Nie Będzie Teleranka

Praca nad realizacją marzeń posuwa się zgodnie z planem, co oznacza, że nie posuwa się ani trochę lepiej — przede wszystkim finansowo.

Decydując się na zmianę kariery byłem świadom tego, że będzie się to łączyło ze zubożeniem — i tak właśnie jest, przynajmniej na razie. W ulubionym barze bywam raz w miesiącu, a nie trzy razy w tygodniu. Kupując żywność przyglądam się cenom, zamiast łapać to, na co akurat mam ochotę i wybieram produkty tańsze. Z zakupów odzieżowych nabyłem z drugiej ręki niepalny strój mechanika lotniczego, przymierzam się do zakupu okularów ochronnych z filtrem oraz maseczki z filtrem (powiedzmy delikatnie, że wentylacja w kuźni pozostawia co nieco do życzenia). Zrezygnowałem z kablówki i szerokopasmowego internetu. Nie stać mnie na to, żeby wyjechać do Polski na parę dni, zobaczyć się z rodziną i zrobić nowy tatuaż.

A to przecież dopiero pierwszy krok w ograniczeniach — takie ograniczenia #whitegirlproblems. Nie musiałem jeszcze sprzedać iPada, wymienić komputera na tańszy czy zrezygnować z ubezpieczenia medycznego (chociaż dentystyczne olałem, dowiedziawszy się, jak wygląda relacja między comiesięczną opłatą, a tym, co otrzymujemy w zamian). Istnieje możliwość, że nie będzie mnie stać w ogóle na wizyty w barach, na wyjazd gdziekolwiek dowolnym środkiem lokomocji oprócz roweru; ba, istnieje możliwość, że będę musiał negocjować z bankiem obniżenie raty kredytu za mieszkanie. Tymczasem właśnie umówiłem się z kowalem, u którego w kuźni praktykuję sobie regularnie, że za 300 euro nauczy mnie techniki, którą Roman Sypniewski w swojej książce pt. Kowalstwo określa mianem zgrzewania kowalskiego.

Do celu zmierzam całym sobą. Siłownię opłaciłem z góry na rok na początku stycznia, wiedząc, że co jak co, ale z tego rezygnować nie mogę. Zamiast wymieniać okna, jedno z nich otworzyłem przy pomocy młotka, noża do tapet i silnego kumpla po drugiej stronie. Zamiast zamawiać specjalistów do remontu, odremontowałem sobie kawałek mieszkania sam, po czym sam wynająłem się do pomocy — nigdy nie zaszkodzi ani dorobić, ani czegoś się nauczyć. Dzięki temu czuję się nareszcie jak prawdziwy Polak na saksach, chociaż znam za dużo obcych języków i rzadko bywam na mszy.

*

Politycznie wreszcie zostałem w Holandii prawdziwym lewicowcem, co po części wiąże się z tym, że mamy tu rząd liberalno-chadecko-nazistowski, stanowiący odpowiednik premiera Korwina-Mikke w koalicji z PiS i NOP. Oznacza to także, że w warunkach polskich jestem na lewo od lewicowych anarchistów, Krytyki Politycznej i tego siedliska żydokomuny, jakim jest rzecz jasna Gazeta Wyborcza.

W tejże czytam ostatnio o squatach i wcale mi się nie podoba to, co czytam, ponieważ tak się składa, że jestem po stronie squattersów. Zjawisko squattingu było jednym z powodów, dla których przyjechałem do Amsterdamu pięć lat temu; bardzo podobało mi się jakże lewackie podejście władz holenderskich, które uznały, że od świętego prawa własności o wiele ważniejsze jest święte prawo, żeby nie mieszkać na ławce w parku, nie umierać wskutek odmrożeń i żeby wykorzystywać jak najwięcej nieruchomości, które latami stoją nieużywane.

Przyznam, że określenie mojej znajomości Biblii mianem wybiórczej będzie nadal komplementem, ale wszystko, co wiem o Jezusie sugeruje, że był on zdziczałym lewakiem, który przyjaźnił się z prostytutkami, zamieniał wodę w wino (a nie odwrotnie) i zachęcał do dzielenia się posiadanymi dobrami materialnymi, nic zupełnie nie wspominając o świętym prawie własności. Tymczasem w Polsce, drugim najbardziej katolickim kraju na świecie po Watykanie, czytam:

To dobrze, że są ludzie, którzy mają energię, robią wystawy, koncerty czy pokazy filmów, uczą naprawiać rowery czy gotować wegetariańskie obiady, czyli wszystko to, co dzieje się w squatach takich jak Elba. Z jakiegoś nie do końca jasnego dla mnie powodu bardzo ważne jest, żeby tych wszystkich czynności dokonywać „na nielegalu”. Warsztaty naprawiania roweru w samowolnie zajętym budynku są kulturą alternatywną, a gdyby ktoś prowadził je w dzielnicowym domu kultury, prawdopodobnie zaprzedawałby się Babilonowi. To trochę śmieszne, ale trudno, od tego jest młodzież, by się buntować przeciwko systemowi.

Słowem, nie dziwi mnie, że istnieje grupa osób koniecznie potrzebujących squatu. Ale nadawanie włamaniu do pustego budynku rangi walki o „miasto otwarte” jest po prostu śmieszne. Mogę jeszcze zrozumieć protesty przeciwko wyrzuceniu ze squatu Elba – ludzie się tam zadomowili, mieli swoje rzeczy, których natychmiastowe przeniesienie mogło być problemem logistycznym. Uzasadnione było oczekiwanie, że właściciel uprzedzi o zamiarze opróżnienia budynku. Ale próba zajęcia siłą budynku na ul. Skorupki i dziwienie się, że burmistrz się nie zgadza i wzywa policję, jest już czymś więcej niż młodzieńczą naiwnością. To populizm.

Oraz:

Policja jest od tego, by reagować, kiedy ktoś popełnia przestępstwo. Policja jest też od tego, by podjąć interwencję, gdy ktoś ją o to poprosi.

Wdarcie się na cudzy teren to przestępstwo opisane w kodeksie karnym (art. 193). Jeśli właściciel tego terenu wzywa policję, to ta przyjeżdża i podejmuje interwencję. Jeśli tłum nie podporządkowuje się poleceniom policji, to ta używa siły. Jeśli ktoś bije policjanta pięścią w twarz albo kopie w rękę, jest zatrzymywany i prokurator stawia mu zarzut. I tyle.

Dorabianie ideologii do nielegalnego wtargnięcia na cudzy teren wydaje mi się nadużyciem.

Kto dał prawo decydowania squattersom o tym, co powinno znajdować się w budynku przy ul. Skorupki?

W komentarzach czytam zaś o „nowej miejskiej tradycji przestępczej”, „nielegalni won i nie ma dyskusji”, „cwanych meliniarzach (skłotersach)”, „lewackich brudasach i złodziejach”, „grubych milionach z naszych podatków na melinę lewactwa na Nowym Świecie” (chcę wierzyć, że to troll), etc. A czytam to wszystko na portalu gazeta.pl, który jak wiadomo sam jest meliną lewactwa.

Nie do końca rozumiem, jak można pogodzić bycie chrześcijaninem ze świętym prawem własności. Ciężko mi sobie wyobrazić podejście bardziej chrześcijańskie, niż zachęcanie do squattowania nieużywanych budynków, rozdawnictwa dóbr i równej ich dystrybucji. Równie ciężko uwierzyć w to, że można być chrześcijaninem i określać bliźnich mianem „lewackich brudasów i złodziei” i nawoływać, aby „nielegalni won”. Czy to miał na myśli Jezus, zachęcając do kochania bliźniego jak siebie samego? Wynikałoby z tego, że te wszystkie komentarze piszą li i jedynie ateiści. Ale podobno ateiści są co do jednego lewicową hołotą brudasów i złodziei. Czyżby wyzywali innych od tychże lewicowych złodziei w ramach szczwanego planu mającego na celu odwrócenie od siebie uwagi?

Z pierwszych zdań komentarza redakcji GW wynika, że budynek stał pusty. Jaki zysk ma miasto z pustego budynku? Jaki zysk ma jego właściciel? Jaki zysk ma, w ogóle, ktokolwiek? Co komu przeszkadza kolektyw squattersów w budynku, jeśli założymy, że właściciel w każdej chwili może zawiadomić korzystających z jego posesji, że za trzy miesiące planuje powrócić do wykorzystywania budynku i prosi, aby do tego czasu został opuszczony? Jeśli squattersi wtedy odmówią odejścia, przestaną być kolektywem squattersów, staną się włamywaczami — ale w czym problem, dopóki z budynku nikt nie korzysta?

Squatting dałoby się prosto zalegalizować — na tej samej zasadzie, która funkcjonowała w Holandii, dopóki prawicowy rząd nie zmienił prawa. Nieużywany przez dwa lata budynek staje się dostępny squattersom, którzy mogą legalnie w nim zamieszkać. Właściciel, który chce powrócić do wykorzystywania budynku, musi zgłosić to urzędowi miasta i wyjaśnić, dlaczego przez lata budynku nie używał, a teraz nagle chce to zmienić. Squattersi musieliby zobowiązać się do nieniszczenia zajętego budynku i zwrotu na żądanie urzędu miasta w takim samym, lub lepszym stanie, niż kiedy został zajęty. Ale do tego celu musielibyśmy założyć, że najwyższą wartością jest życie ludzkie i jego komfort, a nie święte prawo własności; że każdy nasz bliźni ma pewne podstawowe prawa, np. prawo do zamieszkania w nieużywanym budynku; że nikogo nie wolno wyrzucać na bruk, nie zapewniwszy mu alternatywnego lokalu; że alternatywny styl życia jest równie „dobry”, jak standardowy. Czyli, poniekąd, zgodzić się z naukami Jezusa Chrystusa… ups…

Michał Wojtczuk pisze w swoim komentarzu:

Mówimy o mieście, przy którego głównych ulicach działają szmateksy i kebaby, w którym tanio zjeść wegetariańskie jedzenie można w setce chińskich barów, w którym funkcjonują kluby studenckie, ośrodki pomocy społecznej i domy kultury, w którym organizowane są offowe pokazy filmów i poetyckie slamy, w którym grafficiarze za pozwoleniem właściciela mogą tworzyć galerię obrazów na murze otaczającym służewieckie Wyścigi.

Kto by pomyślał, że w Warszawie jest tak fajnie od kiedy wyjechałem? Bo ja to miasto pamiętam inaczej. Pamiętam ogromne billboardy zakrywające okna; pamiętam zamykanie kawiarni, barów mlecznych i księgarni i otwieranie kolejnych filii banków; pamiętam zamykanie Le Madame (czy w miejscu po Le Madame w końcu coś powstało, czy cały czas stoi nieużywane?). Pamiętam szarość, ludzi rzucających we mnie puszkami z piwem za to, że wziąłem za rękę swojego chłopaka i wyzywającymi od pedałów, bo założyłem czerwone spodnie. Kluby studenckie reklamujące się tym, że alkohol jest w nich wyjątkowo tani i grające przeboje alternatywnych wykonawców takich, jak Urszula i Green Day. Dyskoteki z selekcją, strzeżone osiedla za kratami, nieoprocentowane, ale za to płatne konto bankowe w banku, który właśnie otworzył nową filię w miejscu, gdzie przedtem mieścił się szmateks.

Ale z daleka łatwo krytykować, wiem. Opowiedzcie mi o pięknej Warszawie, w której chińskie bary serwują wegetariańskie jedzenie, każdy squatters łatwo znajduje pracę, dzięki której łatwo może wynająć tanie mieszkanie, dzielnicowe domy kultury zapraszają punków do tworzenia kultury alternatywnej, w ośrodkach pomocy społecznej sympatyczni urzędnicy tylko czekają, aż wreszcie przyjdą jacyś chętni (których ogólnie jest bardzo mało, bo przecież każdego stać na tanie mieszkanie), którym będą mogli uprzyjemnić leniwą egzystencję. W domach kultury urząd miasta co chwila organizuje offowe pokazy filmów, teatry wystawiają niemainstreamowe sztuki, na jedne i drugie bilety są bardzo tanie, dzięki czemu tłumy walą te dzieła oglądać. Zaraz po tym, jak zjedzą tani, pyszny obiadek wegetariański w chińskim barze.

Chiński bar darem polskiej kultury alternatywnej dla narodu, rzecze komunistyczna Gazeta Wyborcza, a prawicowi miłośnicy nauk Jezusa określają bliźnich mianem brudasów i złodziei i domagają się, aby bliźni poszli takoż proszę won. Dokąd konkretnie mają pójść won, miłośnicy nauk Jezusa nie podają. Byle nie na strzeżone osiedle, gdzie miłośnicy mieszkają.

*

A tymczasem zostałem zatrzymany na ulicy… nie, nie przez policję… przez fotografa, który chce mi zrobić zdjęcia do artykułu w mainstreamowej gazecie o alternatywnych stylach życia, albowiem gdyż mam w uszach 18-milimetrowe tunele. W Amsterdamie, jak się okazuje, stanowię rzadkość. Może powinienem wrócić do Warszawy i realizować się artystycznie w domach kultury, żywić w chińskich barach i odziewać w szmateksach ulokowanych na głównych ulicach miasta?

…czyli Yours Truly o otwartych związkach, homoseksualistach i profesorze Izdebskim:

Pięć lat temu w życiu by mi nie przeszło przez myśl, że w ogóle będę kiedyś w otwartym związku. Nie mieściło mi się w głowie, że można kogoś kochać, a sypiać z kimkolwiek innym, nie mówiąc o tym, żeby sypiać z większą ilością innych osób. Albo żeby z partnerem o tym rozmawiać i nie ukrywać tego przed wspólnymi znajomymi. Tymczasem w rok 2012 wstąpiłem w stanie zdecydowanej poligamii i fakt, że spotykam się z kimś całkiem na poważnie, żadnemu z nas nie przeszkadza w podtrzymywaniu tego stanu.

Zapraszam do lektury!

Coś z tym DJem się dzieje. Nie bardzo wiem co, ale pcha mi się w życie, co ciekawe, niebezpośrednio.

Parę dni temu odezwałem się do nader apetycznego niedźwiedzia przy pomocy iPhone’owej aplikacji o nazwie Growlr. Niedźwiedź odpisał:

A cześć Ray, spotkaliśmy się kiedyś, kiedy byłeś z DJem.

O kurczaki, pomyślałem i w popłochu odpisałem:

Rozumiem, przepraszam, sam trafię do wyjścia.

Niedźwiedź szybko objaśnił, że nie miał na myśli nic złego, tyle tylko, że DJ z nim randkował aż do pewnego piątku, kiedy to poznał mnie, a następnego dnia się okazało, że już z nim nie randkuje, stracił zainteresowanie i w ogóle o ćo chodzi jakby.

To mnie lekko zaskoczyło, dopytałem trochę i okazało się, że rzeczony pan, nazwijmy go Esterhazy, rzeczywiście pojawiał się w DJowych opowieściach. DJ zajmował się głównie odsądzaniem go od czci i wiary, określaniem mianem leniwego tępaka i oskarżaniem o wszystko, co najgorsze pod kątem ich współpracy przy organizowaniu imprezy. Żadna sugestia o randkowaniu w ogóle się nie pojawiła, za to DJ skarżył mi się, że Esterhazy go wulgarnie podrywa i co on ma biedny zrobić. Ja zaś wtedy jeszcze nie wiedziałem, że DJ łże i bardzo mu współczułem, że musi pracować z tak okropnym człowiekiem.

Że DJ łże dowiedziałem się w sposób bardzo prosty. Tak się składa, że ja prawie nigdy nie kłamię, ponieważ mam bardzo kiepską pamięć i gdybym komuś nałgał, musiałbym potem gdzieś sobie zapisywać, kim ta osoba była i co konkretnie jej powiedziałem. Tak więc prościej jest mówić prawdę. DJ tej prostej prawidłowości jakoś nie odkrył i opowiedział mi tę samą historię dwa razy, tyle, że z różnymi zakończeniami — a nie była to anegdotka typu „taką duuużą rybę złowiłem”, tylko historia poważna i z dość ciężkim podtekstem.

Esterhazy spotykał się z DJem, jak łatwo obliczyć, ponad rok temu, ale ulało mu się tyle, że wyraźnie nadal nie przebolał popełnionego błędu, na koniec zaś poinformował mnie, że w zeszłym tygodniu spotkał DJa w barze, ten był wobec niego nieprzyjemny i chamski, a na koniec został wyrzucony przez ochronę — DJ, nie Esterhazy — za kradzież. Nie wnikałem, czego to była kradzież, zajęty byłem głównie kiwaniem smętnie głową nad własną głupotą.

Pociesza mnie myśl, że nie jestem rzecz jasna pierwszą naiwną, która poleciała na Złego Chłopca. Ten sam błąd zrobiła Madonna i poświęciła mu większość nowej płyty, która jest jednocześnie bardzo, bardzo dobra i trochę za bardzo przypomina mi o DJu — część tekstów mógłbym mu poświęcić i z wyjątkiem aluzji do ślubu wszystko by się zgadzało. Dwa single z płyty, „Give Me All Your Luvin'” oraz „Girl Gone Wild” w ogóle nie oddają atmosfery albumu, co więcej są to dwie najgorsze piosenki z szesnastu dostępnych na edycji deluxe.

 

 

Możliwe, że na single zostały wybrane dlatego, żeby Guy Ritchie nie poleciał do sądu z procesem zanim album się ukaże. Madonna, nigdy nie wyróżniająca się specjalną delikatnością i taktem, bardzo otwarcie śpiewa o tym, że Guy leciał na kasę, łgał — a najgorzej przed ołtarzem, wyssał z niej mnóstwo pieniędzy, które wydaje teraz na laski i luksusowe samochody. A czym by mu się chętnie odwdzięczyła? „Bang bang, shot you dead, shot my lover in the head. […] You need to die for me baby… how can I move on with my life if you don’t die for me baby? […] Now my lover is dead and I have no regrets, cos he deserved it. And I’m going straight to HELL and I have a lot of friends there. And if I see that bitch in hell, I’m gonna shoot him in the head again, cos I wanna see him die. Over and over and OVER AND OVER AND OVER AND OVER NOW DRIVE BITCH! I said drive, bitch! And while you’re at it, DIE BITCH!” Madonna pewnych rzeczy nie wybacza. Ja też nie i utwór nadzwyczaj pasuje do nastroju, jaki wzbudzają we mnie myśli o DJu.

Nie chodzi bynajmniej o to, że go nadal kocham, czy też tęsknię — żadne takie. Ciężko mi raczej wybaczyć samemu sobie zrobienie aż tak wielkiego błędu w ocenie człowieka — może dlatego, że nikt wcześniej nie okłamywał mnie tak bezczelnie, nie wykorzystywał mnie finansowo i nie porzucił z dnia na dzień kiedy byłem na samym dnie choroby. Madonna spędziła z Ritchiem 7 lat i z tego, co wiem pierwsze dwa były fantastyczne, a potem było już tylko gorzej i gorzej. Ja wyszedłem na tym lepiej — jedyne sześć miesięcy i brak podziału majątku na koniec. Może dlatego piosenka, jaką dla niego napisałem po rozstaniu, nie zawiera sugestii, że chętnie odstrzeliłbym mu łeb.

A płyta Madonny jest jej najlepszą od Music 12 lat temu i powinniście jej posłuchać, nawet (zwłaszcza!) jeśli nie spodobały się Wam single.

Kilka dni temu przyśnił mi się DJ.

Ostatnio, w ramach sprawdzania, czy naprawdę niczego się nie boję, z premedytacją jeżdżę trasą koło jego domu. Unikałem jej od czasu zerwania, mimo, że jest to trasa krótsza i z mniejszą ilością podjazdów pod górkę. Teraz już nie unikam. No i oczywiście w końcu się doczekałem i zobaczyłem go, jak z kuzynem podjeżdżają na skuterku pod dom. Czy DJ mnie zobaczył, tego nie wiem.

Tej samej nocy miałem sen, w którym DJ wraca, przeprasza, pada na kolana i prosi mnie o powrót. Ja zaś uprzejmie podnoszę go z kolan, wydzielam mu jedną sztukę przyjacielskiego uścisku, po czym informuję, że nie jestem zainteresowany i kieruję w stronę wyjścia. Sen podniósł mnie na duchu na kilka sposobów — po pierwsze primo nie obudziłem się z krzykiem, po drugie primo — podobało mi się zakończenie, po trzecie primo — w ogóle całość zrobiła na mnie dobre wrażenie, więcej takich proszę.

*

Tymczasem zaś… czy wspominałem Wam kiedyś, drodzy Czytelnicy, o mojej stajni?

Tym żartobliwym mianem określam dostępnych mi w smętne jesienne wieczory ogierów. (jak wiadomo, „puszczalski” mężczyzna to ogier, zaś kobieta to szmata. In unrelated news, w Polsce seksizm nie jest problemem.) Dobieram ich na ogół pod kątem tego, czy da się z nimi porozmawiać również przed i po odbyciu wzajemnego masażu i nader rzadko mnie intuicja zawodzi; ba, w przypadku Starszego Cubsa znajomość (z przerwami) trwa trzeci rok i jest nader przyjemna.

Jakiś czas temu do mojej stajni dołączył sobie Zbrojmistrz. Zbrojmistrz samego siebie nazywa raczej Rudym Wikingiem, ale Wikinga już na tym blogu mieliśmy i nie będziemy się powtarzać. Drwala poznałem już po Zbrojmistrzu i jakoś tak Drwal się prędzej zakręcił, toteż kiedy Zbrojmistrz dojrzał do deklaracji idących dalej niż do łóżka i z powrotem, było za późno. Po czym Drwal się wykruszył, a Zbrojmistrz trwa na stanowisku.

Podobnie jak Drwal, Zbrojmistrz jest miły, uroczy, sympatyczny i dobry dla mnie (aż za bardzo — ubieram się ostatnio głównie w stroje, które uszył). Ma jednak cechę, której Drwal nie ma: nie nudzi mnie. Wprost przeciwnie — fascynuje. Jest niesamowicie kreatywny, inteligentny i nigdy nie kończą się nam tematy do rozmowy. Seksualnie jesteśmy o wiele bardziej kompatybilni, rozmawiamy szczerze o wszystkim i przez cały czas, tęsknimy za sobą i pozostajemy w kontakcie właściwie cały czas.

Oczywiście, nie jesteśmy w związku.

*

Moje związki generalnie mają jedną wadę — źle się kończą. (Tzn. przede wszystkim zło polega na tym, iż się kończą.) Co gorsza, coraz szybciej. Z Wikingiem wytrzymałem 18 miesięcy, z DJ-em 6, z Drwalem raptem 3 — nawet nie nazwałbym tego związkiem. A tymczasem Zbrojmistrz pozostaje na czele mojej stajni od ponad 3 miesięcy. Żaden z nas nie jest monogamiczny, żaden z nas nie udaje, że jest. Żaden z nas nie przyzna się drugiemu, że jest w nim zakochany, przy czym na moje oko obaj troszkę jesteśmy. Niewykluczone, że przez to nie udało się z Drwalem, bo ciągnęło mnie raczej ku Zbrojmistrzowi.

Przezwisko, nawiasem mówiąc, bierze się z tego, że łączy nas między innymi upodobanie do rzeczy kojarzących się ze średniowieczem. Zbrojmistrz osobiście produkuje kolczugi i elementy zbroi, ja jak wiadomo szkolę się w kowalstwie (za chwilę więcej na ten temat), obaj lubimy zamki, ogniska, dziwne stroje z epoki i tym podobne rzeczy. Tak więc łączy nas mnóstwo upodobań i chyba dlatego potrafimy się spotykać w tak dziwny sposób.

Jesteśmy w czymś w rodzaju bardzo nieformalnego związku otwartego i nagle okazuje się, że nie mam absolutnie żadnych problemów z byciem w związku otwartym. Najzwyczajniej w świecie czasami czy ja, czy on mamy ochotę na seks, on pracuje nocami, ja raczej dniami, więc czasami nie ma takiej możliwości, żebyśmy się spotkali i już. Tak więc wtedy wybieramy się uprawiać wzajemny masaż z kimś innym i żaden z nas nie ma z tym problemu — bo to, co Zbrojmistrza i mnie łączy jest takiego rodzaju, że seks z inną osobą w ogóle nie leży w tym samym kosmosie. On i ja czujemy, że znaleźliśmy pokrewną duszę; kogoś, z kim komunikujemy się w tak głęboki sposób, że prawdopodobnie gdybyśmy byli obaj zamężni, nasi mężowie musieliby zostać odstawieni na bok.

A jednocześnie żaden z nas nie chce być w związku z tym drugim. To znaczy, nie chce być to nieprecyzyjne określenie. Obaj mamy złe doświadczenia i obaj nie chcemy tego spieprzyć. Sam czuję, że poznałem kogoś wyjątkowego i dotychczasowe praktyki zwyczajnie do tej osoby nie pasują. Tak więc należy wymyślić coś innego, a dopóki nie wymyśliliśmy, po prostu się spotykamy, gadamy godzinami przez komunikatory i maile, wysyłamy sobie SMSy, uprawiamy dziki seks, spożywamy razem posiłki i robimy różne mniej i bardziej artystyczne rzeczy. I jest dobrze.

*

Co do kowalstwa: planowałem blogowe świętowanie z okazji rozpoczęcia nowej pracy jako czeladnik kowalski. Niestety, nic z tego nie wyszło, ponieważ pan, u którego miałem pracować z chęcią przyjmie nową stronę WWW, z chęcią przekaże mi marketing swojej kuźni, z chęcią przyjmie zamówienia, które przyniosę, ale pieniędzmi się ze mną niestety dzielić specjalnie nie chce. Jego prawo, ale straciłem dwa tygodnie czekając, aż mi to zakomunikuje po pierwszej informacji, że bardzo chętnie nawiąże ze mną współpracę. Niestety nie mam nieskończonej ilości pieniędzy i nie wygrałem jeszcze w totka, więc darmowej pracy w kuźni 5 dni w tygodniu przyjąć nie mogę, chociaż przyznam, że szalenie by mnie uszczęśliwiła.

Moje plany zawodowe, że tak to określę, zmieniają się w tempie przyprawiającym mnie o chorobę lokomocyjną. W zeszłym tygodniu planowałem założyć firmę zajmującą się grafiką w 90% i kowalstwem w 10%, z planem powolnej zamiany proporcji miejscami. W tym tygodniu dowiedziałem się, jak wyglądają moje finanse w najbliższych miesiącach i odczułem gwałtowną potrzebę znalezienia pracy, która zapłaci moje ubezpieczenie. W międzyczasie rozpocząłem pomaganie znajomemu w remoncie, a znajomy zgłosił chęć zapłaty za regularną pomoc, co oznacza, że stałem się słynnym polskim hydraulikiem (tylko, rzecz jasna, o wiele przystojniejszym). Chwilowo. Ponieważ życie ostatnio co kilka dni doświadcza mnie nowymi doznaniami, z których niektóre są bardzo przyjemne, a niektóre nie.

Jedno wiem na pewno (chociaż zapewne powinienem to natychmiast odpukać) — mam załatwione regularne praktyki w kuźni. Uczę się w tempie być może piorunującym, ale dla mnie rzecz jasna zbyt wolnym, bo ja chciałbym wszystko robić idealnie JUŻ. A tymczasem w międzyczasie wykonałem sobie pierwsze kleszcze, przy pomocy których wykonuję drugie; wykonałem własny punktak; a w nadchodzącym tygodniu wykonam sobie własny młotek. Doznania, jakich dostarcza mi praca przy pomocy narzędzi wykutych TYMI RĘCAMI są nieporównywalne absolutnie z niczym. To jest coś, co mnie nie nudzi, nie zniechęca, nie męczy, nie irytuje (nawet, jeśli cały dzień kuję nity jeden za drugim i każdy wychodzi zezowaty) i bez przerwy zachwyca. Więc jeśli ktokolwiek by mnie szukał w środy, to jestem w kuźni.