…w zasadzie to jestem zajęty umieraniem na grypę, ale mam przed sobą ładny certyfikat na papierze czerpanym, na którym napisano, że zdałem test z języka i znajomości kultury Niderlandów. Moja znajomość języka jak się okazuje jest zgoła na poziomie B1, czyli upper intermediate. (Wyższy średni?)

WHO IS THE KING BITCHES?!!???

Świat się zmienił, a politycy nie zauważyli.

W części pierwszej pisałem głównie o polskiej (i nie tylko) edukacji i jej efektach. W drugiej skupię się na tym, co mnie interesuje poniekąd bardziej — nie jestem wszakże profesorem uniwersyteckim, ani nawet studentem, magistrem inżynierem matematykiem zostałem dawno i nieprawda. Na związkach międzyludzkich.

Częste wśród socjologów i demografów jest dostrzeganie pewnych tendencji. O wiele częstsze niż wśród chociażby polityków. Tyle, że nawet profesor demograf potrafi się wygłupić na koniec z diagnozowaniem przyczyn problemów. A problemy jak najbardziej istnieją — ot, struktura wiekowa społeczeństwa, która oznacza, że system emerytalny w aktualnej formie nie może istnieć nadal bez dużych zmian. Nie może i już. Nie ma takiej opcji. Jak to widzi profesor Okólski z SWPS:

Jak mówi, argument ekonomiczny nie zawsze wystarcza do usprawiedliwienia niechęci młodych do posiadania potomstwa.

– Upatrywałbym tu bardziej przyczyn w zmianach kulturowych. Dziś młodzi podchodzą bardziej egoistycznie, są dużo bardziej niezależni od rodziny, kiedyś jednak więcej zależało od ich rodziców. Może to zabrzmi sztampowo, ale obecnie liczą się kariera, sukces, moda na bycie singlem czyli wolnym i niezależnym, a to kłóci się z posiadaniem dzieci – mówi prof. Okólski.

No, ale to przecież jest właśnie argument ekonomiczny.

Widzę też zmiany w podejściu do instytucji małżeństwa, jeszcze 20-30 lat temu 25 latka była starą panną, dzisiaj ta granica wiekowa mocno się przesunęła, a i sama etykietka wydaje się raczej przestarzała. Widzę również osłabienie tradycji rodzinnych – dodaje demograf.

No, widzi pan demograf osłabienie. I jak pan demograf chce sobie z tym radzić?

[…] moim zdaniem – mówi demograf z SWPS – należy wspierać instytucję małżeństwa, stwarzać im odpowiednie warunki dla trwałego związku; to najskuteczniejszy sposób zapewnienia znacznie wyższej dzietności, niż jest to dzisiaj. Młodzi muszą czuć się stabilnie.

Instytucję małżeństwa.

Należy wspierać instytucję małżeństwa jako najskuteczniejszy sposób zapewnienia znacznie wyższej dzietności.

Spójrzmy na statystyki. W 2010 20.6% dzieci urodziło się poza małżeństwem. (W 2000: 12.1%) W zachodniopomorskim to 37.5% wszystkich narodzin. Niespecjalnie widzę tu powód do rozmawiania o instytucji małżeństwa *w ogóle*, w kontekście wspierania, czy niewspierania. Piotr Szukalski, demograf z Uniwersytetu Łódzkiego, komentuje to tak:

Jeśli spojrzy się na powiaty, w których nieślubnych dzieci rodzi się najwięcej, to okazuje się, że to jedne z najbiedniejszych w Polsce – mówi demograf. – Rodzice nie decydują się na ślub, bo uroczystość kosztuje, a w dodatku jeśli nie wezmą ślubu, to mogą liczyć na pomoc społeczną.

I co? Wspieramy instytucję małżeństwa, panie profesorze, czy nie do końca?

– Zasiłki, możliwość rozliczania się z dzieckiem czy pierwszeństwo w przedszkolach – wylicza udogodnienia dla samotnych rodziców Paweł Woliński z fundacji Mamy i Taty.
– Poza względami ideologicznymi są dwa ważne powody, dla których nie zdecydowałam się na małżeństwo – mówi Iwona.
– Rzeczywiście dużym plusem jest to, że mogę się rozliczać z dziećmi. To kilkaset złotych oszczędności. Po drugie, nie miałam problemów z tym, by moje dziecko przyjęto do publicznego przedszkola.
– Ja nawet rozważałam z mężem rozwód, kiedy nasza córka nie dostała się do żadnego z kilku przedszkoli –opowiada z kolei Agnieszka, mama czterolatki. – Rodzice, którzy nie mają ślubu, nie mieli z tym problemu.

No nie wiem, panie profesorze, czy akurat wspieranie instytucji małżeństwa jest tu rozwiązaniem czegokolwiek. Jednak jest ktoś, kto się z profesorem Okólskim zgadza. Jest to znany specjalista ds. seksu i prokreacji, czyli ksiądz.

– W tym, że coraz więcej dzieci rodzi się w związkach pozamałżeńskich, widzę zagrożenie – mówi ks. Bogdan Bartołd, proboszcz Archikatedry Warszawskiej. – Dziecko potrzebuje stabilizacji. A rodzice, którzy nie decydują się na ślub, zazwyczaj robią to dlatego, że nie chcą brać za siebie odpowiedzialności. Gdy nie ma ślubu, łatwiej spakować walizki i się wynieść.

Ja widzę duże zagrożenie dla Polski w tym, że księża nie mają dzieci, egoistycznie pozbawiając kraj swego potomstwa i pomniejszając emerytury. Niech ksiądz proboszcz zastanowi się nad swoimi egoistycznymi decyzjami!

*

Pominąwszy to, że jak widać małżeństwo zmniejsza szanse na otrzymanie miejsca w przedszkolu i nie pozwala na otrzymanie zasiłku (co, jak rozumiem, jest elementem państwowej polityki wspierania małżeństwa) skupmy się na powodach, dla których liczba związków pozamałżeńskich rośnie, a małżeńskich spada.

Oczywisty powód, a mianowicie taki, że związki małżeńskie mogą w Polsce zawierać wyłącznie pary odmiennopłciowe, pomijam. Kiedyś zdarzało się, że geje i lesbijki, ze strachu przed prześladowaniem, wstępowali w związki małżeńskie z osobami przeciwnej płci. Jestem pewien, że nadal się tak zdarza, ale pewien też jestem, że zdarza się coraz rzadziej. (See also: ważny powód, dla którego „spada liczba powołań”).

O drugim oczywistym powodzie opowiadali już państwo powyżej — pozostawanie w związku małżeńskim powoduje duże straty finansowe, których nie pokrywa nawet sławetne wspólne opodatkowanie małżonków. W przypadku możliwości opodatkowywania się samotnego rodzica wraz z dzieckiem widać wyraźnie, że państwo wspiera małżeństwa… bezdzietne. Czy aby na pewno wspieranie małżeństw bezdzietnych ma być silnym bodźcem dla ludzi, aby 1) zawrzeć związek małżeński, 2) mieć dzieci w ramach tego związku? Czy ma nim być odmawianie dofinansowania in vitro, bo Gowinowi, chciałem powiedzieć — Jezusowi się in vitro nie podoba? (Że też Jezusowi się podobają viagra, terapie antyrakowe, przeszczepy, a akurat in vitro nie? Przecież impotencję i raka też Bóg zsyła, podobnie jak bezpłodność?)

PO nie zmieniła się od 4, 6, 8 czy 10 lat. Gwarantuję, że nie rozwali się też przy sprawie in vitro czy związków partnerskich – powiedziała na antenie TVP Info marszałek Sejmu Ewa Kopacz. /…/ Zaznaczyła, że sama jest zwolenniczką in vitro. – Mamy w Polsce milion par, które nie mają środków, by mieć własne dziecko. Ta metoda jest jedynym sposobem. Co więcej, te dzieci będą chodzić do kościoła, do komunii, będą brać śluby kościelne, w związku z tym powinniśmy się do tej metody przekonać – powiedziała.

Sposobem na zapobieżenie spadkowi ilości małżeństw i spowodowanie wzrostu liczby narodzin według co poniektórych księży i innych posłów Tomczaków ma być nielegalizowanie związków partnerskich oraz „stwarzanie odpowiednich warunków do trwałego związku”. Pominąwszy pytanie, w jaki sposób małżeństwo zapewnia trwałość związku (z wyjątkiem oczywiście uprzykrzania życia parom chcącym się rozwieść, ale nie jestem pewien, że to się nazywa „trwałość związku”) nie rozumiem, dlaczego w takim razie liczba małżeństw i narodzin spada JUŻ, skoro związki partnerskie jako żywo nie są jeszcze rejestrowane przez państwo i jego urzędy. Ludzie nie biorą ślubów, bo czują nadzieję, że w końcu zarejestrują związek w urzędzie i ta nadzieja ich trzyma ze sobą (acz rzecz jasna nietrwale)?

Tymczasem minister Gowin po raz kolejny stwierdza:

Co innego inicjatywa jednego posła, co innego inicjatywa całego klubu. Moim zdaniem, wyraźna większość klubu Platformy wypowiada się przeciwko legalizacji związków partnerskich.

Pytanie brzmi następująco. Czy parlament/rząd powołujemy po to, żeby szedł przed nami niosąc kaganiec, fuj! kaganek oświaty i wyznaczał ścieżki, którymi iść winna nasza moralność? Czy też powołujemy obydwa po to, żeby nam ułatwiały życie, pomagały przechodzić przez nie w sposób taki, w jaki chcemy (byle legalnie i bez cudzej krzywdy) i nie wpierdalały się przesadnie w to, co porabiamy w sypialni?

Łatwo mi zgadnąć, że sekretnym marzeniem ministra Gowina nie jest wcale bycie ministrem sprawiedliwości (co to za głupi pomysł ta „sprawiedliwość”, skoro przysługuje nawet jawnogrzesznicom i homoseksualistom?) tylko papieżem-dyktatorem wyznaczającym, gdzie ciemny lud ma się udawać, co tam robić, ilu obserwatorów powinno ciemnego ludu przy tym pilnować, etc. Ale w takim razie być może Gowin powinien udać się do seminarium i ciężko pracować nad spełnieniem swego marzenia. Jako minister WSZYSTKICH Polaków zaś powinien być może skupić się na zaspokajaniu potrzeb WSZYSTKICH Polaków. I nie mówię tu o potrzebie mówienia innym, jakie związki wolno im zawierać, tylko o potrzebach par homo i heteroseksualnych, a może nawet, o zgrozo, trójkątów, które nie mogą wziąć ślubu, bo im państwo zabrania.

Nie przekonuje mnie w najmniejszym stopniu zwiększanie rozrodczości za pomocą wspierania instytucji — jakiejkolwiek instytucji. Małżeństwa, kościoła, sejmu czy USC. Bo dzieci nie biorą się z „instytucji”. Dzieci biorą się z tego, że pan i pani uprawiają seks bez zabezpieczenia, a 9 miesięcy później (jeśli nie wtrącił się w sprawę ginekolog, który za parę tysięcy złotych zapomniał o klauzuli sumienia i swoich zasadach moralnych) bocian przynosi im kwilące zawiniątko. Które czasami wyrzucają do śmietnika, zostawiają w „oknie życia”, zostawiają w publicznej toalecie lub zakopują w piwnicy. W jaki sposób ma to zmienić wspieranie instytucji i co to ma w ogóle wspólnego ze związkami partnerskimi i małżeństwem?

Instytucja małżeństwa, jeśli o mnie chodzi, powinna jak najbardziej pozostać w istniejącym kształcie i modelu… w kościele. Niechaj sobie instytucja religijna organizuje dowolne rytuały i oferuje je dowolnie wybranej grupie, a innych dyskryminuje — w końcu nie ma obowiązku przynależenia do instytucji religijnych. Państwo natomiast nie powinno moim zdaniem ani wspierać, ani dyskryminować żadnego modelu związku między obywatelami, bo nie do tego mi jest rząd potrzebny, żeby mi mówił, jaki mam zawierać związek i z kim.

Rejestracja związku partnerskiego jest rzeczą o tyle przydatną, że pozwala wyznaczyć osobę, która może decydować o naszym leczeniu, odbierać listy polecone, zajmować się naszym dzieckiem, organizować nasz pogrzeb, etc. Nie do końca rozumiem, czemu miałaby to być osoba płci przeciwnej. Nie rozumiem też, czemu wolno sobie wybrać tylko jedną taką osobę, oraz czemu wybrana przeze mnie osoba w rewanżu musi wybrać mnie. Naiwne być może tłumaczenie — o ile pomnę — Jacka Żakowskiego, że dwie mieszkające razem starsze panie powinny być w stanie właśnie po to zawrzeć związek partnerski, żeby móc odbierać za siebie pocztę i decydować o swoim pochówku, zostało wyśmiane z góry na dół, tymczasem wcale nie jest to sytuacja nierealna i nie wiem, co w niej niby zabawnego. A jeśli dwa lata później pani Stasia zakocha się w panu Władziu i zechce z nim zawrzeć związek partnerski, ale pani Basia nie będzie miała nikogo innego, komu mogłaby zaufać w kwestiach pocztowo-szpitalnych, to czemu pani Stasia miałaby musieć najpierw „rozwieść” się z panią Basią?

Słynne szwedzkie feministki już w 2005 wpadły na pomysł wprowadzenia nowej legislacji, dzięki której znikłby problem tradycyjnego małżeństwa i jego tradycyjnych ról. Tiina Rosenberg (tłumaczenie moje, oryginał tutaj wraz ze zgryźliwym prawicowym komentarzem):

Domagamy się nowej legislacji dla dwojga, lub więcej, ludzi, którzy mieszkają razem i mają wspólne finanse i dobra materialne. Historia małżeństwa nie mówi o miłości i wspólnym zamieszkiwaniu, to historia posiadania — stwierdza Rosenberg, wskazując, że regulacje prawne dotyczące spadków i współwłasności stosują się tylko do małżeństw i zarejestrowanych związków homoseksualnych.

— Więcej niż dwie osoby powinny być w stanie mieszkać razem. Podam przykład rozwiedzionej pary, z których oboje mają nowych partnerów i wszystkie te osoby chcą dzielić się odpowiedzialnością finansową za dzieci i mieszkać razem z nimi — powiedziała Rosenberg.

Jednak Rosenberg, która jest profesorką gender studies na Uniwersytecie Sztokholmskim, powiedziała również, że nikogo nie powinno obchodzić, czy dwie, trzy lub więcej osób utrzymuje między sobą relacje seksualne. — W wolnym kraju prawo nie powinno decydować, jak mają wyglądać związki seksualne ludzi. Prawo nie wpływa na uczucia — powiedziała.

Jak wiadomo, szwedzkie feministki to przykład maksymalnego rozwydrzenia i wogle, ale… czy da się nie zgodzić, bazując na logicznych i racjonalnych argumentach, z którąkolwiek z jej wypowiedzi? („Świętość małżeństwa”, „tradycja” oraz „moralność” nie są logicznymi i racjonalnymi argumentami.)

Gowin, Tomczak, profesor Okólski i ksiądz Bertołd mówią o jakimś wirtualnym świecie, który może kiedyś istniał, ale było to bardzo dawno. Świecie, w którym fakt zawarcia małżeństwa gwarantował jego trwałość, w którym nie istniały zdrady i rozwody, w którym każde dziecko miało heteroseksualnych rodziców pozostających w związku małżeńskim. W którym osoby homoseksualne robiły tę przyjemność, że w zgodzie z „badaniami” Paula Camerona umierały po osiągnięciu czterdziestki, najpierw wydawszy fortunę na narkotyki i męskie prostytutki, dzięki czemu nie było problemu z podatkiem spadkowym dla żyjącego partnera (jakiego partnera?). Ewentualnie, rzecz jasna, po rozważeniu za i przeciw nawracały się na heteroseksualizm i przystępowały do płodzenia tłumów dzieci zaraz po zawarciu ślubu z osobą płci odmiennej.

Gdyby to wszystko było prawdą, należałoby rzecz jasna wspierać instytucję małżeństwa i jak ognia wystrzegać się legalizowania związków partnerskich, których istnienie gwałtownie zmniejszałoby płodność. W świecie, w którym ponad 20% dzieci rodzi się poza małżeństwem, w którym istnieją rozwody, ponowne śluby, trójkąty, niechciane dzieci, seks pozamałżeński, samotne matki i samotni ojcowie, mężczyznom i kobietom zdarza się najpierw spłodzić, bądź urodzić dziecko, po czym się rozwieść i „nawrócić” na homoseksualizm… wspieranie instytucji małżeństwa kosztem związków partnerskich to ponury żart kojarzący się po trosze z inkwizycją, a po trosze — z protestami robotników przeciwko maszynom parowym.

Konserwatyzm jako postawa polityczna jest postawą dziecka, które zatyka uszy, kładzie się na podłodze, wymachuje nogami i wrzeszczy AAAAAAAAA!!!!! Nawet w wykonaniu trzylatka nie jest to ani czarujące, ani produktywne. W wykonaniu profesora, księdza lub, co najgorsze, ministra jest bardzo smutne. Czemu się dziwić, że tak mało ludzi chodzi do wyborów? Wystąpiłem o paszport niderlandzki, bo tutaj moje poglądy polityczne są reprezentowane w dużym stopniu przez trzy różne partie, z których żadna nie rządziła od kiedy przybyłem tu w 2006 i chcę ten smutny fakt zmienić. W Polsce do 2011 nie reprezentował mnie nikt i nigdy, teraz zaś z zainteresowaniem przyglądam się Ruchowi Palikota, reprezentującemu moje poglądy mniej więcej w pięciu procentach. Jednocześnie jestem świadom, że w kraju, w którym pomysł, że obywatelom możnaby ułatwić życie legalizując związki partnerskie stanowi postawę wywrotową i zdziczałe lewactwo, poglądy szwedzkich feministek (i moje) mają niewielką szansę na sukces — przynajmniej dopóki nie dorosną dzieci tych dwudziestu procent par bez ślubu z 2009 roku. A w międzyczasie polityka państwa skupi się zapewne na wspieraniu instytucji małżeństwa, bo przecież do tej pory tak dobrze to działało, a definicją szaleństwa wcale, a wcale nie jest robienie ciągle tego samego i oczekiwanie innych skutków.

Wróciłem z kuźni, zmęczony tak, jak kiedyś dawno temu po pierwszych treningach na siłowni. Do domu dotarłem pchany wyłącznie siłą woli i nową piosenką Saint Etienne. Padłem na krzesło naprzeciw biurka i wpatrzyłem się tępo w monitor.

Łobosze, pomyślałem. Niech mi ktoś zrobi jeść. I zje za mnie, to też zbyt męczące. I potem posprząta. I pozmywa. I zrobi zakupy. I mnie rozbierze i umyje…

*

Niektórzy z czytelników pamiętają być może, że jakiś czas temu miałem depresję.

Od sześciu tygodni objawy depresyjne nie wróciły ani na minutę. Co więcej, wróciły problemy ze snem. Odnoszę silne wrażenie, że jedno i drugie jest ze sobą związane i jest sposobem mojego organizmu na danie mi do zrozumienia, że należy powoli zmniejszać dawkę leku.

Generalnie rzecz biorąc, wykazuję coś w rodzaju odwrotności depresji (łagodna mania?) — mianowicie jestem na zmianę szczęśliwy, bardzo szczęśliwy i strasznie szczęśliwy. Czasami, gdy mam okropnego doła, jestem tylko zadowolony z życia i jest mi dobrze. Nic poniżej właściwie się nie trafia, bo i niespecjalnie ma powód. Zdaję sobie sprawę, że pisanie tego na blogu to proszenie się, aby jutro spadł deszcz dżdżownic, po nim nastąpił pożar, a na koniec półpasiec, ale co ja poradzę, jest mi dobrze.

*

Moje życie uległo wskutek depresji zmianom, których jako żywo nie przewidywałem, kiedy raptem dziesięć miesięcy temu spędzałem całe dnie w domu, niezdolny do wyjścia po zakupy. Kiedy dzień składał się wyłącznie z opierania się myślom samobójczym, gapienia się w ścianę i czekania, aż nadejdzie wieczór i będzie można iść spać. Kiedy właziłem pod prysznic, siadałem na podłodze i siedziałem tak 45 minut, bo tyle mi zajmowało zmotywowanie się do wyjścia (przy czym umyć się nie byłem w stanie, wyłącznie namoczyć). Kiedy 45 minut zajmowało zakładanie skarpetek — konkretnie, pierwsza skarpetka 30 sekund, 44 minuty leżenia na kanapie i gapienia się w sufit, na koniec druga skarpetka. Kiedy ukochany mężczyzna oznajmiał mi sucho, że wychodzi, bo jak na mnie patrzy, to dostaje migreny, a przecież z pewnością bym tego nie chciał. Kiedy nie byłem w stanie projektować, a nic innego nie przychodziło mi do głowy. Kiedy przed zrobieniem sobie krzywdy powstrzymywało mnie głównie to, że nie mógłbym wtedy chodzić na siłownię — a to było ostatnie pozostałe mi zajęcie, które mi sprawiało przyjemność. Z wyjątkiem rzecz jasna faktu, że na siłowni byli inni ludzie, a ja nie byłem w stanie przebywać w niczyim towarzystwie.

Kiedy DJ ze mną zerwał, drogą sms-ową, powiedziałem sam sobie — dość spokojnie — że nigdy więcej. Żadnych związków, żadnego zakochiwania, ja tego nie umiem i już. Podrywanie wychodzi mi świetnie, seks bez zobowiązań też, doskonale radzę sobie jako singiel i na tym poprzestańmy. Nie spodziewałem się, że spotkam Drwala, a co dopiero Zbrojmistrza. Nie spodziewałem się, że zakocham się w tym drugim, mimo, że w zasadzie będę zajęty próbowaniem z pierwszym. I na pewno nie spodziewałem się, że będę wracać z kuźni, złachany jak kiepsko rozmrożona śmierć, po dniu ciężkiej roboty wykonywanej prawie bez pomocy. Jest to ciągle robota żenująco kiepska, ale MOJA.

*

O kuźni miałem pisać na blogu kowalskim, ale tutaj piszemy o miłości po 30, prawdaż?

Doszedłem do drugiego etapu rozwoju zawodowego. Pierwszy — nieuświadomiona ignorancja — za mną. Drugi to ignorancja świadoma. Tu właśnie się znajduję. Oglądanie kowala, u którego pracuję, doprowadza mnie niekiedy do wściekłości. Moje ręce TAK NIE ROBIĄ. Nie umiem tak uderzać, nie umiem tak celować, nie umiem w głowie rozłożyć na części zamka zapadkowego i bez dokonywania żadnych pomiarów, rysunków i w ogóle niczego tak po prostu go sobie zrobić (co dzisiaj oglądałem na własne oczy). I WIEM O TYM.

A jednak… dzisiaj wróciłem tak potwornie zmęczony dlatego, że pracowałem cały dzień niemalże bez pomocy. Nad konkretnymi przedmiotami z konkretnej stali. Przy użyciu wykonanego przez siebie młota kowalskiego, oraz wykonanych przez siebie kleszczy (które się nieco rozlatują po dwóch miesiącach, ale nadal są najlepsze do niektórych prac).

*

A teraz jest już jutro, wyspałem się, zjadłem kilka posiłków, dokończyłem notkę, pojechałem na egzamin państwowy z niderlandzkiego i właśnie zeń wróciłem. W ciągu trzech tygodni dowiemy się, jak poszło.

Świat się zmienił, a politycy nie zauważyli.

Troszeczkę zauważył Donald, ruszając — mimo niepopularności tejże — z reformą emerytalną. Ludzie żyją o kilkanaście lat dłużej niż kiedyś, mają średnio o jedno dziecko mniej, a ZUS już teraz ledwie zipie i nie ma specjalnej nadziei na to, że to się zmieni. Nie zauważyły natomiast Gowiny et consortes, obwiniając próbę wprowadzenia związków partnerskich i zmniejszenie ilości małżeństw o to, że dzieci rodzi się w Polsce (i nie tylko) coraz mniej.

A tymczasem to nie wina małżeństw (i ich braku), związków partnerskich i moja osobiście, że rodzi się coraz mniej dzieci. W Polsce wina leży w dużym stopniu po stronie tego, jak wyglądają w tymże kraju zwalczane przez Gowina prawa reprodukcyjne kobiet — jeśli ciążę postrzega się jako największe zagrożenie, mogące upierniczyć człowiekowi życie na amen, to się jej wszelkimi siłami unika. Jeśli kobieta zajdzie już w ciążę, jest traktowana jak inkubator, któremu nie wolno robić niczego, co mogłoby zagrozić nienarodzonej świętości. Luksusowe to traktowanie napoczętego kończy się w momencie porodu, kiedy okazuje się, że na miejsce w żłobku dziecko musi czekać do ósmego roku życia, w przedszkolu — do piętnastego, a jeśli przypadkiem uda mu się skończyć jakieś studia, to i tak nie dostanie pracy. Powody tego ostatniego tłumaczy profesor fizyki Jan Stanek z Uniwersytetu Jagiellońskiego:

Czuję się w obowiązku zwierzyć się Wam z bardzo przykrej tajemnicy. Nie jesteście – większość z Was – dobrze wykształceni, a jedynie tak Wam się wydaje. Zostaliście oszukani najpierw przez nauczycieli, a potem przez wykładowców. To oni, a przynajmniej wielu z nich, bezpodstawnie wypisali Wam świadectwa, zaliczyli egzaminy i wydali dyplomy – czasami nawet po kilka. Następnie chcący Wam się przypodobać politycy wmówili Wam i Waszym rodzicom, że dyplom jest tożsamy z posiadaniem wiedzy i umiejętności. […] Teraz jesteście oburzeni, bo uważacie, że należy się Wam praca. Pracy jest wiele, ale nie ma ludzi potrafiących ją wykonać. […] Nie liczcie, że tę sytuację zmienią naukowcy lub politycy. Profesorowie na ogół mają się dobrze, ratunek na uzdrowienie polskiej edukacji widzą głównie w podniesieniu płac. Politycy ewentualnie powołają specjalne komisje, które opracują programy naprawcze do roku 2050. Przemysł potrzebuje fachowców do bieżącej produkcji; gdy zmieni się technologia i nie będziecie w stanie się przystosować, chętniej zatrudnią młodszych i tańszych.

Profesor ma, niestety, rację (chociaż Maciej Łapski z Praktyki Teoretycznej się ze mną nie zgodzi). Miejsca oferowane na studiach nie mają nic wspólnego z potrzebami rynku pracy, wszystko mają za to wspólne z tym, gdzie pchają się studenci. Umowy śmieciowe oferowane owym nie mają nic wspólnego z fair play i słusznym traktowaniem, wszystko za to z mitycznym wolnym rynkiem, który według liberałów jest najlepszym lekiem na całe zło. Maciej Łapski dramatycznie zapytuje:

[…] pozostaje się zapytać profesora Stanka, gdzie są te mityczne miejsca pracy dla młodych ludzi? W call center, ubezpieczeniach a może przy rozdawaniu ulotek? Czy w tym momencie fakt, iż jesteśmy do takiej pracy za mało przystosowani, świadczy o nas źle?

No, nie świadczy. Świadczy źle natomiast o całym systemie i naszej milczącej na niego zgodzie. To nie wina studentów, że studiują, a potem spodziewają się pracy. W wieku, w którym wybiera się studia nie wie się na ogół, czego się chce od życia, a tymczasem po studentach spodziewamy się, że dokonają wyboru determinującego praktycznie całą ich późniejszą praktykę zawodową. Ja swoje studia wybrałem poniekąd przypadkiem — matematyka na Politechnice Warszawskiej wydawała mi się wystarczająco zbliżona do informatyki, a informatyka wydawała mi się pociągająca. Po czym na trzecim roku dokonałem odkrycia, że matematyka jest dla mnie łatwa, ale mnie nudzi — i znalazłem pracę jako asystent grafika. Następnie zaś skończyłem studia, jednocześnie ucząc się projektowania, a potem spędziłem kolejne 13 lat jako wyżej wzmiankowany grafik ze stopniem magistra inżyniera matematyka.

Czy to czyjakolwiek wina, że spędziłem pięć lat na studiach, z których nigdy potem nie skorzystałem? Nie posunąłbym się do obwiniania kogokolwiek. Przed rozpoczęciem studiów zdawało mi się, że matematyka bardzo mnie interesuje — okazało się, że miałem w liceum świetnego, charyzmatycznego nauczyciela i dlatego mi się tak zdawało. Po studiach nigdy nikogo nie obwiniałem za swój wybór, a przy rozmowach kwalifikacyjnych matematyka bardzo mi się przydawała — wszystkich przyszłych szefów mój kierunek studiów bardzo interesował. A były to czasy, gdy WSZYSCY studiowali marketing i zarządzanie. Po czym Gazeta Wyborcza opublikowała wiele ciekawych artykułów o tym, jak to absolwenci marketingu i zarządzania oddają się malarstwu pokojowemu, konserwowaniu powierzchni płaskich i tym podobnym głęboko intelektualnym zajęciom związanym z ich kierunkami studiów. Ja zaś przechodziłem z jednej pracy do drugiej, lepiej płatnej.

Czy wszyscy absolwenci marketingu i zarządzania wybrali studia dlatego, że planowali zmarnować pięć lat i spędzić życie na narzekaniu na swój błędny wybór? Istnieje niewielka możliwość, że wybrali je, ponieważ były to studia reklamowane jako „pewna praca po zakończeniu studiów”, „najmodniejszy kierunek ostatniej dekady”, „nasi absolwenci zarabiają trzy średnie krajowe”, etc. Bardzo mało, wydaje mi się, jest osób, które postanowiły studiować marketing i zarządzanie, gdyż ich serduszko mówiło im, że muszą koniecznie marketingować i zarządzać i nic innego nie da im pełnego spełnienia. Czy fair jest stwierdzenie, że głupio wybrali? Czy fair jest stwierdzenie, że to wina profesorów? Pracodawców? Balcerowicza osobiście?

Zbudowaliśmy sobie system, który przestał właśnie działać, a my się powoli zaczynamy orientować, że ta chwila nastąpiła. Nie sposób znaleźć szewca, brakuje murarzy, pielęgniarek, brakuje programistów Javy, brakuje kowali (to ostatnie, rzecz jasna, wiem z doświadczenia). Tymczasem nastoletniej młodzieży sugeruje się głównie: 1. karierę w reality szołach, 2. prawo, 3. psychologię i coaching. Osoby, które TERAZ zostają coachami czy prawnikami, mają szanse na karierę i pieniądze. Osoby, które za 5 lat zakończą studia, odkryją, że przez poprzednie 5 lat inni pokończyli studia pierwsi, zapchali rynek i nie ma więcej zapotrzebowania na psychologów. Ilu dziennikarzy skończyło dziennikarstwo? Ilu absolwentów filologii polskiej pracuje w zawodzie? Na Uniwersytecie Śląskim, informuje mnie artykuł z 2008, najwięcej osób chciało wtedy studiować reżyserię. Spodziewam się, że kierunek nie został natychmiast potem zamknięty, a reżyserię można studiować też w innych szkołach. Ilu jest w Polsce zawodowo czynnych reżyserów?

Wspomniany artykuł z 2008 kończy się słowami:

Prawda jest taka, że młodzi ludzie stoją na bakier z matematyką. Poziom wiedzy jest zatrważający. Nie ma więc mowy, by absolwenci szli na politechnikę, jeśli nie czują się na siłach w ścisłych przedmiotach. Po drugie młodzi nie wiedzą, co będzie się liczyło na rynku pracy za 5 lat – mówi Janusz Kupidłowski, doradca personalny.

Czyja to wina, że nie wiedzą i czyja, że stoją na bakier z matematyką? Złe mózgi mają? Trzeba ich odstrzelić? Zmusić, aby pokochali i zrozumieli matematykę? Jak?

Ruch Occupy ma na celu wytłumaczenie rządzącym, że zbudowany przez nich (i przez nas wszystkich, tak naprawdę, nawet jeśli ograniczamy się do biernego oglądania wiadomości… może zwłaszcza, jeśli się do niego ograniczamy) system powoduje, że 99% obywateli pracuje dla dobra 1%. Co gorsza, coraz trudniej jest zrobić tę słynną karierę typu amerykański sen, bo 1% przekazuje majątki dzieciom. Wojen nie ma, bogactw nikt nie konfiskuje, a liberałowie naciskają na podatek liniowy — czyli, de facto, na utrwalenie struktury, w której 1% posiada 90%, a 99% posiada 10% bogactw światowych. No i, rzecz jasna, TINA — czyli There Is No Alternative. Z tym pogodziliśmy się tak dawno, że kiedy teraz pojawiają się protesty przeciw stanowi obecnemu, nikt oprócz populistów nie widzi sposobu na zaspokojenie żądań protestujących.

Agnieszka Mitraszewska na wyborcza.biz:

Gdy skończyła się zimna wojna, mechanizmy rynkowe jakoś samoistnie stały się przedmiotem kultu. Od czasu, gdy Margaret Thatcher i Ronald Reagan przekonali świat, że rynek to klucz do dobrobytu i wolności, nikt nie miał odwagi tego podważyć. Dziś coraz częściej zastanawiamy się, gdzie leżą jego granice. Kryzys, który przyszedł w następstwie nadmiernego zaufania do rynków, nauczył nas podejrzliwości. Przyszedł odpowiedni czas – pisze Michael J. Sandel – żeby zastanowić się, na ile chcemy pozwolić rynkowi rządzić naszym życiem. Potrzebna jest publiczna debata na ten temat. Dlaczego jednak mielibyśmy się martwić tym, że wszystko można kupić? Czy to coś złego? Tak – odpowiada Sandel – a powody są dwa: nierówność społeczna i korupcja.

Jeśli za wszystko trzeba płacić, życie staje się niewspółmiernie cięższe dla osób o niezbyt zasobnych portfelach. Im więcej trzeba kupować, tym bardziej istotna staje się zamożność. Tak dalece, jak różnice w dochodach decydują jedynie o luksusowej konsumpcji, nie mają wielkiego znaczenia. Ale gdy chodzi o rzeczy naprawdę istotne, takie jak zdrowie, bezpieczeństwo, edukacja, implikacje są dużo poważniejsze.

Po cichu marzę, że kryzys wybudzi ludzi z marazmu, pogodzenia z losem i wydawania zarobionych pinionszków na produkty Apple, Nike, Adidasa, Coca Coli i MacDonalda. (Piszę to, rzecz jasna, na moim iMacu.) Potrzebujemy jednej z dwóch rzeczy — albo rewolucji, albo pogodzić się z tym, że 1% będzie coraz bogatsze, a 99% coraz biedniejsze. Za kryzys nie zapłacili dyrektorzy banków, właściciele biur maklerskich i partnerzy w spółkach prawniczych, zapłacili za niego szeregowi pracownicy w tych i innych instytucjach, bo przecież tradycyjnie tak jest, że dyrektor musi być bogaty, a pracownik niekoniecznie. I to też będą musiały zrozumieć tysiące osób studiujących prawo — owszem, przywykliśmy do tego, że prawnicy są bogaci, ale przecież nie może być tak, żeby na jednego ubogiego obywatela przypadało trzech bogatych prawników. Nie bez powodu 1% nazywa się 1%, a 99% — 99% i nie odwrotnie.

A może rozwiązaniem jest powrót do tradycji i dawno sprawdzonych rozwiązań? Zakaz pracy dla kobiet, podział na szlachtę i lud pracujący dla szlachty za utrzymanie, grosze i iPady? Może to 1% powinna się zbuntować i zażądać, aby bydło przestało się niesłusznie domagać darmowej edukacji, opieki medycznej i tym podobnych pierdół na które wszakże nie zasługuje, gdyż nie rozumie matematyki?

(Ciąg dalszy — o części obyczajowej — nastąpi.)