Dawno, dawno temu, kiedy byłem jeszcze piękny i młody, a nie jak teraz tylko „i”, ubóstwiałem spędzać wakacje w dużych miastach. Londyn, Amsterdam, Berlin, Praga, Wiedeń. W nocy kluby, a w dzień zakupy, łażenie po zatłoczonych księgarniach (tak, za granicą mają zatłoczone księgarnie 😉 ), sklepach płytowych, ulicach przyciągających tłumy turystów.

Kiedy pojechałem do Londynu mieszkając już wtedy w Amsterdamie, przeraził mnie. W Amsterdamie żyje się nieco wolniej, niż w Warszawie, ludzie uśmiechają się do Ciebie (chyba, że jedziecie na rowerach, wtedy uprawiają coś w rodzaju rowerowego wrestlingu, gdzie każda klątwa dozwolona), a jeśli gdzieś trzeba jechać dwadzieścia pięć minut, to znaczy, że to strasznie daleko. W Londynie zobaczyłem stację metra, na której nieprzebrany tłum upchany jak sardynki w puszce co trzy minuty nieco się przepełniał i niewielka część wlewała do metra. Wsiadłem do piątego z rzędu, bo wreszcie udało mi się dopchać, nie do końca wiedziałem, gdzie wysiadam, a w pociągu był taki tłok, że nie widziałem niczego, oprócz współpasażerów. Nie spodobało mi się.

Czytaj dalej

Amsterdam jest miastem, w którym pewne rzeczy dzieją się inaczej, niż wszędzie indziej. Nie, nie mamy na ulicach szariatu, od kilkunastu lat nie ma też dzielnic, do których nie wolno się zapuszczać, choć oczywiście są miejsca bardziej i mniej bezpieczne. Osobiście nie zapuszczam się w samo serce miasta, na Leidseplein i Rembrandtplein, ponieważ grasują tam hordy pijanych Anglików, którzy przyjechali na wieczór kawalerski. Jest to też jedyne miejsce (z tych, w których bywamy, bo np. w klubie motocyklowym nie bywamy) gdzie Zbrojmistrz i ja nie afiszujemy się ostentacyjnie z naszymi uczuciami.

Jadąc do Amsterdamu należy przede wszystkim uważać na rowerzystów. W Holandii rower stanowi podstawowy środek transportu dla wszystkich, oprócz nieporadnych turystów (poradni mogą skorzystać z wypożyczalni). Na bicyklach można zobaczyć panów w garniturze, panie w garsonkach i na wysokich obcasach, matki z dzieckiem w koszyku przy kierownicy i wszystkich innych, w tym oczywiście Waszego ulubionego kowala. Amsterdamscy rowerzyści do przepisów ruchu drogowego stosują się dość wybiórczo. W szczególności światła stanowią dla nich coś w rodzaju niezobowiązującej wskazówki. Dwa razy zdarzyło mi się, że ktoś wjechał mi w kuper, ponieważ stanąłem na czerwonym świetle (ESCANDALO!!!) przy czym jedna osoba przeprosiła, a druga mnie opieprzyła. Według przepisów należy się zatrzymywać przed pasami, w rzeczywistości panuje Grand Theft Rower i jeśli masz pecha próbować dotrzeć z Dworca Centralnego na prom, polecam buty z metalowymi okuciami i oszczep do wtykania między szprychy.

Czytaj dalej

Korzystając z faktu, iż Nina Wum zrobiła ze mną wywiad dla Onetu, napiszę notkę, która chodzi mi po głowie (jak weszka…) od dłuższego czasu: jak być partnerem/przyjacielem/rodzicem osoby z chorobą dwubiegunową i nie zwariować samemu.

TL;DR: jest nadzieja! Ale nie zapominaj o sobie.

ChAD jest chorobą ciężką, niewdzięczną i nieuleczalną. Jest jednakże chorobą zaleczalną – w mniejszym lub większym stopniu. Aby było lepiej, chory/chora musi współpracować z lekarzem i terapeutą. Jeśli lekarz nie nadaje się do współpracy, należy go zmienić, ale nigdy zrezygnować. ChAD wymaga leczenia farmakologicznego. Jeśli Twój partner twardo odmawia leczenia, masz do wyboru albo zostać męczennicą, albo odejść. To tak na początek.

Czytaj dalej

Przeczytałem dzisiaj, parafrazuję, mniej więcej taki komentarz do czyjegoś postu: „Wy głupi geje to nie rozumiecie, że prawica ratuje i was, bo przyjedzie nam tu islam i dopiero wam pokaże, w wielu miastach strach wejść do muzułmańskiej dzielnicy bo w kółko zamieszki, a ja tego nie chcę u nas w Polsce”. Parafrazuję, bo komentarz został skasowany, razem z moją odpowiedzią. Edit: nie został, tylko ja jestem ślepy. Oryginał tu.

Tak więc rozwinę odpowiedź tutaj.

Według statystyk z 2012 roku, w Amsterdamie 14% mieszkańców wyznaje wiarę muzułmańską. Od razu będzie dygresja. To, że ktoś wygląda, jakby wyznawał wiarę muzułmańską, nie oznacza, że to robi. Mam wśród znajomych Libańczyka, Syryjczyka i Brytyjczyka, jeden z nich jest muzułmaninem, zgadniecie, który? Tak jest, Brytyjczyk. Wygląda, żeby nie było, oliwkowa skóra, broda (przystrzyżona na krótko), przy każdym locie międzynarodowym przypadkiem wypada na niego kontrola osobista, gdyby miał tyle szczęścia na loterii, co przy kontroli osobistej, latałby prywatnym odrzutowcem.

Fakt, że statystyki mówią o 14% nie mówi o rozkładzie. W dzielnicach bogatych, np. De Pijp, jest raczej blond i biało. W Biljmer większość stanowią czarnoskórzy. Koło nas, w Noord, większość stanowią Turcy, Marokańczycy i generalnie nacje oliwkowo-brodato-czarnookie. W odróżnieniu od autorów różnych bredni z Bunia, powielanych w setkach egzemplarzy, nie umiem na oko powiedzieć, kto jest Turkiem, a kto Marokańczykiem, kto muzułmaninem, a kto ateistą. Domyślam się, że grupki gromadzące się koło meczetu są muzułmanami. Tyle.

Czytaj dalej