O męskości pisałem już parę razy, ale dzisiaj mam dla Państwa kąsek wyjątkowy — otóż o męskości mówi nam najbardziej męski mężczyzna wśród męskich mężczyzn i najwojowniczejszy wśród najwojowniczejszych, sam Tomasz Terlikowski.

Niesamowitym przeżyciem była wczorajsza debata „Droga wojownika. Oblicza męskości”, w której wraz z Krzysztofem Ziemcem i Jerzym „Jurasem” Wrońskim miałem przyjemność uczestniczyć. Na wielkiej auli, wypełnionej niemal po brzegi, siedzieli sami mężczyźni. I rozmawiali o tym, co znaczy być mężczyzną.

Brzmi heteroseksualnie.

Wniosek, zawarty w tytule, że być mężczyzną to być wojownikiem (ale także mężem i ojcem) został dowiedziony.

W tytule nie widzę nic o mężu i ojcu, ale niech już tam Tomaszkowi będzie.

Ale jakoś nie stało czasu, żeby tam, na sali powiedzieć, o tym, jak i o co walczyć powinien współczesny wojownik.

Cóż za niezwykły przypadek, tyle czasu sięśmy brataliśmy w męskich objęciach wypełnionych niemal po brzegi, że aż nie stało czasu, żeby powiedzieć cokolwiek konkretnego.

Często przywoływaliśmy – i Krzysztof Ziemiec i Jerzy Wroński – przykład powstańców, ale przecież na szczęście współcześnie powstanie zbrojne, na szczęście nam nie grozi, wojowanie musi mieć więc nieco inny charakter. I właśnie na pytanie, jaki powinien on być, spróbuje krótko odpowiedzieć w tym tekście.

To ciekawe, jak strasznie prawica cierpi w związku z brakiem powstań, w których mogłaby bohatersko ginąć. Zapewne stąd bierze się poparcie ustawek kibiców piłkarskich przez polityków PiS — sami by chętnie „po męsku” oberwali po mordzie i dali komuś innemu, lub przynajmniej obejrzeli to w telewizji masując się po kroczu.

Wojownik zawsze walczył o swój dom, rodzinę i religię nierozerwalnie związaną z tradycją.

Oj, nie zawsze walczył o dom, nie zawsze w ogóle miał rodzinę, a jeśli akurat był rzeczywiście wojownikiem to rodzinę widywał nader rzadko. Co do religii, to już się Terlikowskiemu coś chyba zamarzyło, albo może mu się z krucjatami pomyliło. Przy czym to, co się działo podczas krucjat po stronie religijnej ciężko określić mianem walki o swój dom i rodzinę.

Obrona ojczyzny, to przecież zawsze w istocie obrona poszerzonej rodziny i tradycji, z której wyrastamy.

„Przecież zawsze w istocie” służy w tym wypadku jako synonim frazy „a teraz powiem coś kompletnie nie na temat”.

I to się nie zmienia, również obecnie musimy bronić rodziny, tradycji i ojczyzny. Z tym, że obecnie poza zagrożeniami politycznymi czy geopolitycznymi mamy też zagrożenia ideologiczne i światopoglądowe. Walka z nimi jest zatem również istotnym zadaniem wojowników, którzy bez lęku powinni walczyć z ideologią LGBT, z próbami rozmywania tożsamości seksualnej i rozróżnienia ról i zadań kobiety i mężczyzny.

O proszę! I wyszło szydło z worka. Aby być wojownikiem, należy wkładać peniska w waginkę, pilnować kobiet, żeby przypadkiem nie wylazły z kuchni oraz rzucać kamieniami w demonstracje gay pride. Tak tak owieczki moje i baranki, ciężkie i wymagające wielu poświęceń jest życie wojownika Tomaszka. Zaś osoby, które nie wkładają penisków w waginki w ogóle nie mogą być wojownikami, mieć domu, rodziny ani religii.

Wojownik nie może także obojętnie przyglądać się masowemu ludobójstwu, jakie dokonuje się w świecie (przynajmniej 53 miliony osób rocznie jest mordowanych w łonach matek)

Świetnie się składa, że Tomaszek o tym wspomniał, a ileż milionów ludzi jest corocznie mordowanych podczas polucji i męskiej masturbacji! (Dziękuję, @lenistwo :-*) A wszak wszyscy wiemy, że do zakończenia życia ludzkiego (rozpoczynającego się w momencie napoczęcia) prawo powinien mieć wyłącznie Bóg, oraz kat wykonujący karę śmierci.

i nie może zgodzić się na to, by uznać biednych czy chorych za niegodnych życia, a zabicie ich za odpowiednie rozwiązanie sprawy (co postulował choćby Kazimierz Kutz).

Na miejscu Kutza byłbym już po złożeniu pozwu.

Metody tej walki są oczywiście inne. Tu nie chodzi o miecz, ale o słowo, nie tyle o zbrojny opór, ile o odważne, i liczące się z konsekwencjami prawnymi, głoszenie prawdy.

„Prawda” w tym wypadku jest synonimem słowa „pierdolenie”.

Zgoda na to, by uważano nas za wariatów czy oszołomów, czy by ciągano nas po sądach.

No, po tym tekście o Kutzu wojownik Tomciu powinien się rychło znaleźć w sądzie, chociaż jako wariat czy oszołom (cytuję wojownika, proszę mnie nie pozywać panie wojowniku!) liczy zapewne na uniewinnienie.

W tej walce nie zginiemy, ale możemy sporo stracić. Jeśli jednak jej nie podejmiemy, jeśli spokojnie wzruszamy ramionami, to nie mówmy o sobie, że jesteśmy wojownikami.

Bo wojownicy znani są z tego, że gadają straszne głupoty, po czym lądują w sądzie. Po tym się poznaje wojownika — im więcej przeciwko niemu wyroków o kłamstwa i zniesławienia, tym bardziej męski i wojowniczy w obronie swego domu, rodziny i religii.

I nie dziwmy się, że ktoś niszczy świat, w którym się wychowaliśmy, że ktoś odbiera nam dzieci. Gdy takie rzeczy widzieli nasi dziadkowie wzniecali powstania, a nam często brakuje woli, by podnieść głos w obronie normalności…

Tomciu! Ty wznieć szybko powstanie w obronie swoich dzieci które Ci na fejspupku chciano zabrać! Niech pożoga trawi Warszawę, dzielna młodzież (wszechpolska) ginie tysiącami, posoka zalewa oczy strudzone smaganiem słowami na Frondzie wyznawców ideologii LGBT i mordowania osób w łonach matek!

*

Tak się składa, że sam ostatnio rozważałem kwestię męskości i w rezultacie rozważań wyszło mi, że powinienem aspirować do zostania… nie, nie wojownikiem. Królem.

Do bycia królem nie wystarczy posiadanie heteroseksualnego peniska i wkładanie go do waginki, tudzież pisanie felietonów na Frondzie o tym, jak zajebiście się rozmawiało o męskości w sali pełnej mężczyzn. Król posiada więcej cech, przy czym mniej mnie interesują upodobania genitalne króla, a bardziej jego charakter.

Cechą króla winna być rozwaga. Nie jest sztuką posłać sto tysięcy ludzi, aby zginęli na barykadach za moje poglądy. Sztuką jest wygrać wojnę, nie doprowadzając do zdziesiątkowania swojego ludu. Dobry król nie marzy po nocach o powstaniu, w którym mógłby się wykazać niezwykłą, męską odwagą i zostać sławnym wojownikiem. Dobry król myśli nad tym, jak najlepiej wykorzystać czas pokoju i rozbudować swe państwo — parafrazując, dobry król zastaje dom Terlika drewnianym, lecz zostawia murowanym. Rozważny król nie spędza połowy życia na zwalczaniu cudzych związków, lecz skupia się na swoim. Ryzyko podejmuje wtedy, gdy rozwaga podpowiada mu, że jest szansa wygrać; nie rzuca się na czołgi z wrzaskiem „zapolskieeeeeee…!” i drewnianym kozikiem w dłoni.

Kolejną ważną cechą króla jest wierność. Wierność swoim poglądom, lecz przede wszystkim wierność swym obietnicom. Jeśli w treści przysięgi pojawiają się słowa „na całe życie”, król dotrzymuje ich przez całe życie, lub też ich zwyczajnie nie składa. Jeśli pojawiają się trudności (typu seksi manikiurzystka Żaneta lat 24) utrudniające dotrzymania obietnic, król przezwycięża trudności i obietnic dotrzymuje. Życie króla nie jest, niestety, tak proste jak życie wojownika, który musi wyłącznie sprzeciwiać się aborcji i wtykać peniska w waginkę, dlatego też jak mniemam Terlikowski na królestwo się nie porywa.

Do kategorii „wierność” wliczam również „prawdomówność”. Król nie kłamie. Jeśli w jego życiu są rzeczy, do których wolałby się nie przyznawać, król o nich zwyczajnie nie mówi, zamiast wciskać kit, że jest dziewicą wiecznie myślącą jeno o Maryi, aż do rozwodu, podczas którego wychodzi na jaw 18 kochanek. (Nie twierdzę oczywiście, że to casus wojownika Tomasza, śmiem jeno sugerować, że nadzwyczaj wielu konserwatystów propagowanych przez siebie cnót nie uprawia osobiście.)

Król powinien cechować się odwagą. Nie — odwagą straceńczą, odwagą psychopaty, odwagą człowieka niemającego nic do stracenia. Na początek mógłby się cechować odwagą kogoś, kto nie ma nic przeciwko cudzym wyborom i związkom, ponieważ wierzy, że nie wpłyną one na jego życie. Mógłby również rozważyć odważne przyznanie się do popełnionych błędów; nie ma ludzi idealnych, są wyłącznie tacy, którzy mają wyjątkowo dobry PR. Król ma odwagę marzyć (’I have a dream…’) i spełniać swoje marzenia; nie siedzi mamrocząc pod nosem, że byłby takim zajebistym wojownikiem, gdyby mu nie ideologia LGBT oraz rąbek u kiltu nie przeszkadzały.

Ważną cechą króla jest siła. Nie chodzi o siłę mierzoną tym, ilu kibolom się wpierdoliło na ostatniej ustawce, lecz o siłę charakteru. A ta obejmuje wszystko, o czym do tej pory napisałem, bo wcale nie jest łatwo mówić prawdę, być odważnym, rozważnym i wiernym swym obietnicom. Najtrudniej jest przyznawać się do błędów i wpadek — jeszcze trudniej, niż takowych nie popełniać.

*

Tomcio mnie niesamowicie swoimi pierdołami o wojowaniu wkurzył, bo tak się składa, że nawet my homoseksualiści niekiedy miewamy ojców. Heteroseksualnych. Mój na przykład poderwał moją mamę, bo mu się podobała, potem mnie zrobił w jak najbardziej heteroseksualny i nie-invitrualny sposób. Na koniec zaś — gdy okazało się, że mama jest w ciąży — przypomniał sobie o małym drobiazgu, tym mianowicie, że już jedną żonę ma, ma z nią dzieci, rodzina jest bardzo katolicka i żaden rozwód w grę nie wchodzi. Po czym zaoferował mojej mamie pieniądze na aborcję, w tym czasie legalną.

Wszystkie właściwie cechy wojownika wg Tomcia są tu jak najbardziej obecne. Penisek w wagince, bez gumki i hormonów; chęć obrony rodziny przed wydrą, co złośliwie w ciążę zaszła, atakując w ten sposób uświęconą komórkę społeczną; no, może ta kasa na aborcję tak nie do końca wojownicza, ale jak rozumiem nastąpił tu wybór mniejszego zła celem zapobieżenia ZŁU jakim byłby jakże niechrześcijański rozwód. W zasadzie możnaby rzec, że tatuś zachował się rycersko, wszakże chciał za aborcję sam zapłacić! (A jeszcze niemiłosiernie dołożę informację, że pracował dla wojska — męskość i wojowniczość już chyba dalej nie sięga.)

Wyznam szczerze, że swoje ideały męskości buduję w oparciu o postać swojego ojca — a mianowicie staram się wszelkimi siłami nie być do niego podobnym. Nie kłamię; nie tchórzę; nie zdradzam; nie łamię obietnic. Odwagę staram się temperować rozwagą, co czasami nie wychodzi, a wtedy się do tego przyznaję. Mam odwagę marzyć; mam rozwagę, aby marzenia dopasowywać do możliwości oferowanych przez rzeczywistość; mam siłę pracować nad ich realizacją. No, ale żaden ze mnie wojownik — kobiety traktuję jak równorzędnych partnerów, a nie obiekty seksualne, nie siadywam w gronie samych mężczyzn aby dyskutować o męskości (chyba, że liczą się wizyty w barze dla skórzaków?), popieram cywilizację śmierci i ideologię LGTB. Na domiar złego nigdy nie byłem w sądzie z wyjątkiem jednego razu, gdy roznosiłem ulotki jakiejś pizzerii i bezczelnie władowałem się do budynku sądu celem rozwieszenia ich na klamkach. Tomciu nawet by w moją stronę nie splunął, taki jestem w jego oczach niemęski.

Dawno nic o miłości nie było na Miłości, więc spieszę z aktualnościami.

Wczoraj odbyło się zaplanowane od jakiegoś czasu zerwanie z Drwalem. Drwal jest uroczy, miły, słodki, sympatyczny i, niestety, nudny. Na blogu Bohater Pozytywnej przeczytałem, że najpierw przydarzył się jej normalny mężczyzna, który zyskał pseudonim Antychemiczny, potem zaś nawiedził ją dla odmiany pan Sinusoida. Mi przydarzyło się to samo, tylko w odwrotnej kolejności; po DJ-u chciałem bardzo spotkać mężczyznę normalnego, bez odchyleń, udziwnień i wyskoków. I spotkałem.

Po trzech miesiącach spotykania się nasza chemia kompletnie zdechła. W trzecim miesiącu znajomości czułem się, jakby to był trzeci rok. A jednocześnie Drwal jest zwyczajnie porządnym facetem i myśli o zerwaniu wzbudzały we mnie silne poczucie winy oraz, po prostu, irytację na samego siebie. Aż w końcu nie mogłem przestać odsuwać od siebie myśli, że dokładnie dzięki takiemu podejściu i trzymaniu się pracy, która mnie nudziła, ale za to jakże była stabilna i porządna wyhodowałem sobie wypalenie zawodowe.

Temat poruszyłem wczoraj, zaserwowawszy wcześniej klopsiki wegetariańskie (Drwal jest wege, ja lubię się żywić jak wilkołaki w serialu True Blood — na śniadanie trzy steki, a potem coś z kurczaka; nawet żywieniowo jesteśmy niedopasowani). Drwal zaś ku mojemu zaskoczeniu zareagował następująco:

— Dobrze, że to mówisz, bo czułem się tak samo, planowałem porozmawiać o tym z tobą w weekend.

Najpierw nie do końca zrozumiałem, co słyszę. Potem przez chwilę zastanawiałem się, czy na pewno powiedziałem to, co chciałem. Po czym przeżyłem ogromną ulgę. Wyściskaliśmy się, wyznaliśmy sobie, że obaj czuliśmy, że nie do końca do siebie pasujemy, po czym obiecaliśmy sobie pozostanie w przyjaźni.

Po wyjściu Drwala poczułem, że nie mam ochoty siedzieć w domu i zadzwoniłem do najbliższego kumpla z książki telefonicznej, którym okazał się niejaki Starszy Cubs. Zameldowałem się u niego pół godziny później, opowiedziałem mu o wydarzeniach, po czym okazało się, że jemu tego samego dnia również przydarzyło się zerwanie z kimś, z kim spotykał się od kilku tygodni, tyle, że w jego przypadku nie było ono ani obustronne, ani przyjemne. Tak więc jako nadzwyczaj świeżo upieczeni single ruszyliśmy najpierw do mojego ulubionego baru, zaś gdy o 1:30 wyproszono nas stamtąd — do pobliskiego klubu, w którym w czwartek grają muzykę taneczną.

Wstęp do klubu w zasadzie jest płatny. Byłem tam do tej trzy razy i ani razu nie kazano mi zapłacić. Wczorajsza noc nie była wyjątkiem. (Najwyraźniej wyglądam nadzwyczaj ubogo i z litości wpuszczają mnie za darmo. Note to self: rozważ kupno nowych butów.) Tańczyliśmy do 4, kiedy to skończyły nam się fundusze na napoje oraz siły do tańców.

W trakcie wieczora kumpel dziękował mi jakieś osiem razy za to, że się z nim spotkałem i zaoszczędziłem mu samotnego wieczoru w towarzystwie chardonnay, ja zaś bawiłem się doskonale — ku własnemu zdziwieniu. Nie spodziewałem się, że będę się czuł tak dobrze. Nie spodziewałem się, że zerwanie okaże się najlepszym rozwiązaniem dla nas obu. Może trzeba zastosować te same zasady, co przy wyborze nowej pracy, do mojego życia osobistego? Najwyraźniej szukanie partnera metodą „chcę kogoś normalnego” w moim przypadku nie działa. A może po prostu pogodzić się z faktem, że przeznaczone mi zostać singlem po wieki wieków, amen?

Podczas mojego kursu kowalstwa dołączyły do mnie dwie osoby, z których jedną znam od lat, a z drugą czuję się, jakbym ją znał od lat. Wszyscy troje cierpimy/cierpieliśmy na depresję, tak więc udało nam się przeprowadzić rodzaj rozmowy, który tzw. normalnym ludziom podniósłby włosy na karku. Podczas owej rozmowy bawiliśmy się doskonale, popijaliśmy naleweczkę i ogólnie było nam szalenie miło, zwłaszcza, gdy rozmawialiśmy o próbach samobójczych. (Nieudane próby samobójcze mają plus — można o nich potem rozmawiać, ciesząc się doskonałym zdrowiem.)

Ciekawym tematem okazał się wpływ wychowania na dokonywane przez nas wybory. Nowy przyjaciel i ja mieliśmy ten rodzaj rodziców, który przed każdym odrobinę ryzykowniejszym posunięciem dziecka mówi:

— Przecież i tak ci się nie uda.
— Kochanie, ja wiem, że ty chcesz, ale to nie dla ciebie.
— Ja oczywiście trzymam kciuki, ale przecież wiesz, że nie wyjdzie.
— Tylko chciałam cię przygotować na wypadek porażki.

Oraz, rzecz jasna, najbardziej morderczą rzecz, jaką można dziecku powiedzieć, a mianowicie:

— Uważaj na siebie.

Powtórzone tysiąc razy słowa „uważaj na siebie” to wspaniały sposób na wychowanie dziecka, które wszystkiego się boi, jest ciche, nieśmiałe, zalęknione i zajmuje się głównie siedzeniem w kąciku i udawaniem, że go nie ma. W tej frazie groźne jest wszystko, a głównie niekonkretność określenia. „Uważaj na siebie” sugeruje, że świat poza granicami mieszkania jest niebezpieczny, co gorsza — niebezpieczny niekonkretnie. Skrzywdzić może nas wszystko i każdy, wobec czego należy bez przerwy uważać, uważać, uważać. Na mężczyzn i kobiety, na starych i młodych, na dzieci i staruszków, samochody i autobusy, no, na wszystkich i wszystko.

Wszystkie zdanka z powyższej listy biorą się rzecz jasna z troski o dziecko, któremu należy zaoszczędzić siniaków na kolanku, bycia skrzywdzonym w jakikolwiek sposób i generalnie tego, co nazywamy życiem. Chowane w ten sposób dziecko boi się wszystkiego, łącznie z odniesieniem sukcesu, na wszelki wypadek rezygnuje ze swoich marzeń i pragnień, bo i tak się nie uda, ma problemy z nawiązywaniem znajomości, znajdowaniem pracy, ba — ma problemy z wychodzeniem z domu. Bo przecież na zewnątrz czai się NIEZNANE ZUO.

Nie czuję się upoważniony do opowiadania o życiu moich przyjaciół, ale o swoim jak najbardziej. Jednym z powodów, dla których wyglądam, jak wyglądam, jest ten właśnie sposób wychowania. Nie będąc pewnym, czego należy się bać, na wszelki wypadek zacząłem od groźnie wyglądających mężczyzn. Na przykład takich w kurtkach skórzanych. (Po czym nabyłem ramoneskę.) Po przekonaniu się, że mężczyźni w ramoneskach nie są tacy znowu straszni, przeszedłem do bania się mężczyzn z tatuażami. A potem chuliganów różnego rodzaju, w szczególności punków i skinów. No i rzecz jasna napakowanych na siłowni mięśniaków. Aż w końcu okazało się, że jestem napakowanym, wytatuowanym punkiem w skórzanej kurtce, glanach i bojówkach i nie mam się już czego bać, z wyjątkiem rzecz jasna starszych pań w autobusach.

Po osiągnięciu tego etapu nastąpiło kilka ciekawych zmian w moim życiu. Po pierwsze, otoczenie zaczęło mnie akceptować i lubić BARDZIEJ, ponieważ jak się okazuje ludzie umieją wyczuć, czy sposób, w jaki wyglądasz, nosisz się i zachowujesz to kostium i maska, czy zwyczajnie tak ci dobrze. Po drugie, przestałem się bać, patrzeć pod nogi, unikać ciemnych uliczek i wychodzenia z domu — teraz to mnie się boją, a mi wydaje się to strasznie zabawne. Po trzecie — po wyjściu z depresji przystąpiłem do spełniania swoich marzeń, najpierw, sześć lat temu mniej śmiało, teraz bardziej. I do tego wszystkiego wystarczyły jedyne dwa lata psychoterapii!

*

Jak wspomniałem, było nas troje, a trzecia osoba miała doświadczenie odwrotne. Jest ona mianowicie posiadaczką rodziców, którzy wrzucają dziecko na głęboką wodę, po czym udają się na kawę, co jakiś czas niemrawo sprawdzając, czy jeszcze nie utonęło.

Tak, jak moim marzeniem było bycie odważnym, śmiałym ekstrawertykiem, tak marzeniem mojej przyjaciółki było posiadanie nudnego życia, w którym nic się nie dzieje, nikt się od ciebie niczego nie domaga, nie jesteś poddawaną żadnym testom, nowym sytuacjom i najlepiej masz święty spokój. Mnie święty spokój o mało nie zabił, jej o mało nie zabił nadmiar intensywnych i ekscytujących doświadczeń. Ja odreagowałem poszukiwaniem ostrych wrażeń, ona — poszukiwaniem spokoju. W obu przypadkach za wszelką cenę i nie bacząc na konsekwencje.

Jednym z wniosków, jakie wyciągnęliśmy z naszych dyskusji był ten, że zajebiście trudno jest być rodzicem. Nasi rodzice nie należą do osób psychopatycznie znęcających się nad dziećmi, wprost przeciwnie — w porównaniu z nami są przerażająco normalni. (Oba wyrazy użyte nieprzypadkowo.) Z pewnością żadne z nich nie stosowało swoich metod wychowawczych z premedytacją chcąc nam zrobić krzywdę. A jednak efekt końcowy okazał się smutny — żadne z nas trojga nie zdołało spełnić swoich marzeń, wszyscy wpadliśmy w depresję, do tej pory, po latach terapii, borykamy się z efektami wychowania. (Czy już wspominałem o rozmowie z lekarzem, z której wynikło, że będę brać swoje lekarstwa przez co najmniej cały rok 2012, a potem się zobaczy?)

Nie potrafię zrozumieć powodu, dla którego w Polsce tak intensywnie odmawia się osobom homoseksualnym prawa do adopcji. Bo niby heterycy tak sobie świetnie radzą, hę? W wyniku wychowania w rodzinie hetero nigdy nie wyrasta się na osobę nieszczęśliwą, chorą, z problemami umysłowymi? Homoseksualne dzieci biorą się niby skąd? Para alkoholików mieszkających w pudłach na dworcu ma większe możliwości posiadania dzieci, niż nudnie stabilna para homoseksualna mieszkająca w wielkim domu w Konstancinie — naprawdę z tymi pierwszymi w charakterze rodziców jest dziecku o tyle lepiej?

W dyskusji o homoadopcji właściwie zawsze przewija się stwierdzenie „oczywiście, wszyscy zgodzimy się z tym, że dziecku najlepiej jest u pary heteroseksualnej, bo potrzeba mu mamusi i tatusia”. Po tym stwierdzeniu czasami pada „ale”, czasami nie, ale jednak ten podtekst zawsze jest obecny. A jednak na świecie tyle jest osób nieszczęśliwych, chorych, skrzywionych, z uzależnieniami, z depresją, tyle jest prób samobójczych. Te wszystkie osoby miały, przynajmniej przez chwilę, dwoje rodziców płci odmiennych.

Może heteroseksualiści na razie powinni dać sobie spokój z wychowywaniem dzieci?

Czas na najnowszy odcinek cyklu „Łojezu jakie emo”. Dziś emo prezentuje Katarzyna Kolenda-Zaleska.

Upłynęło już sporo czasu od wyznania pani Marii Czubaszek o dokonanych przez nią dwóch aborcjach, ale ta sprawa wciąż nie daje mi spokoju.
MUJBORZE — czy to syndrom pocudzoaborcyjny?!
Na początek dwa zastrzeżenia. Marię Czubaszek bardzo lubię za jej dowcip, błyskotliwą inteligencję i niezależność. I po drugie – nie zamierzam osądzać niczyich wyborów.
No i nie jestem rasistką, bo mam beżowych przyjaciół!
Ale coś mnie w tej sprawie uwiera. Łatwość, z jaką opowiada się o najintymniejszych sprawach, i nonszalancja, z jaką się o nich mówi. Dziś szokujące wyznania są na porządku dziennym. W mediach roztrząsa się najbardziej prywatne sprawy, aby w ten sposób zyskać popularność, bo właśnie wchodzi nowy film, wychodzi nowa książka. W końcu nieważne, jak mówią, byle po nazwisku.
O tak, jestem przekonany, że 72-letnia Maria Czubaszek, autorka mnóstwa felietonów, słuchowisk, sztuk teatralnych, piosenek postanowiła dokonać 40 lat temu aborcji, w przewidywaniu, że w 2011 roku wyjdzie jej książka z Arturem Andrusem i będzie można ją promować za pomocą roztrząsania prywatnej aborcji.
[…] Maria Czubaszek nie tylko ujawniła fragment swojego intymnego życiorysu, ale też jak nikt nigdy dotychczas zbanalizowała aborcję, wpisując ją nie w krąg dylematów moralnych, ale tabloidowych wyznań.
Gówno prawda, pani Kasiu.
Tu żadne tabu nie zostało złamane – jak natychmiast napisały panie z Feminoteki.
NATYCHMIAST — zamiast czekać, jak pani Kasia, kilka tygodni. Takie są właśnie feminazistki!11!!
Jeśli coś zostało przekroczone, to raczej granica dobrego smaku w epatowaniu własną prywatnością. Czy nie ma już żadnej tajemnicy, którą chciałoby się zachować dla siebie? Wszystko jest na sprzedaż?
Tak jest! Zła celebrytka dokonuje aborcji i zaraz po 40 latach biegnie do mediów nadawać na cały kraj o tym, jaka jest dumna z pustki swego łona stworzonego wszak do bycia Matką Polką!
W Polsce toczy się debata o tym, od którego momentu można mówić o człowieku i czy nie zezwolić na przerywanie ciąży w jej pierwszych tygodniach. W debacie uczestniczą i politycy, od których zależy stanowione prawo, i Kościół, który uznaje, że życie zaczyna się w chwili poczęcia.
Czyli osoby o wiele bardziej uprawnione do rozmowy o ciąży, życiu napoczętym i byciu matką, niż jakieś tam kobiety, w szczególności Maria Czubaszek.
Uczestniczą organizacje społeczne, zwolennicy i przeciwnicy aborcji na żądanie czy aborcji w ogóle. Debata jest czasami dramatyczna, padają argumenty wzajemnie się wykluczające. Ale jest to debata poważna, uwzględniająca wrażliwość jej uczestników.
Aha, na przykład wtedy, kiedy wiesza się billboardy ze zdjęciami zakrwawionych płodów zestawionych z masakrami w Afryce i twarzą Hitlera. To uwzględnia, jak rozumiem, wrażliwość uczestników z kręgów politycznych i kościelnych.
I nawet ci, którzy są zwolennikami liberalizacji prawa aborcyjnego w Polsce, podkreślają, że aborcja to ostateczność, zło, które odbije się na psychice kobiety.
Gówno prawda, pani Kasiu. Po prostu pani i pani podobni macie potrzebę zamiatania pewnych rzeczy pod dywan. Rozumiem to bardzo dobrze, bo mam ciotkę zupełnie do pani podobną. Nie zawsze aborcja to zło, nie zawsze odbija się na psychice kobiety, nie zawsze to ostateczność — wszak zawsze można urodzić i zostawić dziecko w piwnicy. To, pani Kasiu, jest ostateczność i temu, że taka ostateczność ma miejsce winni są „uczestnicy debaty”.
Ksiądz Adam Boniecki opowiadał mi kiedyś, że był świadkiem dramatycznych wyznań wielu starszych kobiet, które latami tłumiły w sobie poczucie winy i latami nie były w stanie uwolnić się od koszmaru wspomnień o aborcji. Nawet jeśli nie wszystkich kobiet dotyka syndrom poaborcyjny, to wiele zmaga się z nim latami.
I co za szkoda, że Marii Czubaszek nie dotknął syndrom i nie zmagała się z nim latami, prawdaż? O ile lepiej czułaby się wtedy pani Kasia, osoba najbardziej zainteresowana i dotknięta stanem łona pani Marii.
Trudno ocenić, jaki efekt przyniesie publiczne wyznanie Marii Czubaszek. Czy będzie dewastujące dla psychiki wielu kobiet, czy wręcz przeciwnie – zbuduje opór wobec łatwości podchodzenia do usunięcia niechcianego płodu. Myślę, że wypowiedzi osób publicznych, autorytetów mają swoje znaczenie w chwili, gdy podejmuje się własne wybory moralne.
Mają, i właśnie dlatego cieszy mnie wypowiedź pani Czubaszek. Dzięki której być może jedna mniej dziewczyna porzuci noworodka w piwnicy. Pani Kasiu, czasami warto myśleć podczas pisania.
W kwestii przerywania ciąży potrzebna jest delikatność, powaga, a także minimum odpowiedzialności. Pani Maria Czubaszek aborcję potraktowała trochę jak wyrwanie zęba. I chyba najbardziej szokująca jest właśnie ta nonszalancja.
Szokująca dla pani Kolendy-Zaleskiej, rzecz jasna. Pani Kasia, zwana również społeczeństwem, domaga się minimum odpowiedzialności w kwestii NIELEGALNEGO PRZESTĘPSTWA jakim w Polsce jest przerywanie ciąży. Minimum, jak rozumiem, oznacza nieuprawianie seksu celem niezajścia — piszę to oczywiście złośliwie się natrząsając, ale przecież tylko taką poradę mają dla kobiet w niechcianej ciąży prawicowcy.

A pani Czubaszek, znana celebrytka z pierwszych stron wszelkich tabloidów, nie poprzestała wszak na opowieściach o aborcjach. Uważa również, że powinna mieć prawo do eutanazji, oraz że homoseksualiści powinni móc adoptować dzieci. To nie Czubaszek! To Szatanaszek! Apage! Niech ktoś tę złą kobietę zamknie gdzieś daleko, daleko, gdzie jej wrzaski nie zaćmią spokojnego snu społeczeństwa, chciałem powiedzieć — pani Kolendy-Zaleskiej, Kościoła i polityków, gdy będą prowadzić kolejną debatę o tym, jak bardzo należy zaostrzyć ustawę antyaborcyjną i jak bardzo niewłaściwe jest in vitro.

Zgodzę się z jednym zdaniem — „Maria Czubaszek aborcję potraktowała trochę jak wyrwanie zęba”. Wyrywanie zębów jest zabiegiem bolesnym, inwazyjnym i unikanym przez dentystów. Trudno jest odtworzyć stan poprzedni, jeśli ząb zostanie wyrwany. O wiele lepiej jest unikać tej konieczności za pomocą plombowania, leczenia kanałowego, czy budowania koronki na pozostałym fragmencie oryginalnego zęba. Niestety, w Polsce „uczestnicy debaty” nie wydają się być tego świadomi, wyrywania zakazując, dostęp do leczenia ograniczając, a na koniec cynicznie głosząc, że jak nie chcieliśmy, żeby nas zęby bolały, to było nie jeść.