Mówi się, że twarz ma się tylko jedną. Ja mam wiele – i nie mówię tylko o fryzurach.

Dwanaście lat temu, kiedy zaczęła się moja depresja, stawałem przed lustrem i szukałem śladów siebie w swojej twarzy. W środku szalał wicher, niosąc szczątki duszy pozostałe po atomowej zagładzie. W środku panowała wyłącznie biel i czerń. Na zewnątrz widziałem kolory, przydymione przez depresję, ale jednak obecne. Na próbę uśmiechnąłem się do lustra. Nawykłe mięśnie napięły się odpowiednio i odkryłem, że czując się jak atomowa zagłada potrafię wyglądać kwitnąco. To odkrycie zostało ze mną na zawsze, konfundując wiele znajomych osób.

Czytaj dalej

My, dwubiegunowcy, zapełniamy pracowicie znaczkami i cyferkami coś, co nazywa się wykresami nastroju. Są to tabelki, na których zaznaczamy – cóż, nastrój, w skali od „dno depresji” do „umiem latać i jestem Jezusem”; przespane (lub nie) godziny; wzięte (lub nie) leki i ich dawki. Dzięki posiadaniu wykresów nastroju mogę spojrzeć w przeszłość i zestawić leki, okoliczności przyrody i efekty. Tak więc dzisiaj będzie notka z dawkami i nazwami leków, jeśli komuś to nie pasuje, serdecznie zniechęcam do lektury.

STYCZEŃ

1200 mg litu, 300 mg ketrelu XR, 7.5 mg zopiklonu

Większość miesiąca przetrwałem w zasadzie w stanie używalnym. Czasami miewałem dołki, ale nie takie, żeby mnie miały wyłączyć z obiegu, męczące, ale do przeżycia. Pod koniec miesiąca wykres jest mocno rozchwiany, w ciągu jednego dnia potrafię mieć dobry poranek, depresyjne przedpołudnie, dobre popołudnie i nagły napływ energii wieczorem. Styczeń oceniam na 6/10.

LUTY

1200 mg litu, 300 mg ketrelu XR, 15 mg zopiklonu

Luty jest… nudny. Pominąwszy ciągłe problemy ze snem, jestem obrzydliwie stabilny i to mimo stresujących doznań (budowlańcy przerabiający mi sypialnię w ślamazarnym tempie, przywódca ekipy sprawiający silne wrażenie, jakby niedawno wyszedł z więzienia, gdzie odsiadywał karę za zamordowanie klienta). Nie dzieje się nic. I o to właśnie chodzi. Luty dostaje ode mnie 9.5/10.

Czytaj dalej

Dzisiaj post gościnny, autorstwa Olgi Pino Pieniążek. Nie dokonałem żadnych zmian, wybrałem tylko słitfocię do nagłówka.

*

Wybaczcie, jeśli to będzie chaotyczne, skrótowe i niezrozumiałe. Każdy chadowiec ma własną specyfikę, mnie mózg (z natury, przed chorobą też tak było) napierdala w tempie karabinu maszynowego, a na klawirce piszę z szybkością, bo ja wiem? Nie bardzo słucham awangardowej muzyki, ale coś mi się kojarzy (dzięki lekturze dawnego bloga Marcelego Szpaka), że są tacy pianiści, co napierdalają po klawiszach w tempie, które wydaje się sprzeczne z prawami fizyki. Niestety inaczej pisać nie potrafię, za co potencjalnych czytelników przepraszam.

Inne moje cechy naturalne również mogą wydawać się niesympatyczne. Po pierwsze, choć nigdy nie robiłam sobie na to badań, jest oczywiste, że jak na kobietę mam wyjebany w kosmos poziom testosteronu. Świadczą o tym np. takie fakty: bezbolesne miesiączki, ja tego w ogóle nie zauważam, cykl co najmniej 35-dniowy; ogromny poziom agresji; skłonność do podrywania sobie facetów, być podrywana to ja nienawidzę. Jednym z moich najlepszych przyjaciół jest niejaki Kacper – jest on właśnie przyjacielem, a nie „przyjaciółką”, if you know what I mean. Na ogół zresztą z gejami i pedałami (wybaczcie mi prymitywną polską typologię; naprawdę nie mam nic złego na myśli, pana Janusza bym z przyjemnością zajebała młotkiem) dogaduję się świetnie, za szczyt absurdu uważam pewne wspomnienie, kiedy jeden taki w knajpie zaczął mnie ewidentnie podrywać, a choć był pijany, jednak nie aż tak… Zresztą nie jestem babochłopem, nabijam się często z siebie, że wyglądam jak chłopaczek, zresztą całkiem ładny. Oboje z Kacprem uwielbiamy się szykownie ubierać, spokojnie moglibyśmy się wymieniać garderobą, czasem sobie na FB żartujemy w stylu „och, kochanie, to nie nasza wina, że jesteśmy tak zabójczo piękni, w naszych szpilkach od Manolo Blahnika”.

Czytaj dalej

Korzystając z faktu, iż Nina Wum zrobiła ze mną wywiad dla Onetu, napiszę notkę, która chodzi mi po głowie (jak weszka…) od dłuższego czasu: jak być partnerem/przyjacielem/rodzicem osoby z chorobą dwubiegunową i nie zwariować samemu.

TL;DR: jest nadzieja! Ale nie zapominaj o sobie.

ChAD jest chorobą ciężką, niewdzięczną i nieuleczalną. Jest jednakże chorobą zaleczalną – w mniejszym lub większym stopniu. Aby było lepiej, chory/chora musi współpracować z lekarzem i terapeutą. Jeśli lekarz nie nadaje się do współpracy, należy go zmienić, ale nigdy zrezygnować. ChAD wymaga leczenia farmakologicznego. Jeśli Twój partner twardo odmawia leczenia, masz do wyboru albo zostać męczennicą, albo odejść. To tak na początek.

Czytaj dalej