Zapytano mnie, czy powodem złożenia wniosku o paszport niderlandzki akurat przedwczoraj była ostatnia akcja USC. Nie, przypadkowo się tak złożyło, nie chodzi też o Golgota Picnic, o Chazana, o taśmy. Chodzi o dwie rzeczy: dzięki Stefanii miałem 816 euro potrzebne do wystąpienia o dokument, a wyniki wyborów do Europarlamentu dodatkowo motywują, żeby na wszelki wypadek nie czekać za długo.

Kiedy przybyłem do Holandii w 2006, przysięgałem sobie, że o paszport wystąpię w dzień po tym, jak upłynie mi wymagane 5 lat pobytu w kraju. Nic takiego się nie stało, bo w międzyczasie pojawił się burnout, a potem inne problemy, które zmusiły mnie do przejścia na rentę, dzięki czemu 816 euro stało się sumą, której nie wydaję pochopnie. Tak więc o paszporcie niderlandzkim zwyczajnie na jakiś czas zapomniałem, aż zaczęła mnie martwić lokalna antyimigrancka polityka.

W maju 2012 byłem w trakcie hipomanii, co objawiało się między innymi tym, że miałem mnóstwo energii i niczego się nie bałem. Tak więc udałem się na egzamin o nazwie Korte Vrijstellingstoets, o którego istnieniu większość imigrantów w ogóle nie wie, bo odpowiednie ministerstwo jego istnienie… ukrywa. Oficjalnie aby ubiegać się o paszport trzeba przejść przez kurs obywatelskości, Inburgeringscursus, a po tymże rocznym kursie zdać trzyczęściowy (chyba) egzamin, na którym pojawiają się pytania typu „jaka znana aktorka występowała w telewizyjnej ekranizacji sztuki na podstawie książki Gerarda Reve 'Matka i Syn’ w roku 1983?”. Strona internetowa ministerstwa ds. imigracji, IND wspomina jednak o „…lub innych dokumentach” i ma na myśli właśnie Korte Vrijstellingstoets, który jest półtoragodzinnym egzaminem przy komputerze, w trakcie którego — egzaminu, nie komputera — padają pytania typu: „Ahmed gorszy się krótką spódnicą sąsiadki. Co mu mówisz? a) To szmata i zdzira! b) Tu jest Holandia, Ahmedzie, i każdemu wolno się ubierać tak, jak chce!” Przysięgam, że nie żartuję. Do KV trzeba oczywiście rozumieć niderlandzki (choć mówić niekoniecznie), znać się nieco na obyczajach, na podstawach prawa (poległem sromotnie na pytaniu o dofinansowanie wynajmu, bo nigdy mi nie było potrzebne dofinansowanie wynajmu, podobno pojawiają się pytania o ciążę i ginekologa, też mógłbym nie znać odpowiedzi) i w zasadzie tyle. Jest jeden kruczek: trzeba dostać 75% punktów i zdać za pierwszym razem, inaczej won ze sceny i na Inburgeringscursus. Z uwagi na hipomanię w dwa miesiące przygotowałem się, pojechałem (z gorączką) i zdałem.

Kiedy przedwczoraj składałem wniosek o paszport, pani urzędniczka zaczęła mi tłumaczyć coś, czego nie zrozumiałem — odniosłem wrażenie, że mówi mi, że paszport niderlandzki może być mi odebrany. Nieco się zachłysnąłem, więc zaczęła tłumaczyć powoli i wyraźnie, że nie mogę mieć dwóch obywatelstw, bo Unia Europejska, i tak dalej. — Ach! — przerwałem. — Przepraszam, pani mówi o polskim paszporcie! Nie, ten to mogę i zaraz oddać, chce pani? — Nie chciała, zrobiła tylko ksero.

Na obywatelstwo poczekam teraz od 6 do 12 miesięcy, więc jeszcze tak zaraz go nie będzie. Ale przyznam, że po przeczytaniu o USC moja decyzja była dla mnie odrobinę ważniejsza. Po prostu nie chcę być obywatelem państwa, które swoim obywatelom okazuje jawną pogardę i utrudnia im życie, bo są nie tej orientacji, co Kościół przykazał. Wolę mieszkać w kraju, gdzie rzadkie przypadki przemocy przeciwko homoseksualistom generują artykuły na pierwszych stronach gazet i szok w społeczeństwie. A homofobia i w Holandii żyje, bo nie jest tak, że przebywam w raju i otaczają mnie anieli tolerancji. Tyle, że tutaj homofobia jest szokującym ekstremizmem, a nie — na przykład — trzymanie się za ręce lub pocałunek. (Czego niedawno dowiedział się Krul, z którym Wilders i Le Pen nie chcą współpracować, bo jest dla nich zbyt ekstremalny.)

Nie będę Was prosić o trzymanie kciuków, bo po 12 miesiącach mogłyby Wam odpaść. Tym, którzy w skansenie pozostali, życzę jak najwięcej szczęścia i powodzenia w zmienianiu go krok po kroku. Mi się zwyczajnie nie chce, nie mam na to zdrowia i czasu. Wiem, że są tacy, którzy na wieść o tym, że lewak-homoseksualista wystąpił o paszport holenderski zorganizują z radości imprezę z zamawianiem piw, ale na szczęście właśnie uruchomiłem proces, dzięki któremu — o ile wszystko pójdzie dobrze — już za rok będą mi mogli nafiukać.

Krytyka Polityczna zwróciła uwagę na zjawisko, które ja odnotowałem na swoim Facebooku, kompletnie nie zauważywszy, że ma miejsce również w mojej głowie:

Poziom wyobcowania jest taki, że większość Polaków przygląda się szybkiej akcji likwidowania przez nie wiadomo kogo demokratycznie wybranego przez nich samych rządu (ten wybór został potwierdzony nie dalej niż 25 maja, w wyborach do Parlamentu Europejskiego, które minimalnie wygrała partia rządząca, a jej przeciwnicy jednak je przegrali), jakby to nie był ich rząd i jakby to nie było ich państwo. Obojętnie, czy akcję zielonych ludzików wobec rządu Tuska – którego efektywność w tej sprawie podobna jest do efektywności rządu w Kijowie w obwodzie donieckim – robiliby niekontrolowani agenci polskich służb obecni lub emerytowani, agenci służb obcych, biznesowi oligarchowie […] większość z nas siedziałaby przed telewizorami rozbawiona, zafascynowana, zaciekawiona (w zależności od tego, jak reagujemy na dobre kino akcji), bo taki zbudowano w III RP przez 25 lat kapitał społeczny, bo taki jest poziom wyalienowania Polaków od własnego państwa.

Chciałbym tu wspomnieć o dwóch wydarzeniach, na które reaguję osobiście.

Po pierwsze primo, uważam, że Hanna Gronkiewicz-Waltz to najlepsza prezydentka Warszawy, jaką kiedykolwiek widziałem. Z jednym drobnym wyjątkiem. Mianowicie takim, że pani Gronkiewicz-Waltz twardo odmawia patronatu Paradzie Równości, tym samym dając dwa sygnały: 1. przenoszę swoje prywatne poglądy na poziom polityczno-publiczny, 2. dla homoseksualistów w Warszawie miejsca nie ma. (Tęcza się tak do końca nie liczy, bo jestem zdania, że HGW sprzeciwia się raczej temu, że usuwają ją kibole, niż popiera jej przesłanie.) Rezultatem tego prostego działania jest to, że kiedy widzę moich znajomych linkujących różne inicjatywy lokalne i zapraszających do ciekawych miejsc w Warszawie, wzdycham ze smutkiem i ignoruję ich — co mnie obchodzi w końcu, czy w mieście nieprzyjaznym mi z zasady uda się zorganizować coś fajnego?

Po drugie primo, z Pochodnych Kofeiny dowiaduję się dla odmiany, że:

Polski USC nie pomoże wziąć ślubu dwóm panom

Urząd stanu cywilnego nie może wydać zaświadczenia Polakowi, że może zawrzeć za granicą małżeństwo z osobą tej samej płci. Brakuje podstaw prawnych.

– Od odmowy urzędu stanu cywilnego w sprawie wydania zaświadczenia przysługuje zainteresowanemu odwołanie do sądu cywilnego, ale już nie do Sądu Najwyższego – to druga konkluzja z zakończonej we wtorek sprawy przed Sądem Najwyższym.

Opowiem najpierw dykteryjkę. Otóż kiedy jechaliśmy z Szacownym Eks-Małżonkiem (miano mylące, bo nigdy nie wzięliśmy ślubu, ale tak go nazywam na blogach od 10 lat i nie będę teraz zmieniać) do Holandii, poproszono nas o zaświadczenie, że pozostajemy w związku. Oczywiście, w Polsce niczego takiego para homoseksualna otrzymać nie może. W związku z tym Holandia poprosiła o zaświadczenie, że obaj jesteśmy stanu wolnego i tu pojawiła się ciekawostka: otóż taki papierek w Polsce podobno nie istnieje. Istnieje zaświadczenie, że jest się zamężną i żonatym, natomiast stan wolny jest rzekomo zakładany domyślnie w przypadku braku zaświadczenia o byciu w związku małżeńskim. Po wściekłym guglu wyczytałem, że zaświadczenia wydawano, ale zaprzestano, bo… pary tej samej płci korzystały z nich, żeby zawierać za granicą małżeństwo…

Polski USC nie tyle „nie pomoże”, polski USC pracuje ciężko nad szkodzeniem, jak to zauważyły Pochodne. W Holandii urzędy służą pomaganiu obywatelom, w co po ośmiu latach ciągle jest mi trudno uwierzyć, bo mam PTSD po Polsce. Urząd skarbowy przysyła listy z informacją, że przejrzał moje papiery i na pewno nie będzie się ich już czepiać, zamiast — jak polski — trzymać mnie w napięciu, bo może 4 lata i 11 miesięcy po fakcie inspektor nagle skontroluje moje wydatki. Urząd pracy przydziela psychologa, darmowe szkolenia, zresztą nie będę zanudzać tym smędzeniem, bo nie o to chodzi. Urzędy polskie, jak widać, 25 lat po upadku komunizmu nadal dopierdalają, bo mogą.

Zjawisko, na które zwraca uwagę Krytyka Polityczna — oglądanie „śmiesznego filmu o Donaldzie w taśmach” — bierze się właśnie stąd. To, że homoseksualiści i ateiści czują się w Polsce obco, wiadomo od dłuższego czasu, ale jak się okazuje nawet biali, heteroseksualni katolicy dystansują się od kraju, który rzekomo noszą w serduszku. PO od lat wygrywa wybory nie dlatego, że wyborcy identyfikują się z partią, tylko po to, żeby nie wygrał ich Polskęzbaw. Teoretycznie najbardziej swój kraj kochają Prawdziwi Polacy, ale oni też nie kochają przecież Polski istniejącej, tylko jakiś dziwni neonazistowski fantom rządzony przez Krula i gromadę łysych. Polskę pod wodzą Tuska postrzegają jako okupowane terytorium pokryte grubą warstwą gejów, komunistów i Żydów. Nie ma czegoś takiego, jak rząd państwa polskiego, jest mniejsze zło rządzące Polską (dziękuję, Kuba).

To, co dzieje się dzisiaj postrzegam jako konsekwencję nieudanego POPiS-u. To wtedy, kiedy nie udało się zawiązać prawicowej koalicji zaczęła się eskalacja wyzwisk, oskarżeń, ataków wszelkimi możliwymi środkami, eskalacja, w której nie ma czegoś takiego, jak oskarżenie zbyt podłe lub bluzg zbyt obrzydliwy. Oskarżenia o zdradę i nawoływania o Trybunał Stanu padają średnio cztery razy w tygodniu. Nawet tragedia smoleńska, w której przecież zginęły osoby ze wszystkich stron polityki, kobiety, mężczyźni, lewica, prawica — została zawłaszczona i wykorzystana do nawalanki na poziomie „to twoja wina, zdrajco Tusku”. Czy można się dziwić, że po iluś latach słuchania i oglądania na co dzień takich spektakli do wyborów europejskich udaje się dwadzieścia kilka procent obywateli? Ja jestem zdziwiony, że poszło aż tyle. A co sam czuję, patrząc na aferę taśmową? Nic. Co mnie obchodzi los rządu Tuska? Polska nie jest moim krajem i nie będzie nim ani za Tuska, ani za Millera, ani za Kaczyńskiego, ani za Korwina, bo polski USC nie ma podstaw, żeby wydać zaświadczenie. Niech mnie polski USC pocałuje w dupę i vice versa, że zacytuję piękny dowcip o Wałęsie.

Portal gazeta.pl odświeża tekst z listopada o mężczyznach, którzy są nie tacy.

Ewa, trzydziestolatka, wyrzuca z siebie jednym tchem: – Faceci są teraz jacyś dziwni. Moje koleżanki, a mam same młodsze, mówią to samo. Żaden nie chce się wiązać. Czy to normalne, żeby facet chciał mieszkać z kobietą przez wiele lat, ale byle tylko nie kupować razem mieszkania, byle nie brać ślubu, niby razem, ale wygodnie? A kiedy coś więcej? Kiedy dzieci? – wzrusza ramionami, wyraźnie przestało ją to już nawet złościć. Wygląda na zrezygnowaną. 

A z drugiej strony głosy mężczyzn: one chcą pracować, świetnie wyglądać, musi być pełen portfel, kasa na wszystkie zachcianki, a do tego pełne partnerstwo, pełne zaangażowanie, zarabiaj krocie, ale miej czas hołubić, robić zakupy, gotować i świadomie ojcować. 

Rozmijamy się. Ale też nasze oczekiwania co do partnera, nasze definicje idealnego mężczyzny/idealnej kobiety zmieniają się z czasem. Czy po trzydziestce stajemy się coraz mniej wymagający? Czy w pewnym momencie wystarczy, żeby on nie był obciachowy, a ona nie przynosiła wstydu?

Po trzydziestce rzeczywiście oczekiwania potrafią się zmienić, ale lubię myśleć, że nie dlatego, że jesteśmy mniej wymagający (choć niektórzy z pewnością tak i zapewne dobrze im to robi — po dziesięciu latach poszukiwań młodego Seana Connery z doktoratem z polonistyki, zawodowo piszącego wiersze i uprawiającego boks wagi ciężkiej, dzięki czemu przynosi do domu 10 tysięcy zł miesięcznie, tudzież supermodelki biegle władającej sześcioma językami, świetnie gotującej i pragnącej wyłącznie oralnie zaspakajać swojego mężczyznę, podczas gdy on pije piwo i ogląda futbol dobrze jest nieco obniżyć wymagania). Lubię myśleć, naiwnie, że po trzydziestce wiemy więcej o życiu.

Faceci, którzy nie chcą się wiązać, ale mimo to trwają w stanie dziwnego zawieszenia z niby-narzeczoną-ale-niezbyt tak naprawdę nie wierzą, że spotkali Tę Jedyną i ciągle czekają na oralnie-kuchenną supermodelkę, nazwijmy ją w skrócie Cindy. I nie, nie wpadam tu w klimaty rodem z Kafeterii typu „było mu nie dawać, ty głópia, teras to on jurz nie zehce ślubu nigdy ! ja się zawziełam i teras mam menża”, bo nie seks jest problemem. Problemem jest nadmiar wyboru, media i ekonomia.

O wiele łatwiej jest się zdecydować na ślub, kiedy wie się na pewno, że to ta właściwa osoba. Ale skąd mamy niby to wiedzieć? Tak naprawdę dopiero na łożu śmierci wiadomo, że wybrało się dobrze. Gdy powiedziałem mamie, że rozważam sprzedaż mieszkania i zamieszkanie ze Zbrojmistrzem spytała „a co, jeśli coś nie wyjdzie?” No cóż, jeśli coś nie wyjdzie, to będziemy się nad tym zastanawiać, ale jeśli będę się nad tym zastanawiać teraz, resztę życia spędzę zawieszony w stanie „to mój chłopak, dopóki nie spotkam innego”. Każdy ślub, każde założenie firmy, każda przeprowadzka za granicę to pewne ryzyko. Niekiedy się udaje, niekiedy nie. Niekiedy małżeństwo kończy się rozwodem, ale mimo to warto było wziąć ślub i spędzić razem te dziesięć lat. Czy naprawdę wierzymy w to, że uda nam się uniknąć WSZELKIEGO ryzyka? Nawet jeśli zamkniemy się szczelnie w domu, istnieje możliwość, że w budynek wbije się samolot i sufit zawali nam się na głowę.

O poszukiwaniu opcji idealnej mówią nam media. Idealna musi być praca, idealny związek, idealny seks, idealna dieta, sylwetka, sukienka, partner. A tymczasem nasz partner, dajmy na to, łysieje. Jak ja się z takim na Fejsbuniu pokażę? No więc trwamy w tym związku, ale na wszelki wypadek oczy otwarte w poszukiwaniu młodego Connery’ego z pięknym włosiem. (Dodatkowo dołujemy się faktem, że mamy w pasie o 3 cm za dużo, a w pracy od trzech lat bez podwyżki — na wszelki wypadek na Fejsbunia wrzućmy zdjęcie sałaty z serkiem wiejskim, podpiszmy „śniadanko 😉 ;)”, wywalmy tę kupę do śmietnika zanim partner zauważy i zróbmy standardowe kanapczory z boczkiem). Mój eks, zwany Wikingiem, nigdy sobie mnie na wszelki wypadek nie dodał do Facebookowych znajomych. Bo co, jeśli się nie uda? (Poniekąd słuszna obawa, bo się nie udało.)

Ekonomia — czy ja muszę coś dodawać? Polityka prorodzinna polegająca na dopierdalaniu tym nieszczęśnikom, którzy nie odważyli się wyjechać za granicę, pękła im guma i Chazan odmówił im aborcji średnio zachęca do prokreacji. Mój brat będzie wozić dzieci przez pół Warszawy, bo w części miasta, w której mieszka dzieci mogą się dostać do przedszkola po 15 roku życia. Permanentne życie na umowach śmieciowych średnio daje poczucie bezpieczeństwa, przydatne, gdy bierzemy sobie na głowę zobowiązanie pt. dziecko, z którego nie można zrezygnować po paru miesiącach z uwagi na nieprzedłużoną umowę. Głosowanie na Korwina nie oznacza zawsze zgody ze wszystkimi jego postulatami, u części wyborców oznacza zwyczajną desperację, bo ileż można żyć w stanie zawieszenia między PO, PiS, SLD pod wodzą Millera i Watykanem? (Jak mi tu ktoś napisze, że Palikot to lewica, nie ręczę za siebie.) Istnieje duże prawdopodobieństwo, że gdyby — mimo anty-demokratycznego systemu wyborczego obowiązującego w Polsce — Kościół Spaghetti zarejestrował listy we wszystkich okręgach, również pastafarianie przekroczyliby próg 5%.

Mimo tych wszystkich problemów są wśród nas ludzie, którzy kupują razem mieszkania, biorą śluby (oczywiście tylko hetero, bo ślub homo anuluje automatycznie wszystkie śluby hetero i truje małe dzieci kurarą) i prokreują. Czyż nie jest to dowodem, że bóstwa istnieją? Ale do tego też trzeba dojrzeć (chyba, że jesteśmy kafeterianką). Cieszę się, że Terlik poznał swoją wybrankę w żłobku i nigdy więcej nie musiał spojrzeć na żadną inną kobietę płci odmiennej, ale nie odważyłbym się — w przeciwieństwie do niego — sugerować, że wszyscy ludzie na świecie powinni zrobić to samo, ba, że to jedyny możliwy model. Pytanie brzmi, ile to dojrzewanie trwa i jak wygląda. Po dziesięciu latach trwania w stanie zawieszenia trzeba albo pogodzić się z tym, że dojrzenie tego akurat partnera nie nastąpi (znanym rozwinięciem tej historii jest raczej: nasz mężczyzna po 14 latach nagle nas porzuca, wpada w ramiona szał-blondyny, a dwa miesiące później dostajemy od niego zaproszenie na ślub), albo sprawdzić, czy ukochany nie jest entem (enty nie podejmują decyzji pochopnie).

Mój związek ze Zbrojmistrzem daje mi przyjemne uczucie pewności, którego kiedyś nie miałem. Dawno temu, w Polsce, postrzegałem wyłącznie możliwości „i żyli razem długo i szczęśliwie” oraz „te zboczeńce chędożące się w miejscach publicznych”. Po przybyciu do Amsterdamu i zakończeniu konkubinatu z Szacownym Eks-Małżonkiem dowiedziałem się, że są również inne opcje i potestowałem je trochę, w międzyczasie zniechęcając się do związków, ponieważ wybierałem sobie osoby dające mi ten rodzaj dysfunkcji, który prezentowali moi rodzice. Z Wikingiem pouprawiałem trochę masochizmu psychicznego (nie spodobało mi się). Z DJem pouprawiałem trochę imprez i dragów (spodobało mi się, ale w końcu dobrano mi leki). I dzięki temu dowiedziałem się, jakiego związku NIE chcę. Zbrojmistrz nie jest najśliczniejszy w mieście, ale ja już poznałem najśliczniejszego w mieście i okazało się, że jest uzależniony od metamfetaminy. Najlepszego imprezowicza też poznałem i wystawił mnie do wiatru, gdy wpadłem w depresję. Najbogatszego w mieście nie poznałem, ale kasa kompletnie nie robi na mnie wrażenia. Jestem po trzydziestce i dzięki temu moje oczekiwania wzrosły: nie wymagam już tylko żeby był ładny, mądry, wesoły i utalentowany. Wymagam, żeby był Zbrojmistrzem.

Obrazek: Gary Varvel, „Conscious uncoupling of healthcare”

Według Wikipedii, głównego źródła danych Jeffreya Eugenidesa 😉 jest to „jedna z postaci epizodu maniakalnego (obok manii z i bez objawów psychotycznych), która w odróżnieniu od manii charakteryzuje się mniejszym zakłóceniem funkcjonowania psychospołecznego”. Wszystko zrozumieliście, prawda? Bo ja nie.

Hipomania to stan, w którym nasz nastrój — w odróżnieniu od depresji — jest sztucznie podkręcony do góry. Podczas gdy w depresji brak nam energii, w hipomanii mamy jej nadmiar. Gdy w depresji nie mamy ochoty nic robić, w hipomanii mamy ochotę robić wszystko naraz. W depresji nie mamy ochoty na seks, w hipomanii mamy ochotę przelecieć całe miasto. W depresji wyglądamy jak idźstądy, w hipomanii mamy w oku niezwykle pociągający błysk szaleństwa i zakładamy na siebie opięte ciuszki z przygłębokim dekoltem lub dżinsy nader mocno dopasowane w strategicznych partiach. W depresji nasza kreatywność ogranicza się do obmyślania nowych wyzwisk dla samych siebie lub sposobów zadania sobie krzywdy bez nadmiaru wysiłku, w hipomanii wpadamy na milion pomysłów i co gorsza, zaczynamy je realizować.

Najgorszą cechą tego stanu jest wyłączenie części mózgu odpowiadającej za proces decyzyjny. Gdy zwykle wpadamy na jakiś pomysł, najpierw rozważamy jego rozmaite za i przeciw, by na koniec zdecydować — tak, lub nie. W hipomanii wpadamy na pomysł i natychmiast przystępujemy do jego realizacji, przekonani, że jest to najlepsza idea ludzkości od chwili, gdy pierwszy jaskiniowiec namazał na kawałku kamienia paluchem kilka znaków i powiedział „oto pierwszy iPhone”. Na przykład na pomysł założenia firmy, wyjazdu za granicę, uprawiania seksu z najlepszą przyjaciółką naszej żony, zażywania heroiny, kupienia Ferrari… i LECIMY, już, natychmiast, kupujemy, zażywamy i zakładamy. Pieniądze, choroby weneryczne, fakt, że nie mamy paszportu, nic nie stanowi dla nas przeszkód, co więcej, reakcją na podpowiedzi „może się chwilę zastanów” albo — co gorsza — na celnika nalegającego na okazanie wizy upoważniającej nas do odwiedzenia Karaibów jest wyłącznie złość. No bo przecież my WIEMY, że robimy najlepszą rzecz na świecie, a tu jakiś byle kto (czyli ktokolwiek, oprócz mnie) ośmiela się mieć inne zdanie? Dzięki naszej niezwykłej kreatywności i energii w wielu przypadkach udaje się nam przekonać całe otoczenie, że mamy sto procent racji, rozwiać ich wątpliwości i przekabacić na naszą stronę, co oczywiście w niczym nie pomaga — oprócz realizacji naszych przerażających pomysłów.

Wypomniano mi w komentarzach do poprzedniej notki, że chwaliłem się, że jestem monogamiczny i nic mi więcej nie potrzeba — ano byłem, aż nie zaczął się majowy epizod i wiele rzeczy nie zaczęło się nagle wydawać dobrym pomysłem. Urwane dni w kuźni — bo trzęsły mi się ręce i nie mogłem się na niczym skupić; dwie randki dziennie i irytacja, że jeden wieczór w tygodniu muszę spędzić sam; pomysł na książkę, drugi pomysł na książkę, trzeci, przy kompletnym braku motywacji do pisania; wbicie rozpędzonym rowerem w bogom ducha winnego turystę, który nie szedł po chodniku tylko po jezdni, a mnie to denerwuje; aż wreszcie osiągnąłem dziwny stan emocjonalny, gdy było mi wszystko jedno. Mój kolega ze Stanów i ja określamy ten stan mianem „uczucia fuck you”. On w ramach uczucia fuck you zażył metamfetaminę, ja ograniczyłem się skromnie do ziela. Rozumiałem już wtedy, że potrzebuję pomocy i dobijałem się do lekarzy; do szpitala wzięto mnie już tydzień potem i przystąpiono do odkręcania zawijasów w umyśle. Odkręcanie tego, co nabroiłem niestety zostało dla mnie i będę się tym zajmować niedługo.

My, chorzy, krzywdzimy bliskich nam, co począć. W ramach uczucia fuck you niewątpliwie skrzywdziłem Zbrojmistrza, co gorsza — świadomie; gdy uczucie przeszło, pojawiło się poczucie winy, które niczego nie rozwiązuje, a za to krzywdzi ponownie i mnie i potencjalnie jego (bo zachęca do różnych drastycznych rzeczy). Nie mogę obiecać, że więcej różnych wyczynów nie powtórzę, bo właśnie zobaczyłem, że jeśli w mózgu znowu chrupnie, to powtórzę bez namysłu. W tej chwili żadnej głupiej rzeczy bym nie zrobił, ale w tej chwili moja kombinacja pigułek trzyma mnie mniej więcej pod kontrolą (aż za bardzo — spałem 10.5 godziny, a teraz nie mogę się odlepić od krzesła). Jedno, co pociesza, to fakt, że niczego nie kupiłem (głównie dlatego, że WIEM, że jestem ubożuchny jak skowronek i wszystkie luźne pieniądze oddaję bankowi, gdzie mam nadal 1000 euro długu), ale ja akurat tego objawu nigdy nie miewam.

Lekarze są zdania, że hipomania jest groźniejsza od depresji i należy ją zwalczać wszelkimi środkami. Aż do zeszłego miesiąca nie zgadzałem się z nimi — po części przez to, że częścią hipomanii jest czucie się doskonale (co nie pomaga w diagnozowaniu ChAD — nikt nie idzie do lekarza uskarżając się na dobry humor i domagając się, żeby pan doktór coś z tym zrobił). Jednak szkody, w sumie nieduże, których narobiłem przez parę tygodni uświadamiają mi, że nie mogę sobie pozwolić na kolejne takie epizody. W depresji zwijam się w kulkę i leżę na kanapie, cierpiąc i dając się przytulać. W hipomanii jadę walcem po głowach bliźnich, bo tędy mi akurat wygodnie.

Czy poczuwam się do winy? Nie za bardzo. Osoba w hipomanii jest moim zdaniem winna szkodom wtedy, gdy znając potencjalne ryzyko z premedytacją zrezygnowała z leczenia, odmówiła brania leków, lub robiła rzeczy, które stan hipomanii mogły przybliżyć/wzmocnić w nadziei, że się uda. Mój epizod był przypadkowy, był efektem nieudanej próby zmiany leków pod kontrolą lekarza. Owszem, kiedy już się zaczął, brnąłem w niego dalej z radością, ale czy to jeszcze była moja wina? Czy w momencie, kiedy nie mogę się skupić w swojej ukochanej kuźni można jeszcze mówić, że ponoszę winę za cokolwiek? Długo można dyskutować, jak sądzę, osoby skrzywdzone przez bipolara w stanie manii z pewnością będą tu mieć wiele do powiedzenia. Ja skupiam się na słuchaniu lekarzy, braniu leków, ćwiczeniu na siłowni i odpoczywaniu — nie chciałbym, wzorem jednej miłej pani poznanej w szpitalu, wylądować tam z powrotem, tyle, że doprowadzony nakazem sądowym.

Zdjęcie: Claire Danes w serialu „Homeland”, materiał telewizji Showtime