Podczas premiery najnowszego modelu iPhone, Apple Watch i iOS8 miała miejsce również premiera nowej płyty U2. Zespół rozdaje album za darmo, zapewne powodowany niezwykłą dobrocią serca, Apple zapewnia im kanał dystrybucji, kląskają ptaszki, pachną kwiatki, zakochane kundle jedzą spaghetti. Bono, znany ze swojej działalności charytatywnej, po raz kolejny okazuje, jak wielkie ma serce, nieczułe na jakąś tam mamonę. Wszyscy zyskują, nikt nie traci.

Tylko, że nie.

Po pierwsze, U2 nie rozdali swojej płyty za darmo. Zapłacił za nią Apple, prawdopodobnie około stu milionów dolarów. (Istnieje możliwość, że część tych kosztów się Apple jeszcze zwróci, bo album jest dostępny za darmo tylko do 13 października, a nie na wieki wieków amen.) Bono z kolegami na tym nie stracili. Podatków też zapewne unikną. Bono lubi rozdawać przed kamerami pieniądze, ale nie swoje. Apple wrzuci sobie U2 w koszty produkcji iPhone 6.

Po drugie, płyty coraz częściej stają się narzędziem do promowania tras koncertowych. MDNA Madonny była dodawana do biletów na MDNA Tour. ARTPOP Lady Gagi było dostępne za $1.99 na Amazon Store chyba tydzień po wydaniu. Przemysł płytowy pogodził się z faktem, że piractwo istnieje i nie zniknie i odbija sobie straty za pomocą tzw. 360 Deals — kontraktów podpisywanych nie tyle na płytę, co na wizerunek artysty, dzięki czemu Britney Spears sprzedaje bieliznę, Kylie Minogue kołdry i poduszki (podobno z dużym sukcesem), a kto popadnie perfumy. Wielkie wytwórnie zapewniają promocję, koszta zwracają się z nawiązką i problem mają wyłącznie ci, którzy nie załapali się na kontrakt z wielką wytwórnią, czyli prawie wszyscy.

Obejrzałem na koncercie swojego ukochanego Asgeira. Wyprzedane Paradiso, pod sceną dziewczęta wyśpiewujące każde słowo, nawet w utworach po islandzku. Nie mogę się oprzeć pytaniu: ile z tych osób kupiło płytę? Przyznaję się szczerze: ja kupiłem sobie na koncercie, ponieważ bardzo chciałem mieć wersję winylową, a wydawanie 15 euro na winyl i 8 na wysyłkę nadzwyczaj mnie zniechęcało (w sklepie „fizycznym” zaś winyl kosztuje 22 euro). Młodzi, niezależni artyści traktowani są trochę w taki sposób, jakby powinni lizać nam buty za to, że robimy im łaskę słuchaniem ich utworów. Oczywiste jest to, że nikt za nie nie płaci — skoro U2 rozdają płytę za darmo, czemu miałbym płacić jakimś tam Asgeirom?

W wywiadzie z zespołem Grizzly Bear padają takie słowa:

Droste doesn’t expect a middle-class living, but he wouldn’t mind one. “I’d like to someday own a house, and be able to have children, and be able to put them through school, in an urban environment that one enjoys living in,” says Droste. “A lot of people do it. And doing it through music is harder than doing it as a lawyer.” I ask him if Grizzly Bear, with all its success, offers the beginnings of that. “No,” he says, very quickly. “I’d have to keep doing this forever. But the biggest thing you can’t do is focus on money.” I ask how he’d feel if it turned out that pursuing music had prevented him from accomplishing any of that other stuff—would that be worth it? “Totally,” he says, also very quickly. Even the way I’ve phrased it, as a sort of gamble, doesn’t sit well with him. “It’s not a gamble. You’re doing it because you love it. I’m not placing bets on it, like, ‘I hope this works, because otherwise my unborn child …’ I’m doing it because I really enjoy it.”

Niedawno czytałem artykuł, nie pomnę rzecz jasna gdzie, w którym autor uświadamiał czytelnikom, że to, ile płacimy współ-członkom społeczeństwa jest odwrotnie proporcjonalne do ich przydatności w tymże społeczeństwie. Muzyk, który potrafi stworzyć rzeczy niebywale piękne — na Ciebie patrzę, Asgeirze — zarabia grosze. Prawnik, który potrafi najpierw wycyckać przeciwnika, a potem własnego klienta — miliony. Mojego najlepszego przyjaciela oszukał na kilkadziesiąt tysięcy euro jego własny agent mieszkaniowy (ten sam zresztą, co mój, długa to historia). Agent za naszych czasów jeździł BMW, obstawiam, że zmienił je ze dwa razy od tego czasu, bo cóż to za wstyd mieć ten sam samochód przez dłużej, niż dwa lata. Mój przyjaciel boryka się z problemem, skąd wziąć pieniądze na prawnika, który w jego imieniu pozwie agenta.

Jak to się wiąże z U2? Bardzo prosto. Zespół jest w stanie zaśpiewać sobie za bilet na koncert ilość pieniędzy wprost proporcjonalną do ilorazu ilości fanów przez ilość miejsc w hali/na stadionie. Jeśli Madonna jedzie w trasę, w hali mieści się, powiedzmy 5 tysięcy osób, a na koncert KONIECZNIE chce wejść 30 tysięcy, może sobie pozwolić na bilety po 150 euro. Jeśli w trasę jadą Grizzly Bear, w klubie mieści się 300 osób, a na koncert KONIECZNIE chce wejść 150, jest oczywiste, że bilet nie może kosztować za wiele, chyba, że lubimy przestrzeń. Początkujący wykonawca automatycznie przegrywa, gdy w grę wchodzi możliwy zarobek na koncertach, więc musi próbować zarobić inaczej. Rodzajem artefaktu, który może sprzedawać, jest koszulka, płyta, kubek. Rozdające U2 za darmo Apple samo sobie strzela w stopę, sugerując jednoznacznie, że muzyka to coś, za co nie trzeba płacić — ale o wiele bardziej krzywdzi młodych wykonawców, dla których strata połowy sprzedaży nie jest różnicą między ogromnym jachtem i bardzo dużym jachtem, tylko między wyżyciem z muzyki, a znalezieniem pracy w biurze.

Oczywiście można powiedzieć, że muzyki i tak jest za dużo i może dobrze jej zrobi, jak się jej zrobi mniej. W związku z nadwyżką podaży nad popytem tracą artyści (którzy przymierają głodem), fani (którzy nie mają szans przekopać się przez tysiące nowych płyt, bo zanim zdążą, zalewa ich darmowe U2 wpychane na siłę do iTunes), małe wytwórnie (bo ciężko się przebić pomiędzy dużymi)… Kto zyskuje? Jak zwykle, najwięksi. Britney Spears gra obecnie serię „koncertów” w Vegas. Nikt nawet nie udaje, że rzeczywiście śpiewa. Trochę tańczy, trochę się giba. Ludzie wydają wielką kasę, bo przecież Sama Britney, a poza tym jesteśmy w Vegas, więc zaszalejmy. Ojciec Britney i jej wytwórnia liczą banknoty i lekko się ślinią z rozkoszy. A muzyka? Cóż, głośna jest dosyć. Nikt nie daje gwarancji, że jeśli połowa najmniej zarabiających i najmniej zdesperowanych zrezygnuje z tworzenia muzyki, ogólny poziom wzrośnie.

Zdaję sobie sprawę, że popularny w Polsce i nie tylko punkt widzenia jest taki: „nikt im nie każe śpiewać/grać”. Oczywiście, że nie. Tylko tyle, że mówiąc te słowa, ryzykujemy obudzenie się w świecie, w którym do słuchania pozostała tylko Britney i U2, do oglądania tylko Warsaw Shore i Here Comes Honey Boo-Boo, do czytania 50 Twarzy Sreya i Ałtorkasia Michalak. Bo tym chcieliśmy zapłacić wystarczająco dużo, żeby kontynuowali. Koncertów rzecz jasna zrobi się mniej ogólnie, bo mniej będzie artystów, więc wzrosną ceny, bo czemu nie. Na rynku pozostaną dwie stacje radiowe, „Złote Przeboje” i „Przeboje Złote” (no dobrze, mam wrażenie, że akurat to już nastąpiło). Nie wierzycie? To popatrzcie na scenę komputerową. Twarde prawidła rynku wyrżnęły firmy takie, jak Commodore, Atari, Amstrad, Sinclair, Tandy i pozostawiły nam Windows, Maca i Linuxa, stawiane na tych samych podzespołach. Jeśli nie lubisz Windows, Mac jest dla Ciebie za drogi, a Linux za skomplikowany, to możesz sobie szukać glinianej tabliczki. Być może chwila, w której Tim Cook wprowadzał na scenę Bono i jego kolesiów, była tą samą, w której dwadzieścia młodych zespołów zmuszone było się rozwiązać, bo nie miało z czego płacić rachunków za starego iPhone.

Zafrapowało mnie, jak różnie można postrzegać kobiecość. O tym, że męskość jest konstruktem bardzo trudnym do zdefiniowania wiem od momentu, kiedy olśniło mnie, że Mike Tyson i Michael Jackson są tej samej płci. Gdyby na planecie Ziemia wylądowali kosmici i porwali te dwa osobniki do badań, mogliby się w ogóle nie zorientować, że to te śmieszne dyndadełka między udami determinują na naszym globie biologiczną płeć. A Michael Jackson przy Conchicie Wurst jest przecież bardzo jednoznacznie zdefiniowany płciowo (no dobrze, był). W odróżnieniu od Prince’a, Janet i Madonny Michael nigdy nie przyglądał się w piosenkach idei biseksualności czy niepewności płciowej.

Austria zaprezentowała kobiecość — płynność — definiowaną w sposób niedefiniujący. Zaskoczyło mnie, że holenderscy komentatorzy również nie mogli się odnieść do Conchity w sposób elegancki. „Mogłaby się zdecydować, czy jest kobietą, czy mężczyzną” jest sformułowaniem, którego spodziewałbym się po niedoszłym europośle Adamku (no dobrze, on by to ujął w sposób jeszcze mniej taktowny). Moją reakcją było pytanie „ale dlaczego miałaby się decydować?” Genitalia Conchity są dla mnie kompletnie nieinteresujące, fascynuje mnie gra z płciowością uprawiana tak dobrze, że ja tak naprawdę nie wiem, czy oglądam kobietę z namalowaną brodą, czy mężczyznę w sukni i z makijażem. Conchita pięknie śpiewa, pięknie wygląda i pięknie się porusza. Jeśli upierałbym się dokonać zero-jedynkowego wyboru, byłaby dla mnie kobietą — dlatego, że kobiety widzę więcej. Ale w Amsterdamie mamy dużo precedensów, od sióstr Hopelezz (trupa drag queens, które nie zawracają sobie głowy goleniem bród i owłosienia na udach) do corocznego święta, przy okazji którego mężczyźni zakładają suknie, wypychają sobie biustonosze papierem toaletowym i paradują po ulicach w charakterze np. brodatej Heidi lub niedźwiedziowatej Pippi Langstrump. Dzień ten w ogóle nie ma podtekstu LGTB — jest to święto, które wywodzi się z czasów chłopstwa, które nie miało środków finansowych na parady w stylu brazylijskim, ale zawsze można sobie było pozwolić na podebranie żonie przydużej spódnicy i urżnąć się na wesoło.

Polska tymczasem zaprezentowała się tak: cztery „folkowe” tancerki w strojach ludowych plus dwie panie, które ciężko określić mianem czegoś innego niż szczucie cycem. Jedna z nich „prała na tarze”, druga zaś „ubijała masło”. Obie te czynności służyły wyłącznie temu, żeby kamera mogła robić zbliżenia na ogromne piersi. Kobiecość polska nie pozostawia złudzeń, czym jest: cycami. Gdyby ktoś jeszcze nie zrozumiał, dla pewności piosenka posiada tekst:

My Słowianie wiemy, jak nasze na nas działa,
lubimy, jak poruszasz tym, co mama w genach dała.
To jest ta gorąca krew! To jest nasz słowiański zew!
My Słowianki wiemy, jak użyć mowy ciała.
Wiemy, jak poruszać tym, co mama w genach dała.
To jest ta słowiańska krew! To jest ta uroda i wdzięk!

Mamy to, czego nie ma nikt inny.
Cenimy ten naturalny kształt.
Wódeczka lepsza niż whisky i giny.
Najlepsze u nas, cokolwiek byś chciał.
My na swojskiej śmietanie chowane,
Delikatne, rumiane jak chleb.
Nie ma lepszych od naszych Słowianek,
Ten, kto widział i próbował, ten wie!

Nasze, polskie kształty są naturalne, jak wódeczka i śmietana, służą do poruszania nimi (aż dwa razy w ciągu czterech linijek refrenu), a Słowianek należy próbować.

W genach mamy to, czego nie ma nikt inny,
Zjeżdżają do nas z wielu świata stron.
Tu dobra wódka i dobre dziewczyny,
Szukaj u nas idealnych żon.

Maciek Kurzyk pokusił się o zestawienie polskich gratulacji dla Conchity, wrzuconych na jej Facebooka (po prawej, znalezione na Trzyczęściowym Garniturze). Nasz swojski skansen nie zawiódł, wysyłając austriacką piękność do gazu i pytając „czym ty kurwa jesteś”. Być może interesujące byłoby napisanie piosenki „My Słowianie II”, w której polscy mężczyźni mogliby opisać swoje poglądy na temat kobiet niewystarczająco kobiecych, babochłopów i pedałów? Na Eurowizji taki przebój miałby wielkie szanse, szczególnie u Rosjan, Białorusinów i Ormian, domagających się… usunięcia występu Conchity Wurst z transmisji. Ich męskość jest tak wątła, że sam fakt ujrzenia osoby z brodą ubranej w suknię może ją z hukiem zawalić. My, Słowianie wiemy, co się liczy: wódka, śmietana i idealne żony. Z cycem.

Tym właśnie sposobem Conchita Wurst stanie się przedmiotem politycznych targów. Czy Rosja da jej choć jeden punkt? To, że 80% widowni Eurowizji stanowią geje, wiadomo od dawna, ale czy rosyjskiemu jury przejdą przez gardło słowa, powiedzmy, „eight points — Austria”? Ciekawe będzie też, choć z innych powodów, to, ile punktów dadzą sobie nawzajem Rosja i Ukraina. Czy w powodzi głosów z serii „my, Turcy w Niemczech głosujemy na Turcję, a my — Grecy — dla odmiany na Maltę” ktokolwiek w ogóle przejmie się muzyką? Bo pomijając cyc i brodę, między Polską, a Austrią widnieje ziejąca przepaść. Polacy wysłali na Eurowizję disco polo o wódce i dupencjach. Austriacy — cudownie zaśpiewany utwór o zacięciu dramatycznym godnym tematu do Bonda. A może na całym tym zamieszaniu wygra typowany na zwycięzcę Węgier, lub rumuńska śpiewaczka z niewiarygodną skalą i kontrolą oddechu? Ja mogę głosować zarówno na Polskę, jak i Austrię, ale dziwnie jestem spokojny, że występ finałowy nie wpłynie na mojego faworyta, nawet, jeśli Polki sięgną cycami do podłogi.

Był koniec roku 2008, kiedy odkryłem nagle w swoim otoczeniu dziesiątki kamer przemysłowych.

Amerykańska wojna z terrorem przeniosła się, jak wszyscy wiemy, i do Europy. Nie zdawałem sobie jednak długo sprawy do tego, w jak dużym stopniu przeniosła się na moje własne podwórko, aż pewnego dnia w zupełnie nudnym miejscu — przystanek tramwajowy — czekając na pojazd z nudów spojrzałem w górę i odkryłem, że prosto na mnie spogląda kamera. Rozejrzałem się i naliczyłem ich cztery. Tylko po mojej stronie ulicy. Nie wiem, ile było po drugiej, zapewne też cztery. Na górze przystanek metra i pociągu. Czy i tam mnożyły się kamery? Kto to wszystko ogląda i rejestruje?

Ot, pomyślałem, pewnie duży poziom przestępczości — i zaniechałem rozważań, bo tramwaj nadjechał, a ja wsiadłem… po czym spojrzałem nad swoją głowę i odkryłem kamerę. Poczułem się nieco nieswojo. Przypomniałem sobie nagle napisy w pociągach i tramwajach: „Przejazd jest rejestrowany na wideo”. Nie bardzo umiałem stwierdzić, jak duża jest potrzeba rejestrowania przejazdów pociągami w Amsterdamie, bo nie bywałem w nich aż tak często w czasach przedkamerowych. Zacząłem myśleć o tym, gdzie jeszcze można napotkać kamery. Przy bankomatach, zgoda, ma to sens. W moim supermarkecie są na pewno, bo je widziałem. To znaczy, widziałem jedną, przy wejściu. Ile jest ich wszystkich? Skoro są w supermarkecie, to w oddziale banku na pewno też. U jubilera. W przejściu podziemnym. Przy parkingach. Czy w moje okna celują jakieś kamery?

Uczucie wykorzystałem artystycznie, pisząc piosenkę pt. „Saferoads”, która udała mi się tak doskonale, że przez dwa lata potem nie udało mi się nagrać w ogóle nic, bo porównania zawsze wypadały na niekorzyść nowych utworów. Utwór kurzył się na twardym dysku, a ja myślałem, co z nim zrobić. I tak myślałem i myślałem, a z myślenia nic nie wynikało, aż przypadkiem wydałem płytę o rozpadzie swojego związku z Wikingiem, do której „Saferoads” pasowało jak pięść do nosa. Aż jakiś czas temu gruchnęły rewelacje Snowdena, Assange’a i Manning, a ja znów poczułem to nieokreślone poczucie zagrożenia ze strony ludzi, którzy uparcie twierdzą, że podglądają mnie dla mojego własnego dobra. Czy powinienem nalepić coś na kamerkę swojego Maca? Zapchać mikrofon gumą do żucia? Co z telefonem? Mój telewizor na pewno kamery nie ma, bo jest dość stary, ale może się mylę? Kto sprawdza, co oglądam, czytam i ściągam z sieci? Kto nagrywa obraz z kamer?

Kolejne informacje powodowały kolejne ataki gęsiej skórki. Oto NSA montuje podzespoły szpiegowskie w sprzęcie w taki sposób, żeby nie dało się ich ominąć programowo. Oto podsłuchy zakładane są tysiącami zupełnie niewinnym obywatelom, bo czemu nie. Oto nawet telefon Angeli Merkel był na podsłuchu. Oto Google promuje Google Glass. Oto Facebook opracował algorytm perfekcyjnego rozpoznawania twarzy. iPhoto pokazuje mi moje własne zdjęcia i pyta niewinnie „otagować?” A wszystko dla mojego dobra, żebym się czuł lepiej, żebym był jeszcze bezpieczniejszy i żeby mi było jeszcze łatwiej płacić kredyty i rachunki. „Saferoads” zyskało nowe znaczenie, o którym w ogóle nie myślałem, pisząc tę piosenkę w 2008.

Nie potrafię ocenić, jak dużo jest w moim myśleniu paranoi, a jak dużo prawdy. Nie pomagają takie informacje, jak na przykład przyznanie przez ministra spraw wewnętrznych, Ronalda Plasterka, że Holandia ściśle współpracuje z NSA, podsłuchując… 1.8 miliona obywateli. Na 16.8 miliona. Czyli co 9-10 Holender był podsłuchiwany. Czy naprawdę ponad 10% obywateli zajmuje się terroryzmem? Wliczając w to niemowlęta? Plasterk najpierw się wypierał, potem w końcu przyznał, że być może, coś tam słyszał, ale to z pewnością plotki, a w ogóle wszystko dla naszego bezpieczeństwa. A ja zacząłem się zastanawiać, według jakiego klucza wybierano podsłuchiwanych. Może… przypadkiem… imigrantów? Może osoby o ciemnej karnacji? Czy ja powiedziałem lub napisałem coś, co możnaby uznać za nielegalne? Co? Przecież wiadomo, że nie ma niewinnych, są tylko źle przesłuchiwani. Czy jestem w tej grupie?

Na razie nikt mnie jeszcze nie aresztował, więc korzystając z okazji zachęcam do ściągnięcia mojej nowej EPki „Saferoads” z pięcioma remiksami i dwoma dodatkowymi utworami. Linki i podsłuch jednego z remiksów na Soundcloud. A poza autoreklamą nadal ciekaw jestem, jak szanpaństwo czujecie się z „wojną z terroryzmem”, podsłuchami, więzieniami CIA w Polsce i tak dalej. Czy jestem ostatecznym paranoikiem? Czy na pewno miliony kamer i podsłuchów zabezpieczają mnie w moim bezpiecznym gniazdku? Czy tylko dzięki podsłuchiwaniu 1.8 miliona Holendrów udało się zapobiec, eee, nieznanej rzecz jasna (tajemnica) liczbie prób zamachu na króla Willema Alexandra? Kto za tym — kto za tym wszystkim stoi, że zakończę cytatem z Kultu.

Historii, która w Polsce nigdy się nie skończyła, a być może dopiero zaczyna na dobre.

Chcesz po prostu żyć swym życiem najlepiej jak potrafisz
Ale ciągle mówią ci, że tak nie wolno
Mówią, że jesteś chory, że powinieneś zwiesić głowę we wstydzie
Pokazują cię palcami i chcą, żebyś przyznał się do winy

Są dni, kiedy ludzie są tak podli i przekonujący
Mówią niewiarygodne rzeczy, które bolą i wywołują grymas na twarzy
A na dodatek mówią, że tak właśnie uważa ten na górze
I rzeczywiście wydają się przekonani, że to, co robią, nazywa się miłością

Ten ból
jest jak lodowiec, co sunie przez ciebie
wycinając głębokie doliny
i tworząc spektakularne krajobrazy
ubogacając ziemię
drogocennymi minerałami i innymi rzeczami
więc nie pozwól, by paraliżował cię strach
gdy czujesz, że jest naprawdę trudno

Nie zwracaj uwagi na tych pojebów, nie przejmuj się nimi
Mają cię kompletnie w dupie, ślepcy prowadzący ślepców
To, czego chcą, nazywa się powszechnie teokracją,
a w skrócie można to sprowadzić do słowa hipokryzja

Nie słuchaj nikogo; znajdź swoje własne odpowiedzi
Nawet jeśli to znaczy, że czasami będziesz się czuł samotny
Nikt na tej planecie nie może ci powiedzieć, w co masz wierzyć
Ludzie lubią dużo gadać i lubią zwodzić na manowce

Ten ból
jest jak lodowiec, co sunie przez ciebie
wycinając głębokie doliny
i tworząc spektakularne krajobrazy
ubogacając ziemię
drogocennymi minerałami i innymi rzeczami
więc nie pozwól, by paraliżował cię strach
gdy czujesz, że jest naprawdę trudno