Wspominałem kiedyś, że wiedzy o BDSM NIE nabywamy z “50 twarzy Greya (a wszystkie takie same)”. W międzyczasie nieoceniona Pervocracy wprowadziła mnie i innych czytelników bliżej w świat mhrocznych milionerów i przygłupich sekretarek, informując z detalami, co dokładnie jest nie tak na kolejnych stronach. (Podziwiam, swoją drogą, cierpliwość — mi by się nie chciało.) Grey przede wszystkim łamie wszystkie zasady na temat obopólnej zgody — dopuszcza się porwania (bez zgody), stalkingu (bez zgody), zachowań zakrawających lub zgoła spełniających definicję gwałtu (chyba jasne, że bez zgody), a jesteśmy dopiero w rozdziale 8. Anastazja zaś gnie się jak wiotka lelija, co może mieć związek z tym, że jest dziewicą, której nigdy w życiu nie przydarzyła się nawet masturbacja i zwyczajnie nie wie, że Grey przekracza granice, których przekraczać nie wolno.

Moje pierwsze zetknięcie z BDSM polegało na tym, że spotykałem się przelotnie z pewnym biznesmenem, nazwijmy go Pristian Srey. Człowiekiem uroczym, niezwykle przystojnym, bogatym, dowcipnym, inteligentnym, obwożącym mnie po Warszawie kabrioletem, podrywającym ekspedientki w supermarkecie — wypisz, wymaluj Grey (tylko z innej branży). Pristian zabrał mnie do eleganckiej knajpy, napoił obrzydliwym greckim winem (ale nie w nadmiarze, kulturalnie), potem zabrał swym kabrioletem do domu, zaczął całować, wkładać dłonie pod koszulę (za moim pełnym zezwoleniem), a w pewnym momencie zaczął mocno gryźć. To mnie nieco skonfundowało i zaprotestowałem. Przestał, przeprosił, wróciliśmy do pieszczot lżejszych i wszystko wydawało się bardzo przyjemnie rozwijać, aż w pewnym momencie Srey zarzucił mi pasek na szyję i zacisnął go mocno.

Na ten temat nie rozmawialiśmy. Nie pytał mnie o zdanie, nie sugerował w ogóle nic podobnego, nie wspomniał ani słowem o swoich zainteresowaniach, nie interesowało go, czy je podzielam. Po prostu zaczął mnie dusić paskiem, bo tak mu się spodobało. Na szczęście udało mi się dość łatwo wyplątać (nie nalegał, że tak się wyrażę), ale przeraził mnie zupełnie autentycznie, bo nagle zdałem sobie sprawę, że mogę mieć do czynienia z psychopatą i być może jutro się nie obudzę, bo będę leżał gdzieś w piwnicy lub przysypany liśćmi w charakterze zimnego ciała.

Uciekłem mu z mieszkania, był późny wieczór, ja nie do końca pewien, gdzie się znajduję (obwożono mnie wszakże kabrioletem, a ja, głupi jak Anastazja, zamiast patrzeć, gdzie jadę byłem zajęty podniecaniem się drogim wozem), nie wiedziałem, czy wypuszczą mnie w ogóle ze strzeżonego osiedla (wypuścili), nie wiedziałem, gdzie szukać autobusu, nie miałem pieniędzy na taksówkę… Biznesmen był raczej zirytowany moją reakcją, bo zdaje się uznał, że skoro zabrał mnie do restauracji, to wolno mu zrobić cokolwiek tylko ma ochotę. Ja zaś byłem dodatkowo skonfundowany faktem, że nie mogłem powiedzieć tak do końca szczerze, że zabawa z paskiem mi się nie spodobała i nie wiedziałem, co o sobie w związku z tym myśleć.

Kolejnych doświadczeń nabywałem już wtedy, kiedy chciałem, z osobami, z którymi chciałem i w okolicznościach, które mi pasowały. Nigdy więcej nie przydarzyło mi się spotkanie z psychopatą — być może dlatego, że ich bezbłędnie wyczuwam, ale raczej dlatego, że się z czasem doinformowałem i nauczyłem, czego nigdy nie należy robić, co po pewnym czasie, z kim i gdzie. Oto kilka podstawowych punktów dla początkujących — zaawansowani mogą rzecz jasna ignorować (na własną odpowiedzialność) wszystkie poniższe reguły, ale nie dla nich jest ten post.

0. Tytułem wprowadzenia: B = bondage (wiązanie), D = domination (dominacja), S = sadism (sadyzm), M = masochism (zgadnijcie, co). Warto zwrócić uwagę na brak W (więzienie), P (przemoc), SE (szantaż emocjonalny) i ST (stalking). Nie trzeba lubić wszystkich literek, można tylko niektóre, niektórych zaś wcale albo mniej.

1. Nigdy nie pozwól się związać na pierwszej randce. Nie ma wyjątków, jakkolwiek uroczy, delikatny i przystojny nie byłby Christian Grey. Jeśli jest uroczo i przyjemnie, a on wyjmuje z szuflady sznur i łypie w Twym kierunku zalotnie, odstawiasz wytwornym gestem kieliszek z Chardonnay i prosisz, żeby sznur odłożył. Jeśli nalega, podnosisz z podłogi koronkową bieliznę, przyodziewasz się i oddalasz w nieznanym mu kierunku. Jeśli Pristian uniemożliwia Ci oddalenie się, psikasz mu w oczy gazem pieprzowym i podczas, gdy on się drze i drapie, Ty uciekasz. Wiązanie jest fajne i w ogóle, ale polecam je zostawić w spokoju na tyle długo, ile będziesz potrzebować, aby partnerowi w pełni zaufać. W przypadku jednego z moich współgraczy ten okres trwał cztery lata. Jeśli ważymy 45 kg i mamy 157 kg wzrostu, a partner waży kg 120 i jest z zawodu strongmanem, udanie się na pierwszej randce do jego Czerwonego Pokoju Bólu rozważamy co najmniej pięć razy.

2. Jeśli partner, stały czy przygodny, zasugerował eksplorację swoich tendencji BDSM, a Ty w sumie jesteś chętna/chętny, najpierw je przedyskutujcie i ustalcie, co konkretnie eksploracja oznacza. Dzięki temu unikniecie sytuacji, w której “pobawmy się dzisiaj ostrzej” dla Ciebie oznacza “włożę dziś białe kozaczki” a dla niego “zleję Cię nieizolowanym kablem podłączonym do prądu”. Polecam też zacząć delikatnie, krok po kroku odkrywając nowe rzeczy — nie wszystko musi się wydarzyć natychmiast, a dodatkowo bardziej doświadczony partner nie odstraszy mniej doświadczonego.

3. Ustalcie dwa “bezpieczne słowa” — żółte i czerwone. Dzięki temu, jeśli oczywiście podoba Wam się ten pomysł, możecie przed sobą nawzajem udawać niezadowolenie i przerażenie (“Och, Pristian, przestań uderzać mnie w lewy sutek tym oto zaostrzonym ołówkiem, au!!!”) lecz jeśli Wasze niezadowolenie rzeczywiście przewyższy przyjemność, będziecie w stanie to zakomunikować mówiąc, na przykład, “Grecja” albo “młotek” (coś nie mającego żadnego związku z prowadzoną grą). Nie polecam słów skomplikowanych — jeśli ktoś Cię akurat dusi, wyduszenie z siebie słowa “Konstantynopolitańczykowianeczka” może potrwać odrobinę za długo. Słowo żółte oznacza “w zasadzie mi się podoba, ale nie rób tego aż tak mocno”. Słowo czerwone oznacza “wcale mi się nie podoba i przestań natychmiast”. Partner dominujący MUSI uszanować zdanie partnera pasywnego na ten temat. Nie ma wyjątków, zdań odmiennych ani “ona z pewnością tylko tak udawała, ale naprawdę to chciała”. To ostatnie jest granicą, która dzieli obopólną zabawę od gwałtu.

4. Kneblowanie, podobnie jak wiązanie, nie jest polecane na sam początek. Jeśli już używacie knebla i sznura, polecam ustalić “bezpieczny gest” — z jednym z moich partnerów używałem krzyżowania palców wskazującego i środkowego. Chyba nie muszę tłumaczyć, dlaczego tak jest.

5. Partner pasywny NIE MUSI się zgodzić na to, czego chce partner dominujący. Dotyczy to absolutnie wszystkiego, od klapsów (osobiście nie lubię) przez łaskotki (nikomu nie wolno mnie łaskotać i nie ma wyjątków) aż do duszenia paskiem przez przystojnych biznesmenów i dołączania osób trzecich. Jeśli partner dominujący domaga się spełniania jego życzeń i nie przyjmuje odmów, to dupa z niego, a nie master. To samo dotyczy relacji w drugą stronę — dom wcale nie musi spełniać życzeń suba, jeśli ten/ta wymaga rzeczy budzących w domie przerażenie/niechęć/obrzydzenie. W sieci spotkałem ludzi, którzy chcieli ode mnie bardzo prostej rzeczy — żebym przyjechał do nich do domu i pobił ich jak najmocniej potrafię. Nie przyjąłem oferty, ponieważ nie miałem na to ochoty. Nie oceniam ich upodobań, ale nie znaczy to, że muszę dopomagać w ich spełnieniu.

6. Warto się upewnić, czy nie ma przeciwwskazań zdrowotnych do niektórych wesołych rzeczy, które przychodzą nam do głowy. Choroby serca, nadciśnienie, ale też drobiazgi typu “ups, zamknąłem Joasię w piwnicy na 12 godzin, bo była niegrzeczną dziewczynką i nagle przypomniałem sobie o jej insulinie”. Wszystko można, ale niektóre rzeczy jednak warto pozostawić w sferze fantazji.

7. Skoro mowa o sferze fantazji, niektóre i niektórzy z nas fantazjują o gwałcie, ale prawdziwy gwałt ma to do siebie, że nie można powiedzieć “Grecja” lub wcisnąć “stop” na pilocie. Dlatego też uważajmy na siebie. Jadąc do nieznajomego biznesmena warto może zapytać go o adres i wysłać ten adres SMSem do zaufanej przyjaciółki, mówiąc mu zupełnie otwarcie “Pristian, wybacz, ale ja cię tak naprawdę nie znam, czy masz coś przeciwko, żebym wysłała twój adres przyjaciółce na wszelki wypadek?” Jeśli ma coś przeciwko, nie jedziemy z nim do domu. Być może boi się włamywaczy, być może stracimy najlepszy seks w życiu, ale być może dzięki temu nie obudzimy się nieżywe w Lasku Kabackim.

8. Ufajmy intuicji. Jeśli nieznajomy budzi w nas dziwne uczucie, że coś jest nie tak, zaufajmy uczuciu. Jeśli ktoś nakłania nas do czegoś, na co nie mamy do końca ochoty, powiedzmy “nie”. Nie pozwalajmy nikomu, nawet przystojnym biznesmenom, zmuszać nas do rzeczy, na które nie mamy ochoty.

9. Czy wspomniałem już, że każdy z partnerów w każdej chwili musi być w stanie odmówić dalszych usług w zakresie BDSM, tak samo, jak w każdej innej formie seksu? Niektórzy spisują kontrakty ze szczegółowo wymienionymi regułami, zrzeczeniem się praw i roszczeń, etc. Newsflash: taki kontrakt nie ma żadnej wartości prawnej. Jeśli ktoś robi Ci coś wbrew Twojej woli, może mieć sto kontraktów na piśmie, w których napisane jest “pozwalam Janowi Kowalskiemu na wkładanie mi surowych warzyw w intymne miejsca”, a mimo to Twoja “Grecja” ciągle oznacza “natychmiast przestań”. I nawet nie dlatego, że mówiąc “warzywo” nie miałaś na myśli selera, na którego masz alergię, albo dlatego, że właściwie wolałabyś rzodkiewki. Dlatego, że chcesz, żeby przestał, a Twoja chęć jest powodem absolutnie wystarczającym.

10. Skoro już Was śmiertelnie nastraszyłem, teraz odpuszczę trochę i zachęcę: bawcie się. Nie traktujcie BDSM śmiertelnie poważnie, bo to okropnie tej grze szkodzi. Bądźcie dla siebie czuli i wyrozumiali — dbajcie o swojego partnera, nieważne, czy to sub, czy dom; zadając ból, czy wiążąc jak baleron na Wielkanoc pilnujcie, czy nie odcinacie dopływu krwi i nie powodujecie szkód nie do naprawienia; odkrywajcie, jak Wasze ciała i mózgi reagują na różne rodzaje stymulacji, kto tych rodzajów powinien dokonywać, kiedy i gdzie. I tak nie unikniecie pomyłek i śmiesznych sytuacji, więc przywyknijcie do tej myśli i przestańcie się przejmować. Najważniejsza reguła rządząca BDSM to ta sama, która powinna rządzić życiem każdego: nie skrzywdź partnera. Jedyna różnica to druga część zdania: nie skrzywdź partnera… ani trochę mocniej, niż ten sobie życzy.

Jeśli przeczytał to ktoś z doświadczeniem, zachęcam do krytyki i dodawania kolejnych punktów, może powstanie druga część.

(Zdjęcie skradzione Trzyczęściowemu Garniturowi)

Chronologicznie najpierw nastąpił “happening” na wykładzie niejakiego Camerona. Cameron przyjeżdża do Polski, ponieważ ktoś mu za to płaci (ciekawe swoją drogą, kto — rzekomo mamy w tym kraju “homolobby”, ale to raczej nie homolobby sprowadza sobie pseudonaukowców i opłaca ich pobyt. Może czas porozmawiać o homofobolobby?) i wygłasza swoje mądrości przed niewielkimi grupkami przekonanych. Na występie w Warszawie znalazło się, jak czytam u Trzyczęściowego, około dwudziestu osób, w tym sześć w ramach protestu. Dzięki protestowi przeczytało o Cameronie wiele tysięcy ludzi, w mediach tak różnych, jak gazeta.pl i Nasz Dziennik, niczyje zdanie się nie zmieniło, za to my — bo przecież nie jestem tu obiektywnym obserwatorem, co zawsze pośrodku — zrobiliśmy piękny wstęp do akcji, która miała miejsce wczoraj.

“Nieznani sprawcy zaatakowali wieczorem w siedzibie Krytyki Politycznej na ul. Foksal widzów filmu „Ona mnie nienawidzi (She Hate Me) o tematyce LGBT.” informują wiadomości lokalne gazety.pl. “Około piętnastu minut po rozpoczęciu seansu, czyli po godz. 19, dwóch ludzi krzyknęło: „bomba” i rzuciło puszkę, z której poleciały iskry. Kiedy wybiegliśmy na korytarz, tam leżała podobna puszka. Na szczęście nikomu nic się nie stało. Wezwaliśmy policję – mówił „Gazecie” Mariusz Kurc, redaktor naczelny magazynu LGBT „Replika”.”

Gothmucha, którego wielce szanuję, zdążył już napisać lekko Teh Dramz mininotkę na temat tego, jak to ostrzegaliśmy etc. Tyle, że dla mnie te dwa wydarzenia są poniekąd równoprawne, a przecież nie jestem obiektywny. Owszem, metody odrobinę inne, w jednym wypadku “puszka, z której poleciały iskry”, w drugim wołanie “ulecz mnie”, ale efekt ten sam: uniemożliwienie wypowiedzi osobie, która nie popełnia przestępstwa, nie nawołuje do popełniania go (gadanie głupot o leczeniu nie jest ani przestępstwem, ani nawoływaniem do jego popełnienia) i w rezultacie zaprezentowanie się w bardzo złym świetle.

Pisałem już całe lata temu — może nawet z dziesięć? czas pędzi nietaktownie prędko — o tym, że nie podoba mi się letnie traktowanie spraw LGBT w Polsce i czekanie cichutko w kątku, aż sprawy same się załatwią. O wiele bardziej podobało mi się brytyjskie OutRage! — moim zdaniem będące jednym z powodów, dla których w Anglii i Walii od 2014 będzie można zawierać małżeństwa między osobami tej samej płci. OutRage! podobało mi się dlatego, że po pierwsze primo było bardziej sensownie zorganizowane, po drugie primo zaś lepiej wybierało sobie cele.

Celem osób, które wrzuciły iskrzącą puszkę między oglądających film w siedzibie Krytyki Politycznej jest wyłącznie sianie strachu. Chodzi o to, żebyśmy nawet w “mateczniku” nie czuli się bezpieczni. To ten rodzaj chłopców, którzy onanizują się na myśl o biciu lewaków. Ich cel został osiągnięty. Co było celem osób, domagających się uleczenia przez Camerona? Czy osiągnęły swój cel? Czy warto było rozgłaszać istnienie Camerona na prawo i lewo i interesować jego “wykładami” setki tysięcy konsumentów mediów? Nasz Dziennik może teraz straszyć babcie nagłówkami o homoterrorystach, w dowód mając zdjęcia i nagrania. Hurra?

Jeśli ktoś chce organizować happeningi i akcje, mam parę pomysłów, żeby nie było, że wyłącznie krytykuję. Jestem gorącym zwolennikiem outingu polityków i księży, którzy wygłaszają publicznie tezy o tym, że homoseksualizm jest zboczeniem — ich wyborcy i parafianie powinni wiedzieć, że głosują i dają na tacę “zboczeńcom”. Osoby, szczególnie z kręgu naukowego, wygłaszające androny o chorobie i uleczalności, powinny być zmuszane do podawania źródeł, z których korzystają (tu propsy dla osoby, która w Opolu usiłowała nawiązać z Cameronem dyskusję, pytając o usunięcie go ze wszystkich znaczących towarzystw psychologicznych i psychiatrycznych oraz fakt wielokrotnego kwestionowania danych, na których się oparł). Przyjemnym sposobem zakłócenia wykładu panu Cameronowi byłoby posadzenie w pierwszym rzędzie dwóch osób homoseksualnych po sześćdziesiątce, które po 10 minutach zaczęłyby się całować (i nic ponad to) — a w drugim rzędzie kilku młodszych i silniejszych do ochrony. Czemu po sześćdziesiątce? Bo zdaniem pana Camerona geje tak długo nie żyją. “Analyze this”.

Obejrzałem wczoraj film o zespole LCD Soundsystem „Shut Up And Play The Hits”. Film opowiada o kontrolowanym rozpadzie zespołu, który z małego projektu grającego po klubach wyrósł na światową sensację — i o tym, że nie wszyscy marzą tylko o tym, by być sławnymi i bogatymi.

W filmie przewijają się fragmenty wywiadu z liderem, Jamesem Murphy. Dziennikarz sugeruje, że postrzegani jesteśmy jako suma naszych sukcesów, definiowani zaś jako nasza największa porażka. Posługuje się przykładem Michaela Jordana: wielkiego gwiazdora koszykówki, który po odejściu od sportu walczył z nałogiem hazardu i dwa razy powracał ze swojej emerytury.

Jakie są moje sukcesy? Chwaliłem się nimi w sumie tyle razy, że wystarczy. Jaka jest moja największa porażka? O tym pisze się trudniej. Wydaje mi się, że moją największą porażką jest to, co stoi również u podnóża moich sukcesów. Na swoje potrzeby definiuję tę cechę charakteru jako „ognistość”. Jest ona podobno dość typowa dla dwubiegunowców i znamy ją z dowcipu o złotej rybce, spełniającej trzy życzenia: „Chcę jeża! E, do dupy z takim jeżem! Aaaaa, wyjmijcie mi jeża!” Ogień, mój ukochany żywioł, grzeje, pozwala ugotować posiłek, jest nadzwyczaj przydatny w kuźni, ale bywają chwile, kiedy wymyka się spod kontroli i zanim powiecie „I tylko jeża przelecieć się nie da” okazuje się, że w Australii 2000 strażaków nie może zgasić pożarów buszu.

Dużą porażką było dla mnie kupno gitary. Okazało się mianowicie, że aby grać na gitarze należy tę umiejętność ćwiczyć. Nie przychodzi to łatwo, a co gorsza bolą paluśki i robią się na nich bąble. Po trzech tygodniach i kilku słitaśnych fociach na fejsbuniu gitara zaległa w kącie, gdzie leżała, póki nie oddałem jej bratu. Mój brat w odróżnieniu ode mnie posiada i talent i determinację, więc zakup nie okazał się kompletnie zmarnowany.

Porażką był dla mnie jeden z moich dawnych związków. Tylko jeden. Ze wszystkich moich związków czegoś się nauczyłem; z tego nauczyłem się tylko tego, że głupim. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że to było dawno temu i na szczęście nie potrwało bardzo długo (chociaż ja, jakom głupi, chciałem tę farsę ciągnąć dalej). Jeśli przypadkiem czyta to jeden taki Szwedzki Niedźwiedź, to półgębkiem chciałbym go przeprosić i podziękować, że miłosiernie ze mną zerwał. Chciałbym wierzyć, że nigdy więcej nie skoncentruję się na myśleniu wyłącznie mniejszą główką.

Porażką pozostaje fakt, że nie napisałem książki. Zacząć zacząłem chyba z pięć. Tylko żadna z nich nie wyszła poza etap pierwszej wersji do redakcji. Problem leży w tym, że kiedy już tę pierwszą wersję skończę, historia mnie nudzi, bo wiem, jak się skończy. Nie wynalazłem zaś jeszcze sposobu na zaskakiwanie samego siebie wciąż od nowa własną prozą. Obiecuję samemu sobie, że zostanę Ałtorem już od jakichś 15 lat. Co ja pocznę, nie udało się i nie wiem, czy kiedykolwiek się uda. Nawet krótsze formy po jakimś czasie mnie nudzą, a co gorsza ten krótki czas jest za krótki, żeby je skończyć.

Największej porażki chyba ciągle nie przeżyłem. Bogowie mi sprzyjają, chorób i zdarzeń losowych nie uważam za porażkę, nie zdarzyło mi się nigdy przypadkiem wystąpić w telewizji po pijaku lub zabić człowieka dla zabawy. Nie jest więc źle. Co do sukcesów, też nie odniosłem jakichś powalających na kolana. Nie mam nagrody Nobla, własnego reality szoł, pierwszego (ani drugiego) miliona na koncie. I dlatego o mnie nie kręci się filmów dokumentalnych. Ale znów wracam do własnych rozważań: co tak naprawdę oznacza „szczęśliwe życie” i czy sukces to chwila, czy raczej dni/tygodnie/miesiące uczucia, że jest dobrze? Czy niepracująca matka trojga dzieci, przeżywająca chwile szczęścia w związku z tym, że może się nimi zajmować, zamiast chodzić do pracy odniosła wielką życiową porażkę? Czy James Murphy, rozwiązujący zespół i nadal, mimo tego, że ostatni koncert już się odbył, zagryzający się myślami „czy słusznie zrobiłem” odniósł sukces? Czy mam prawo każdy dzień spędzony w kuźni traktować jak cudowny prezent od bogów i wierzyć, że słusznie robię, mimo, że raty kredytu piszczą i domagają się regularnego dokarmiania? Spytajcie mnie za jakieś 40 lat. Może będę wiedzieć.

Z drugiej strony, czy porażki to chwile? Rozmawiałem z zaskakującą ilością osób, które wyznają mi, że bardzo mi zazdroszczą kuźni. Nie dlatego, że to kuźnia, tylko dlatego, że odkryłem, co kocham robić i to robię. Część z tych osób poprzestaje na marudzeniu, że „chciałbym, ach chciałbym podróżować” (zupełnie jak moje pisanie książki), część nawet nie wie, czego by chciała, część wie i w zasadzie by mogła, ale nie wiedzieć czemu tego nie robi. A czas złośliwie płynie tylko w jedną stronę. Jeśli masz dziś lat 30, drogi Czytelniku, za 10 lat będziesz mieć 40. Czy będziesz wtedy mieć na koncie trzy książki? Pięć kontynentów? Własną firmę? Zespół, trzy płyty, wyprzedany Madison Square Garden? Co robisz w tym kierunku? Czy uważasz, że robisz wystarczająco dużo?

W kuźni spędzam dwa dni w tygodniu; oprócz tego czytam, rozmawiam, oglądam, usiłuję się zmotywować do rysowania (to jedno mi nie idzie). Czy to jest sukces, czy porażka? Z punktu widzenia mojego konta bankowego jest to porażka stulecia. Z punktu widzenia mojej psychiki jest to sukces. Liczę na to, że za kilka lat sukces przełoży się na własną kuźnię i klientów. Nie wiem, gdzie. Może w Polsce? (Zaraz po tym, jak piekło zamarznie.) Nie jest to może sukces na miarę Nobla. Ale wiem tyle, że raptem niecałe dwa lata temu miałem forsy jak lodu, dragów po kolana, alkoholu po zębodziurki i pięć imprez tygodniowo z DJem. Teraz nie mam żadnej z tych rzeczy, ale za to jestem szczęśliwy.

Do notki zainspirował mnie komentarz Rosy do poprzedniej notki oraz lektura listu nieszczęśliwej kobiety do focha (rozumiem desperację, ale czy nie można było chociaż do Wysokich Obcasów…)

Kiedy zrozumiałam, że kocham też tego DRUGIEGO mężczyznę, nie wiedziałam co zrobić. Czekałam, aż mi przejdzie. Niestety stało się przeciwnie. Na jednym z wyjazdów firmowych ON wyznał, że jestem Jego miłością od pierwszego wejrzenia i marzy o tym, żeby spędzić ze mną życie. To było jeszcze gorsze, niż gdyby nie odwzajemniał moich uczuć.

Wcale nie byłam szczęśliwa, raczej rozbita. […] To, że tak samo mocno kocham dwóch mężczyzn jest dla mnie prawdziwą tragedią. Ale nie jestem w stanie dobrowolnie zrezygnować z żadnego z nich.

Jestem w stanie zrozumieć uczucia foszanki, bo sam kiedyś się zakochałem jak od uderzenia pioruna w mężczyźnie, którego spotkałem w pracy. Mieszkałem wtedy z Szacownym Eks-Małżonkiem i nowa miłość nie była mi ani do niczego potrzebna, ani jej nie szukałem, ani sam nie chciałem sobie na nią pozwolić. Reakcje organizmu były tak silne, że zdarzyło mi się pobiec do łazienki i zwymiotować, gdy nieświadom moich uczuć kolega z pracy wszedł do pokoju. Na szczęście długo z nami nie popracował, bo nie pasował do mnie w żaden sposób, jego istnienie źle wpływało na mój związek, a dodatkowo ja wtedy jeszcze nie umiałem sobie wyobrazić niczego innego, niż tylko monogamiczne „żyli długo i szczęśliwie”.

Od tego czasu dużo się nauczyłem, o sobie i o innych ludziach. Nawet już kiedyś o tym napisałem. Nadal eksperymentuję z monogamią i nie tylko, a pomaga mi w tym fakt, że w pełni świadomie kocham trzech mężczyzn, każdego z nich inaczej. Zbrojmistrza kocham jako partnera, mojego przyjaciela-kowala kocham jako mojego przyjaciela-kowala, mojego sponsora z programu 12 kroków kocham tak, jak można kochać osobę, z którą jest się bardziej szczerym, niż ze sobą samym. Żaden z nich nie musi się obawiać „konkurencji” drugiego, a ja doskonale sobie potrafię wyobrazić, że foszanka może kochać dwóch różnych mężczyzn i bardzo mi daleko do potępiania jej za to.

Rosa napisała w swoim komentarzu:

Czy geje (nie wiem, na ile masz wiedzy o lesbijkach) radza sobie z niemonogamicynymi formami zwiazkow? Ja trafilam na dwa rodzaje ludzi- tych, ktorzy chcieli mnie raz, moze dwa przeleciec i poslubic inna i tych, ktorzy chca poslubic mnie. Gdy pada slowo przyszlosc, o niczym innym niz malzenstwo nie ma mowy.

Kiedy jeszcze mieszkałem w Polsce, znałem tylko jeden konstrukt związku — „małżeństwo”. Idea związku otwartego wydawała mi się nieludzka i potworna, bo jakże to tak można z innym, niż Mój Ukochany TŻ. Zachowywałem się oceniająco i postrzegałem wszystko tak czarno-biało, jak tylko mogłem. Na swoje usprawiedliwienie mam młodość i fakt, że katolickie poczucie winy lało się wtedy w Polsce z kranu nawet w domach ateistycznych. Do tej pory słowo „singiel(ka)” to w Polsce powód do drwin z „tej biednej mazepy, co sobie chłopa nie znalazła”, a idea powiedzenia mężowi o istnieniu kochanka egzystuje w sferze mrzonek.

Mój poprzedni związek, z DJem, był w zasadzie monogamiczny. Mówię „w zasadzie”, ponieważ pod koniec wyszło na jaw tyle łgarstw z jego strony, że nieomal zdziwiony byłbym, gdyby mnie nie zdradzał. Ze Zbrojmistrzem jesteśmy niejako odwrotnie w związku w zasadzie otwartym, tyle, że niespecjalnie nam się chce z tej otwartości korzystać. A jednak gdyby miał on napotkać drugiego mężczyznę i zakochać się w nim — jak foszanka — chciałbym o tym wiedzieć. Nie sądzę, żebym się od niego domagał wyboru „on albo ja” (chyba, że ten drugi lubiłby Celine Dion i domagał się słuchania jej na cały regulator w mojej obecności). Bo Zbrojmistrz stanowi w moim życiu tak ważny punkt i tak silną podstawę, że seks z innym, a nawet miłość do innego nie mogłaby tego popsuć — dopóki nie przestanie kochać również mnie. To, co nas łączy jest po prostu tego rodzaju, że obecność innych osób nie jest ważna — dopóki ta więź nie zniknie i inni nie zaczną pojawiać się ZAMIAST.

Gdy poznałem Zbrojmistrza, byłem po pierwsze w stanie hipomanii, który sprzyja postawie „przelecieć wszystko, co ma w miarę obłe kształty”, po drugie — cynicznie przekonany, że nie jestem w stanie pokochać, po trzecie — miałem swój harem i nie miałem planów z niego rezygnować. Wszystkie te rzeczy uległy zmianie, przy czym pierwsza wpłynęła na drugą i trzecią. W międzyczasie w moim otoczeniu związki zawiązywały się i rozwiązywały. Mój przyjaciel Stefcio i jego mężczyzna mają problem tego rodzaju, że mężczyzna Stefcia ma swój harem i uważa to za rzecz OK, ale Stefciowi odmawia zezwolenia na szukanie przygód z nieznajomymi. Stefcio zaś nie ma haremu, a zakaz zapoznawania się z nieznajomymi uniemożliwia mu zbudowanie owego, co wzbudza w Stefciu poczucie niesprawiedliwości. Inny z moich kumpli, nazwijmy go Guciem, przez cztery lata męczył się (to jego słowa) w związku zamkniętym, otworzył go trzy miesiące temu, a po czterech tygodniach jego ukochany — który do tej pory nalegał na monogamię — powiedział mu, że spotkał kogoś nowego, zakochał się i odchodzi. Zaś jeden z członków mojego dawnego haremu, z którym nadal utrzymuję kontakty — uroczy drań zwany Bambim — jest w związku od 29 lat, kocha męża ogromnie, ale jeśli chodzi o seks, wszystko już ze sobą zrobili dwieście razy i zwyczajnie im się znudziło. Czemu mieliby z tego powodu się rozstawać, skoro kochają się i są szczęśliwi razem?

Nie umiem powiedzieć, czy jest dla mnie idealny rodzaj związku. Ten, który mam teraz, pasuje mi teraz. Za trzy miesiące wiele się może zmienić (np. mogę wpaść w hipomanię). Chciałbym jednak dodać jeszcze jedno. Moja ulubiona Kylie Minogue i jej ukochany Andres Velencoso zerwali ze sobą po pięciu latach. Wielu fanów, jak również żądne krwi tabloidy, ma na ten temat wiele do powiedzenia, głównie w stylu „co za szkoda, wszyscy myśleli, że tym razem się uda”. Moim zdaniem pięć lat razem nie oznacza, że się „nie udało” — tak samo, jak fakt, że film się kiedyś kończy nie oznacza, że wyjście do kina było nieudane. Bo życie to podróż, a nie cel. Również to miłosne.

Roso, czy udało mi się odpowiedzieć?