Od niedzieli trwa roztrząsanie tematu „jakie szkody przyniosło Razem”. Przez Razem ZLewSLDTRUPPPSZieloni nie weszli. Przez Razem PO nie ma większości. Przez Razem… i tak dalej. Wiktoria zebrała najciekawsze. Tymczasem ja pozwoliłem sobie na małe ćwiczenie umysłowe.

Na moim Buniu pojawiają się rozgoryczone posty osób, które związały się ze ZLewem. Często są to osoby, które lubię i cenię. Te osoby wypominają, że przecież ZLew to nie SLD i Palikot, to ruchy miejskie, Zieloni, młodzi ludzie, przez Razem pozbawieni szans na posłowanie. Jednak osoby te zdają się zapominać, że układanie list wyborczych to sztuka. Jeśli na przykład od 2001 w, dajmy na to, Gdańsku nigdy poseł SLD nie zdobył miejsca, znaczy to, że „biorące” miejsca można bez większych niepokojów oddać Zielonym, ruchom miejskim, etc. W ten sposób da się ułożyć listy tak, aby jedynki wyglądały ładnie, suwak, parytet, każde ugrupowanie ma swoje i tylko nieszczęśliwy przypadek zadecydował o tym, że to nie Zieloni mieliby większość.

No więc (nigdy nie zaczynaj zdania…) moje ćwiczenie polegało na tym, że wziąłem listy z 2011 i porównałem z 2015. Załóżmy, że Razem nie istnieje, a wyborcy SLD głosują dokładnie identycznie, jak w 2011 i dają zlewicy identyczny wynik procentowy. Poniżej efekty mojego porównania: okręg, numery na liście, które dały w 2011 miejsce w ławach sejmowych, nazwiska i afiliacje osób, zajmujących te miejsca w zeszłą niedzielę. Proszę sygnalizować, jeśli się pomyliłem, będę poprawiać.

Czytaj dalej

Przeczytałem dzisiaj, parafrazuję, mniej więcej taki komentarz do czyjegoś postu: „Wy głupi geje to nie rozumiecie, że prawica ratuje i was, bo przyjedzie nam tu islam i dopiero wam pokaże, w wielu miastach strach wejść do muzułmańskiej dzielnicy bo w kółko zamieszki, a ja tego nie chcę u nas w Polsce”. Parafrazuję, bo komentarz został skasowany, razem z moją odpowiedzią. Edit: nie został, tylko ja jestem ślepy. Oryginał tu.

Tak więc rozwinę odpowiedź tutaj.

Według statystyk z 2012 roku, w Amsterdamie 14% mieszkańców wyznaje wiarę muzułmańską. Od razu będzie dygresja. To, że ktoś wygląda, jakby wyznawał wiarę muzułmańską, nie oznacza, że to robi. Mam wśród znajomych Libańczyka, Syryjczyka i Brytyjczyka, jeden z nich jest muzułmaninem, zgadniecie, który? Tak jest, Brytyjczyk. Wygląda, żeby nie było, oliwkowa skóra, broda (przystrzyżona na krótko), przy każdym locie międzynarodowym przypadkiem wypada na niego kontrola osobista, gdyby miał tyle szczęścia na loterii, co przy kontroli osobistej, latałby prywatnym odrzutowcem.

Fakt, że statystyki mówią o 14% nie mówi o rozkładzie. W dzielnicach bogatych, np. De Pijp, jest raczej blond i biało. W Biljmer większość stanowią czarnoskórzy. Koło nas, w Noord, większość stanowią Turcy, Marokańczycy i generalnie nacje oliwkowo-brodato-czarnookie. W odróżnieniu od autorów różnych bredni z Bunia, powielanych w setkach egzemplarzy, nie umiem na oko powiedzieć, kto jest Turkiem, a kto Marokańczykiem, kto muzułmaninem, a kto ateistą. Domyślam się, że grupki gromadzące się koło meczetu są muzułmanami. Tyle.

Czytaj dalej

Temat jest gorący, jak wiadomo, większość Polaków ma już jakieś opinie, często przerażające. Wśród tych opinii przewija się często „szkoda, że w tym TIRze nie było ich więcej” oraz „nie będą ciapaci przyjeżdżać po MUJ SOCJAL”. Polski Instytut Spraw Międzynarodowych opublikował na ten temat bardzo długi i ciekawy artykuł, który zapewne nie zmieni niczyjego zdania chociażby z powodu TL;DR, więc pozwolę sobie dokonać streszczenia z dodaniem własnych uwag.

1. Nie chcemy żeby przyjechali tu przejadać MUJ SOCJAL !

Koszty przyjęcia uchodźców, które zamierza zadeklarować Polska w lipcu br. (1000 relokowanych wewnątrz UE i 1000 przesiedlonych spoza UE), zostaną pokryte z funduszy europejskich (ok. 6–10 tys. euro/osobę). Inni uchodźcy, chrześcijanie z Syrii – 158 osób – którzy przyjechali do Polski, są finansowani przez Fundację Estera.

Dlaczego uchodźcy kosztują? Z wielu powodów. Po pierwsze primo, nie chcemy zbudować w Polsce (ani nigdzie indziej) getta, gdzie siedzi np. trzy tysiące ludzi, z których żaden nie mówi po polsku, nie posiada żadnego oficjalnego dokumentu, nie jest w stanie znaleźć pracy i nie ma na jedzenie. W taki właśnie sposób produkuje się terrorystów. Jeśli trzy tysiące ludzi siedzi upchanych w przeciekających budach i żałujemy im pieniędzy na naukę języka i chleb, wystarczy jeden miły pan z ISIS, żeby ich przekonać do tego, że są sposoby na zdobycie pożywienia i te sposoby obejmują naukę strzelania z kałasznikowa.

Czytaj dalej

Przemysł muzyczny już wiele razy informował nas, że różne rzeczy zabijają muzykę. Najpierw było to nagrywanie piosenek z radio na kasety. Potem Napster. Potem format MP3 generalnie. Ale tym razem mają rację. Streaming rzeczywiście zabija muzykę.

Najpierw prosty argument ekonomiczny. Kupując płytę za iTunes za 9.99 euro oddajemy Apple 30%, a 70% idzie dla wytwórni. Ile z tego zobaczy artysta, to sprawa dyskusyjna, w każdym razie zysk ze sprzedaży (przed odliczeniem kosztów nagrania płyty, masteringu, promocji, teledysków, payoli, etc.) wynosi około 7 euro. Dla ułatwienia przyjmijmy, że liczymy każdy utwór oddzielnie. Z 0.99 euro (lub coraz częściej 1.29) zostaje 70 centów (lub odpowiednio 90,3 centa).

Teraz czas na Spotify. Serwis płaci od 0.006 do 0.0084 dolara za odtworzenie. W euro jest to od 0.0055 do 0.0078. Spotify płaci więcej artystom, których utwory odtwarzane są częściej, a mniej tym, których słucha mniej osób. Żeby wytwórnia zarobiła na piosence 70 centów, piosenka musi zostać odtworzona około stu razy. I tu zaczyna się problem.

Zadałem sobie trud sprawdzenia, ile piosenek odtworzyłem na iTunes powyżej stu razy. Jest ich 241 z 31,185. Czyli 7,7%. Mniej niż osiem procent artystów zarobiłby więcej na moim streamingu, niż na zakupie. 92,3% traci. Tak naprawdę oczywiście artystów byłoby mniej, bo wśród tych 241 utworów Charlotte Gainsbourg pojawia się 14 razy, a Scissor Sisters 18 razy. (Scissor Sisters są złym przykładem, bo płytę Night Work ukochałem tak bardzo, że kupiłem trzy sztuki i dwie wręczyłem jako prezenty.) Wszyscy pozostali tracą. A Spotify płaci wcale nieźle w porównaniu z Apple Music, które podczas trzymiesięcznego okresu próbnego wypłaca wytwórni (nie artyście, z wyjątkiem takich dziwaków, jak ja, którzy wydają się sami) 0.002 centa, czyli 3,5 raza mniej. Żeby wytwórnia mogła zarobić dzięki Apple Music więcej, niż na sprzedaży piosenki, musiałbym utworu posłuchać 350 razy. W mojej bibliotece 31 tysięcy utworów nie ma ani jednego odtworzonego 350 razy lub więcej.

Czytaj dalej