To uczucie, kiedy dwie przyjaciółki mają do wyboru albo iść do lekarza i wykupić leki, albo zjeść. Żadna z nich nie jest starszą panią na emeryturze – do tego przywykliśmy. Po prostu, nie mają fajnej fuchy w urzędzie, nie zauszyły startupu koszącego miliony, nie mają rodziców pocących się banknotami.
Tymczasem PO rozważa prywatną służbę zdrowia.
W programie wyborczym PO znalazł się krótki fragment dotyczący rozwoju rynku dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych.
To odgrzewany kotlet, bo Ministerstwo Zdrowia przez ostatnie kilka lat zapowiadało, że lada chwila opublikuje projekt w tej sprawie. Ostatecznie rządowi zabrakło odwagi, by wyjść z propozycją, która zostałaby uznana za kategoryzowanie pacjentów na biedniejszych i bogatszych. Mówił o tym były premier Donald Tusk: – Koncepcje dodatkowych ubezpieczeń badane są pod jednym kątem: czy to nie doprowadzi do segregacji pacjentów. Nie chcemy, aby ten, kto płaci dodatkowe ubezpieczenie, miał lepszy dostęp do ochrony zdrowia.
Słusznie pan europrezydent prawi, nie chcemy wszakże. A co na to program?




