Wstaje człowiek rano, a tu go przy śniadaniu atakuje poseł Tomczak.

„Projekt ustawy o związkach partnerskich oprócz treści społecznie szkodliwych zawiera błędy prawne” – uważa Jacek Tomczak. Według posła PO „nie przez przypadek konstytucja nie wspomina o konkubinatach czy o partnerskich związkach jednopłciowych”.

Konstytucja nie wspomina również o kanapkach z mortadelą, kotach, filmach Barei oraz pralkach automatycznych. Czy mógłby poseł powiedzieć, które z powyższych jego zdaniem są treściami społecznie szkodliwymi, a które to błędy prawne?

Jacek Tomczak na łamach „Rzeczpospolitej” pisze, że „wyłącznie małżeństwo daje gwarancję stabilności związku i relacji między małżonkami”. Od poczęcia aż do naturalnego rozwodu kościelnego. Nie wiem, czy się zgodzić. Jeśli się zgodzę, to tylko dlatego, że też uważam, że bardziej polskim LGTB potrzebne są małżeństwa jednopłciowe, niż jakieś kadłubki związkopodobne. Z drugiej strony, kilka przykładów trwałych małżeństw, o których mogę pomyśleć, to małżeństwa Britney Spears (55 godzin), Kim Kuntrashian (72 dni), Elizabeth Taylor (oooch, gdzie tu zacząć) i Ludwik Dorn (chwilowo w trzecim stabilnym związku, ale sprawdźmy ponownie pod koniec tygodnia). Za to nietrwałe związki wyglądają na przykład tak.

Couple

Te oto rozpustne slutki były ze sobą przez 23 lata, zanim udało im się wziąć ślub.

Couple

Widoczny powyżej niestabilny związek bez relacji między małżonkami spędził razem ponad 40 lat. Jeden z panów obawia się, że wskutek posiadanego Alzheimera nie będzie w stanie rozpoznać swojego ukochanego, gdy wreszcie ćwoki podobne do posła Tomczaka łaskawie przyzwolą mu, aby go poślubił.

Couple

Tej pary nie chce mi się podpisywać, niech poseł Tomczak coś powie o niestabilnych związkach i społecznej szkodliwości.

Tekstów o tym, jak to w Polsce prosto można dziedziczyć w ramach związku nieformalnego i o tym, jak to prosto partnera odwiedzić w szpitalu po podpisaniu dokumenciku nie będę komentować, bo wzbudzają we mnie agresję. Szkoda, że poseł Tomczak nie spróbował, jak to w rzeczywistości wygląda, ile trwa, ile kosztuje i jak bardzo szpitale taki dokument honorują. Albo, ile wynosi w wypadku pary niepozostającej w związku małżeńskim stawka podatkowa. [Edit: odkryłem właśnie, że Tomczak jest notariuszem. Co oznacza, że wie, ile kosztuje tworzenie takich dokumentów, i że bardzo go to cieszy.]

Co do stabilności, w tym temacie Jacek Tomczak jest ekspertem. Nie ma jeszcze 40 lat, a już przysięgał wierność ZChNowi, PiSowi, PJN oraz Platformie. Panie pośle, po co się tak ograniczać? Jeszcze w kilku partiach posła nie było! Może na początek LPR… ach nie, LPR ostatnio niepopularny, za mało pinionszków i za mało popularności w mediach, źle by tam posłowi było.

Ten projekt jest wprost sprzeczny z oczekiwaniami konserwatywnego elektoratu PO. Dlatego tak ważne jest, aby wszyscy, którzy mają świadomość znaczenia i roli rodziny w życiu państwa, odważnie i jednoznacznie przekazywali swoje opinie parlamentarzystom.

Tak poseł kończy. E-mail posła: Jacek.Tomczak@sejm.pl. Może byśmy mu odważnie i jednoznacznie powysyłali trochę opinii? (Bez wulgaryzmów proszę.)

*

Tymczasem w Holandii upadł rząd. Nareszcie.

Tutejszy Korwin w końcu pożarł się z tutejszym Kaczyńskim i tutejszym Giertychem o jeden raz za wiele i koalicja nie wytrzymała. Jeśli cokolwiek zaskakuje, to to, że wytrwali aż dwa lata — doświadczenia, chociażby polskie, wskazują, że związki między prawicowcami i liberałami cechują się niską stabilnością.

Szkoda mi trochę, bo właśnie się zbieram powoli do wystąpienia o paszport, za półtora tygodnia egzamin z języka, a tu mi rząd za szybko upada i nie zdążę zagłosować przeciwko Markowi Rutte. Który naraził mi się bardzo wiele razy. Gorzej, że nie do końca wiem, na kogo miałbym głosować. Job Cohen, przewodniczący Partii Pracy, nie sprawdził się jako przywódca opozycji, bo do tego trzeba mieć specyficzne zdolności — raczej typowe dla charyzmatycznego kaznodziei, niż skutecznego managera. Tak więc Cohen odszedł ze stanowiska, a na jego miejscu od miesiąca znajduje się Diererik Samsom, który jest postacią tak wyrazistą, że musiałem aż sprawdzić w wikipedii, czy na pewno już go wybrano, czy nadal się tylko ubiega.

Polska idzie śladem Stanów Zjednoczonych, budując dwie wielkie przeciwstawione sobie partie, które mają bardzo podobne programy, z wyjątkiem pięciu procent różnic nie do pokonania (np. Smoleńsk) i jedna z nich jest nieco mniej kompromitująca za granicą. Obydwie są partiami prawicowymi, obydwie kochają Kościół (choć oczywiście na swoje jakże wyjątkowe i odmienne sposoby), obydwie są dla mnie nie do zaakceptowania. W polskich wyborach ogólnie nie głosuję, bo uważam, że za długo mieszkam za granicą i nie powinienem się mieszać w wewnętrzne sprawy kraju-raju. Jest to doskonałą wymówką, aby nie marnować czasu na jazdę do ambasady i agonizowanie nad arkuszem w temacie „który z nich najmniej mnie brzydzi”.

W Holandii mam do wyboru trzy partie, które w bardzo dużym stopniu spełniają moje wymagania polityczne. Są to GroenLinks (Zielona Lewica), D66 (Demokraci ’66) oraz PvdA (wspomniana Partia Pracy). Wszystkie trzy są lewicowe (D66 teoretycznie centrowa, ale zgódźmy się, że polska lewica jest sporo na prawo od niderlandzkiego centrum), poglądy ważne dla mnie mają zbliżone, różnią się głównie rzeczami mniej dla mnie istotnymi. Niestety, wskutek rozdrobnienia niewiele mają tak naprawdę w parlamencie do powiedzenia, z wyjątkiem PvdA.

Kto będzie nowym premierem, za wcześnie wyrokować. Odrobinę przeraża mnie zasugerowana przez znajomego możliwość, że będzie to przywódca Partii Socjalistycznej — nie mam nic przeciwko socjalistom, ale nie bardzo ich widzę na czele kraju po kostki w kryzysie ekonomicznym (częściowo dzięki wybitnym decyzjom rządu liberała Rutte). Sondaże wskazują, że nowa koalicja może okazać się niemożliwa do zbudowania. Na czele nadal VVD Ruttego, ale po nieudanych rozmowach z 2010 i ostatecznym stworzeniu koalicji z katolikami i naziolami ich zdolność koalicyjna nieco się ograniczyła…

Tak więc w Holandii kryzys polityczny, a w PO-lsce moralny, gdyż konserwatywny elektorat nie chce ustawy o związkach partnerskich. I jak zwykle nikomu nie przyjdzie do głowy spytać, co kogo obchodzi zdanie konserwatywnego elektoratu na temat ustawy, która go nie dotyczy, nie ma nań żadnego wpływu i niczego w życiu posła Tomczaka i jego przybocznych nie zmieni.

Dowiedziałem się wreszcie, jak będzie wyglądać moja sytuacja finansowa w nadchodzących miesiącach (jeśli, rzecz jasna, nic się nie zmieni). Będzie wyglądać fatalnie. Co poprawiło mi humor.

Jedyne, czego nienawidzę, to niepewność, co się wydarzy, kiedy i czym mnie zaskoczy. Brak danych uniemożliwiał mi robienie planów, teraz dane posiadam, są kiepskie, ale pozwalają planować przyszłość. Widok bardzo niskiej liczby na moim koncie gwałtownie mnie uszczęśliwił, dał kopa w cztery litery i spowodował natychmiastowe rozpoczęcie planowania nadchodzących tygodni. WRESZCIE mogę to robić, bo wreszcie wiem, na czym stoję.

Przez 3-4 miesiące nie mam się czym specjalnie martwić, co daje mi możliwość powolnego rozważania jednej z dwóch możliwości — założenie firmy vs spokojne szukanie pracy na 3/4 etatu, pozwalającej mi trenować kowalstwo. Pierwsze pociąga mnie bardziej, ale niesie za sobą więcej ryzyka, po części również dlatego, że jak Marian Keyes miewam niekiedy kłopoty ze skupieniem się na pracy, jeśli odbywa się ona w domu. Drugie zaspokaja moje potrzeby w dziedzinie np. posiadania ubezpieczenia zdrowotnego, z drugiej strony jednak… nie za bardzo mam ochotę mieć szefa. No i jednoosobowe firmy mają tu bardzo korzystną sytuację finansową, w odróżnieniu od pracowników etatowych.

Uprawiam w tej chwili poliamorię, będąc zakochanym #miłościąpo30 jednocześnie w Zbrojmistrzu i kowalstwie. Rzadko myślę, bądź mówię o czymkolwiek innym, niż ta dwójka, oraz muzyka (w której jestem zakochany od zawsze i nie widzę szans na zmianę tego stanu rzeczy). Potrzebuję częstszych treningów w kuźni niż jeden dzień w tygodniu. Potrzebuję widywać Zbrojmistrza, w miarę możliwości, bez przerwy. Potrzebuję też czasu na pracę nad remiksem dla holenderskiego artysty, produkcją płyty holenderskiego duetu, własną płytą, a dodatkowo parę dni temu spotkałem się z greckim reżyserem, który zrobi mi nowy teledysk, a ja nagram muzykę do jego filmu dokumentalnego. Nie zapominamy rzecz jasna o siłowni. No i (rzadszych teraz) randkach. HELP. To się nazywa, że ja jestem oficjalnie bezrobotny i mam dużo czasu. Nie pojmuję, skąd się biorą ludzie, którzy potrafią się nudzić. W życiu nie byłem tak zajęty!

*

Wybraliśmy się ze Zbrojmistrzem na targi fantasy o nazwie Elf Fantasy Fair.

W ogóle nie wiem, czy określenie „targi fantasy” jest adekwatne do tego, czym ta impreza jest. Po terenie wielkiego parku z zamkiem pośrodku spacerowali rycerze, wróżki, trolle, elfy, ogry, wampiry, królewny, hrabiowie, magowie, egipscy książęta, demony, punki zwykłe i cyber, anarchiści, squattersi, żołnierze wszelakich epok od średniowiecza do wieku na oko XXIII, co najmniej dwie Lady Gagi, a pośrodku tego Zbrojmistrz i ja, w kostiumach jego produkcji.

Za co my byliśmy konkretnie przebrani, trudno wyczuć — kilty z ciężkiej skóry, glany, koszule z gumowanej bawełny, a na głowach wybitnie wyrafinowane maski.

Oczywiście nie obyło się bez napastowania kowali, którzy byli obecni w niezbyt wysokiej liczbie dwóch. Czech nie był zbytnio skory do rozmowy o czymkolwiek oprócz pieniędzy, za to Holender był sympatyczny, wyglądał jakby miał za sobą parę lat mieszkania w squacie i roześmiał się serdecznie na widok mojej wizytówki, na której widnieje stylizowana na socrealizm ilustracja przedstawiająca Jors Truli z wielkim młotem. Możliwe, że spotkamy się niedługo, bo Holender, jak się okazuje, też udziela kursów — muszę się dowiedzieć, na jakim poziomie zaawansowania. Poniżej widoczna przenośna kuźnia, wraz z miechem — przy której Holender w wolnych chwilach pracował, wykonując bransoletki z cienkiego metalu. (Tego się na przykład mogę nauczyć…)

Więcej zdjęć tutaj.

*

No i na koniec ogłoszenie parafialne: dopieściłem nieco wygląd blogaska, dorobiłem blogrolkę, poprawiłem polszczyznę (że też nikt się nie natrząsał z anglojęzycznego WordPressa… dziękuję Wam, dobrzy ludzie!), dorzuciłem nowe obrazki do nagłówka. Wygląda to dobrze we wszystkich przeglądarkach na moim Macu, jeśli ktoś odkryje problemy (zwłaszcza w Exploderze) bardzo proszę o informację.

Bardzo mnie poruszyła historia Trayvona Martina, 17-letniego chłopca zastrzelonego na ulicy przez George’a Zimmermana, 28-letniego członka i samozwańczego kapitana „ochotniczej ochrony dzielnicy”. Trayvon wracał ze sklepu osiedlowego z cukierkami i ice tea, rozmawiając przez komórkę ze swoją dziewczyną. Powiedział jej, że ktoś za nim idzie, że chyba go zgubił, nie chce biec, ale idzie szybko. Następne słowa Trayvona brzmiały: „po co mnie śledzisz?”, odpowiedź: „co tutaj robisz?”, odgłos przepychanki, upadek komórki, rozłączenie połączenia.

Zimmerman twierdzi, że chuderlawy nastolatek powalił go na ziemię i okładał pięściami, w magiczny sposób nie powodując żadnych obrażeń u sporo cięższego Zimmermana, po czym „dzielnicowy” zastrzelił go w samoobronie. To niezwykle prawdopodobne tłumaczenie przekonało policję, która odstąpiła od oskarżenia o przestępstwo i zwolniła kapitana ochrony dzielnicy. Sprawa na szczęście na tym się nie zakończyła, ponieważ postępowanie policji wzbudziło w Stanach ogromne oburzenie, a przy okazji odsłoniło po raz kolejny sposób, w jaki funkcjonuje zarówno rasizm, jak i polityczna poprawność.

W mediach funkcjonuje głównie zestawienie dwóch zdjęć: zdjęcia Zimmermana zrobionego po aresztowaniu oraz zdjęcia Trayvona zrobionego kilka lat wcześniej. Uroczy, uśmiechnięty chłopczyk i ponury, gruby bandyta. Być może chciano dobrze, ale zdecydowanie przedobrzono, dając amunicję rasistom, którzy napawają się faktem, że w rzeczywistości „nie był takim aniołkiem jak go przedstawiają. Byl zawodnikiem w lokanej druzynie football-u, na swoim facebook-u zamieszczal zdjecia w stroju gangsta ze zlotymi zebami” (Cytat z forum gazeta.pl) Drugi komentator gazeta.pl wrzuca linki do GANGSTERSKICH zdjęć Trayvona, a nawet zestawienie uśmiechniętego Zimmermana z „gangsta” Martinem. Bardzo proszę, oto wystarczający co poniektórym dowód na niewinność Zimmermana.

Oto zdjęcia Martina z jego facebooka wraz z wiele mówiącym komentarzem, rzecz jasna, nie moim.

Fascynuje mnie to, że komentatorzy zdają się sugerować, że zabójstwo było uzasadnione, ponieważ Martin miał na sobie bluzę z kapturem, a może NAWET złote zęby, a poza tym na Facebooku pozował na wielkiego gangsta. (Jestem pewien, że nikt z komentatorów w wieku lat 17 nigdy nie zrobił sobie głupawej fotki — na każdym zdjęciu występują li i jedynie w garniturze, z inteligentnym wyrazem twarzy.) Geraldo Rivera, dziennikarz Fox News (takie amerykańskie TV Trwam) stwierdził nawet, że „bluza z kapturem jest równie odpowiedzialna za śmierć Trayvona, jak Zimmerman„. Ofiarom gwałtu takie rozumowanie jest bardzo znane: to nie gwałciciela należy obwiniać, tylko za krótką spódniczkę i buty na obcasach, gdyż jak wiadomo mężczyzna to coś w rodzaju samobieżnego penisa, który na widok kuszącego stroju nie jest w stanie się powstrzymać. W tym wypadku Zimmerman, jak rozumiem, stanowił samobieżny penis z pistoletem, niebędący w stanie się powstrzymać na widok bluzy z kapturem. (Trayvon założył na głowę kaptur reagując w ten sposób na bycie śledzonym przez „kapitana straży obywatelskiej”.)

Rasizm, który kiedyś stanowił absolutny mainstream, pod naciskiem poprawności politycznej został odsunięty na bok i starannie zasłonięty parawanem. Historie takie, jak śmierć Martina wywracają ten parawan kopniakiem. Co to w ogóle za pomysł, że za śmierć czarnoskórego nastolatka odpowiedzialna jest bluza z kapturem? Że jego śmierć jest bardziej usprawiedliwiona, bo na Facebooku ma zdjęcie bez koszulki? Że Zimmerman jest niewinny, bo istnieją zdjęcia, na których się uśmiecha? Czemu na widok czarnoskórego nastolatka w bluzie z kapturem KTOKOLWIEK uznałby za właściwe wyciągnięcie pistoletu? A co, gdyby Zimmerman był czarny, a Martin biały — czy policja również odstąpiłaby od oskarżenia?

Historia Martina nie zakończyła się jeszcze — okazuje się, że Zimmerman zostanie jednak oskarżony. To pocieszające, chociaż wygląda na to, że oskarżenie postawi mu zarzut „uzasadnionego zabójstwa” (co to do cholery jest uzasadnione zabójstwo?) Mam nadzieję, że nie chodzi tylko o to, żeby uciszyć protestujących, ale o to, żeby naprawdę dociec prawdy i sprawiedliwie ukarać zabójcę. Jak będzie, pokaże czas. A w międzyczasie…

Ja też mam bluzę z kapturem. Mam też irokeza, noszę glany, mam mnóstwo tatuaży i tunele w uszach. A w nagłówku tego bloga widać moją fotkę, na której trzymam GROŹNE NARZĘDZIE, na dodatek wykonane własnoręcznie. Czy to znaczy, że można mnie zastrzelić w samoobronie, kiedy będę wracał ze sklepu niosąc chleb i colę light? (Nader mało prawdopodobne jest, abym kiedykolwiek miał przy sobie cukierki, ale też dawno już nie mam siedemnastu lat.) A może jestem na to za biały, kochani komentatorzy forum gazety.pl?

1 kwietnia przydarzyło się kilka zupełnie niezabawnych, lecz wielce przyjemnych rzeczy.

Fotograf, który zatrzymał mnie na ulicy parę dni wcześniej okazał się niesamowitym profesjonalistą, 31-latkiem pochodzącym z Ekwadoru, pracującym m. in. dla National Geographic i New York Times. Przed sfotografowaniem mnie robił zdjęcia w Syrii, a za dwa tygodnie jedzie na zlecenie National Geographic do Boliwii. Planowałem mu odmówić sesji, dopóki nie zobaczyłem jego portfolio — na ten widok opadła mi szczęka i błyskawicznie się zgodziłem. Niesamowicie inspirujący facet, dodatkowo uroczy i prześliczny, z błyskiem w oczach i zabójczym uśmiechem, na koniec sesji zaproponował mi napisanie muzyki do filmu dokumentalnego, nad którym pracuje w wolnych chwilach (nie do końca w to wierzę, bo on nie wygląda na kogoś, kto miewa wolne chwile) i zaprosił mnie na swojego Facebooka.

Po zakończeniu sesji w niezwykle dobrym humorze wsiadłem na rower i udałem się odwiedzić Zbrojmistrza, z którym ostatnio widuję się jakieś cztery razy w tygodniu. Widzieliśmy się dzień wcześniej, ale oczywiście zdążyliśmy się już stęsknić i mieliśmy sobie mnóstwo do powiedzenia, w tym trochę o tak zwanych uczuciach. W wyniku rozmowy jakoś tak się złożyło dziwnie, że powiedziałem mu wprost, że chciałbym, żeby był moim facetem zupełnie oficjalnie — spodziewając się kręcenia, zmiany tematu i tym podobnych reakcji. Zbrojmistrz odpowiedział zaś:

— Oczywiście, bardzo chcę być twoim chłopakiem, strasznie się cieszę, że to powiedziałeś.

Tak więc już zupełnie bez owijania w bawełnę, kręcenia i tym podobnych jesteśmy oficjalnie w związku. Nadal otwartym, żeby nie było wątpliwości, ale w związku i już.

Moje zakochanie w Zbrojmistrzu jest zupełnie innego rodzaju niż w DJu. Może dlatego, że i Zbrojmistrz jest innego rodzaju człowiekiem? Nie namawia mnie do rzeczy, których ja nie chcę robić, nie obraża się, jeśli powiem mu, że coś mi nie do końca pasuje, nie usiłuje przejąć kontroli nad moim życiem, bierze pod uwagę, że ja posiadam jakieś tam uczucia… Inspiruje mnie szalenie, fascynuje, nie nudzi, a dodatkowo jak pięknie przypala kartofle!

A teraz wstawka spirytualna: jestem dumnym posiadaczem tego, co się w Polsce nazywa kobiecą intuicją. Moja kobieca intuicja w przypadku DJa od początku mi mówiła, że to nie potrwa, DJ zaś rozwiewał uparcie moje wątpliwości i twierdził, że mnie kocha i będzie kochał do śmierci (ostatni raz powiedział to dwa dni przed zerwaniem ze mną za pomocą SMSa). W przypadku Drwala mówiła mi, że co z tego, że dobry, miły, uroczy i sympatyczny, skoro mnie nudzi. W obu przypadkach miała rację. Kiedy w grę wchodzi Zbrojmistrz mówi natomiast, że to jest facet, z którym chcę spędzić duuuuuuuużo czasu. Nie miesiące, tylko lata. I że nawet jeśli związek miałby się nie udać, nie chcę go wypuścić z łap, tylko się z nim przyjaźnić i mieć go w swoim życiu. Dłuuuuuuuuugo.

Nigdy nie spotkałem kogoś takiego, jak on. Jest niesamowicie kreatywny, ze wszystkiego potrafi zrobić dzieło sztuki, pracuje w kilkunastu różnych materiałach, wszystkiego nauczył się sam z internetu i wszystko go inspiruje. Lubi dekoracje średniowieczne, co bardzo mi pasuje, bo sam je uwielbiam. Projektuje i wykonuje ubrania, kolczugi, lampy, świeczniki, naczynia; pracuje w gipsie, wosku, plastiku, szkle, metalu, wszystkich rodzajach materiałów krawieckich i skórze; a niemal wszystko, co tworzy bardzo mi się podoba i przemawia do mojej estetyki. Pominąwszy te drobiazgi, jest bardzo interesującym rozmówcą, świetnie się całuje, wygląda jak średniowieczny rycerz (tylko częściej się myje) i jest doskonały w łóżku.

Jestem przekonany, że posiada jakieś wady, ale na razie zauważyłem tylko, że czasami dodaje do przyrządzanych potraw za mało przypraw…

*

Świąt nie obchodzę.

 

Wielkanoc jest dla mnie świętem w ogóle pozbawionym sensu. Lanego poniedziałku w Holandii na szczęście nie znają, co mnie bardzo cieszy, ponieważ ćwoki wlewające wiadra wody do autobusów nigdy nie stanowiły mojej ulubionej rozrywki. Do kościoła nie chadzam. Jajek nie święcę, a jajek na twardo nie jadam w ogóle, czy są poświęcone, czy nie. Główne uczucie towarzyszące mi w związku z niedzielą wielkanocną, to irytacja w związku z faktem, że moja siłownia jest jutro zamknięta. Zbrojmistrz pojechał do rodziny 200 km od Amsterdamu, psiocząc na to, że trafiła mu się rodzina celebrująca święto.

Holendrzy generalnie wielkanocy nie obchodzą, co jest głównym powodem mojej irytacji w związku z nieczynną jutro siłownią — nie wydaje mi się, żeby akurat pracownicy tego przybytku stanowili tę malutką grupkę osób religijnych w Amsterdamie. Nieczynne są niektóre sklepy (ale nie wszystkie, głównie te poza centrum), czynne są za to wszystkie bary i restauracje. Biją rekordy zarobków, bo na wielkanoc do Amsterdamu zjechało mnóstwo turystów. Ja zaś siedzę w domu, bo akurat nie mam ochoty (ani pieniędzy) na siedzenie w barze pełnym turystów i mam psi humor.

Kiedyś święta stanowiły dla mnie okazję do spotkań rodzinnych i przyjemnego spędzania czasu. Teraz stanowią regularne przypomnienie o tym, że rodzina wskutek manewru ciotki odmawiającej parom homoseksualnym miejsca przy swoim stole rozpadła się na małe grupki spędzające święta w gronie liczącym w porywach do czterech osób. Ciotka spędza święta z moją mamą, ponieważ jej właśni synowie nie mieli ochoty na oglądanie mamusi. Jako osoba z gruntu dobra i wyzbyta niskich instynktów wcale nie uważam, że na to sobie zasłużyła, skądże znowu. Ja zaś spędzam dzisiaj dzień w towarzystwie WordPressa i CSSa do nowego bloga kowalskiego (gdzie od tej pory odsyłam po regularne informacje z kuźni, tutaj będę pisać tylko jeśli wydarzy się bógwico), kursu niderlandzkiego oraz Guinnessa.