Oczywiście oglądacie wszyscy „Na dobre i na złe”, prawda? I nie przegapicie żadnego odcinka? Od razu wiedziałem. Ja też nie, pod warunkiem, że dotyczy on choroby dwubiegunowej i dobra dusza (całusy) podeśle mi linka do strony internetowej, gdzie (z pewnością legalnie) można go obejrzeć.

W serialu pan Jan zadręcza swoją żonę coraz to nowymi pomysłami na biznes, od hodowli strusi przez restaurację aż do zakładu pogrzebowego. Nie przyjmuje leków, odmawia leczenia szpitalnego. W kuchni szpitalnego barku przyrządza smakowite potrawy, albowiem jak wiadomo każdy szpital jest zobowiązany wpuszczać do kuchni obce osoby bez aktualnych badań. Gdy żona sama ląduje w ślicznym szpitalu, gdzie wszystko jest czyściutkie i błyszczące – wskutek wybicia szyby przez pana Jana, którego, zdesperowana, zamknęła za oszklonymi drzwiami małżonka sama doznała ran ciętych – ten ucieka lekarzom, słyszy dziwne odgłosy, mamrocząc „to jest wszystko bardzo proste” wspina się na rusztowanie, gdzie szczęśliwym przypadkiem zaraz za nim wchodzi psychiatra, po czym wreszcie dzięki staraniom straży pożarnej i (nadzwyczaj przystojnego) lekarza dociera na dół i zostaje oddany w troskliwe dłonie izby szpitalnej. Małżonka wyznaje doktor Agacie, że wytrzymuje z nim, ponieważ bardzo go kocha.

Nie mam się specjalnie co czepiać walorów medycznych pokazanego przypadku. Tak się szczęśliwie składa, że pan Jan cierpi na ChAD typu I i jest w stanie kwitnącej manii, niestępionej żadnymi medykamentami. Wszystko, co pokazano w odcinku mogło wydarzyć się naprawdę, chociaż naprawdę trudno mi wyobrazić sobie, jak szpitalna kucharka zaprasza pana Jana do przyrządzania potraw w jej kuchni. Pan Jan poznał mnóstwo ludzi – potwierdzam, sam w hipomanii staję się ekstrawertykiem i niczego nie pożądam bardziej, jak kontaktu z bliźnimi. Wpadł na pomysł rozkręcenia biznesu – ja też. Zmaksował karty kredytowe – ja akurat nie, ale wydawanie mnóstwa pieniędzy, których się nie posiada jest objawem typowym. Próba samobójcza – cóż mogę rzec, chociaż dość szybko pan Jan przeszedł z fazy „wszystko jest fajne” do „to jest wszystko bardzo proste, dawajcie mi rusztowanie”. Ja nie wychodziłem przez zamknięte drzwi, ale to głównie dlatego, że nikt mnie nie usiłował zamykać, a w szpitalu wylądowałem za własną zgodą (choć mam wrażenie, że bez zgody też by mnie tam wsadzono, tylko nie na oddział dla łatwych przypadków).

To, o czym odcinek serialu nie wspomniał: choroba dwubiegunowa ma DWA bieguny, a pomiędzy nimi jest mnóstwo wolnego miejsca. To, co zobaczyliśmy, było ekstremum. Drugiego ekstremum nie było sensu pokazywać, bo pacjent w głębokiej depresji głównie leży w łóżku i czeka na śmierć, na żadne rusztowania nie włazi i nie zakłada restauracji. Tym bardziej nie było sensu pokazywać stabilności, ponieważ chory na ChAD potrafi spędzić miesiące – ba, lata – zachowując się zupełnie zwyczajnie. I właśnie to mam za złe serialowi, w którym kolejne śliczne lekarki zaskakiwały przystojnych strażaków komunikatem „na rusztowaniu jest CHORY PSYCHICZNIE”. Mujborze! CHORY PSYCHICZNIE wlazł na rusztowanie i na pewno zaraz skoczy, pani Goździkowa, pani wie jacy są ci CHORZY PSYCHICZNIE, prawda? No dobrze, powiedzmy, że w momencie ze strażakami się czepiam, bo wiadomo, że trzeba im prędko wytłumaczyć, żeby ściągnęli pana Jana na dół bez roztrząsania zawiłości sytuacji, ale ten komunikat przewijał się w odcinku częściej.

Nigdy nie miałem pod ręką rusztowania, ale w fazie manii miałem plan rozkręcenia mordobicia w zabawowej części Amsterdamu i wcale mi nie zależało, żeby w tej bójce zwyciężyć, po prostu chciałem, żeby się działo. Na szczęście zanim do tego doszło, wylądowałem w szpitalu, gdzie bardzo szybko zmieniono mi leki. W odróżnieniu od pana Jana, leki biorę zawsze, nie pamiętam, czy w ostatnim roku zdarzyło mi się zapomnieć choćby raz, ale raczej nie. Moja choroba osiągnęła stadium ekstremalne pomimo leków, co więcej, na zmiany reagowałem odwrotnie – im mniej antydepresantu, tym głębsza mania. Ale nikt nie konferował o mnie obniżonym głosem, wskazując mnie palcem i szepcząc, że tam oto siedzi CHORY PSYCHICZNIE. Może trzeba było wleźć na rusztowanie…?

Podobnie jak pan Jan cieszę się posiadaniem ukochanego mężczyzny, który trwa u mojego boku niezależnie od tego, jak się czuję i co wyczyniam. Sytuacja ta jest nietypowa. Choroba dwubiegunowa rzeczywiście potrafi wprowadzić gigantyczny chaos w życie rodzinne. Wydawanie pieniędzy, hiperseksualność, rozkręcanie biznesu hodowli żółwi, bo akurat tak mi wpadło do głowy trzy minuty temu i już rozmawiam z bankiem o kredycie – to nie są rzeczy łatwe do zniesienia. Wzorem pana Jana, ja również mam ChAD typu I. Zdarzało mi się robić rzeczy niebezpieczne (głównie dla mnie), uprawiać seks w dziwnych miejscach i z osobami wysoce do tego niewskazanymi, projektować do trzeciej w nocy naprawdę ładne rzeczy. Z drugiej strony zdarzało mi się też leżeć na kanapie patrząc w sufit przez 16 godzin dziennie, a potem wlec się do łóżka. O depresyjnej stronie ChAD nie wspomina ani serial, ani małżonka (która nawiasem mówiąc łże, iż mąż cierpi na Gravesa-Basedowa, żeby uniknąć przyznawania się publicznie do choroby psychicznej) – pan Jan wydaje się być wyłącznie w ciągłym stanie manii. Ale na moim ulubionym forum dwubiegunowcy z uregulowaną sytuacją rodzinną stanowią zdecydowaną mniejszość. Niektórym związki się rozpadły, niektórzy nie mają odwagi w ogóle spróbować, bo kto zechce CHOREGO PSYCHICZNIE.

O swojej chorobie piszę publicznie, ponieważ uważam, że nie mam się czego wstydzić. Nie jestem pewien, czy serial „Na dobre i na złe” pomógł postrzeganiu dwubiegunowców w społeczeństwie. Nie chciałbym, żeby pewnego dnia podczas rozmowy o pracę przyszły szef powiedział mi, że w wyszukiwarce znalazł informację o mojej chorobie, a dobrze wie, że bipolary włażą na rusztowania i gotują w szpitalnych kuchniach, bo widział w telewizji. Szkoda, że motyw pana Jana został potraktowany jako „dziwadło tygodnia” – pociągnięcie go przez dwa, trzy odcinki mogło wiele dla polskich ChAD-owców zdziałać. Ale serial „Na dobre i na złe” nadaje TVP, a przecież wiadomo, że państwowy nadawca nie musi widzów niczego uczyć. Dlatego właśnie nie trzeba płacić abonamentu… eee… bardzo państwa przepraszam, bardzo.

PS. Na aktualnych lekach hipomanię miałem raz, przez godzinę, najdziwniejszą rzeczą, jaką zrobiłem było tańczenie na pustej ulicy do „Graffiti Heart” Madonny. Nie założyłem restauracji i niczego nie ugotowałem, ale kto wie, co zrobię następnym razem…

PS2. „Dwubiegunówka dla początkujących” jest w trakcie tłumaczenia na polski.

na wstępie chciałbym Panu podziękować za zapewnienie mi wielu godzin rozrywki, podekscytowania, smutku, wkurwu oraz innych emocji dzięki Pana utworom.

Książki przeczytałem nie po kolei. Zacząłem od trylogii o prokuratorze Szackim, którą dostałem na gwiazdkę od brata (kocham Cię, bro, świetny prezent). Pierwsze dwa tony, „Uwikłanie” i „Ziarno Prawdy” to książki doskonałe. Pięć gwiazdek. Pióro najlżejsze od czasów świętej pamięci Joanny Chmielewskiej. Drańsko wciągająca lektura. Cudowni bohaterowie (nie tylko Szacki tęsknił za Kuzniecowem w drugim tomie, ja też za nim tęskniłem). SB, rytualne mordy, Polska w pigułce przedstawiona wiernie, jak w lustrze, intryga, wątki miłosne, w tych książkach jest wszystko, co w kryminałach być powinno i na samym Szackim pan Miłoszewski mógłby jechać przez następne 30 lat. W związku z czym, w części trzeciej, „Gniewie”, pan Zygmunt usuwa Szackiego z gry, zawiadamiając na okładce, że to koniec trylogii, a w wywiadach — że tylko dlatego napisał trylogię, że angielski wydawca powiedział mu, że trylogie lepiej się sprzedają.

NO WIĘC JA WNOSZĘ STANOWCZY PROTEST. Ostatni raz zirytowałem się tak, kiedy Lily Allen oświadczyła, że odchodzi ze sceny muzycznej i poświęci się sprzedaży ciuchów. Zakończenie „Gniewu” postrzegam jako osobistą obrazę. Pan Miłoszewski w wywiadzie stwierdził:

Literatura jest rodzajem służby, szczególnie gatunkowa. Jeżeli chcesz, żeby ktoś ci zapłacił trzydzieści pięć złotych – a to jest potworna kasa, książki w Polsce są niewyobrażalnie drogie – to jest to poważne zobowiązanie. Jeśli to jest kryminał, to musi być na najwyższym możliwym poziomie.

No więc zakończenie „Gniewu” nie jest na najwyższym możliwym poziomie. W ogóle nie jest na żadnym poziomie. Sprawia wrażenie — podobnie, jak „Drwal” Witkowskiego — że autor podliczył strony, uznał, że już wystarczy i napisał byle co na koniec. Określić to mianem „zakończenia otwartego” byłoby obrazą dla zakończeń otwartych. W „Gniewie” ogólnie czuje się pewną nonszalanckość, którą mój drogi nauczyciel informatyki określał mianem „uwierzenia w geniusz”. Wątki nie domykają się, motywacje pozostają z lekka niejasne i ogólnie brakuje tej żelaznej konsekwencji, która cechowała poprzednie dwie części. A jednak „Gniew” czyta się tak samo, jak poprzednie części, to znaczy — pożera. Miłoszewski jest magiem języka polskiego i tej niezwykłej płynności zazdroszczę mu każdą komórką swego wytatuowanego ciała.

Pominę na moment „Bezcennego” i przejdę do „Domofonu”, który właśnie połknąłem, chciałem powiedzieć — przeczytałem. Tak wygląda zła książka napisana przez autora o genialnym piórze. Marnowanie wątków, wieszanie na haku strzelby, która NIE strzela w ostatnim akcie, zupełnie bezsensowne zakończenie, upiory, mające w domu butelkowaną wodę, postaci policjantów (jest Kuzniecow!) których autor w ogóle nie wykorzystuje i jakby o nich zwyczajnie zapomina, kompletnie nieprawdopodobne psychologicznie postaci — gdybym zaczął lekturę pana dzieł, panie Zygmuncie, od „Domofonu”, dalej bym nie czytał. A JEDNAK. Ta zła książka wciąga tak samo, jak pozostałe. Czytałem gotując obiad, jedząc, przed snem, po wstaniu, w toalecie, czekając na zakończenie, a pan Miłoszewski budował napięcie jak Stephen King, tylko po to, żeby na koniec zaprezentować nieśmiałe „pssssss…” Po raz drugi odniosłem wrażenie, że autor złapał się za głowę, krzyknął „Jezusie Maryjo! To strona 257, a miałem napicać 256!” i błyskawicznie nagryzmolił byle co, porzucając rozpoczęte wątki i niedokończone opowieści. „Domofon” byłby niewątpliwie znakomitą książką, gdyby pan Miłoszewski, z aktualnym warsztatem i doświadczeniem, napisał ją na nowo — powoli i dokładnie. Trzy gwiazdki za szatańską lekkość pióra.

Na koniec dzieło najnowsze, „Bezcenny”. Tu niestety czuć już wiarę we własny geniusz. O ile „Domofon” można od biedy uznać za debiut, wiadomo, że debiut może mieć pewne słabości, o tyle po trylogii o Szackim „Bezcenny” rozczarowuje. Niezrozumiałe motywacje, dziwne zbiegi okoliczności, polowanie na jednego z głównych bohaterów, którego to polowania nie da się właściwie zrozumieć, zakończenie, w którym wyobraźnia autora poszybowała ku niebu łagodnie wachlując skrzydełkami. To nie jest zła książka, to jest książka, nad którą trzeba było jeszcze posiedzieć, ale autorowi ewidentnie się już znudziło. Drobiazgowy research, który doceniam, jest niestety prezentowany w stylu Pereza-Reverte, a nie Cortazara — Cortazar zakłada, że czytelnik jest erudytą, i do erudyty pisze, podczas gdy Perez-Reverte pokrywa brak wiedzy wielosylabowymi wyrazami i usiłuje robić wrażenie osoby, wiedzącej wszystko na każdy temat. To samo wrażenie odnosiłem — zbyt często — przy lekturze „Bezcennego”. A JEDNAK. Znowu. Jak ten człowiek pisze… Niewiarygodna lekkość zdań; wspaniałe dialogi; krwiści bohaterowie; scena pościgu na lodzie sto razy bardziej ekscytująca, niż pościg samochodowy w drugim Matrixie. Łapałem się na tym, że zapominam oddychać, bo za bardzo się denerwuję tym, co zaraz przydarzy się bohaterce. Cztery gwiazdki, przy czym dałbym cztery i pół, ale WIEM, że pan Miłoszewski potrafi lepiej.

A teraz zawiadamiam, że czekam na więcej i mam bardzo wygórowane oczekiwania. Przy czym uprzejmie zawiadamiam, że jeśli prokurator Szacki rzeczywiście już nie wróci, to pewnego dnia znajdą ciało pana pisarza z ukręconą łepetyną, a ja będę miał żelazne alibi. W międzyczasie jednak, panie Zygmuncie, cokolwiek Pan teraz napisze — TAKE MY MONEY BITCH, MY BODY IS READY.

Właśnie zmusiłem się do przeczytania komentarzy pod wywiadem z Małgorzatą Halber. Tak, komentarzy właśnie, chociaż wywiad oczywiście też przeczytałem. Najpodlejszy jest ten ostatni: „Laska zluzuj i łyknij sobie ,na trzeżwiaka twoje oczęta smutne są do samego dna.”.

Przeczytałem też książkę pani Halber (nie da się kupić eBooka w Polsce, ale z nieznanego mi powodu da się na holenderskim bol.com i na Kobo). Nie jest to lektura łatwa i przyjemna. Krystyna, bohaterka książki, nie wygląda tak, jak sobie wyobrażamy alkoholika — pracuje w telewizji, nie ma wielkiego czerwonego nosa, nie trzęsą się jej ręce. Gdy zaczyna rozumieć, że nie może już pić, spotyka kumpla, który ma dla niej rozwiązanie idealne: jointy! Ale w międzyczasie jest sangria, jest piwo Volt, jest szampan, jest potrzeba najebania się, bo gdy się najebiemy, to „jest tak dobrze, jestem taka kolorowa. I ładna. I mądra. I te osoby, z którymi siedzę, tak ładnie mnie słuchają. Nareszcie, czuję się doskonale, więc chcę się czuć jeszcze doskonalej, a przecież doskonalej poczuję się, jeśli powtórzę to, co robiłam przed chwilą.”

Komentatorzy pod artykułem złorzeczą, że za dużo tej Halber i jej alkoholizmu, kogo to obchodzi, ile zapłaciła za promocję i za wywiady w Fochu. Czytając tę książkę wcale nie odnoszę wrażenia, jakoby autorka chciała, żeby przeczytały ją tłumy. To nie jest proza, stawiająca ją w przyjemnym świetle. To nie jest ładny mały alkoholizmik, ot ciupeńka winka wieczorami, lecz pewnego dnia nawiedza nas Dżizas i rozumiemy, że dzięki temu doświadczeniu już nigdy, a potem wygrywamy na loterii i budujemy dom marzeń. Halber pisze o swoich terapiach, tych udanych i tych nie; o tym, jak bała się pójść na miting AA, gdzie „jest dużo osób w beżowych płaszczach typu prochowiec i w swetrach i lamperia, i mówią łagodnym głosem, a ja nie chcę kurwa mówić łagodnym głosem, ja chcę słuchać Stoogesów”.

Alkoholizm nie jest ładny. Alkoholizm to łgarstwa, urwany film, wymiociny, brak pieniędzy na koncie, bo mając do wyboru chleb albo dwa piwa kupiliśmy te piwa. To rozmowy z ludźmi, do których nie zbliżylibysmy się na trzeźwo, ale kupili nam piwo, albo dwa, więc słuchamy: „Czasem byli otyłą nastolatką z Brwinowa, którą przekonywałam, że kariera w telewizji jest przed nią, bo ma osobowość”. Krystyna nie oszczędza samej siebie, nawet, gdy popada w hipsteryzmy (ale do jej osobowości hipsteryzmy doskonale pasują). Książka Halber nie jest Spowiedzią Alkoholiczki; jest raczej opowieścią o tym, jak łatwo wpaść w pułapkę uczucia, że brzydka grubaska, którą jesteśmy nadal w środku mimo, że mamy teraz 175 cm wzrostu, 50 kg wagi i trzy osoby robią nam makijaż na wizję ciągle tam w środku jest. I nie znika, dopóki nie wypijemy, nie przyćpamy, nie zajaramy.

Jeszcze jeden cytat: „Raczej bawiłam się w klubach Regeneracja i CDQ, a dopijałam dopiero potem w domu, że to wszystko sprawiało wrażenie prawidłowej hedonki a la XXI wiek i dlatego kiedy siedzę na grupie w ośrodku z Jerzym i Antonim lat sześćdziesiąt i szedłem po pół litra wódki, to jest mi ciężko głupio, bo oni mówią „no i w pracy mam stres, i z żoną się pokłóciłem”, a ja chciałabym powiedzieć, że jest koncert w Aurorze i boję się tam pójść, bo przecież to jest niebezpieczne.” Najchętniej zacytowałbym całą książkę, ale to trochę głupio, poza tym wydawnictwo niechybnie wytoczyłoby mi proces. Alkoholizmy są różne. Czasami to dwa piwka po pracy z kolegami (a pracujemy pięć dni w tygodniu), a w weekend winko z żoną, bo jak to tak bez winka, przecież weekend jest, a w niedzielę trzęsą nam się ręce, bo sklep zamknięty, a do poniedziałku jeszcze tak daleko. Czasami to powrót niby z pracy o godzinie dwudziestej trzeciej, koszula wymazana szminką, żona krzyczy, ja krzyczę głośniej, w końcu z pięści, żeby się wreszcie, kurwa, zamknęła, w łazience małe dziecko drze się wniebogłosy, tak strasznie nie chcąc tego, co się dzieje, tak strasznie próbując JAKOŚ wpłynąć na to, co się dzieje, żeby tatuś nie bił, żeby mamusia nie płakała, w końcu sen, nowy dzień, tatuś przynosi kwiatki, mamusia płacze w kącie, tatuś mówi do dziecka „daj mamuni kwiatuszki i powiedz, że tatuś ją kocha”, dziecko słucha, mamusia łapie kwiatki i pizga nimi o ścianę, dziecko ryczy, przekonane, że to jego wina, a tatuś wychodzi trzaskając drzwiami, bo jak to kurwa na trzeźwo znieść.

Czasami pracujemy w międzynarodowej firmie w Amsterdamie, wysokie zarobki, mało kontaktów poza pracą, 27 narodowości w jednym budynku, w tym uroczy Irlandczyk z niewiarygodnie pojemną wątrobą, Amerykanin ze służbową kartą kredytową, Australijczyk, który już niedługo będzie miał dziecko, ale jeszcze nie ma, więc trzeba korzystać, siedzimy w pubie O’Reilly’s, do jedzenia są orzeszki, ostatni posiłek o 13, a tu Irlandczyk właśnie zamówił piątą kolejkę Guinnessa, wstajemy chwiejnie, dziękujemy za towarzystwo, ale jednak ten piąty to już za wiele, wracamy do domu tramwajem, wysiadamy przy supermarkecie, kupujemy mrożoną pizzę i sześciopak piwa, czekając, aż pizza się wypiecze otwieramy kolejne piwo, kuchenka piska, otwieramy drzwiczki, sięgamy po pizzę pijanymi łapami, a ta cholera spierdala się do góry nogami na podłogę i szafki.

Przeczytajcie książkę Halber. Koniecznie. I trzymajcie kciuki, jako i ja trzymam, żeby po takiej dawce szczerości jeszcze kiedykolwiek dostała jakąś pracę.

Zdjęcie: Albert Zawada, Agencja Gazeta

Kiedyś, dawno temu, na samym początku życia z bipolarem nabyłem (jak to osoba w hipomanii) wszystkie dostępne w Amazonie książki na ten temat, po czym je wchłonąłem. Następnie zaś zrecenzowałem jednozdaniowo na blogu i tak sprawę zostawiłem.

W języku polskim, o ile mi wiadomo, funkcjonują dwie publikacje: „Na huśtawce emocji” (oryg. „Manic”) Terri Cheney oraz „Zaburzenia afektywne dwubiegunowe: podręcznik pacjenta: jak opanować wahania nastroju?” Moniki Ramirez Basco. Tej drugiej nie znam, może dlatego, że nie czytam po hiszpańsku, choć kiedyś mówiłem tym językiem płynnie. Oprócz tego są jeszcze dwie książki dla lekarzy oraz „Listy do Lekarza/Listy do Pacjenta. Depresja i Choroba dwubiegunowa” pod redakcją Łukasza Święcickiego. Tak przynajmniej sugeruje portal LubimyCzytac.pl.

W języku angielskim dostępna jest o wiele większa ilość książek o dwubiegunówce. Podstawą jest „An Unquiet Mind” Kay Jamison Redfield — książka chyba najlepiej znana, po części dlatego, że Redfield jest profesorą psychiatrii i współ-dyrektorką centrum zaburzeń nastroju w szpitalu John Hopkins. Redfield ogląda problem poniekąd z obu stron — jako pacjentka i jako lekarka. Przyznaje się do tego, że zdarzało jej się odstawiać leki, ponieważ — jak to bipolarom — uznawała, że 1) czuje się doskonale i nic jej nie dolega, lub 2) leki ograniczają ją i to one powodują złe samopoczucie. Malarsko nieomal opisuje swoje manie (Redfield cierpi na ChAD I, podobnie, jak ja, ale moje wizje są zgoła nudziarstwami w porównaniu z tym, co Redfield ogląda, gdy odstawia leki). Książka z jednej strony przeraża — z drugiej jednak daje nadzieję: więc z ChAD można nie tylko żyć, ale kierować oddziałem szpitala, pomagać ludziom, zostać profesorą.

Moja pierwsza lektura „An Unquiet Mind” pozostawiła mnie głównie z myślą „co za szczęście, że ze mną nie jest jeszcze tak źle”. Druga — półtora roku później, gdy już się dowiedziałem, jak źle potrafi być — dała mi raczej zrozumienie, że nie ma dwóch identycznych bipolarów. Nie, nie jest ze mną TAK źle, jest ze mną INACZEJ źle. Nie zostanę raczej profesorem psychiatrii, w dużym stopniu dlatego, że mnie ten kierunek nie ciekawi w wystarczającym stopniu, żeby go studiować. Widzę jednak szanse na zostanie naprawdę niezłym kowalem, choć zajmie to na pewno o wiele więcej czasu, niż bez choroby. 10/10

Drugą ważną dla mnie książką jest „Madness” Maryi Hornbacher. Hornbacher jest zawodową pisarką (choć pisze głównie o sobie). Podobnie jak z „Unquiet Mind”, jej książkę przeczytałem dwa razy. Za pierwszym razem odniosłem niemiłe wrażenie, że Hornbacher upiększa i podkręca swoje przejścia, szczególnie w okresie manii podlewanej alkoholem i posypywanej innymi substancjami. Za drugim razem zrozumiałem, że moja irytacja brała się głównie stąd, że czytając Hornbacher potrafię… odnieść jej przejścia do swoich. Nie, nie jechałem do Meksyku w środku nocy, nie, nie ratowali mnie sanitariusze, gdy niechcący za głęboko zrobiłem sobie sznyty, ale — że tak to delikatnie ujmę — przydarzyły mi się podobne przejścia. Jakiś czas później Hornbacher napisała krótką, zwięzłą i zupełnie inną książkę „Sane” o tym, w jaki sposób odnieść program 12 kroków do połączenia uzależnienia z chorobą umysłową. W „Sane” widzimy kompletnie zmienioną osobę; spokojną, tchnącą (fu, co za słowo…) optymistyczną mądrością. Z tego, co wiem, Hornbacher aktualnie radzi sobie doskonale, uczy kreatywnego pisania na Northwestern University, nominowano ją do Pulitzera. Z tą lekturą świeżo w pamięci zabrałem się z powrotem do „Madness” i ogromnie zaskoczyła mnie zmiana własnego podejścia; potrzebowałem przeczytać, że tak powiem, część drugą, żeby zrozumieć, że część pierwsza wcale nie jest upiększaniem i chwaleniem się przygodami. „Madness” to książka spanikowanego, roztrzęsionego, cóż — szalonego umysłu. „Sane” to książka osoby, która musiała bardzo wiele przejść, żeby zrozumieć, że nie musi tak potwornie cierpieć. 9/10 i 8/10.

Na koniec, żeby szanpaństwa nie zanudzić publikując elaborat zbyt długi, weźmiemy „Manic” Terri Cheney. Podarowałem tę książkę swojej Mamie, która po przeczytaniu określiła ją mianem „trochę przerażającej”. No cóż, „Manic” jest trochę przerażające dla osoby, która nigdy nie doznała (hipo)manii. Cheney doskonale opisuje różnicę między stabilnością, a hipomanią; tę niewidzialną granicę, za którą zaczyna się szaleństwo. A szaleństwo nie musi się zawsze objawiać tak, jak u Hornbacher, podcinaniem sobie żył i piciem whisky na śniadanie; czasami może być odczuciem, że jesteśmy nieśmiertelni i nikt nie jest się nam w stanie oprzeć, a wszystkie nasze pomysły są świetne. Kilka razy już chyba pisałem, że Cheney idealnie uchwyciła ten stan hipomanii, kiedy rzeczywiście nikt nie jest się nam w stanie oprzeć i sprzeciwić naszym pomysłom. Cheney i ja mamy jedno wspólne doświadczenie (chociaż ja nie jestem prawniczką, która pracowała z Michaelem Jacksonem) — stan, który ona określa jako „glittering”, kiedy wystarczy nam wejść do baru, rozejrzeć się, wybrać obiekt… i zwierzyna już jest praktycznie upolowana, czy o tym wie, czy nie. Cheney opisuje też przymusowe zamknięcie w szpitalu psychiatrycznym i w więzieniu — przeczytałem w międzyczasie wystarczająco dużo książek amerykańskich bipolarów (i jednej schizofreniczki), żeby wiedzieć, że raczej się do USA nie wybiorę, nawet turystycznie. Wiązanie jest fajne, ale nie wtedy, gdy jesteśmy w szpitalnej izolatce. 8/10

Czy jest zainteresowanie częścią drugą z kolejnymi recenzjami? 🙂 (Jeśli przypadkiem czyta to wydawca książek o zbliżonej tematyce, przyjmuję egzemplarze do recenzji.)

PS. Żeby było transparentnie: linki do anglojęzycznych książek są typu Amazon Associate, co oznacza, że jeśli ktoś kupi książkę za pomocą mojego linka, otrzymam z tego prowizję. Tak więc zachęcam do używania linków 🙂

Zdjęcie: Ashley Lynne via Pinterest