Temu, że setki osób wylądowały w szpitalach po zażyciu dopalaczy, winny jest rząd.
Aktualna polityka „zwalczania narkomanii” funkcjonuje tak. Co jakiś czas rząd publikuje uaktualnioną listę substancji zakazanych. Chemicy pracujący dla producentów dopalaczy biorą się do roboty i generują substancje bardzo podobne do tych na liście, ale różniące się jednym malutkim drobiazgiem, ot, dodatkowy atom tu czy tam. Dzięki temu substancja nie pojawia się na rządowej liście. A testy? Nie rozśmieszajcie mnie. Ot, może jeden odważniejszy chemik spróbuje swojego produktu, przeżył, znaczy, można puszczać na rynek. W ładnym opakowaniu z nazwą i napisem „odżywka do kwiatów, nieprzeznaczona do spożycia przez człowieka”.
Kar za sławnego „Mocarza” nie będzie, bo nie ma w nim żadnej substancji z rządowej listy. No i poniekąd słusznie. Wszystko jest w zgodzie z obowiązującym prawem, które jest idiotyczne. Tymczasem zamyka się w więzieniu za posiadanie oleju z marihuany. W ogóle nie będę się podejmować roztrząsania tematu pt. „czy to aby na pewno pomaga”, bo to najmniej ważne – nie zamyka się przecież w więzieniu osób handlujących „lekami” homeopatycznymi, a w odróżnieniu od białych pigułeczek z cukru olej z marihuany przynajmniej COŚ zawiera. Nigdy nie słyszałem o wypadku, żeby ktoś używał oleju po to, żeby się „upalić” (naoliwić?), chociażby dlatego, że wyszłoby to tej osobie okropnie drogo. Ale prawodawcy nie przejmują się brakiem sensu, z uporem maniaka „walcząc z narkomanią”.





