To jest duży problem dla człowieka, któremu spierdzieliło się tak elegancko zaplanowane życie. Studia, check. Praca, check. Związek, check, zgrzyt, check check bzzt, check. Lepsza praca, jeszcze lepsza, check, check. Mieszkanie, check. Amsterdam, check. I nagle JAK NIE JEBŁO.

Nie planowałem dwubiegunówki, ale skoro już się wydarzyła, podszedłem do niej jak zwykle, jak do kolejnego wyzwania. Zwalczymy tę paskudę. Leki, terapia, pełne uznania stwierdzenie lekarza „jest pan bardzo wysoko funkcjonującym bipolarem”, rehabilitacja, próba powrotu do pracy… i nagle JAK NIE JEBŁO.

Do tej pory nie mogę się pozbierać po czerwcowej hospitalizacji. Nie mogę przyjąć do wiadomości faktu, że manię — tak, manię, zmieniono mi diagnozę na bipolar I — zwyczajnie przeoczyłem i zwróciłem na nią uwagę dopiero wtedy, kiedy było za późno na nieskrzywdzenie nikogo. Okropnie żre mnie fakt, że nie umiem sobie radzić ze stresem. Nie umiem i już. Efekty uboczne litu (helloł, mister Eugenides) są paskudne i uprzykrzają mi życie, a ja na dodatek nie do końca wiem, czy ten lit robi jakąś różnicę, czy nie, bo nie mam pod ręką drugiego Raya do sprawdzenia.

Nie umiem sobie poradzić z gwałtowną zmianą w moim życiu towarzyskim. Wczoraj miało miejsce główne wydarzenie Gay Pride, parada łodzi. Dwa lata temu byłem na łodzi drużyny rugby, w stanie przyjemnej hipomanii, ściskając się z najpiękniejszym z rugbystów. Dziś siedzę w domu, unikając starannie zetknięcia z kimkolwiek oprócz Zbrojmistrza, zbywając pytania znajomych i… „mojego” rugbysty, który przysyła mi SMSy i pyta, czy nie będę aby na mieście. Nie będę, chyba, że 750 tysięcy turystów i 500 tysięcy localsów padnie trupem, a on akurat przeżyje.

Brak mi pieniędzy. No cholera, brak mi, co ja poradzę. Nie mówię już o tym, że przywykłem do zarabiania dużo, bo przywykłem, ale ostatnie dwa lata nauczyły mnie redukowania wymagań, kupowania tańszego jedzenia, niekupowania nowych ubrań, niewychodzenia na miasto, niechodzenia do kina. Nauczyłem się, a ciężka to i bolesna lekcja, przyjmowania zaproszeń na kawę lub kanapkę i nieodwzajemniania ich. Lunch za 13 euro to dla mnie trzy obiady. A i tak wiem, że moje narzekanie jest niczym wobec życia emerytki z 1600 zł, że w Polsce dostałbym rentę wystarczającą na przysłowiowe waciki, tutaj zaś spłacam nadal swój trzydziestoletni kredyt. Już tylko 24 lata i będę mógł sprzedać mieszkanie, żeby spłacić resztę kredytu!

Próba powrotu do pracy miała mi oddać moje zwycięstwa. Miało się zacząć od małego — programowania dla non-profitu, a potem miał nastąpić powrót na drabinę sukcesu, “Jak pokonać życiowe trudności i wyjść na prostą, odczyt Raya Granta”, książka o chorobie, wywiady dla prasy… Natrząsam się, ale tylko troszkę. Bo naprawdę tak miało być. Tak było zawsze. Nigdy wcześniej nie trafiłem na trudności, z którymi nie umiałbym sobie poradzić sam. Dręczenie w dzieciństwie przetrwałem, z zewnątrz otrzymawszy wyłącznie przydatne rady typu “nie zwracaj na nich uwagę, to im się znudzi”. Na studia zdałem sam. Do pierwszej pracy mnie podesłano, ale na swoją pozycję zarobiłem sobie sam, w ciągu dwóch lat przeszedłszy drogę od jazdy na miotle do samodzielnego projektowania. Kolejne prace znalazłem sobie sam, tzn. w zasadzie tylko jedną, bo kolejne znalazły mnie. Za granicę wyjechałem bez pleców i znajomości. Mieszkanie kupiłem sam, bez wkładu rodziców, bo nie posiadam bogatej rodziny. I tak już miało zostać. Przez co chcę powiedzieć, że oczywiście miało być coraz lepiej.

Kuce zapatrzone w Krula zapominają, że i im może się przytrafić coś takiego, jak mnie; choroba, przy której nie da się funkcjonować bez wsparcia. Nie mamy pana płaszcza i co nam pan zrobi. Nic nie zrobię, choćbym się wytężał i zaciskał, nie wyzdrowieję już nigdy. A w tej chwili nie mam nawet światełka na horyzoncie. Moja duma przydaje mi się dokładnie do niczego, to znaczy, stanowi dla mnie niewyczerpane źródło stresu.

Tę chwilę wybrała sobie moja koleżanka Rita, aby zatagować mnie w fejsbukowej grze: oto przez pięć dni mam pisać o trzech pozytywnych rzeczach w moim życiu. Pierwszą reakcją było warknięcie “bah, humbug” z miną godną Grumpy Cata. Pozytywne my ass. Ale… przypomniałem sobie, że sam staram się nie otaczać ludźmi negatywnymi, tylko pozytywnymi; chcę mieć wśród swoich przyjaciół osoby, które ciągną mnie w górę, a nie w dół. Czy sam chcę być tym, który ciągnie w dół? Obciążnikiem? Wiecznym smutasem, ewentualnie dzielnie uśmiechającym się przez łzy i mamroczącym “nie martwcie się o mnie, jakoś sobie poradzę… zapewne”? Nie chcę. Natura zwycięzcy nie pozwala. Zapomniałem o niej, przytłoczony nadmiarem syfu — i zacząłem zachowywać się jak Polak, przekonany, że będzie albo źle, albo gorzej.

Przyznam, że piąty dzień gry był trudny, bo skończyły mi się pomysły z wierzchu kupki, ale jakoś sobie poradziłem. A wiele jest rzeczy, za które mogę być bogom wdzięczny. Zbrojmistrz; kuźnia; fakt, że żyję, a były takie chwile, kiedy ten stan mógł się zmienić; darmowe leki (ileż ja bym wagonów pieniędzy wydał na leki, gdybym mieszkał w Polsce…); fakt posiadania dachu nad głową; brak osobistych doświadczeń związanych z wojną; fakt, że mam dookoła siebie mnóstwo ludzi chętnych, by mi pomóc, czy to zapraszając na obiad, czy odwiedzając w szpitalu; muzyka, która uprzyjemnia mi życie nawet w chwili, gdy to piszę (Leftfield — Leftism — co za świetna płyta!); wiele talentów, które co prawda chwilowo są nieco stłamszone, ale przecież nie znikły; pizza — najwspanialszy wynalazek ludzkości; czytany przez setki ludzi blog; bycie gejem, które też w dużym stopniu uratowało mi cztery litery, bo o ileż ciężej było mi chorować, gdybym miał na utrzymaniu żonę i dwójkę dzieci; słoneczne lato, które w Amsterdamie jest prawdziwym cudem; bracia i mama; serial „Wikingowie”; mój tatuażysta; Twitter, dzięki któremu nawiązałem kontakt i współpracę z muzykami, którym niegodzienżem podeszew całować; książki, w których mogę zatonąć; siłownia, dzięki której mam bary niedźwiedzia, a nie tylko brzuch w kształcie arbuza (na lekach przytyłem już 30 kg); sympatyczni rugbyści i nie tylko… Moje życie jest tak wypchane pozytywami, że dziw bierze, że wszystkie mi się mieszczą. A przecież nie wymieniłem wszystkich, gdybym pomyślał dłużej, niż pięć minut, znalazłbym więcej.

Czasami, żeby zwyciężyć, trzeba po prostu przedefiniować zwycięstwo. Mój lekarz powiedział mi już przy jednej z pierwszych wizyt, że mogę nigdy nie wrócić do pracy. Pomyślałem wtedy ze zgorszeniem: co za negatywny typ. Dziś widzę bardzo wyraźnie, że miał rację. Ale widzę też, że to ważne wyłącznie w przypadku, gdy życiowy sukces definiuję jako wysoko płatną pracę. Nigdy nie oceniałem ludzi pod kątem ich zarobków, czemu miałbym tak oceniać siebie? Może zostanę rencistą, kującym w ramach terapii zajęciowej? Może wygram w totka? Może po prostu wezmę ze Zbrojmistrzem ślub, sprzedam mieszkanie i przestanę marzyć o nowych gadżetach Apple? Owszem, kiedyś miałem kasy jak lodu, wieczory spędzałem w barach lub samplując najnowsze kolumbijskie wyroby, ciuchy kupowałem po prostu dlatego, że mogłem, nie było takiej opcji, żeby mój telefon był starszy, niż dwa lata… Może to już nigdy nie wróci. Może to… gasp… nieważne?

Zestrzelenie samolotu Malaysia Airlines było całkowicie przewidywalne. Nie w szczegółach. Mógł to być samolot KLM, LOT, EasyJet, dowolnej linii, która uwierzyła w zapewnienia, że powyżej pewnej wysokości przelotowej lot nad tym terytorium jest bezpieczny. Bo zapewnienia pochodziły od osób przekonanych, że terrorystom można wierzyć.

Osoby te przechodzą właśnie bardzo intensywne lekcje propagandy sowieckiej. Nie: rosyjskiej. Putin kieruje się pięknymi wzorcami — zdałoby się zapomnianymi. Już rozwiązał zagadkę — to Ukraina zestrzeliła samolot. Ale to tak naprawdę nic ważnego, bo jak twierdzi lider terrorystów, Striełkow — w samolocie żywi byli tylko piloci, a reszta to martwe ciała. (Piloci zapewne byli samobójcami.) Powiedziałbym zgryźliwie, że Macierewicz mógłby się od nich uczyć, ale Macierewicz już też się zdążył uaktywnić, a bracia Karnowscy i inne Gmyzy dołączyli — w skrócie, to wina Tuska. Czyli jak zwykle Polska uprawia wojenkę domową, wykorzystując wszystko, dowolna ilość martwych ludzi to dla Gmyzów nic innego niż amunicja przeciwtuskowa.

Rosja rzeczywiście nie od dziś robi rzeczy niewybaczalne. Kiedy przez parlament rosyjski przechodziła ustawa anty-LGTB, niektóre kraje wyraziły oburzenie, po czym wróciły do standardowych stosunków z Rosją, bo kasa. Kiedy Rosja napadała na Ukrainę — a coś mi mówi, że te wydarzenia były powiązane, chodziło o sprawdzenie, czy Zachód wyrwie się z marazmu — niektóre kraje posunęły się nawet do dotkliwych sankcji (np. „od tej pory pan Putin musi pokazywać paszport przechodząc przez naszą granicę”). Teraz terroryści, bo nie będę używał pięknego słowa „separatyści” zestrzelili — prawdopodobnie przypadkowo — samolot pasażerski. Putin natychmiast zdecydował, po której stronie stanąć. A robi, ze swojego punktu widzenia, słusznie również pod kątem Polski — bo takie zachowanie podleje benzyny lotniczej do ognia „dyskusji” między frakcją pro- i kontra-smoleńską.

Co się wydarzy teraz? Możliwe, że wielki przeciwnik sankcji przeciwko Rosji, premier Holandii Mark Rutte, pójdzie po rozum do głowy i zrozumie, że jego oszczędność kosztowała Holandię 192 trupy. Możliwe, że nie, bo w Holandii mieszka dużo ludzi, a biznes is biznes. Możliwe, że Obama przestanie potrząsać szabelką i coś zrobi (ale co?), podobnie Merkel i Cameron. Ale najbardziej obawiam się tego, że Rosja jest tak silnym ekonomicznie potentatem, że nie wydarzy się nic. Po raz trzeci usłyszymy „och, zła Rosjo, to nieładnie tak zestrzeliwać samoloty, fuj fuj pac pac, obiecaj, że już tego nie zrobisz”, po raz trzeci Putin triumfująco stanie przed kamerami i obwieści, że to wina Ukrainy, a na koniec król Willem-Alexander spotka się z nim na piwko i powie, wiesz, my z tym gadaniem o sankcjach to musieliśmy, ale oczywiście BFF jesteśmy, przybij piątkę.

willemputin

W katastrofie zginęło ponad stu naukowców zajmujących się HIV i AIDS. Być może wraz z nimi zginęła nadzieja na szczepionkę. Nie jestem aż takim paranoikiem, żeby wierzyć, że to w nich celowała rakieta, ale jestem przekonany, że rosyjska propaganda znajdzie sposób, żeby zaprezentować to jako sukces. Bo przecież na AIDS chorują tylko geje. Ci od napastowania dzieci, znaczy. Jak się Terlikowski doczyta, to strach myśleć, czego się dowiemy. Ale notka o trzeciej wojnie światowej to już jest zupełnie inny temat…

Michał Boni zachował się „jak ciota” „lecąc z tym do mediów” (to cytaty z fanów Krula), zamiast jak Prawdziwy Mężczyzna oddać z piąchy. JKM jest prawdziwym mężczyzną, dlatego wybrał sobie jako cel ataku znanego boksera Boniego, a nie na przykład tancerza klasycznego Pudziana lub fryzjera w żabociku Saletę. Po dokonaniu męskiego aktu JKM udał się na Facebunia, gdzie napisał różne brednie, m. in. „Zrobiłem to w miejscu dyskretnym, w saloniku MSZ, w obecności kilkunastu osób na poziomie – by oszczędzić p. Boniemu wstydu publicznego”.

To, że media określają JKM mianem „polityka” jest dla mnie równie zadziwiające, jak określanie Chazana mianem „lekarza”. Bo rzecz w tym właśnie, że JKM nie jest politykiem. Od dawna czekam, aż rozpocznie się rewolucja i wczoraj mnie olśniło, że właśnie się rozpoczęła. Tak naprawdę rozpoczęła się może już wtedy, gdy do Sejmu weszła Anna Grodzka. JKM jest jej kolejnym etapem.

Rewolucja ma zasięg światowy. Nie bez powodu we Francji triumfy odnosi Marine Le Pen, w Anglii — Nigel Farage, a w Holandii — Geert Wilders. Od jakichś 10-15 lat widać wyraźnie, że zawodowi politycy, banksterzy, korporacje i prawnicy zbudowali sobie wygodny systemik, dzięki któremu 0.1% na górze się bogaci, a 99.9% poniżej zapierdala. Kryzys rozpoczęty w 2005 roku nie dotknął wcale WSZYSTKICH, dotknął wyłącznie biedniejszych — w zależności od kraju dowalając mocniej klasie średniej lub niższej. Najbogatsi, dzięki premiom, wykupom banków z pieniędzy podatników, zwolnieniom podatkowym wzbogacili się bardziej. Zdenerwowani wyborcy udali się do urn i zagłosowali inaczej niż poprzednio, po czym odkryli, że… nic się nie zmieniło.

Część ludzi zareagowała na to marazmem i przestała głosować. Część twardo głosuje na „lewicę” i „prawicę”, licząc, że coś się zmieni. Część jednak — w Holandii prawie 20%! — uznała, że ma to wszystko w dupie i zagłosuje na kogoś, kto wygląda, jakby miał rozwalić system. Wyborcom polskim nie chodzi przecież o to, żeby Korwin został prawdziwym monarchą i latał dookoła Sejmu z buławą, waląc nią każdego, kto się napatoczy. Wyborcom Twojego Ruchu Palikota Europy Plus Kwaśniewskiego wcześniej, a Nowej Królewskiej Prawicy teraz chodzi o to, żeby się wreszcie pozbyć tych cholernych Kaczyńskich, Tusków, Millerów, Ziobrów, Gowinów i innych przygrubych, spoconych panów w drogich garniturkach, którzy spożywają eleganckie obiady zaprawiane kurwami w restauracjach, na które przeciętnego wyborcy nie będzie stać nigdy. Nie chodzi o to, żeby — o czym bredzi Korwin — zapanowała anarchia i znikły podatki. Chodzi o to, że tak długo wmawiano nam, że zawodowi politycy wiedzą, co z tymi podatkami zrobić, tylko po to, żeby potem pokazać nam, że w rzeczywistości chodziło o obiadki, cygarka, Mercedesy i garniaki, że mamy tego serdecznie dosyć. A z każdym miesiącem kryzysu będziemy mieć dosyć bardziej.

W tej chwili właśnie jest moment bardzo niebezpieczny — moment, na jakim do władzy wyrósł Hitler. JKM premierem nie zostanie, bo gada zbyt wiele durnot i nawet ludzie zdesperowani, żeby pozbyć się „starego układu” nie poprą kogoś w tak oczywisty sposób zagubionego w zakątkach własnego mózgu. Większe niebezpieczeństwo stanowią Farage i Wilders — partia tego ostatniego aktualnie ma te same notowania, co partia rządząca VVD (koalicjant PvdA, Partia Pracy, ma 1/3 głosów, które dostał w wyborach, co ma pewien związek z tym, że Partia Pracy nie powinna realizować programu liberalnego ekonomicznie celem dalszego ubogacania banków i korporacji). Natomiast jeśli skupić się na Polsce, jeśli jutro pojawi się na scenie politycznej multimilioner (z czegoś trzeba kampanię sfinansować, a idiotyczny system polityczny, skonstruowany przez Millerów i im podobnych, blokuje młode inicjatywy i promuje stare) z mnóstwem charyzmy i zacznie głosić hasła o obalaniu systemu, likwidacji emerytur ubeckich, odbieraniu pieniędzy Kościołowi i Kulczykowi i oddawaniu ich młodym rodzinom z dziećmi, po wyborach będziecie mieli nowego premiera. Który swoje obietnice będzie musiał jakoś sfinansować. Bo jeśli tego nie zrobi, może mu nie starczyć policji na blokowanie łysych chłopców z koktajlami Mołotowa.

Rewolucji będzie bardzo trudno zapobiec. To znaczy, ja mam bardzo dobry (moim zdaniem) pomysł — wprowadzenie światowej stawki podatkowej, bez ulg, stref wolnych od podatku i rajów podatkowych — 90% powyżej miliona dolarów rocznie. Tyle, że trudno mi uwierzyć, żeby bogaci mieli się na to zgodzić, a tak się dziwnie składa, że to właśnie bogaci mają pieniądze na prawników, lobbystów i kupowanie ustaw. Co jeszcze jakiś czas podziała — może rok, może pięć, może dwadzieścia — aż pewnego dnia pani Walton obudzi się bardzo zdziwiona faktem, że w jej sypialni znajdują się zamaskowani panowie z karabinami maszynowymi. Nie umiem niestety powiedzieć, kim będą. Być może będą to przedstawiciele Głosu Ludu (TM). Być może będzie to straż przyboczna Korwina-Mikkego. Słowa JKM o tym, że różnice zdań powinno się załatwiać przemocą padają na podatny grunt — grunt złożony z milionów ludzi, żyjących często poniżej granicy ubóstwa, słuchających, jak panowie w garniturkach motywują kolejne cięcia w zapomogach, opiece społecznej, opowiadających, że niestety nowe emerytury będą troszkę niższe, tak o 70% niż stare, a wiek emerytalny niestety trzeba podnieść, cóż poczniemy… co jest niestety prawdą, tyle, że brzmi niezwykle wręcz fatalnie, gdy Giertych prycha „nie róbmy z Polski takiego bieda-kraju”. Całkiem niedługo może nadejść czas, kiedy będziemy wspominali z nostalgią, jak to polityków TYLKO się policzkowało.

Bez zdjęcia, bo nie będę sobie żadnego z tych indywiduów na bloga wrzucać.

Pewna stacja telewizyjna chciała kiedyś nakręcić program o Zbrojmistrzu i o mnie — a konkretnie o naszym związku. Odmówiliśmy z różnych powodów, ale temat wydaje mi się interesujący — bo związki otwarte są inne, niż zamknięte, ale nie do końca w taki sposób, jak się być może wydaje.

Przede wszystkim, związków otwartych jest tak na oko 1848 rodzajów (risercz ziemkiewiczowski na próbce złożonej ze mnie i mego psa Gucia), więc gotów jestem wypowiadać się tylko na swój temat. Mój związek wyróżnia się kilkoma rzeczami, które powodują, że jest dla obu stron akceptowalny. Przede wszystkim pełną szczerością — jeśli coś się dzieje, druga strona o tym wie. Osobiście preferuję metodę mówienia 1) w cztery oczy (nie przez telefon, SMS, etc.) oraz 2) po fakcie — ponieważ wiele razy spotkania nie dochodzą do skutku, a ja nie wymagam od Zbrojmistrza, żeby pamiętał, z kim byłem umówiony 17 lipca o godzinie 16, a potem 19 lipca o 20, a potem 21 o 14, bo pierwsze dwa spotkania się nie wydarzyły.

W naszym ujęciu związku otwartego istnieje pojęcie zdrady i jest nim ukrywanie przed sobą spotkań i innych rzeczy. Jeśli ja lub Zbrojmistrz zechcemy się z kimś wymasować, to prędzej czy później dojdzie to do skutku i nie będzie problemu, natomiast jeśli z jakiegoś powodu jeden z nas nie chce, żeby drugi o tym wiedział, to warto się przyjrzeć temu powodowi i zastanowić, czy na pewno aby umawiam się na niezobowiązujący seks, czy też na przykład idziemy na romantyczną randkę z kinem i restauracją, udając przed wszystkimi zainteresowanymi, że „och, to tylko mój kumpel John”. Skoro o tym mowa, John również zostaje z góry poinformowany, że mam partnera i nie mam planów tego zmieniać.

Dla mnie osobiście liczy się też dobór nowych znajomych. Nina napisała:

Seks może oznaczać emocjonalne otwarcie na drugiego człowieka tylko wtedy, gdy zachodzi pod obecność Uczuć. Poza tym – nie licz na czułość, ciepło, atmosferę intymności i zaufania. Do tej gry przystępuje się jak do pokera. Z zamkniętą twarzą, z kartami przy sobie. Ściągamy ubrania, bierzemy się do dzieła, w międzyczasie rozmawiając o rzeczach emocjonalnie obojętnych. A potem szast, prast i do domu. Szczere westchnienie “Och, jak mi dobrze” spotyka się z uniesieniem brwi. Zbędne czułości są zbędne. Tutaj przeczytałam taki passus: “Tak, łatwiej mi się z kimś przespać, niż zjeść z nim później śniadanie.”

U mnie podobieństwo jest głównie takie, że nie umiem usnąć obok osoby, której nie znam, więc nigdy nie spędzam nocy w obcym łóżku (tudzież obcy nie spędza nocy w moim). Ułatwia to fakt, że Amsterdam jest wielkości chomika dżungarskiego i posiadanie roweru oznacza, że WSZĘDZIE da się dojechać w skończonym czasie. Ale otwieram się na partnerów emocjonalnie, na tyle, na ile jest to bezpieczne i nie sięga stopnia, po którym głupio byłoby mi przyznać się Zbrojmistrzowi do tego, co zaszło. Bo ja, widzicie, nauczyłem się czegoś przez te lata i uprawiam seks wyłącznie z ludźmi, których lubię. Naprawdę lubię, a nie „lubię cię, Zdzisiu, fajny z ciebie kolo, wpadnij kiedyś, tylko daj znać, żebym na pewno był w domu”. Dlaczego miałbym swoją obecnością cielesną i duchową robić, excusez le mot, dobrze osobom, których nie lubię?

Znowu Nina:

Mówimy o niezobowiązującej relacji łóżkowej, czy tak? No więc dla mnie nieodzownym podłożem takowej są wzajemna sympatia i koleżeństwo. A zatem zaufanie. A zatem pewna, być może nie bezkresna, ale jednak – bliskość.

Zupełnie się nie odnajduję w świecie zimnych jak szkło relacji o transakcyjnym zapaszku. Chłód, rezerwa, twarz pokerzysty po – mnie dobijają. Jeśli nie czułabym do kogoś dość sympatii, by zjeść z nim śniadanie, tym bardziej nie zdjęłabym przy nim majtek.

No więc ja też, ale jest mi z tym doskonale. Zdaję sobie sprawę, że tracę wiele „okazji”, ale szczerze mówiąc okazje te wzbudzają we mnie co najwyżej niesmak. Osoba, z którą idę do łóżka, to osoba, która podczas mojego pobytu w szpitalu dopytuje się o moje zdrowie; potrafi przyjść z kwiatami; po zakończeniu aktu leży obok mnie przez godzinę i rozmawia o różnych sprawach. Na początku mojej kariety sluty pospolitej zdarzało mi się sypiać z byle kim i odkryłem, że czuję się — jak to w znanej kliszy — pusty i zużyty takim traktowaniem samego siebie i swoich partnerów. Są tacy, którym wszystko jedno, jak się okazuje, ja do nich nie należę. Toteż napotkanie osoby, z którą mi dobrze powoduje u mnie chęć spotykania się z nią częściej.

Aby odkryć, jak naprawdę przedstawiają się moje upodobania w doborze partnerów potrzebowałem praktyki. W rezultacie tej praktyki mam aktualnie w swoim życiu, oprócz Zbrojmistrza, jednego regularnie dochodzącego, jednego nieregularnie i jednego potencjalnego. Pozostali odpadli na różnych etapach i z różnych powodów — nie byli wystarczająco sympatyczni, zainteresowani, interesujący. Jeden odpadł, bo jest uzależniony od narkotyków, a ja ten film już raz oglądałem i mi się nie podobał. Dochodzący regularnie jest nauczycielem, biseksualistą, generalnie to planuje się ożenić i mieć dzieci, ale na razie kandydatka się nie nawinęła, więc figluje sobie tu i tam. Jeśli znajdzie sobie dziewczynę, czego mu serdecznie życzę, odkleję się od niego z pewnym żalem, bo jest bardzo w moim typie, ale bez większego trudu.

Nie uprawiam poliamorii. Być może kiedyś zacznę, ale będzie to raczej wbrew moim życzeniom — dwuosobowy związek potrafi dostarczyć wystarczającej ilości problemów, zwłaszcza, jeśli jedną z tych osób jestem ja 😉 Poliamoria jednak jako koncept nie jest tym, czego sam bym sobie życzył i jeśli będę mieć na to wpływ — a nie do końca wierzę, że zakochiwanie to coś, na co mamy wpływ — to będę jej unikać.

Zdjęcie: Care2