Historii, która w Polsce nigdy się nie skończyła, a być może dopiero zaczyna na dobre.

Chcesz po prostu żyć swym życiem najlepiej jak potrafisz
Ale ciągle mówią ci, że tak nie wolno
Mówią, że jesteś chory, że powinieneś zwiesić głowę we wstydzie
Pokazują cię palcami i chcą, żebyś przyznał się do winy

Są dni, kiedy ludzie są tak podli i przekonujący
Mówią niewiarygodne rzeczy, które bolą i wywołują grymas na twarzy
A na dodatek mówią, że tak właśnie uważa ten na górze
I rzeczywiście wydają się przekonani, że to, co robią, nazywa się miłością

Ten ból
jest jak lodowiec, co sunie przez ciebie
wycinając głębokie doliny
i tworząc spektakularne krajobrazy
ubogacając ziemię
drogocennymi minerałami i innymi rzeczami
więc nie pozwól, by paraliżował cię strach
gdy czujesz, że jest naprawdę trudno

Nie zwracaj uwagi na tych pojebów, nie przejmuj się nimi
Mają cię kompletnie w dupie, ślepcy prowadzący ślepców
To, czego chcą, nazywa się powszechnie teokracją,
a w skrócie można to sprowadzić do słowa hipokryzja

Nie słuchaj nikogo; znajdź swoje własne odpowiedzi
Nawet jeśli to znaczy, że czasami będziesz się czuł samotny
Nikt na tej planecie nie może ci powiedzieć, w co masz wierzyć
Ludzie lubią dużo gadać i lubią zwodzić na manowce

Ten ból
jest jak lodowiec, co sunie przez ciebie
wycinając głębokie doliny
i tworząc spektakularne krajobrazy
ubogacając ziemię
drogocennymi minerałami i innymi rzeczami
więc nie pozwól, by paraliżował cię strach
gdy czujesz, że jest naprawdę trudno

Tym razem przykrą tę prawdę uświadomiły mi osoby, usiłujące mnie skomplementować. Pierwszego odważnego, który na gejowskim portalu napisał mi „sexy papi” potraktowałem z buta, warcząc „I’ll cut you bitch!!!” i blokując natychmiast. Od tego czasu pojawił się kolejny „papi” i dodatkowo „hot daddy”, gdybym nie znał języków i potrzebował dokładniejszego wytłumaczenia. W sumie od trzech zainteresowanych. I tym sposobem okazało się, że nieodwołalnie stałem się DILFem.

*

Był taki okres, kiedy byłem młody. (Mam wielką ochotę dodać „i głupi”, rzecz jasna.)

Nie pisałem wtedy jeszcze bloga o nazwie „Miłość po 30”. Mogłem ewentualnie pisać o miłości po 20. Zakochiwałem się miłością ognistą, chmurną i durną, kompletnie nie zwracającą uwagi na rzeczywistość — po części dlatego, że szalenie lubiłem uczucie bycia zakochanym, oglądanie komedii romantycznych, trzymanie się za ręce, poznawanie przyjaciół wybranka i tak dalej. Wiem, że poseł Pawłowicz nie uwierzy, ale o seks chodziło tu najmniej, ja przez dobre parę lat w ogóle się nie nauczyłem, jak się porządnie uprawia seks. Bicie serca, kiedy wibruje telefon; ukrywanie przed szefem okienka Gadu-Gadu, w którym trwa konwersacja z gatunku „nie, Ty się rozłącz „; wspólne wyprawy do kina, oglądanie filmu w TV, picie słodkiego wina. Całowanie — ubóstwiałem się całować. No dobra, nadal ubóstwiam.

Polska kompletnie nie jest krajem dla człowieka, którym wtedy byłem. Gejem w Polsce na upartego można być, jeśli komuś wystarczy siedzenie w domu, lub ewentualnie uprawianie seksu z losowymi partnerami. Mi nie wystarczało i cierpiałem katusze zupełnie nie wtedy, kiedy by się można spodziewać. Wybrańcy odmawiali trzymania się za ręce, bo jeszcze ktoś zobaczy; przy przyjaciołach musiałem udawać kumpla, bo wybranek się nie wyoutował; opcja poznania rodziców rzecz jasna również nie wchodziła w grę. Pewien Szwedzki Niedźwiedź uprawiał konspirę taką samą, jak aktualnie jeden z panów z serialu komediowego „Vicious” — odbierał telefony od mamusi, uciszając mnie gorączkowo, żeby się nie dowiedziała, że ktoś u niego jest. Bo Niedźwiedź oficjalnie w wieku lat, o ile pomnę, 39 był nadal samotny i nie znalazł Tej Właściwej Kobiety.

Czytam teraz, że Ewa i Małgorzata wycofały się z „Miłość Nie Wyklucza” i rozważają wyprowadzkę z Polski. Jest mi smutno, a zarazem świetnie je rozumiem. Sam byłem za wrażliwym człowiekiem, żeby zostać w Polsce i dzielnie walczyć o prawa i zmiany. Wyjechałem ponad 7 lat temu i ze smutkiem stwierdzam, że jak do tej pory moje prognozy w kwestii tempa zmian się sprawdzają. (Jak łatwo zgadnąć, prognozy brzmiały „o tu mi kaktus wyrośnie”.) Ile można czekać? Nie robię się młodszy, a o ile moje własne urodziny mi zwisają i powiewają, o tyle siwizna na skroniach (na wszelki wypadek wygolonych) i wyzywanie od hot daddy przypominają, że nie tak długo już, zanim będę, ewentualnie, hot granddaddy.

Ksiądz Oko rzecze, w temacie własnej gerontofobii:

„Co ciekawe, w mediach nigdy nie pokazuje się starych gejów, bo oni mają straszne twarze, twarze zniszczone rozpustą i chorobami. Możemy oglądać tylko ludzi młodych.”

Proszę księdza, oto miś:

images

elton-john

Neil Tennant of the Pet Shop Boys

Nie wiem, ile to jest dla księdza „stary”, ale znając upodobanie polskich pseudokatolików do Paula Camerona obstawiam, że „powyżej 40”. Tak więc Gareth Thomas już prawie, prawie pasuje (rocznik 1974):

Screen-shot-2012-05-29-at-10.09.57
Co to wszystko ma ze sobą wspólnego? Nic. Skumbria w tomacie, skumbria w tomacie, skumbria w tomacie, ksiądz. Poza tym, każdy powód dobry, żeby zalinkować do Trzyczęściowego i wrzucić fotkę Garetha Thomasa.

Techniki rzygania są różne, od naszego ulubionego, przepełnionego miłością bliźniego „zdehnij rzydofska kórwo” do deklaracji Prawdziwych Dam jak Dominika Wielowieyska czy Monika Olejnik „wstrząsnęła mną pani wypowiedź i stałam się prawicową oszołomką, czemu nie brała pani środków antykoncepcyjnych jak my katolicy”.

Problemem nie jest oczywiście to, czy Bratkowska jest w ciąży — to, czy jest i to, czy ją usunie, mało kogo naprawdę obchodzi. Jestem zdania, że #mypolacy tak naprawdę zgadzamy się z postulatem, że ciało kobiety należy do niej i Bratkowska powinna robić, co zechce. Ale powinna to robić po kryjomu, potem zaś zalewać się ślozami i opowiadać ewentualnie PO ABORCJI o tym, jakie to było dla niej straszne doświadczenie i jak bardzo cierpiała podejmując tę jakże jednoznacznie naganną moralnie decyzję. Wtedy #mypolacy moglibyśmy podzielić się, jak zwykle, na kilka obozów — obóz złożony głównie z prawicowych posłów, księży i kobiet w wieku postreprodukcyjnym potępiający w czambuł wszelkie aborcje; obóz lajtfeministyczno-lewacki mówiący o słuszności decyzji oraz osoby, które Bratkowską znają, wiedzą o niej coś więcej niż „ta feministka od aborcji” i mogą się rzeczywiście na ten temat wypowiedzieć, ale nikogo ich zdanie nie obchodzi.

Problemem jest głównie to, że Feministka Bratkowska (tak o niej piszą media, w tym GW) nie doceniła skali hipokryzji polskiego społeczeństwa. Takie rzeczy należy zwyczajnie zamieść pod dywan, a nie o nich mówić. Te 40 tysięcy kobiet (liczba losowa, co jest równie dobrą estymacją, jak 30 tysięcy lub 500 zważywszy na niemożliwość przeprowadzenia obiektywnego i prawdziwego badania) rocznie dokonujących nielegalnych aborcji cierpi katusze i męczy się potwornie nie dlatego, że dokonały moralnie złego czynu, którego kwalifikacja jest jednoznaczna — mało jest rzeczy, które można moralnie jednoznacznie zakwalifikować — tylko dlatego, że jedyny akceptowalny przez #mypolacy przekaz brzmi: ZABIŁAŚ MALEŃSTWO. Bratkowska ośmieliła się zrobić rzecz niewyobrażalną: nie mieć poczucia winy. Nie traktować ciąży jako Stanu Błogosławionego, siebie jako Matki Polki, a swego ciała jako Inkubatora, tylko zwyczajnie chcieć się pozbyć zarodka, ponieważ dziecka nie chce. Na to #mypolacy nie jesteśmy gotowi. Jak to tak można nie chcieć dziecka? To zło, zło wcielone, co dziecka nie chce, daru Bożego. A to, że noworodki wyrzuca się do śmietnika, zakopuje w śniegu, w beczkach po kapuście, wyrzuca do rzeki albo toalety? To złe, wyrodne matki robią. (A ojcowie w tym czasie zapewne leżą krzyżem w kościele, modląc się, aby wyrodne matki zrozumiały głębię swego Grzechu.)

Natrząsam się dość okrutnie, rzecz jasna, spodziewam się też za to oberwać. Nie tak, jak Feministka Bratkowska, która jest tak podła, że chce dokonać aborcji w Wigilię, gdy Dzieciątko Jezus rodzi się w Stajence. Muszę przyznać, że ciekawi mnie, czy jakiś poseł PiS przykuje się do niej przed kamerami kajdankami po to, żeby w Wigilię nie mogła się nigdzie bez niego ruszyć. Rzecz jasna aborcja Zawsze Jest Złem, ale w Wigilię jest złem najźlejszym, w Wigilię Feministka Bratkowska jest już nie tylko Belzebubem, lecz Sauronem i Cthulhu pląsającymi z Potworem Spaghetti na szczątkach porwanych Biblii. Dziwię się tak naprawdę, że tak mało się o niej mówi, tylko paru posłów PiS i kilkoro dziennikarzy się odezwało, a przecież nadstawiła się tak pysznie. Nie na tym polega PR, żeby mówić prawdę.

Mam wielką nadzieję, że jej deklaracja pomoże kilku osobom. Nie, żebym wierzył, że te osoby się do tego publicznie przyznają — nie wolno popierać publicznie Feministki Bratkowskiej! — ale może poczują gdzieś w sobie, że nie są takimi znowu ostatnimi ścierwami dlatego, że usunęły ciążę, lub usunąć ją chciały. Bratkowska swoją deklaracją przesunęła celnym kopem dyskurs — z „mamy kompromis aborcyjny, nad którym my, mężczyźni długo pracowaliśmy” do „są takie kobiety, które NIE CHCĄ być w ciąży i już”. Oby efektem tej dyskusji nie było wyłącznie obrzyganie Feministki Bratkowskiej od stóp do głów.

PS. Czy nie jest dziwne, że o Bratkowskiej mówi się per „feministka”? Przecież to nie jest jej zawód. Nigdy nie widziałem w mediach określeń „bigot Terlikowski” ani nawet „nacjonalista Holocher” używanych tak po prostu, w kolejnych zdaniach pseudorzetelnego artykułu w pseudoobiektywnym medium.

No więc (nigdy nie zaczynaj od no więc) cały rok 2013 spędziłem permanentnie spłukany, bezrobotny, odwiedziłem oddział psychiatryczny pobliskiego szpitala tak z 50 razy i był to najlepszy rok mojego życia.

Zdaję sobie sprawę, że to nieco konfundująca informacja, więc nieco ją rozwinę. Pewne światło może rzucić informacja, że 8 grudnia miała miejsce druga rocznica pierwszego spotkania ze Zbrojmistrzem, a 11 grudnia druga rocznica pierwszego spotkania z młotem kowalskim. Moje obie miłości kwitną i nigdy nie byłem tak dokładnie pewien, czego chcę od życia. W kuźni wykonałem w międzyczasie między innymi krzesło i moją pierwszą lampę wiszącą (tzn. wisząca będzie, jak przezwyciężę lenistwo i powieszę). Ze Zbrojmistrzem zaś — co ja mogę powiedzieć — jest jakby coraz lepiej. W 2014 roku życzę samemu sobie, żeby moje obie #miłościpo30 nadal kwitły tak pięknie, jak w 2013.

2012 nie był rokiem dobrym. Smutki usiłowałem utopić w alkoholu i przysypać śniegiem, co się nie udawało mimo powtarzania prób często i namolnie, więc w marcu 2013 postanowiłem ich zaprzestać i sprawdzić, co się wydarzy. Ostatnie piwo — jedno — spożyłem w dzień św. Patryka. I było niesmaczne. Od tej pory jestem obrzydliwie wręcz trzeźwy, w moim ulubionym barze zamiast „tego pancura, co siedzi przy kominku z piwem” jestem „tym pancurem, co siedzi przy kominku z herbatą” i jest mi o wiele lepiej. No i oszczędzam kasę, co tu mówić więcej.

Za chorobą, zmianą trybu życia na, że tak powiem, siedzący i odstawieniem używek poszła zmiana kręgu przyjaciół. Nie jest to absolutnie doświadczenie wyjątkowe dla mnie, większość osób podejmujących decyzję o trzeźwości lub dostających diagnozę o chorobie umysłowej odkrywa ze zdziwieniem, że telefon nagle jakby umilkł. Ja na szczęście nie przeżyłem takiej przyjemności, bo telefon dzwoni nadal, tyle, że teraz rozmawiam z innymi osobami i o czym innym.

Ludzie, wśród których się teraz obracam, to w dużym stopniu osoby z problemami psychicznymi, uzależnieniowcy i tak zwana „scena gejowska” (lesbijska, queer, etc.) Oraz, rzecz jasna, kowale i podobni im szaleńcy, którzy są chyba z tego wszystkiego najdziwniejsi. Rząd holenderski robi, co może, żeby obrzydzić ludziom uprawianie sztuki, którą premier określił mianem „lewackiego hobby”, ale my się nie poddajemy. Bardzo mi dobrze z moim kręgiem znajomych i przyjaciół. Ze sobą samym też mi dobrze. Dwa lata temu nie uwierzyłbym, że coś takiego będzie w ogóle możliwe, zwłaszcza w okresie przedświątecznym — oto ja: bez pieniędzy i bez ogromnych perspektyw zmiany tego stanu, za to z długami, nie mogę się nawet wina napić, nie łażę po imprezach, ważę 92 kg, pracuję fizycznie i jestem naprawdę szczęśliwy.

Nie wiem zupełnie, co będzie w przyszłym roku, finansowo, zdrowotnie i mieszkaniowo, ale jakoś tak… nie muszę tego wiedzieć. W tym roku rzeczy działy się z miesiąca na miesiąc, ale jakoś tak się to ułożyło, że w grudniu nadal mam gdzie mieszkać, czuję się bardzo dobrze i moje długi nie powalają na kolana swoim ogromem (chociaż istnieją). Szczerze mówiąc, myślałem, że będzie o wiele gorzej. Ilość dobrej woli wśród moich znajomych i przyjaciół jest tu ogromnie pomocna. Sąsiedzi ze wspólnoty mieszkaniowej nie popędzają moich wpłat na fundusz remontowy, kumpel sprezentował mi swojego ajFołna na gwiazdkę, dzięki czemu mogę przestać obrzucać klątwami Szajsunga Crapaxy, Casper the Friendly Kowal pomaga w kuźni, nie przegina z obciążaniem mnie finansowo i jest dobrym przyjacielem.

Jeden blog umiera — My Bipolar Lives jakoś się nie oderwało od podłoża. Nowy blog powstał — The Seven Incher, jak sama nazwa wskazuje poświęcony muzyce — zobaczymy, jak będzie się rozwijać w przyszłym roku. Planuję mniej nagrywać, więcej pisać, rysować i kuć — oraz wrócić do pracy zarobkowej. Z postanowień noworocznych mam tym razem jedno: że tak elegancko stranswestuję zalinkowaną Beyonce, w nadchodzącym roku planuję być szczęśliwy.