dręczy nas różnymi wersjami państwa Beckham i ich kręgu znajomych żywiących się kostkami lodu i amfetaminą, a pozostałe 1% wmawia nam, że kobieta ubrana w rozmiar 0 jest „puszystą modelką”. Główny przekaz, jaki ja wynoszę z reklam jest taki, że muszę się ubierać wyłącznie w marki niereklamowane, ponieważ nie jestem targetem właściwie żadnej firmy. Nawet ostatnio modni brodaci modele wciąż mają figury patyczaków. Ja nie mam i nigdy nie będę w majtadasach Calvina Kleina wyglądać tak, jak modele Calvina Kleina. Czy mnie to boli? Nie. To powoduje wyłącznie, że nigdy nie przejdzie mi przez myśl zakup majtek Calvina Kleina. (Dzięki czemu zaoszczędzę masę pieniędzy, one są przerażająco drogie.) Ale przecież wiem, że to ja jestem w mniejszości. Reklamowane towary przecież ktoś kupuje, skądś firmy mają pieniądze do wydania na reklamy.

Owszem, dzięki moim tatuażom, fryzurom i innym modyfikacjom wyróżniam się z prawie dowolnego tłumu, w którym się znajdę. Jestem z tego bardzo zadowolony. Kiedyś wyglądałem tak, jak wyglądałem, bo byłem okropnie nieśmiały i nie chciałem, żeby ludzie się do mnie odzywali. Teraz traktuję swój wygląd jako artystyczną wypowiedź na temat stereotypów „piękna”. Moje prywatne piękno ma krzaczastą brodę, brzuszek, tunele w uszach i feniksa na plecach. Jeśli Ci się to nie podoba, zalecam spoglądanie w innym kierunku. Ta porada dotyczy zwłaszcza Fochów, Kafeterii, komentatorów internetowych, a w szczególności osób, które mają problem z istnieniem drag queens.

Grupa Agora otworzyła portal dla kobiet.

Jako honorowa kobieta, feministka i czytelnik portalu The Frisky oczywiście odnotowałem istnienie Focha dość prędko. Negatywnie. Portal wydaje się być adresowany do czytelniczek Kafeterii (tu polecam funpaga „Najlepsze wątki z forum Kafeterii”), które poczuły, że Kafe nie zaspokaja już wszelkich potrzeb ich intelektu, a projekt graficzny niezmieniony od 1963 nie pasuje do ich stanowiska Junior Account Managera.

Pierwszym artykułem, jaki przeczytałem (przypadkiem wszedłszy tam z głównej strony gazeta.pl) był ten:

Wstąpiłam niedawno w zastępy fanek i fanów wysokich mężczyzn. Nieoficjalnie zawsze nią byłam, ale teraz fanpage „MĘŻCZYZNA ZACZYNA SIĘ OD METRA OSIEMDZIESIĄT” jest moim ulubionym. Jestem jedną z 68 tysięcy miłośniczek dużego rozmiaru. Aby stworzyć pozór poprawności politycznej, szukałam analogicznego fanpage’a – tyle że poświęconego niskim panom.

Coś, co mnie niewiarygodnie w Polakach irytuje, to ustawianie przeciwnika. Owszem, powiedziałem „w Polakach”, dodam do tego Amerykanów, którzy robią to samo. „Aby stworzyć pozór poprawności politycznej” — i już wiadomo, chłe chłe, poprawność polityczna, te brednie, z których wszyscy się śmiejemy i puszczamy znaczące oko.

Paździerzowi chłopcy Miss Olgu, żywiący się frytkami belgijskimi i przesiadujący w modnych miejscach nie są tutaj tematem, bo pisać chcę o mężczyznach. Prawdziwych takich.

Oczywiście kliknąłem w link o chłopcach, bo muszę się dowiedzieć, co to są prawdziwi mężczyźni (wiem już, że mają metr osiemdziesiąt).

Miss Olgu pisze:

Mamy poważne obawy dotyczące przetrwania męskiego gatunku. To, co ostatnio widujemy woła o pomstę do nieba. Młodzi mężczyźni zamieniają się w płyty paździerzowe, na których to tak bardzo lubią przesiadywać.

Co to jest męski gatunek? Czy ostatnio ludzkość podzieliła się na dwa odrębnie się rozmnażające gatunki, a ja nie zauważyłem? I o co chodzi w płytach paździerzowych?

Paździerzowy chłopiec jest jednostką wybitnie wrażliwą – najczęściej na punkcie własnego wyglądu. Studiuje jakiś modny kierunek albo skończył już studia i szuka swojego miejsca na świecie. Możliwe, że jest artystą robiącym „instalacje”, poetą spamującym Waszych znajomych na Facebooku (wysyła w wiadomościach linki do swojej twórczości wszystkim Twoim znajomym) lub pracownikiem reklamy. Na pewno jest mega kreatywny i uduchowiony, tylko świat go nie rozumie. W wolnej chwili obcuje z naturą w ogrodzie medytacji i czerpie moc z włóczki wełny kameruńskiej owcy. Jeżeli jeszcze Wam nie do końca świta, o kim jest mowa, to może opis wyglądu takich mężczyzn ukierunkuje Was na właściwe tory.

Paździerzowy chłopiec nosi się mniej więcej tak: spodnie opnijdupki, często wytatuowany w modne w tym sezonie małe tatuaże, które przypominają te dawne „środowiskowe”. Często u takiego osobnika pojawiają się okulary zerówki w rogowych oprawach, sweterki rodem z kontenera PCK i buty, które z niejednej kałuży piły. Obowiązkowym elementem stroju jest ekotorba z modnym napisem. O! Zapomniałabym jeszcze o indoorczapce. Indoorczapka, to czapka włóczkowa noszona 360 dni w roku również w pomieszczeniu. Siedzenie w czapce dobrze się komponuje z tabletem i prosecco. Niektórzy paździerzowi chłopcy są bardziej szaleni i noszą fryzurę z długą grzywką.

Tyle pie… chciałem powiedzieć, pisania od rzeczy, zamiast po prostu powiedzieć „hipster”.

To co jest pewnym wyznacznikiem tych mężczyzn to to, że przesiadują w modnych miejscach więc będę teraz używała pojęcia bywalce.

A czy nie moglibyśmy jednak używać ogólnie przyjętego słowa „hipster”? (Nie mówiąc o tym, że najwyraźniej pracę w portalu Foch jest bardzo łatwo dostać, nie trzeba nawet znać gramatyki języka polskiego.)

Red. Sosin ma podobnie. Bywalec nie pogada z nią o broszkach z filcu i torbach z dętki, a jakoś trudno mi uwierzyć, że jest rozeznany w temacie terrorystów samobójców, dronów lub problemów Obamy.

RED. SOSIN OVERHIPSTED THE HIPSTER

(Serio serio? Red. Sosin nie rozmawia na żadne inne tematy, niż tylko terroryści samobójcy, drony i problemy Obamy?)

Ale ja tu gadu gadu, a artykuł o Prawdziwych Mężczyznach Z Metrem Osiemdziesiąt stygnie:

Oczywiście, najważniejsze jest wnętrze (brzmi, jak cytat z pamiętnika nastolatki). Ważne jest to, co facet ma w głowie. I to piszę jak najbardziej serio. Mózg jest najbardziej seksownym organem. Ale nie tylko panowie są wzrokowcami. Należę do nich także i ja.

*wzdech* Cóż, przynajmniej red. Cieślik nie udaje, że rzeczywiście zwraca uwagę na to, co facet ma w głowie — wszakże w imię unikania fałszywie pojmowanej poprawności politycznej kobieta po 30 (taki jest target portalu!) ocenia mężczyzn po wyglądzie. Na czym buduje się związki? Na wzroście.

Tematem tym zajęło się kiedyś Cosmo i to na poważnie. Wysokich określono mianem samców alfa, niskich nazwano samcami beta.

Cosmo jako znane czasopismo naukowe NA POWAŻNIE oczywiście nie przejmuje się tym, że „samiec alfa” rzeczywiście coś tam oznacza i to coś przestaje być determinowane wyłącznie przez rozmiar mniej więcej od poziomu koguta wzwyż.

Kilku niewysokich panów znam na tyle dobrze, by móc przypuszczać, że rano przed lustrem mówią do siebie : teatr mój widzę ogromny! Planują potem podbicie całego świata, stawiają kołnierzyki w koszulce polo na sztorc, stroszą grzywki, wkładają buty na obcasie i ruszają w bój.

Oczywiście, w drodze do boju unikają płyt paździerzowych.

Tracę rozsądek w towarzystwie mężczyzny, który swoją posturą przesłania mi cały świat. Nie jestem niestety chudą zdzirą, na której wszystko wspaniale wygląda, więc muszę mieć dobre tło. Najlepiej właśnie duże.

Pani redaktor, powiem szczerze, ja też lubię dużych facetów. Przy mojej posturze znalezienie większego faceta oznacza, że duże zainteresowanie wzbudzają we mnie gracze w rugby i bokserzy wagi ciężkiej. Ale proszę, nie twórzmy na ten temat Naukawych Teorii Wraz Z Cosmo Na Poważnie.

Chciałbym powiedzieć, że skończyłem z Fochem, ale skądże, wszak na pierwszej stronie straszy Mężczyzna:

Jak sprawić, aby mężczyzna pragnął związać się z tobą na zawsze

Oczywiście, muszę się tego dowiedzieć — wszyscy mężczyźni są jak wiadomo identyczni, więc warto odkryć sposoby, jakich mogą użyć kompletnie obcy ludzie, abym się z nimi pragnął związać na zawsze.

Droga, a nieznana mi kobieto.

Zapewne zastanawiasz się jak stworzyć stały związek.

Jak to każda kobieta w każdej chwili swojego żywota.

Przepis jest prosty, choć nie jest prosta jego realizacja. Sposób ten to … pozwól mu się zdobyć. Po prostu! Choć – być może – teraz, już, natychmiast i bez zwłoki chciałabyś z nim być, tulić się, całować, zatracić się w tym uczuciu … stop, nie rób tego, chyba, że rzeczywiście chcesz się zatracić, ale to oczywiście, dobrze się nie skończy.

Prosty po prostu sposób polega, jak zwykle w Cosmo… eee, chciałem powiedzieć listach czytelników do sfochowanej redakcji… na kupczeniu seksem. Czemu mnie to nie zaskoczyło?

Jeśli chciałby Cię przytulić, by nie rzec – poobmacywać, to choć nie widzisz ku temu przeciwwskazań, opanuj się. A jego trzymaj w ryzach stwierdzeniami: „do każdej się tak od razu garniesz/przystawiasz”„wszystkie ci na to pozwalały, tak raptem, po krótkim okresie znajomości”.

WHAT IS THIS I CAN’T EVEN — ach, zapomniałem, wszyscy mężczyźni to zwierzęta, a kobiety muszą być dziewicami. Tylko co ten „artykuł” robi na portalu NIE będącym maczystowską kupą, a — rzekomo — skierowanym do kobiet?

Niech wie, że Twoje ciało to nie jest ławka na przystanku autobusowym, gdzie każdy może usiąść, ale loża w teatrze.

Kobieto! Bądź lożą! Zdobądź dofinansowanie z ministerstwa i niech byle kto na Tobie nie siada! (Proszę, nie wyobrażajcie sobie tego.)

Może Cię ucałować w dłoń, może w policzek, ale usta? Na to trzeba będzie poczekać. Kiedy już będziesz wiedziała o nim więcej, kiedy będziesz w stanie mu zaufać. Brzmi staroświecko? Hm, no to popatrz ile jest rozwodów w pokoleniu Twoich dziadków, ile w pokoleniu rodziców, ile w młodszych pokoleniach. Chcesz być nowoczesna, czy zapewnić sobie trwały związek? Wybór należy do Ciebie.

Trzeba mieć intelekt rozwielitki, żeby uważać, że zwiększona liczba rozwodów w naszym pokoleniu bierze się z całowania w usta.

W ramach kontrastu dla Jedynie Słusznego Sposobu Nawiązywania Związku Z Lożą, oto zalinkowany dwa artykuły niżej list innego prawdziwego mężczyzny (o urodzie nader wątpliwej) pt. „Sześć powodów dlaczego faceci skaczą w bok”:

2. Bo są wzrokowcami i kręci ich zdobywanie. Mężczyźni rozbierają kobiety wzrokiem, ciekawi są jakie mają piersi, sutki, umierają z ciekawości jak wyglądają ich cipki, chcą wiedzieć „jakie są w łóżku”. Uwielbiają ten moment kiedy oporna kobieta zaczyna ustępować, ulegać … Większość mężczyzn których znam naprawdę lubi się pieprzyć.

3. Bo nie potrafią się oprzeć, kiedy atrakcyjna kobieta wyciąga po nich rękę. Jeśli kobieta jest w moim typie, przepadłem, nie mam szans. Nawet jeśli początkowo odmówię, wkrótce poddam się, wrócę i powiem „tak”. Facet latami nosi w duszy poczucie straty, jeśli dobrowolnie zrezygnował z okazji do seksu z kimś, kto mu się podobał. Jedna z moich żon kiedyś stwierdziła z goryczą: „Każda kobieta może ciebie mieć.” (To było prawdą).

Ostatni tekst pochodzi dla odmiany z portalu NaTemat.

Osoby, które wiedzę o życiu czerpią z artykułów na portalach Foch i NaTemat z pewnością zgodzą się, że gwałt jest zawsze winą kobiety, która prowokowała niewłaściwym strojem; że nie powinna wszakże wychodzić z domu po zmroku; miejsce kobiety jest w kuchni; wysocy mężczyzni muszą zarabiać więcej, a jeśli zdradzają, to przecież dlatego, że mają większe potrzeby seksualne niż sądzą ich kobiety (znów pan Ziomecki). A dla tych, którzy nadal mają wątpliwości, czy Foch — mimo ładnej stylizacji i używania długich wyrazów jak np. „paździerzowa” — sięga poziomem powyżej Kafeterii, ostatni link:

Sęk bowiem w tym, że oficjalne nazwy wydają się dość nieprzyjemne (pochwa?, prącie?, wagina?, członek?) i zbyt absurdalnie brzmią w zestawieniu ze światem dziecięcych spraw. „Umyj sobie pochwę, córeczko.”„Nie przytrzaśnij członka suwakiem, synku.” – ja bym się pokładała ze śmiechu próbując wypowiedzieć, którekolwiek z powyższych zdań.