Od robienia różnych rzeczy powstrzymują nas na ogół dwie obawy. Przed porażką i przed sukcesem.

Obawa przed porażką teoretycznie wydaje się bardziej zrozumiała, ale w rzeczywistości bardziej przerażający jest sukces. Jeśli uda nam się go osiągnąć, będzie nas oceniać więcej ludzi. Im więcej oceniających, tym większa szansa, że zostaniemy zmieszani z błotem. Nieważne z jakiego powodu. Znajomy pisarz dostał ostatnio recenzję na Amazonie, jedna gwiazdka, osoba napisała, że zaczęła czytać darmową próbkę (10% treści), w 1/3 się znudziła, więc jedna gwiazdka. Po przeczytaniu trzech procent książki. Sława instagramowo-telewizyjno-kardaszankowa wiąże się z tym, że bez przerwy ma się nad głową kamery, kąpie się w pieniądzach – oraz w bluzgach. „Jesteś tłustym, ohydnym pasztetem” – incel74. „Taka chuda, widać, że chora, by coś zjadła” – sweetbabyspice99. „Żygać mi się chce jak patszę się na tą besmyślno morde” – wszehpolak_22cm.

Takich i innych rzeczy należy się spodziewać w razie sukcesu. Nawiasem mówiąc, mam nadzieję, że nigdy nie będę sławny.

Porażka działa, rzecz jasna, odwrotnie. Robimy coś tam, wkładamy w to całe serce i mnóstwo pracy, po czym albo świat tego nie zauważa, albo rozdeptuje mimochodem. Ewentualnie sami do tej porażki jakoś doprowadzamy, nie licząc się z realiami. Mam znajomą, która postanowiła zostać zawodową pisarką i się z tego utrzymywać. Życzę jej z całego serca, aby jej się udało. Jest tylko jeden problem, mianowicie chce ona rozpocząć karierę od wydania cyklu dziewiętnastu eksperymentalnych powieści. Naraz. Kończy pierwszą i daje sobie czas do końca roku na pozostałe osiemnaście. Pierwsza zajęła jej na razie dwa lata… ALE – szansę na sukces posiada, ponieważ coś robi. Dzięki temu posiada również szansę na porażkę. Gdyby nie pisała pierwszej powieści, nie miałaby szans na nic, ale z pewnością nie zostałaby zmieszana z błotem i rozjechana walcem.

Czytaj dalej

Zgodnie z tytułem.

Wczoraj dotarło do mnie, że umieram z przerażenia na myśl o ilości dostępnych form promocji, jednocześnie wiedząc, że nie wszystkie są mi dostępne. Chociażby zalecenie, aby w newsletterze zachęcać czytelników do kontaktu za pomocą zadawania im otwartych pytań – super, ale nie wyrabiam się z odpisaniem na 10 maili w moim inboksie już teraz. Media socyalne jakoś tam obczajam, ale według marketerów powinienem być na WSZYSTKICH, w szczególności na Pintereście, którego w ogóle nie potrafię zrozumieć. Tzn. rozumiem do czego służy, nie rozumiem, co miałbym na nim robić…

Na razie dziękuję osobom, które wczoraj poniekąd nabyły już książkę w przedsprzedaży dwukawowej mimo tego, że nie przeczytały jeszcze ani jednego słowa ponad tytuł. Dziękuję za Waszą wiarę we mnie, Kochani, mam nadzieję jej nie zawieść!

Notkę Rozpaczy wrzuciłem w sobotę.

W poniedziałek rano odkryłem maila od redaktorki. Screenshot powyżej, tłumaczenie poniżej:

Pozdrowienia i Gratulacje!

W załączeniu ostatni (OSTATNI!!!) zestaw poprawek! Rzuć okiem i daj znać, jeśli masz jakieś pytania.

Oprócz tego zadbaj, żeby spędzić trochę czasu na czczeniu ogromnego osiągnięcia, jakim jest napisanie książki. Dziękuję Ci za cudowną przyjemność pracy z Tobą nad Storytellers, oraz za to, że jesteś tak gorliwym, myślącym i robiącym wrażenie* człowiekiem, z którym pracowałam.

(Powyższe tłumaczenie, w szczególności określenie „robiący wrażenie” zamiast „impressive” jest powodem, dla którego na polski moją powieść będzie tłumaczyć ktoś niebędący mną.)

Chciałbym powiedzieć, że natychmiast ogarnęła mnie dzika ekstaza, złapałem Josa w objęcia i odtańczyłem w tej pozycji kankana, lub chociaż z głośnym rykiem wybiegłem nago na ulicę, machając islandzką flagą. Prawda jest taka, że zrobiło mi się w sumie nawet miło. Nawet pomijając stan emocjonalno-umysłowy, jaki towarzyszył mi od tygodni lamictal (po polsku lamotrygina) obcina mi górki i dołki. Między innymi usuwa 99.5% myśli i obsesji samobójczych. Usuwa też podekscytowanie, dzikie wrzaski radości, tudzież dwuosobowego kankana.

(Wrzucam „Czytaj dalej”, bo następny akapit jest długi, ale nie będę smucić, wprost przeciwnie.)

Czytaj dalej

Zgodnie z prośbą Moreni z wczorajszego komentarza.

Praca nad pierwszą książką CHYBA zbliża się do końca. Aktualny tytuł, który na razie zmienił się pięć razy, to ‚Storytellers’. Wziął się z tego, że w rzeczywistości każda osoba opowiadająca historię jakiegoś wydarzenia jest niewiarygodnym narratorem. Bardzo mało rzeczy jest 100% faktami, którym nie można zaprzeczyć. Gdy przychodzimy do domu, a na podłodze leży stłuczona szklanka wiemy na pewno, że szklanka jest stłuczona. Jest to oczywisty fakt i nikt nam nie wmówi, że białe jest białe i tak dalej. Ale co, jeśli w domu nie było nikogo? Co jeśli był, ale się wypiera? Jeśli mamy dwójkę dzieci, z których każde donosi na to drugie, a drugie zaprzecza i oskarża pierwsze? A jeśli w rzeczywistości nastąpiło malutkie lokalne trzęsienie ziemi? (To nie do końca żart, dzisiaj za naszym oknem jeżdżą takie ciężarówy, że budynek się trzęsie.) A szklanka to przecież drobiazg. Co z zemstą, zazdrością, miłością, przemocą, morderstwem w samoobronie alibo nie, dowolnym procesem sądowym? Dużą część ‚Storytellers’ stanowi opowieść z przeszłości snuta przez jednego z bohaterów. Ale czy opowieść jest prawdziwa, a jeśli tak – w jakim stopniu? Co miałyby na ten temat do powiedzenia inne występujące w niej osoby? Kto opowiadając o sobie przedstawi siebie jako złego człowieka, a pozostałych jako dobrych? Sięgając po zużyty przykład, czy Hitler byłby uznawany za uosobienie zła gdyby drugą Wojnę Światową wygrali Niemcy?

Czytaj dalej