Autorem dzisiejszej notki jest MG. Możliwy trigger. Ja dodałem podział na akapity i polskie znaki, jeśli coś przeoczyłem, to moja wina.

*

Cześć, nazywam sie M. Jestem człowiekiem, socjalistą, Polakiem, gejem, ChADem… A, nie, czekaj. MAM ChAD. Bo tak powinniśmy mowić, prawda? „Nie jesteś swoją chorobą!” – ile razy to słyszałeś? Ja nie umiem policzyć. I co z tego? Co z tego, kiedy są takie momenty jak teraz, kiedy patrzę w siny monitor, palę kolejnego papierosa, i czuję się jakbym się w całości składał z dwubiegunówki, dla niepoznaki ładnie zapakowanej w człekokształtny kombinezon.

Czytaj dalej

Moje przeżycia z warszawską komunikacją publiczną wzbudzają we mnie uczucia niepodobne do ludzkich, więc podzielę się z Wami — czemu mam cierpieć samotnie.

W piątek miałem sesję tatuażu. Dosyć porządną, 4.5 godziny. Kolorowaliśmy tygryska. Z uwagi na krwawienie nie jestem nadal pewny, jak będzie wyglądać rezultat, na dłoni używaliśmy (tzn. Robert używał) tuszu żółtego, kolor, który obserwuję w tej chwili, to czerwonawa pomarańcz. Za tydzień się dowiem, czy wyszło ładnie. Na razie wyglądam, jakbym się opalił w bardzo dziwny sposób.

Po wyjściu z salonu byłem nieco skołowany, ale pamiętałem, że mijałem metro, więc dotarłem dość powoli do przystanku metra, zszedłem na dół i odkryłem, że staje tu wyłącznie linia M2. Tej informacji nie podano przy wejściu, bo przecież wszyscy wiedzą. Wlazłem niemrawo na górę i rozejrzałem się. Przystanek 518 znajdował się naprzeciw mnie, tyle, że w przeciwnym kierunku, niż potrzebowałem. Przeszedłem kawałek ulicą, nie znalazłem przystanku, przeszedłem na drugą stronę Nowego Światu, przystanku nadal nie było, więc niemrawo dotarłem do przystanku Uniwersytet.

Czytaj dalej

*TRIGGER WARNING*

 

Dziś jest dzień, kiedy żywię się delicjami.

To tak naprawdę przypadek, że akurat delicjami, były pod ręką. Gdyby pod ręką była kiełbasa, żywiłbym się kiełbasą. Ale do barku bliżej niż do lodówki, a w barku są delicje. To znaczy, były.

Moja choroba w ostatnich miesiącach przybrała postać przełącznika. W pozycji „1” jest dobrze, robię co mam robić, chodzę do kuźni, na siłownię, spotykam się z ludźmi, sprzątam w kuchni, wystawiam na sprzedaż płyty. Aż przegnę z aktywnością i wtedy wskakuje pozycja „0”, w której siedzę. Wyjście z domu, nieważne po co i dokąd, nie wchodzi w rachubę, bo nie. Możliwe, że gdyby wybuchł pożar pozwoliłbym się pochłonąć płomieniom, przyglądając im się bez większego zainteresowania. Jeśli jest dobrze, siedzę z laptopem, jeśli nie jest, po prostu siedzę, jak ten baca, co niekiedy miał czas, a niekiedy nie. Dzisiaj jest dobrze, przeczytałem wszystkie wątki na forach Popjustice i Macforums, nawet te nieciekawe, wrzuciłem na Bunia dwa linki, zjadłem delicje (trochę mi teraz za słodko) i trwam.

Czytaj dalej

Nie znoszę podróżować.

Dawno, dawno temu, gdy byłem jeszcze małym krzaczkiem, mój ojczym kupił Bilet Lotniczy do Krakowa. W tym czasie była to taka rzadkość, że sąsiedzi zlecieli się oglądać Bilet. W eleganckim opakowaniu książeczka z różnymi tajemniczymi informacjami. Po powrocie ojczym przywiózł w prezencie sól i pieprz oraz plastikowe pudełka, w których podano Posiłek. Miałem wtedy może osiem lat, a do tej pory pamiętam, jaki byłem podekscytowany oglądając Bilet i opakowanie po Posiłku. (Chyba był też Plastikowy Widelec, ale nie pamiętam aż tak dokładnie.)

Czytaj dalej