Od jakiegoś czasu zbieram się do napisania notki o pani Skankowej, naszej ukochanej sąsiadce. Za każdym razem, kiedy uznaję, że wystarczy mi materiału pani Skankowa dostarcza nam go więcej, przy czym ostatnio przestał być śmieszny…

Zaczęło się od coronaparty. W jacuzzi Skanki kotłowały się ze znajomymi już wcześniej (nie, NIE WIEMY czy mieli na sobie ubrania) i określiliśmy wanienkę mianem coronazupy. Coronaparty nie znieśliśmy. Czekaliśmy wtedy ciągle na informację, czy nasza przyjaciółka wydobrzeje (zbliżamy się do trzech miesięcy, przeżyła, ale mianem wydobrzenia jeszcze się tego nie da określić). Pisałem, że dookoła mnie znajomi tracili członków rodziny, w tym dwie dziewczyny straciły matki dzień po dniu. Jos wrócił z pracy, gdzie akurat zmarła kolejna osoba. Jos spróbował negocjacji ustnych, bo jest człowiekiem dobrym i naiwnym, Skanki przejęły się oczywiście nad wyraz, wezwaliśmy więc policję. Po dziesięciu minutach Skankowa głośno protestowała, że to jest jej dziecko, a jeden to jej mąż i się nie liczy, ale policja nie dała się przekonać, że pani posiada trzech mężów i dwie żony. W tym momencie za zgromadzenia było 400 euro za osobę.

Następnego dnia nastąpiła zemsta nietoperza. Pani Skankowa wykorzystała w tym celu wąż ogrodowy (czy też węża ogrodowego?) i ganiała strumieniem wody najpierw mnie i przyjaciół, potem jednemu przyjacielowi dowaliła bezpośrednio, a ponieważ ja nie powstrzymałem się od powiedzenia jej co o tym myślę, dostałem wodą w twarz. Mój przyjaciel jest człowiekiem dobrym i kochanym, wierzy w ludzką dobroć, upierał się więc, że był to przypadek i pani podlewała roślinki. Pani Skankowa nie posiada roślinek, mają patio wyłożone kafelkami.

Kilka dni później Jos wpadł na sąsiadkę z drugiej strony ścieżki, nazwijmy ją Hiacyntą, bo to ta, która zwróciła mu uwagę, że zostawił zapalone światło na strychu i prąd się marnuje. Pani Skankowa zobaczyła spotkanie, ruszyła jak czołg, żadne zachowywanie bezpiecznego dystansu jej nie interesowało, po czym nawrzeszczała, że NIE BĘDZIE SIĘ TU O NIEJ PLOTKOWAĆ I JUŻ ONA DO NAS PRZYJDZIE W TYM TYGODNIU!!! Rzeczywiście, po tym ryku Hiacynta natychmiast przystąpiła do udzielania Josowi informacji na temat Skankowej.

Czytaj dalej

Jakoś tak ze dwa tygodnie temu zaprosiliśmy gościa, jedną dozwoloną sztukę, mianowicie Caspera The Friendly Kowala. Casper, podobnie jak ja, lubi tak zwane niedźwiadki. Lubi to lubi, uściski odpadają. Kiedyś nie znaliśmy się jeszcze aż tak dobrze, by padać sobie w objęcia i zwyczajnie podawaliśmy sobie ręce, o ile coś, co robią dwaj kowale można nazwać „zwyczajnym podaniem ręki”. Nie wolno. Całusów nie uprawiamy, ale gdybyśmy uprawiali, i tak by nie było wolno.

Dotarło to do nas w tym samym momencie. Wykonaliśmy coś w rodzaju dziwnego tańca, udając, że ściskamy się serdecznie na odległość. Po przemyśleniu przywitałem się gestem „Wakanda Forever”, Casper chyba po prostu pomachał. Wieczór spędziliśmy w ogrodzie. Każdy z nas miał osobny stoliczek na szklankę z napojem. Paliliśmy cygara, Casper automatycznie podał mi swoją zapalniczkę, cofnąłem rękę, jakby mi podawał na przykład rozżarzone żelazo. Żaden z nas nie miał żadnych objawów niczego, ale ten durny wirus jest najbardziej zaraźliwy wtedy, kiedy jeszcze nie ma żadnych objawów. Nadal żadnych objawów nie mamy, czyli dwa tygodnie temu mogliśmy sobie padać w objęcia jak politycy komunistyczni, ale 1) wiemy to teraz, a nie wtedy, 2) w międzyczasie któryś z nas mógł się zakazić i gdyby Casper przybył np. teraz, znowu bym zrobił „Wakanda Forever”.

Drugi raz do myślenia dała mi wizyta mojego kochanego przyjaciela, tego od Magicznego Ogrodu. Na ogół witamy się cmokaniem w policzki, a potem uściskiem. No to zrobiłem „Wakanda Forever”, odpowiedzi nie pamiętam, bo wtedy mi właśnie nagle przyszło do głowy to coś poniżej. Nie wiem, jak się pożegnaliśmy, ale na pewno NIE uściskiem ręki, NIE całusem i NIE uściskiem.

Nieco wcześniej przypadkiem odezwałem się nieuprzejmie do sąsiada, który sobie na to nie zasłużył, pani Skankowa i pan Skank jednak się różnią. On zachował się jak najbardziej uprzejmie, zrobiło mi się głupio, uśmiechnąłem się, podziękowałem i już-już podawałem rękę. Wycofałem się w ostatniej chwili, możliwe, że on by odruchowo złapał. Nie wykluczam, że za dziesięć lat będziemy poznawać stare filmy po tym, że ludzie podawali sobie w nich ręce…

Czytaj dalej

Zderzenie rzeczywistości, w liczbie mnogiej, nie przestaje mnie dobijać. Tym razem największym problemem nie jest przyroda, która szaleje i jest to cudownie piękne, tylko sąsiedzi. Basic Skank Nancy zaprasza mianowicie gości. W liczbie mnogiej. W niedzielę przybyły dwie psiapsiółki i siedziały od godziny czternastej do północy. Wiemy to dokładnie, ponieważ o czternastej akurat przybyły i powiedziały nam „hello” (Basicowie-Skankowie się do nas nie odzywają), a o północy Jos poprosił, żeby może przykręciły rechociki, bo jest, cóż, północ. Czasami pojawia się babcia, czasami zaś nie, liczba dzieci waha się od zera do dwóch. Podczas podejmowania psiapsiółek, nie było akurat (chyba) ani męża, ani hipotetycznego wujka, więc nie umiałem stwierdzić, czy impreza była legalna. Legalnie mogą przebywać w domu trzy osoby, chyba, że ma się dzieci, nie trzeba się nadmiarowych pozbywać. Tylko izolacja społeczna chyba nie polega na tym, że za każdym razem są to inne trzy osoby.

Wirus dotyka nas prawie osobiście. Przyjaciółka przeleżała osiem dni na krawędzi, dziewiątego dnia powoli zaczęła z tego wychodzić, już jest nieźle, chociaż nie wiadomo, jakie będą efekty długofalowe. Jej mąż przeszedł chorobę łatwiej, jak zwykłą grypę, ale i tak mu nie zazdroszczę. Koleżanka Josa z pracy wróciła do owej pracy w czwartek, zdaje się dwa dni po tym, jak na koronowirusa umarł pierwszy klient. Holendrzy z testowaniem oszukują, mianowicie zajmujący się tym instytut w przypadku „objawów grypy bez problemów z oddychaniem” każe po prostu siedzieć w domu. Jeśli prawdą są wyliczenia, że śmiertelność wynosi około 3%, to w Holandii nie ma 28 tysięcy zakażonych, tylko 104 tysiące. Przedwczoraj pocieszałem amerykańską przyjaciółkę, która straciła członka rodziny.

Państwo Basicowie-Skankowie żyją w stanie zaprzeczenia, w ogóle nic się nie dzieje, żadne wirusy ich nie dotyczą, ale to przypadek bardziej ekstremalny niż nawet brazylijski prezydent. Zakładam, że należą do grupy przekonanej, że bardzo niedługo „powróci normalność”. Normalności nie było już od bardzo dawna, a może nigdy, zależy od definicji. Jeśli jednak założyć, że oznacza to „stan dotychczasowy” to nie, nie powróci. Nie będzie tak, że pewnego dnia piknie zegar, godzina zmieni się z 23:59 na 0:00 i nagle WTEM wirusa nie będzie, granice się pootwierają, puste konta bankowe zwykłych ludzi zapełnią, a fundusze hedgingowe z powrotem zbiednieją.

*

Ostatnie zachowania polskich polityków wskazują na przeświadczenie, że Unia się rozpadnie i w zupełności się z nimi zgadzam. Trzeba było pandemii, żeby wyszło na jaw, że jakby co, to maseczki są nasze a nie wasze, granice zamykamy, obligacji na poziomie europejskim nie będzie. Nikt inny jeszcze nie posunął się do tego, żeby jak Trump oferować górę pieniędzy za to, żeby szczepionkę mieć NA WYŁĄCZNOŚĆ, ale kiedy już się ta szczepionka pojawi coś mi mówi, że ani nie będzie za darmo, ani nie każdy kraj dostanie do niej równy dostęp…

Przeczytałem wczoraj, że bez dopłat od rządów Big Pharma, czyli duże firmy farmaceutyczne nie pchają się do pracy nad szczepionką, bo im się to nie opłaca i właściwie nie mam nic do dodania. Może Kickstartera zorganizujmy.

Anyway, błyskawicznie wracamy do mentalności plemiennej. Ja mieć szczepionka dobrze, ty mieć szczepionka źle, w Chińczyka kamulcem, bo przywlókł wirusa, Afrykanie niech jak zwykle zdychają, bo nie kupują ajfonów, a ja idę z funflami zanieść wieńce usiąść na ławce z piwem przed wycieczką do babci, bo moja wolność jest warta niż babcine życie. Nie łudzę się, że tego pewnego dnia, kiedy nagle zrobi się normalnie o godzinie 0:00 ludzie leżący w szpitalach ze zdumieniem odkryją, że ozdrowieli, otworzą się wszystkie granice, rasizm zniknie, a Orban natychmiast zrzeknie się bycia dyktatorem.

Czytaj dalej

Nie umiem pogodzić swojego świata z tym zewnętrznym. Być może ma to pewien związek z tym, że samoizoluję się mniej więcej od roku, tuż przed plagą zdiagnozowano u mnie PTSD wymagające pilnej i intensywnej terapii, po czym wszystkie terapie zostały odwołane do, ee, odwołania. Czytanie na Buniu lub Twitterze o tym, jak ktoś cierpi, bo już czwarty dzień siedzi w domu i nie może pójść do baru jest dla mnie w połowie zabawne, w połowie przykre. Nie tylko ja siedzę w domu od miesięcy i wychodzę może raz w tygodniu. Jest dużo osób, które na przykład jeżdżą na wózku, ale mieszkają na czwartym piętrze bez windy. Jednym z powodów, dla których wybraliśmy dom z ogrodem jest ten, że dzięki temu mogę być na zewnątrz bez wychodzenia na ulicę.

(Nawiasem mówiąc, w Amsterdamie do tej pory oszalałbym jeszcze bardziej.)

W jakiś perwersyjny sposób śmieszne jest to, że ustaliliśmy z nową terapeutką, że zajmiemy się PTSD po to, żebym mógł znowu wychodzić z domu i prowadzić interakcje z ludźmi, po czym natychmiast zabroniono wychodzenia z domu i prowadzenia interakcji z ludźmi. Okazało się, że jestem o wiele bardziej społecznym zwierzęciem niż mi się zdawało, tylko znajomi i przyjaciele przychodzili do mnie. Mam pięć osób, którym koniecznie musimy pokazać ogród i resztę. Mamy też dwójkę przyjaciół, którzy byli u nas równo dwa tygodnie temu i od paru dni są ofiarami plagi. Nie jest to wcale zabawne. Jos i ja czujemy się jakoś tak dziwnie, ból gardła, zmęczenie, ja kaszlę i kicham. Wiem, że dużo przypadków The Viruza ma mało widoczne objawy. Po cichu mam nadzieję, że właśnie to się teraz dzieje i teorie o braku ponownych zakażeń są prawdziwe. A możliwe, że nerwica dopadła nas obu psychosomatycznie. Nie umiemy tego ocenić, a testów wcale nie przeprowadza się na wszystkich osobach, tylko na tych, które wymagają hospitalizacji i ich najbliższych.

Czytaj dalej