Cunningham jest moim najulubieńszym autorem i mam z nim tylko jeden problem: pisze za mało, a ma już 61 lat. Jego książki ukazują się średnio co 4 lata, a ja chciałbym przeczytać ich tak ze sto. Do tej pory wydał ich raptem sześć, z czego ostatnie dwie nie zachwyciły mnie tak, jak bym chciał, ale pozostałe — w tym moje ukochane „Godziny” — to arcydzieła. Odkrycie, że w maju ukazała się w Stanach nowa książka wstrząsnęło mną i zachwyciło, kupiłem utwór drogą kindlową i wessałem w jeden dzień.

Już wiem, że wrócę do „Królowej śniegu” — i to szybko. W odróżnieniu od nieudanego eksperymentu „Specimen Lives” i dość sterylnego „By Nightfall”, nowa książka wreszcie sięga poprzeczki, ustawionej niewiarygodnie wysoko przez „Godziny” z 1998 roku. Barrett — misiowaty trzydziestoparolatek, porzucony właśnie drogą smsową; Tyler — jego brat, niedorobiony muzyk, który przekonuje samego siebie, że nałóg narkotykowy to w rzeczywistości jedynie metoda pobudzania kreatywności i Beth, umierająca na raka dziewczyna Tylera to trójka na miarę Bobby’ego, Jonathana i Clare z „Domu na krańcu świata”. Cunningham pisze zdaniami złożonymi w kostkę tak wiele razy, że sięgają księżyca — jego zdania potrafią zajmować pół strony tekstu. Tymi zdaniami pieści pięknie nieciekawą historię, używając nadzwyczaj ciekawej metody literackiej: omija mianowicie wszystkie ważne wydarzenia i pisze o tym, co wydarzyło się potem.

Eugenides w swojej „Intrydze małżeńskiej” również opisuje trójkąt mimo woli: Mitchell, chudy mistyk, zakochany jest w Madeleine, która kocha Leonarda, który cierpi na dwubiegunówkę. Niestety, autorowi „The Virgin Suicides” (przepraszam za dwujęzyczność tytułów, czytam w losowych językach i nie chce mi się sprawdzać, co z danego tytułu zrobił tłumacz) nie udało się dwubiegunówki namalować w sposób przekonujący i losy Leonarda czyta się trochę jak notkę w Wikipedii na temat typowych objawów choroby i efektów ubocznych litu. Jego metoda pisania jest w pewien sposób zbliżona do Cunninghamowej — obaj poruszają się w granicach gatunku nowoczesnej amerykańskiej powieści obyczajowej. Jednak Eugenides ma większe ambicje, przynajmniej na pierwszy rzut oka — jego bohaterowie zwiedzają świat, Mitchell zostaje wolontariuszem w hospicjum Matki Teresy, podczas gdy Cunningham ogranicza się do rzuconego mimochodem „dopiero następnego ranka okazało się, że młodzian ma na nazwisko Mars i jest dziedzicem wielkiej fortuny” — co zresztą jest dla fabuły kompletnie bez znaczenia. Akcja „Królowej Śniegu” rozgrywa się praktycznie w stu procentach w Nowym Jorku, wykochanym i wypieszczonym przez autora podobnie, jak postaci, poruszające się konkretnymi ulicami, przechodzące obok konkretnych kafejek, stacji metra. Założę się, że wybrawszy się do Hameryki byłbym w stanie wykonać podróż śladami Liz i Beth (co ciekawe, to warianty tego samego imienia — przypadeg?) i trwałaby dokładnie tyle, co opisana przez Cunninghama.

Wszystkie właściwie postaci cierpią na syndrom, który kiedyś był — i wciąż bywa — również moim udziałem: „is this it?” Mitchell rozwiązuje swoje rozterki, zostając wolontariuszem; Tyler wmawia sobie, że kokaina jest mu potrzebna jako paliwo dla talentu, a w ogóle to opiekuje się umierającą Beth; Madeleine, która w życiu chce głównie pisać o okresie wiktoriańskim, zżerana jest wątpliwościami, czy aby na pewno nie powinna robić czegoś WAŻNIEJSZEGO. Jonathan z „Domu na krańcu świata” tak długo zadaje sobie pytanie „czy to aby na pewno może być facet dla mnie?”, że kończy na tytułowym krańcu świata w braterskim związku z Bobbym. Liz, świadoma pewnej schematyczności swojego związku z młodym Andrew, pozwala mu trwać mimo to, bo dzięki temu nie musi myśleć nad szukaniem kogoś właściwszego (co, mam wrażenie, jest dokładnie tym, co Madonna robi z Baby Brahimkiem, czy jak się nazywa jej najnowszy wybranek). Ja sam spędziłem lata, przed poznaniem Zbrojmistrza, pytając siebie „is this it?”; dziś zadaję sobie to pytanie w kwestii swojej stabilności umysłowej.

Eugenidesowi nie do końca mogę wybaczyć zakończenie. Nie jest co prawda aż tak prostackie, jak się obawiałem przez ostatnie 200 stron, ale nie zachwyca jednak swoim wyrafinowaniem. Może nie jestem obiektywny, bo denerwuje mnie opis choroby Leonarda, ale trudno mi sobie poradzić z odpuszczeniem mu sposobu, w jaki pod koniec książki wydaje się miarkować: „ojej! mam kontrakt z wydawcą na 320 stron, a już napisałem 280. Trzeba to szybko zakończyć!” Ciężko jest uniknąć spoilerów i napisać cokolwiek o zakończeniu „Królowej Śniegu”, ale trzymało mnie ono w niepewności dosłownie do ostatnich zdań, a odkładając książkę (tzn. klikając przycisk „Library” w Kindlu) czułem niedosyt, w związku z którym odświeżam sobie wszystkie pozostałe książki autora.

Czasu na czytanie mam dużo, bo ostatnie tygodnie spędziłem na oddziale psychiatrycznym szpitala w Amsterdamie. Wydawało mi się do tej pory, że jedzenie szpitalne powinno być paskudne. Otóż nie. Nie przybyło mi kilka nowych kilogramów obywatela wyłącznie dlatego, że wypuszczają mnie na siłownię. Wczoraj na obiad podano dwa rodzaje ryby, cztery opcje wegetariańskie w tym dwie wegańskie, pyszny gulasz, trzy rodzaje ziemniaków, dziki ryż, dwa lub trzy rodzaje warzyw, trzy sosy i dwie surówki. Tego wszystkiego jemy, ile mamy ochotę. Holendrzy, przyzwyczajeni nie wiem do czego, kręcą nosem, ja, nawykły do polskich szpitali z ich gumowymi klopsami i barszczem z farby akwarelowej z cukrem odżywiam się trzy razy zdrowiej, niż w domu.

Współzawodnicy są zadziwiająco mało interesujący. Zdawałoby się, że psychiatryk powinien dostarczyć wielu uciech i przerażeń, tymczasem na moim oddziale — przypadków łatwych — siedzą cztery bipolary, jedno zaburzenie odżywiania, jedno wypalenie zawodowe, jedna demencja i jedno nie wiem co, bo wygląda na kompletnie zdrowe. Dostajemy metalowe sztućce i szklane szklanki. Jedyne oznaki, że jestem na oddziale psychiatrycznym, a nie np. chirurgii to nieotwierające się w ogóle okna oraz terapia zajęciowa, która wygląda dokładnie tak, jak na filmach (w odróżnieniu od elektrowstrząsów i prawie wszystkiego innego, które NIE wygląda tak, jak na filmach).

Co tu właściwie robię? Cóż, już w kwietniu, a może marcu — dopiero teraz to do mnie dociera — moja dwubiegunówka zaczęła wykonywać jakieś dziwaczne podskoki i koziołki, w maju wsiadła zaś na rollercoaster i ruszyła z kopyta. Po dużej ilości seksu, niewielkiej ilości przemocy, zerwaniu więzów z trzeźwością i nawiązaniu nowych z czymś, co najłatwiej określić uczuciem „fuck you, world” mój lekarz zaproponował mi hospitalizację, a ja — na tyle samo-świadom, żeby rozumieć, że jest źle — zgodziłem się i ostatnie dwa tygodnie spędziłem tutaj, głównie na czytaniu, cierpliwym znoszeniu efektów ubocznych, ćwiczeniu na siłce i jedzeniu.

Historie Cunninghama i Eugenidesa mają zakończenia; Cunningham, drań jeden, wykonał zakończenie otwarte, a Eugenides zamknięte. Moja historia na razie nie ma zakończenia, ma za to rozdział, którego się jako żywo nie spodziewałem i nie umiałem go sobie wyobrazić. A jednak chyba poszło nieźle, zważywszy na to, że bipolarna znajoma z oddziału nie chce mnie wypuścić, pielęgniarki i pielęgniarze lubią (choć i tu, na oddziale psychiatrycznym trafiłem na pielęgniarza, który jest zdania, że z epizodu mieszanego można się „jakoś wyciągnąć” i trzeba „po prostu się tak nie poddawać”…!), a nowe leki jak na razie wydają się działać — odpukać, rzecz jasna. Zbrojmistrz trwa dzielnie u mojego boku, choć przyznam, że w ostatnich miesiącach nie uprzyjemniałem mu życia jakoś nadmiernie. Ciąg dalszy, jak to zwykle bywa, nastąpi.

Zdjęcie: Flickr, Several Seconds

Zafrapowało mnie, jak różnie można postrzegać kobiecość. O tym, że męskość jest konstruktem bardzo trudnym do zdefiniowania wiem od momentu, kiedy olśniło mnie, że Mike Tyson i Michael Jackson są tej samej płci. Gdyby na planecie Ziemia wylądowali kosmici i porwali te dwa osobniki do badań, mogliby się w ogóle nie zorientować, że to te śmieszne dyndadełka między udami determinują na naszym globie biologiczną płeć. A Michael Jackson przy Conchicie Wurst jest przecież bardzo jednoznacznie zdefiniowany płciowo (no dobrze, był). W odróżnieniu od Prince’a, Janet i Madonny Michael nigdy nie przyglądał się w piosenkach idei biseksualności czy niepewności płciowej.

Austria zaprezentowała kobiecość — płynność — definiowaną w sposób niedefiniujący. Zaskoczyło mnie, że holenderscy komentatorzy również nie mogli się odnieść do Conchity w sposób elegancki. „Mogłaby się zdecydować, czy jest kobietą, czy mężczyzną” jest sformułowaniem, którego spodziewałbym się po niedoszłym europośle Adamku (no dobrze, on by to ujął w sposób jeszcze mniej taktowny). Moją reakcją było pytanie „ale dlaczego miałaby się decydować?” Genitalia Conchity są dla mnie kompletnie nieinteresujące, fascynuje mnie gra z płciowością uprawiana tak dobrze, że ja tak naprawdę nie wiem, czy oglądam kobietę z namalowaną brodą, czy mężczyznę w sukni i z makijażem. Conchita pięknie śpiewa, pięknie wygląda i pięknie się porusza. Jeśli upierałbym się dokonać zero-jedynkowego wyboru, byłaby dla mnie kobietą — dlatego, że kobiety widzę więcej. Ale w Amsterdamie mamy dużo precedensów, od sióstr Hopelezz (trupa drag queens, które nie zawracają sobie głowy goleniem bród i owłosienia na udach) do corocznego święta, przy okazji którego mężczyźni zakładają suknie, wypychają sobie biustonosze papierem toaletowym i paradują po ulicach w charakterze np. brodatej Heidi lub niedźwiedziowatej Pippi Langstrump. Dzień ten w ogóle nie ma podtekstu LGTB — jest to święto, które wywodzi się z czasów chłopstwa, które nie miało środków finansowych na parady w stylu brazylijskim, ale zawsze można sobie było pozwolić na podebranie żonie przydużej spódnicy i urżnąć się na wesoło.

Polska tymczasem zaprezentowała się tak: cztery „folkowe” tancerki w strojach ludowych plus dwie panie, które ciężko określić mianem czegoś innego niż szczucie cycem. Jedna z nich „prała na tarze”, druga zaś „ubijała masło”. Obie te czynności służyły wyłącznie temu, żeby kamera mogła robić zbliżenia na ogromne piersi. Kobiecość polska nie pozostawia złudzeń, czym jest: cycami. Gdyby ktoś jeszcze nie zrozumiał, dla pewności piosenka posiada tekst:

My Słowianie wiemy, jak nasze na nas działa,
lubimy, jak poruszasz tym, co mama w genach dała.
To jest ta gorąca krew! To jest nasz słowiański zew!
My Słowianki wiemy, jak użyć mowy ciała.
Wiemy, jak poruszać tym, co mama w genach dała.
To jest ta słowiańska krew! To jest ta uroda i wdzięk!

Mamy to, czego nie ma nikt inny.
Cenimy ten naturalny kształt.
Wódeczka lepsza niż whisky i giny.
Najlepsze u nas, cokolwiek byś chciał.
My na swojskiej śmietanie chowane,
Delikatne, rumiane jak chleb.
Nie ma lepszych od naszych Słowianek,
Ten, kto widział i próbował, ten wie!

Nasze, polskie kształty są naturalne, jak wódeczka i śmietana, służą do poruszania nimi (aż dwa razy w ciągu czterech linijek refrenu), a Słowianek należy próbować.

W genach mamy to, czego nie ma nikt inny,
Zjeżdżają do nas z wielu świata stron.
Tu dobra wódka i dobre dziewczyny,
Szukaj u nas idealnych żon.

Maciek Kurzyk pokusił się o zestawienie polskich gratulacji dla Conchity, wrzuconych na jej Facebooka (po prawej, znalezione na Trzyczęściowym Garniturze). Nasz swojski skansen nie zawiódł, wysyłając austriacką piękność do gazu i pytając „czym ty kurwa jesteś”. Być może interesujące byłoby napisanie piosenki „My Słowianie II”, w której polscy mężczyźni mogliby opisać swoje poglądy na temat kobiet niewystarczająco kobiecych, babochłopów i pedałów? Na Eurowizji taki przebój miałby wielkie szanse, szczególnie u Rosjan, Białorusinów i Ormian, domagających się… usunięcia występu Conchity Wurst z transmisji. Ich męskość jest tak wątła, że sam fakt ujrzenia osoby z brodą ubranej w suknię może ją z hukiem zawalić. My, Słowianie wiemy, co się liczy: wódka, śmietana i idealne żony. Z cycem.

Tym właśnie sposobem Conchita Wurst stanie się przedmiotem politycznych targów. Czy Rosja da jej choć jeden punkt? To, że 80% widowni Eurowizji stanowią geje, wiadomo od dawna, ale czy rosyjskiemu jury przejdą przez gardło słowa, powiedzmy, „eight points — Austria”? Ciekawe będzie też, choć z innych powodów, to, ile punktów dadzą sobie nawzajem Rosja i Ukraina. Czy w powodzi głosów z serii „my, Turcy w Niemczech głosujemy na Turcję, a my — Grecy — dla odmiany na Maltę” ktokolwiek w ogóle przejmie się muzyką? Bo pomijając cyc i brodę, między Polską, a Austrią widnieje ziejąca przepaść. Polacy wysłali na Eurowizję disco polo o wódce i dupencjach. Austriacy — cudownie zaśpiewany utwór o zacięciu dramatycznym godnym tematu do Bonda. A może na całym tym zamieszaniu wygra typowany na zwycięzcę Węgier, lub rumuńska śpiewaczka z niewiarygodną skalą i kontrolą oddechu? Ja mogę głosować zarówno na Polskę, jak i Austrię, ale dziwnie jestem spokojny, że występ finałowy nie wpłynie na mojego faworyta, nawet, jeśli Polki sięgną cycami do podłogi.

Wychowano mnie na potulne dziecko, siedzące cicho w kątku z wyrazem twarzy “nie podchodzić”. Dużą zasługę miała w tym niestety moja mama, która ostrzegała mnie — z jak najlepszymi intencjami — “tylko uważaj”, kiedy wychodziłem z domu. Z uwagi na to, że nigdy nie wytłumaczono mi, na co mam konkretnie uważać, na wszelki wypadek uważałem na wszystko, w tym na szanse i możliwości. Po co komu taka szansa, jeszcze się nie uda, pogryzie, albo niebo mi upadnie na głowę, albo — bo ja wiem — samochód mnie przejedzie. Lepiej siedzieć u siebie w domu, gdzie też niebezpiecznie, bo w każdej chwili w okno może wlecieć mi samolot, ale jednak ilość niebezpieczeństw jest przynajmniej troszkę ograniczona.

Kiedy miał miejsce mój jedyny chyba okres nieograniczonej i podniebnej hipomanii, czyli jakoś tak między końcem 2011, a połową 2012, odkryłem nagle, że nie boję się NICZEGO. Zatraciłem umiejętność odczuwania strachu. Dość szybko okazało się, że jednak niektórych rzeczy warto się bać, ponieważ wpadłem w dość dziwne (acz interesujące) towarzystwo, zleciałem z hulajnogi na Słowacji (bo hamulce są dla starych babć, a nie PRAFDZIFYH MENSZCZYZN), wjechałem na starszego pana na przejściu dla pieszych (bo światła, etc.) i tylko cudem chodzę nadal po świecie wolny od chorób wenerycznych. Ale odkryłem też, że większość moich obaw i fobii kompletnie nie ma pokrycia w rzeczywistości. Nie ma i już. Mogę wchodzić bez strachu do nieznanych mi podrzędnych oberży, spotykać się z bardzo dziwnymi ludźmi, robić bardzo dziwne rzeczy… ale też zwyczajnie pozbywać się pająków (i raz szczura, Amsterdam jest dość nieszczęśliwym miejscem dla osoby nielubiącej gryzoni) z mieszkania, wykonywać i odbierać rozmowy telefoniczne, pisać do kompletnie obcych muzyków na Twitterze i Facebooku nie bojąc się Co Będzie Jeśli. Zostawać kowalem i podrywać sobie Zbrojmistrza. Świat był wtedy mój. Aż, jak wiadomo, hipomania się skończyła.

Aktualnie jest rok 2014 i hipomanię widuję co najwyżej przelotnie, przez kilka dni, świadom niebezpieczeństw, jakie niesie ograniczam dawkę antydepresantu i na tym się zabawa kończy. Ale większość strachów nie wróciła już nigdy. Niektórych rzeczy wystarczyło, jak się okazuje, doświadczyć raz. Nie mogę powiedzieć, że nie boję się niczego, bo boję się holenderskiego systemu prawnego, podatkowego i zasiłkowego z prostej przyczyny — nie rozumiem ich i nie znam. Ale nie boję się ludzi, nawet tych wyglądających naprawdę przerażająco, ponieważ poznałem tak wielu złych i dobrych ludzi, od wyjątkowo sympatycznych dilerów do karków na motocyklach, że ciężko jest na mnie zrobić wrażenie. Poza tym, jeśli ktoś pamięta, jak wyglądam i w co lubię się ubierać, rozumie zapewne, że tatuaże, piercingi, irokezy lub łyse głowy i skóry & mundury naprawdę nie mają szans mnie wystraszyć. Boję się raczej pań z łagodnym głosem i długopisem zawieszonym nad ważnym formularzem.

Cały ten przydługi wstęp zmierza w jednym kierunku. W tym tygodniu udało mi się wreszcie doświadczyć czegoś, o czym marzyłem od lat: podróży na motocyklu. Pierwsze 450 km mam za sobą, na razie w charakterze pasażera, ale jednak. Moja ramoneska też, po piętnastu latach, wreszcie się przejechała i bardzo przydała, bo przy 160 km/h robi się ciut wietrznie, a popadywało też lekutko. W ciągu kilku dosłownie sekund — mimo braku hipomanii — zakochałem się w prędkości i byłem nieomal rozczarowany, że rozpędziliśmy się tylko do 160 km/h (nie w Holandii, bo tu nie wolno, tylko w Niemczech). Mimo tego, że moja sytuacja finansowa leży i kwiczy, zdążyłem już pooglądać mój wymarzony motocykl na allegro — zupełnie bez związku, czy ktoś nie chciałby kupić nereczki za 5 tysięcy euro?

Przywieziono mnie do raju. Mój przyjaciel i jego mąż zakotwiczyli mianowicie na uboczu małej miejscowości w Niemczech, gdzie mają domek na połowie hektara bajki. Bajki niestety nie stworzyła dla nich dobra wróżka, tylko 16 lat pracy własnych rąk, ale efekt zapiera dech w piersiach. Kwiecie, zieleń, drzewa, woda i CISZA. Już od dawna podejrzewam, że wyrosłem z mieszkania w mieście, ale teraz wiem to na pewno: raj to dla mnie dom z ogrodem na wsi i motocykl, na wypadek, gdybym potrzebował znaleźć się w miejscu bardziej uczęszczanym. Kiedy mówię “dom”, mam oczywiście na myśli miejsce, gdzie da się nie tylko mieszkać, ale i kuć.

W domku gościnnym spędziłem tylko jeden wieczór, ale przeżyłem czyste, niezmącone szczęście. Siedziałem na podłodze, patrząc na zmianę w hulający w kominku ogień i za oszklone drzwi, za którymi przyroda spała pod gwiazdami, wzdychając cichutko. W takiej chwili do życia nie potrzeba już naprawdę nic więcej, oprócz towarzystwa Zbrojmistrza, który niestety na trzeciego na motocyklu się nie zmieścił. Korespondując na Facebooku na temat świeżo zakupionego kowadła z dwudziestoletnim kowalskim nerdem z okolic Amsterdamu rozmyślałem sobie od niechcenia o tym, jak bardzo innym człowiekiem jest Ray w roku 2014 w porównaniu z tym z roku 2011. Jak wielką rolę odegrała w tej zmianie moja choroba dwubiegunowa; jak wielką bycie zmuszonym do dokonania zmian; jak wielką odwaga, najpierw podsycana hipomanią, ale potem już nie, aby ich dokonać. Co pomyślałby Ray sprzed lat 10 czy zgoła 20 o tym człowieku, którym jestem teraz? Czy chłopiec, bojący się wyjść z domu i wsiąść do autobusu bo “tylko uważaj” w ogóle by uwierzył w kuźnię, wieczory w barach, tatuaże i podróże na motocyklu?

Przede mną kolejne zmiany: spróbowałem ostatnio pracy na ochotnika (przy pomocy urzędu pracy i przydzielonej mi psycholożki) przy projekcie i… nie udało się. Ataki paniki, problemy ze snem, gwałtowne wahania nastroju podobne do tych z końcówki 2012 spowodowały, że musiałem projektowi podziękować. Boję się — tego, że nie uda mi się do pracy wrócić już nigdy. Przynajmniej nie do takiej, w której da się zarobić. Psycholożka delikatnie wspomniała mi o tym, że powinienem poczytać o występowaniu o długotrwałą rentę. Uwaga, choć naprawdę sformułowana z taktem i delikatnością, wzbudziła we mnie reakcję konia ukłutego ostrogą. Nie jestem człowiekiem, który umie się poddawać. Ale nie chcę też być człowiekiem, który z uporem byka wali raz za razem czołem w ścianę. Coś muszę zmienić, coś muszę zrobić. Tyle, że nie wiem co. Co można zrobić, kiedy mamy odwagę dokonywać zmian, ale nie wiemy, jakich zmian należy dokonać? Tego nie wiem. Plan długookresowy mam: kuźnia, dom z ogrodem, kominek, motocykl. Planu na krótszy okres nie posiadam.

Pozwolą państwo, że przyznam się, że mnie to przeraża.

Zdjęcie: Yamaha XJR1300, Wrenchmonkeys

…postanowiłem wypełnić kwestionariusz GW (tu wersja Jana Hartmana, którego lubię nie tylko za to, że ma brodę).

Bez czego pan nie może obejść się na co dzień?
– Bez telefonu, niestety.

Najbardziej przeceniana u ludzi cecha to…
– …stałość poglądów.

Jakiej cechy nie lubi pan najbardziej u siebie?
– Zbyt łatwego wpadania w ekscytację.

Którego polityka i gdzie wysłałby pan na wieczne wakacje?
– Niesiołowskiego, w jakieś miłe miejsce pełne ciekawych insektów.

Którą postacią z książki chciałby pan być?
– Nianią Ogg.

Kogo zaprosiłby pan na swoją wymarzoną kolację?
– Shirley Manson z Garbage.

Jaka jest najbardziej zawstydzająca rzecz, którą pan zrobił?
– Kiedyś bardzo niefajnie nabijałem się z siedmiolatka za to, że udaje, że śpiewa do szczotki do włosów. To, że sam miałem lat 8, wcale mnie nie usprawiedliwia i zupełnie naprawdę mam z tego powodu do tej pory wyrzuty sumienia.

Jedna rzecz, która poprawiłaby jakość pana życia?
– Własna kuźnia. Mmm. Jeśli wymagam za wiele, poproszę o kominek.

Gdyby mógł się pan cofnąć w czasie, gdzie by się wybrał?
– To chyba oczywiste, że byłbym Wikingiem?

Co sprawia, że nie może pan zasnąć w nocy?
– Bezsenność.

Jakiego słowa lub zwrotu pan nadużywa?
– „No worries”.

Frank Underwood czy Nikodem Dyzma?
W zarysach jedynie wiem, co to jest Frank Underwood, więc chyba Dyzma?

W jakich okolicznościach nie mówi pan prawdy?
– Nie lubię krzywdzić ludzi bez powodu, więc czasami mówię im to, co chcieliby usłyszeć. Na swoje usprawiedliwienie powiem tylko tyle, że robię to rzadko.

Gdyby był pan superbohaterem, jaką moc chciałby posiadać?
– Superbohaterowie na ogół mają problemy ze sobą, więc w miarę możliwości chciałbym nie być superbohaterem, ale jeśli już muszę, to latanie wydaje mi się wygodne.

Najgorsza rzecz, którą ktoś do pana powiedział?
– Szczerze mówiąc, staram się takich rzeczy nie zapamiętywać… ale pamiętam, kiedy przytyłem na lekach pierwsze 10 kg, a mój ukochany — dawny, rzecz jasna — spojrzał na mnie z obrzydzeniem i powiedział „weź się w coś innego przebierz”. Zdziwiony przypomniałem, że bardzo mnie w tych spodniach lubi. „Lubiłem”, poprawił.

Kto zagrałby pana w filmie?
– Gael Garcia Bernal, ale musiałby nieco przypakować…

Proszę dokończyć zdanie: „W życiu kieruję się zasadą…
– …rób co chcesz, byle nie krzywdzić innych.