„Zasady – w statusie (własnym, nie tutaj w komentarzach) należy wpisać 10 książek, które przez całe życie z nami zostały. Bez zastanowienia. To nie mają być wiekopomne dzieła literatury tylko nasze najważniejsze lektury. W poście oznaczamy 10 osób które nominujemy do dalszej gry! Oznaczamy też osobę, która nas nominowała, żeby mogła to przeczytać.”

Jako, że ciągle usiłuję #zostaćkominkiem wpisuję na blogu, a nie w statusie, w nadziei, że pokochają mnie milijony, drugie tyle znienawidzi, a wszyscy klikną w reklamy, których na moim blogu nie ma, gdyż jestem nieudacznikiem i nie umiem na blogowaniu zarobić. (Wciąż czekam na zaproszenie do pisania felietonów dla Polityki, jestem pewien, że list zaginął, ale lada chwila wyślą drugi, z lepszymi stawkami…)

Bez dalszych wstępów, książki. Staram się nie spoilować niczego, jeśli mi się nie uda, przepraszam.

1. Julio Cortazar, „Gra w klasy”

Już sama budowa formalna utworu, który można czytać na niezliczoną ilość sposobów, który zawiera „rozdziały, bez których można się obejść” i w którym można albo w pewnym momencie zakończyć, albo też nie, albo się zapętlić jest wyjątkowa. Co dopiero treść. Traveler, co nigdy nie podróżował, Oliveira, od którego wziąłem do tej pory używany w sieci pseudonim, paczka bardzo dziwnych przyjaciół, słuchających „Joniego Mitchella” (tu propsy dla Zofii Chądzyńskiej, która była cudowna i boska i której nawet to wybaczę)… Sposób, w jaki pisze Cortazar jest w pewnym stopniu podobny do tego, w jaki pisze Perez-Reverte, ale tam, gdzie Perez-Reverte nadrabia pieprzeniem okropnych głupot z pewnym siebie wyrazem twarzy Cortazar prezentuje ogromną erudycję muzyczną, geograficzną i literacką, tego samego oczekując od czytelnika. Ulubiony fragment: koncert fortepianowy.

2. Joanna Chmielewska, „Wszystko czerwone”

Chmielewska, jak wszyscy wiemy, skończyła się na Kill’Em All, ale co z tego, skoro wcześniej napisała jakieś 40 książek doskonałych lub prawie doskonałych. „Wszystko czerwone” czytałem tyle razy, że mi się rozpadło, kuzyn — wtedy introligator — obłożył je od nowa w twardą oprawę, a pani Joanna ozdobiła autografem. W tej książce podoba mi się WSZYSTKO, opisy Danii, opisy znajomych i przyjaciół Alicji i Joanny, pan Muldgaard (czy ja w ogóle muszę o tym wspominać…), a przede wszystkim nagromadzenie dowcipów wszelkiego rodzaju na centymetr kwadratowy książki, która w zasadzie jest krwawym kryminałem. Ulubiony fragment: tylko jeden? no dobrze, to Edek, który nie ział i nie grzębił.

3. Michael Cunningham, „Godziny”

Jeśli ktoś czyta tego bloga, to zapewne nie jest zaskoczony tym, że na mojej liście pojawiają się „Godziny”, książka doskonała i absolutnie dla mnie niezbędna do życia. Cunningham opętał mnie tak bardzo, że próbowałem nawet wiele razy przeczytać „Miss Dalloway” i równie wiele razy od tejże „Miss Dalloway” odpadałem, bo dzieło nie jest w moim typie ani trochę. Cunningham posiada niewiarygodny dar do tworzenia postaci tak bardzo z życia wziętych, że żywych, a historia trzech kobiet związanych ze sobą pomimo różnic w czasie i przestrzeni wciąga i nie odpuszcza do ostatniej strony (podobnie jak serial „Cold Feet”, w Polsce „Usta, Usta” — uwaga na marginesie). Na podstawie idealnej książki powstał idealny film. Ulubiony fragment: Virginia decydująca, że nie zabije swojej bohaterki.

4. Lucy Maud Montgomery, „Emilka” (seria)

Dzień dobry państwu, jestem brodatym, wytatuowanym kowalem i kocham „Emilkę ze Srebrnego Nowiu”. Ania jakoś mniej mi pasowała, może dlatego, że siedem tomów tego dzieła jest w jakiś sposób przewidywalne, tymczasem Emilka wychowuje się w warunkach, o jakich ja marzyłem — pustkowie, tajemnicze domostwo, brak ojca (tak, można o tym marzyć). Kilkoro przyjaciół, dar literacki, dorastanie na wyspie w Kanadzie — dla mnie kosmos, ale jakże piękny. Może moje pragnienie zamieszkania na wsi nie jest takie do końca nowe? Ulubiony fragment: ślub Ilzy.

5. Helen Fielding, „Dziennik Bridget Jones”.

Czytałem Bridget, zanim to było modne. Sukces tej książki w Polsce nie był wcale natychmiastowy. Czytało ją parę osób, zachwycały się i polecały kolejnym, które ją czytały, zachwycały się… etc. Byłem jednym z pierwszych — był taki okres, kiedy pół pensji wydawałem na nowości wydawnicze z serii Kameleon (jeśli dobrze pamiętam, bo już tego wydania nie mam, zaczytałem na śmierć). Po skończeniu wracałem do strony pierwszej i czytałem od nowa. I tak wiele, wiele razy. Gdy dostałem pocztą jeden z pierwszych egzemplarzy drugiej części, usunąłem przeszkody (tzn. mamę) ze swojego pokoju i przystąpiłem do lektury, zakończonej o drugiej nad ranem odczuciem zawodu. Częściowo dlatego, że Fielding lekko przedobrzyła z podkręcaniem żartów tak, żeby zamiast haha było hahahahahahaha, częściowo po prostu dlatego, że już to kiedyś czytałem, tylko wtedy było nowe i wyjątkowe. Fielding stworzyła cały gatunek literacki, pogardliwie nazwany chick-lit, do którego zaliczono niesłusznie bardzo dobre powieści np. Marian Keyes tylko dlatego, że napisała je kobieta płci odmiennej. Do Bridget nie wracam od lat, ale ciągle pamiętam nieustanne chichry w autobusie, w toalecie, przy gościach lub na korytarzu uczelni dlatego, że Bridget akurat coś powiedziała, zrobiła, albo ugotowała. Ulubiony fragment: Bridget przyrządza kolację na swoje własne urodziny.

6. Marian Keyes, „Wakacje Rachel”

Keyes, niepijąca alkoholiczka z odporną na leczenie depresją, jest — w skrócie — genialna, a bez skrótu geeeniaaalnaaaa. Jej umiejętność pisania o sprawach dramatycznych, przerażających, często wręcz potwornych jest porównywalna chyba tylko z umiejętnością Chmielewskiej, aby rozśmieszyć nas kolejnymi zabójstwami, lub Almodovara, aby rozbawić nas scenami gwałtu i przemocy. Tym razem na tapetę wzięła uzależnienie, które pokazuje od środka — Rachel wybiera się na odwyk, który postrzega jako coś w rodzaju hotelu dla celebrytów, w którym sobie przyjemnie wypocznie, aby potem wrócić do swojego poprzedniego stylu życia w nimbie odbitej sławy. Postać Rachel zostaje poprowadzona mistrzowsko, a uzależnienie opisane jest tak, jak może je opisać wyłącznie osoba, która go doświadczyła. Pilch mógłby Keyes czyścić buty językiem, ale oczywiście z uwagi na seksizm Pilch jest Wjelkim Autorytetem i Autorem Klasycznej Lyteratury, a Keyes obrywa różowymi okładkami w gwiazdki i ląduje między „Zakupoholiczka i dziecko”, a „Moje wesele w remizie ze Szkockim Przystojniakiem”. Ulubiony fragment: nie mogę podać, żeby nie spalić, więc powiedzmy, że pod koniec.

7. J. R. R. Tolkien, „Silmarillion”

Tolkiena tak naprawdę powinno się czytać z etykietami na okładce: „Hobbit” w wieku ok. 13 lat, „Władca Pierścieni” od 16, a „Silmarillion” co najmniej 20. Ja dorwałem wszystkie naraz i oczywiście był to błąd. Po pochłonięciu „Hobbita” rzuciłem się na „Władcę” i odkryłem ze zdziwieniem, że to jest książka o jakimś przyjęciu, po czym zakończyłem lekturę, zanim cokolwiek miało szansę się wydarzyć. Kiedy spróbowałem ponownie i przebrnąłem przez wstęp, pisany w oczywisty sposób przez enta dla entów, „Władca Pierścieni” stał się moją ulubioną lekturą. Odkrycie, że istnieje „Silmarillion”, który wyobrażałem sobie rzecz jasna jako ciąg dalszy, zachwyciło mnie do omdlenia niemalże, po czym spróbowałem to przeczytać i kompletnie wymiękłem. Książka, pisana mniej więcej w taki sposób: „Fingor miał jedenastu synów: Finadama, Finbajora, Fincykuta, Findelfina, Finegipta, Finfulka, Fingolfina, Finhilariousa, Finitalica, Finjamala, Finkrosta” (żadna z tych postaci więcej się w książce nie pojawia) nie była właściwą lekturą dla osoby pożądającej kolejnych sag z serii „bohaterowie idą, walczą, idą, walczą, znajdują artefakt” lub „bohaterowie mają artefakt, idą, walczą, idą, walczą, wrzucają go do wielkiego wulkanu”. Wiele lat zajęło mi odkrycie tego, że Tolkien po prostu spakował jakieś 50 powieści do rozmiaru jednej książki, opowiadając każdą z nich (w tym „Władcę”) na kilkunastu stronach. „Silmarillion” to jedyna książka Tolkiena, jaka jest mi nadal potrzebna. Ulubiony fragment: Beren i Luthien, spłakałem się przy tym jak dziecko jakieś pięćset razy.

8. Chris Heath, „Pet Shop Boys, literally”

Pet Shop Boys są moim ulubionym zespołem oficjalnie od 1991 roku, a nieoficjalnie w 1991 kupiłem sobie dużo kaset z rozmaitych wytwórni typu Tak Records i odkryłem, że lubię ich od dawna, tylko nie wiedziałem, że się tak nazywają. Na „Literally” uczyłem się angielskiego, poszczególne fragmenty umiałbym cytować obudzony w środku nocy, udało mi się uzyskać na książce autograf Neila Tennanta i prędzej oddałbym mały palec u lewej ręki, niż tę książkę. Chris Heath pisze w sposób podobny nieco do Stiega Larssona, skupiając się do przesady na szczegółach i dając to cudowne poczucie, że jesteśmy świadkami czegoś, czego się zwykle nie ogląda. Cóż, niektóre zespoły, jak Depeche Mode, robią sobie filmy autobiograficzne z trasy koncertowej, niektóre zamawiają książki i bardzo mi się to podoba. Film obejrzałbym raz, książkę przeczytałem po wielokroć i przeczytam jeszcze nieraz: Ulubiony fragment: komentarze rodziców Chrisa na temat jego nowej fryzury.

9. Kirył Bułyczow, seria o Alicji, dziewczynce z przyszłości

Jak nie kochać Alicji, która przybyła z XXI wieku (hehe), ma 12 lat (jak ja wtedy, plus minus), walczy z kosmicznymi piratami, po Moskwie podróżuje teleportobusami i wygrywa w szachy z mistrzami? Teraz, gdy mam trochę więcej niż 12 lat, pamiętam co dziwne głównie okładki, a treść trochę mniej, ale Alicja nadal wzbudza we mnie uczucie niewiarygodnej zazdrości, chociażby z uwagi na teleportobusy. Bardzo zazdroszczę Rosjanom, którym dostało się 40 książek o Alicji (nam pięć). W podstawówce nauczono mnie płynnie mówić i pisać po rosyjsku, tylko co z tego, jak wtedy nie było Allegro, a teraz, kiedy mogę sobie kupić wszystkie książki o Alicji, nic z nich nie zrozumiem. Ulubionego fragmentu w sumie nie mam, bo nie pamiętam, ale gdybym miał dzieci, dałbym im Alicję do czytania.

10. Karl May, „Winnetou”

„Winnetou” był pierwszym tak ostentacyjnie homoerotycznym dziełem, jakie zdarzyło mi się przeczytać, z wypiekami na twarzy i dziwnymi, nieznanymi mi wcześniej doznaniami. Nie wiem, ile miałem wtedy lat, jakieś 8-9 (nauczyłem się czytać sam w wieku 4 lat, bo rodzina odmawiała lektury w kółko tych samych ulubionych książeczek) i być może powinienem czekać dłużej, ale książki były w domu, a mnie nikt specjalnie nie pilnował, więc czytałem, co chciałem. Ojczym był zwolennikiem sci-fi, ale trafiały się i westerny i kryminały; mama czytała kryminały, bo romansów było wtedy jeszcze mało (komunizm był jakiś taki mało romantyczny, zdaje się). Tak więc jako ośmiolatek umiałem popełnić morderstwo doskonałe, ukryć ciało, przeprowadzić za policję całe śledztwo i ogólnie było to już nieco nudne, gdy nagle pojawili się w moim życiu dzielni kowboje, równie dzielni, choć niekiedy źli Indianie, wśród których wyróżniał się rzecz jasna Winnetou, wpierw wróg, potem najlepszy przyjaciel Old Shatterhanda (zwanego również „Szarlih”). Filmy wstrząsnęły mną głównie ze względu na obsadę, bo nie tak ją sobie wyobrażałem. Przeczytałem wszystko Maya co tylko dało się dostać w Polsce, ale najlepiej pamiętam mrocznie ekscytującą aurę określenia „pal męczarni”, muskularne ciało Winnetou wynurzającego się z rzeki, czy przez co tam akurat płynął i dwóch panów padających sobie w objęcia. Kwestia seksualności Maya do tej pory jest kontrowersyjna, jak to bywa z pewnego rodzaju prezentacjami męskości, ja wiem tyle, że „Winnetou” był pierwszym momentem, kiedy zrozumiałem, że to, co zwykle łączy chłopców i dziewczęta nie stosuje się do mnie. Ulubiony fragment: każdy, w którym występuje Winnetou, oczywiście.

Nikogo nie nominuję, bo to nie Facebook, ale zachęcam do pisania i wrzucania albo linków, albo własnych spisów w komentarzach 🙂

 

Na początek, Krzysztof Janik udziela naprawdę szczerego wywiadu na temat SLD, po którym poparcie tej „partii” powinno spaść do zera.

AGATA KONDZIŃSKA: Lewica jest słaba i podzielona, z jej kadr korzysta PO, a z elektoratu – PiS. Około 20 proc. Polaków deklaruje lewicowe poglądy, a na SLD głosuje poniżej 10 proc. Dlaczego?

A, to zaraz pan Krzysiu pani pokaże.

[…] stawiam ostrożną tezę, że lewica w tej chwili zaczyna się odbudowywać. Te ruchy miejskie rzucające w niektórych miastach wyzwania lokalnym autorytetom. To, co się dzieje wokół portali lewicowych, to, co zaczął Sierakowski i niestety nie skończył.

Nie pamiętam silnego zbliżenia SLD i Krytyki Politycznej. 

– Był czas, kiedy bez SLD Krytyka by nie przetrwała. Nigdy się tym nie chwaliliśmy, bo autentyzm tego środowiska polegał na jego apartyjności.

Nigdy się tym nie chwaliliśmy — pochwalił się skromny Krzysiu.

SLD mówi, że ma stu wójtów, ale ja sam o 300 mogę powiedzieć, że byli moimi kolegami na różnych etapach mojego życia politycznego. 

To jest absolutnie niezaskakujące, Misiu Kamiński może to powiedzieć o jakichś 300 posłach, a Niesiołowski powyżej 400. Misiu nie był jeszcze tylko w Ruchu Palikota, ale to dlatego, że Ruch uformował się niedawno i Misiu nie zdążył.

W naszym kraju nie mamy klasycznego podziału ideowego w systemie partyjnym, nie mamy wyrazistych koncepcji programowych. Każda partia polityczna w Polsce jest obła, posługuje się paroma hasłami, które wywodzą się z rozmaitych systemów ideowych.

Ależ gówno prawda, panie Krzysiu, ja to panu chętnie wyłożę. PiS jest konserwatywną, socjalistyczną, populistyczną lewicą. PO jest oportunistyczną, konserwatywną centroprawicą. RP jest zbieraniną losowych ludzi pod wodzą populisty, który połapał się, że są hasła w Polsce kompletnie niezagospodarowane i próbuje to z różnym powodzeniem robić. PSL jest grupą ludzi, którzy bardzo lubią pieniądze. A SLD? A to nam pan Krzysiu zaraz sam wyzna.

Nawet śmierć generała Jaruzelskiego ujawniła inne podziały. Podziały partyjne. PiS, Nowa Prawica, wszyscy ci młodzi wkurzeni wykorzystali tę śmierć do ataku na obóz władzy. A ten obóz wobec tej śmierci zachował się całkiem przyzwoicie. Atak trwał tydzień albo dwa. To nie są żadne zasadnicze podziały programowe. PiS jest prawicowo-lewicowy, Platforma jest liberalno-socjalno-konserwatywna. SLD jest umiarkowanie konserwatywne światopoglądowo, natomiast umiarkowanie liberalne gospodarczo.

I po to jest ta notka. Chciałbym, żeby państwo sobie to bardzo dokładnie zapamiętali i może zapisali w telefonie, albo co i pamiętali o tym przy wyborach. SLD jest partią KONSERWATYWNĄ światopoglądowo i LIBERALNĄ gospodarczo. To zdaniem pana Janika oznacza słowo „lewica”. Zupełnie się nie dziwię, że „Krytyka Polityczna” nie chwaliła się powiązaniami z taką lewicą. U nas v Holandja się taka lewica nazywa „Unia Chrześcijańsko-Demokratyczna”.

Poza tym, właśnie śmierć generała Jaruzelskiego ujawniła, że gówno prawda. Obóz władzy, czyli PO, nie był atakowany za bycie obozem władzy, tylko dlatego, że Kaczyński i jego pomagierzy tak długo powtarzają ohydne łgarstwa na temat „komucha Tuska” i Michnika, co wódkę pił z dygnitarzami, a w więzieniu miał luksusy, że dużo ludzi w końcu w te łgarstwa uwierzyło (tak samo, jak dużo ludzi poważnie wierzy, że geje żyją o 20 lat krócej). SLD nie było atakowane, bo się nie liczy, Miller nikogo nie interesuje, natomiast gdyby w chwili Jaruzelskiego był premierem, wycia, gwizdy i ataki dotyczyłyby jego. Jedyne, co zadowoliłoby „polską” „prawicę” w chwili Jaruzelskiego, to trumna z papieru utopiona szambem, na którą premier i prezydent uroczyście oddaliby mocz, podczas gdy kibice paliliby race i wołali „zakaz pedałowania, z Unią precz”.

To na czym polega kłopot SLD? 

– Na tym, że elektorat postpeerelowski, który w pewnym momencie był na tyle silny, że wyniósł SLD do władzy, się podzielił.

Ależ nie, panie Krzysiu, kłopot SLD polega na ludziach takich, jak pan, jak Miller i na tym, że jeszcze nie zapomnieliśmy wam konkordatu. Po tym wywiadzie kłopot będzie polegać też na zdaniu „SLD jest partią konserwatywną światopoglądowo i liberalną gospodarczo”.

Ale czas sobie uświadomić, że SLD jest partią centrolewicową. Jak tak zacznie o sobie myśleć, ma szansę odzyskać elektorat.

Czym się przejawia ta centrowość Sojuszu? 

– Umiarkowanym liberalizmem gospodarczym, umiarkowaną wiarą w interwencjonizm państwa, w jego skuteczność. I tolerancyjnym, bardzo liberalnym stosunkiem do światopoglądu. Choć dla świeckości polskiego społeczeństwa SLD robi dużo więcej niż Palikot, prof. Środa i całe to towarzystwo

W ogóle nikt tyle nie robi co SLD, a w szczególności pan Janik, gdyby nie pan Janik, to już by tu Jezus królował, w Sejmie modlono się o deszcz, Rydzyk miał własną rozgłośnię, Hoser odwoływał niepokornych księży, a w TVP robiono wywiady z uzdrowicielami… eee… przepraszam, zapomniałem, mowa o Polsce… to ja nie wiem, co pan Janik ma na myśli…

Bo spora część hierarchów ma ambicje polityczne. A ci przywiązani do PiS myślą nie tylko o tym, że będą mieć wpływ na władzę, gdy ta partia wygra, ale także o tym, że wtedy Kościół znów stanie się pewną ostoją demokratyzmu. Będzie taką umiarkowaną siłą jak za PRL, która będzie nawoływała do pewnego ładu moralnego, szacunku dla państwa, ale też, by słabych i wykluczonych chronić. 

O tak, Kościół chce się dobrać do władzy po to, żeby móc się stać umiarkowaną siłą, a deklaracje ignorowania prawa ludzkiego na rzecz boskiego to taka odmiana szacunku dla państwa. TO MA SĘS

Inni też chcą do PO. Na czym polega urok tej partii? 

– Na słabości opozycji. Na słabości PiS, które nie ma zrozumiałych pomysłów na Polskę. Oni deprecjonują całą III RP. W 2007 r. PO wygrała wybory na podobnej zasadzie jak kiedyś SLD. Był czas reform, zamieszania i oto pojawia się partia, która powiada: ludzie, damy wam trochę spokoju. I taką rentę wziął SLD w 1993 r. i 2001 r. Taką rentę wzięła PO w 2007 r. Gdyby na początku tej kadencji przeprowadziła kilka dużych reform, to dziś PO mogłaby iść do wyborów pod hasłem: „Damy wam cztery lata stabilizacji, spokoju, oddechu”. Nie mają tego argumentu. Dlatego przegrają te wybory.

Ależ nie. Ja pamiętam wybory w 2001 r. SLD szła po władzę jako alternatywa: jesteśmy prawdziwą lewicą, ukrócimy tych szaleńców z AWS, żadnych Krzaków i Balcerów. Liczyliśmy — ja i moi przyjaciele — na partię, która wprowadzi Polskę do Unii, uczyni ją nowoczesnym państwem, ukróci kościelne ciągoty, pozbędzie się ustawy antyaborcyjnej… Szokiem było dla nas odkrycie, że SLD, który miał prawie połowę głosów w Sejmie, księży zwyczajnie się bał, po wygranych wyborach zaczął realizować program partii opisanej przez pana Krzysia — konserwatywnej obyczajowo i liberalnej gospodarczo. A dodatkowo w ciągu kolejnych lat jasne się stało, że gospodarczo SLD zależało głównie na tym, żeby samo SLD mogło wyjść jak najlepiej na całej sprawie.

PO nie ma już żadnego uroku. PiS to partia, która co jakiś czas przedstawia jakiś tam program, ale nikt nie zwraca na to uwagi, bo dzień później w TV pojawia się Macierewicz, potem Pawłowicz, a na koniec Kaczyński i wszyscy bredzą tak potwornie, że uszy więdną. Z tymi ludźmi żadnego, najsensowniejszego programu nie da się wprowadzić w życie. SLD nie przekroczy 15 procent, dopóki będą tam ludzie pokroju Janika i Millera, a są to ludzie — mówiąc kolokwialnie — przyspawani do stołków i jest to wielkim przekleństwem Polski. O PSL nie będziemy rozmawiać, bo nie ma o czym. W tej chwili na PO głosują wyłącznie ludzie, którzy naprawdę nie są w stanie znieść bredni prezesa, chuchu Millera i całokształtu Krula. Palikot na prezesa partii się nie nadaje, ale ze stanowiska nie zrezygnuje, gdyż jest Palikotem. A polski system betonuje scenę na tyle porządnie, że założenie naprawdę nowej inicjatywy jest okropnie trudne i wymaga wielkich nakładów finansowych — które trzeba mieć.

I będzie rządził PiS? 

– Jestem pesymistą. Myślę, że PiS wygra i co więcej – uda mu się zbudować rząd. Do Sejmu wejdzie Korwin-Mikke i nie wykluczałbym, że podobnie stanie się z Ruchem Narodowym, który być może przyciągnie kolejną generację młodych wkurzonych i na tej zasadzie przekroczy 5 proc.

Nie sądzę, bo to ten sam elektorat, jeśli założyć, że młodych wkurzonych jest 10%, to Krul z 7% oznacza 3% dla RN i odwrotnie. Gorzej, jeśli tych młodych zrobi się 20%.

Dostrzegam też pewne tendencje oportunistyczne w środowisku ruchu ludowego.

LOL, zią, a teraz powiedz coś o tym, że księża czasami lubią przytulić młodych chłopców, a Leszek Miller czasami niechcący powie coś seksistowskiego.

Jak spojrzymy na ostatnie 25 lat, to okaże się, że to jedyna formacja, która trwa, ale której nie przyrasta. Mogą pojawić się opinie, że dla władzy warto odłożyć na bok różne szczytne hasła, zatkać nos i wejść w koalicję.

PSL I SZCZYTNE HASŁA

Panie Krzysiu, pan ostatnio na długo wyjeżdżał, albo co?

Sojusz ma już kandydata na prezydenta? […] Szukałby pan kandydata poza partią? 

– Tak. Jestem przekonany, że Leszek Miller szczerze prowadzi politykę otwarcia.

Och, ileż to dekad już Miller ją prowadzi…

Nowych i młodych jakoś u was nie widać. 

– Tworząc rząd, popełniliśmy błąd. Wtedy trzeba było znaleźć młodych i wciągnąć w struktury. Potem ratowaliśmy się Wojtkiem Olejniczakiem i Grzegorzem Napieralskim. Ale wtedy jeden i drugi za mało umieli. Wojtek był dobrym ministrem, bo to dobry działacz państwowy, ale nie ma nerwu partyjnego. Nie pojedzie, nie napije się, nie ustali kierunków działań. 

O, jak ja lubię, jak ta szczerość starego partyjniaka się ulewa. Wojtek jest dobry, ale nie pojedzie i się nie napije. NIE TO CO JA — w domyśle — JA TO JAK POLEJĘ TO HO HO. Może kandydata na prezydenta SLD szukać w barach? Na Starym Mieście w Warszawie jest takie miejsce, chyba się „Wódka i Zakąska” nazywa, może kandydat już tam siedzi i czeka na pana Krzysia.

Twierdzi pan, że Kaczyński teraz wygra i utworzy rząd. Będziemy mieć rząd zemsty i rozliczeń? 

– Obawiam się, że tak. Nie martwię się o siebie i swoją formację, bo my już rundę po prokuraturach odbyliśmy. PiS nie będzie w stanie opanować odruchu odwetu, bo on ich uwiarygodni w elektoracie. PiS może rozpocząć marsz w kierunku autorytaryzmu. Czy będziemy potrafili postawić temu tamę? Jeśli Kaczyński będzie to robił inteligentnie jak Orbán, to będzie nam szalenie trudno. Obniżenie rangi Trybunału Konstytucyjnego, przesunięcie ciężaru władzy do małego pałacu, to może być robione w rękawiczkach, codziennie po pół centymetra, bo Kaczyński nie jest durniem.

I tu się nie zgodzimy po raz ostatni, ponieważ ja uważam, że Kaczyński miał szansę dostać się do władzy już TYLE razy, że swojej… jak by to, żeby procesu uniknąć… pewnej wiotkości intelektualnej dowiódł. Występ z tabletu i ogólny profesor Gliński; złośliwości wobec Tuska w ostatnich dniach; wyrzucenie Kluzik-Rostkowskiej i ogłoszenie, że wtedy, kiedy po raz pierwszy o mało nie wygrał wyborów, to tylko dlatego, że był na silnych lekach; czy ja naprawdę muszę wymieniać? Kaczyński jest człowiekiem, który ma od dawna ułożony skład rządu, spisaną listę osób do osądzenia i — rzecz jasna — skazania, na pierwszym miejscu jest Tusk, na drugim Komorowski, na trzecim Sikorski i to jest oczywiste, ale wcale bym się nie zakładał, że w którejś tam setce i pana nie ma, panie Krzysiu. A czasu mało. Celem Kaczyńskiego jest wygrana tak wysoka, żeby nie potrzebować koalicji, a potem dobranie się do dupy wszystkim, którzy mu się narazili od przedszkola do dnia dzisiejszego. I nic nie będzie robione w rękawiczkach, bo chodzi o to, żeby wszyscy zobaczyli metaforyczne obcięte głowy na palisadzie.

Miało być i o tatuażach, ale to na drugi rzut już, bo zanudzę szanpaństwa.

Zdj. Sławomir Kamiński, Agencja Gazeta

Potrzebowałem piętnastu sekund od przeczytania newsa o „szalonym kierowcy”, który 19 lipca wjechał samochodem na sopocki deptak i zaczął polować na ludzi, żeby się przestraszyć. Nie o kierowcę, czy jego ofiary, bo czytałem dzień później, kiedy wszystko było dawno pozamiatane i moje obawy byłyby nader mało pożyteczne. O sposób postrzegania przez generała publicznego, a w szczególności Polaków, osób chorych psychicznie.

Modląc się po cichu do swych bogów oczekiwałem na werdykt, jaką chorobą tłumaczyć się będzie Michał L. i jego prawnik. Nazwy choroby nie podano, na podstawie mało dokładnych danych gazeta.pl obstawia schizofrenię. Opis prawniczki L. brzmi tak:

Mój klient cierpi na jedną z cięższych chorób o charakterze psychicznym, na którą składa się grupa zaburzeń i urojeń, przez co traci się kontakt z rzeczywistością. W trakcie popełniania czynu prawdopodobnie był przekonany, że jego myślami kieruje siła wyższa i musi postępować zgodnie z jej wolą.

No więęęęc może to była schizofrenia, a może to była dwubiegunówka w fazie manii, a może paprotka doniczkowa, w odróżnieniu od Katarzyny Włodkowskiej z portalu gazeta.pl nie jestem psychiatrą i nie podjąłbym się orzekać na podstawie dwóch zdań wypowiedzianych przez prawniczkę, która po pierwsze mogła sama nie do końca zrozumieć o co chodzi, a po drugie nie jest w jej interesie ujawnianie wszystkich danych, a zwłaszcza tych mogących Michałowi L. zaszkodzić. Ale w ogóle nie o to chodzi. Chodzi o komentarze czytelników, do których chciałbym się odnieść — rzecz jasna nie do tych z cyklu „mamusia sędzia” oraz „ujdzie gnojowi na sucho”, tylko do tych, które ujawniają brak informacji albo niezrozumienie natury rzeczy.

Skąd u niepoczytalnego prawo jazdy?

Niepoczytalność rozumiana jako termin prawniczy nie ma żadnego związku z prawem jazdy. Chociażby dlatego, że niepoczytalność może występować „w chwili zdarzenia”, a nie przez cały czas, a nie przydzielimy przecież każdemu choremu psychiatry-policjanta, badającego go na bieżąco i odbierającego, tudzież oddającego prawo jazdy.

Istnieją dwa powody, dla których chorzy psychicznie mogliby nie posiadać prawa jazdy, tymi powodami są: a) konkretne choroby oraz b) konkretne leki. Osobiście brałem lek o nazwie Seroquel, pod wpływem którego miałem w pierwszych tygodniach problemy z ustaniem na nogach. Zdecydowanie nie podjąłbym się prowadzenia samochodu, ba, wózka dziecięcego pod wpływem Seroquelu. Ale efekt uboczny, jakim jest przemożna senność z czasem maleje. Kiedy senność jest wystarczająco mało problematyczna, żeby pozwolić na prowadzenie? Niech odpowie na to każda zdrowa psychicznie osoba, która kiedyś nie dospała, po czym siadła za kółkiem i pojechała do pracy.

Czy choroba L. była sama w sobie przeciwwskazaniem do posiadania prawa jazdy? Odpowiedź brzmi: a skąd ja mam to wiedzieć? „Grupa zaburzeń i urojeń” mogła występować non-stop 24 godziny na dobę, a mogła się pojawiać raz w roku na dwie godziny. Co więcej, to mógł być pierwszy tego typu epizod, mimo wcześniejszej diagnozy L. Odbieranie prawa jazdy tylko dlatego, że ktoś mógłby kiedyś zrobić z nim coś głupiego oznacza właściwie nic innego, niż odebranie prawa jazdy wszystkim, bo każdy może teoretycznie nie dospać, wypić, wziąć dragi, zachorować psychicznie, etc. I proszę mi bez argumentu „ale ja nic takiego nie robię, a L. owszem!” bo on do tej pory też tego nie robił.

Wiele osób przekazywało sobie również internetowe, bardzo dobre CV Michała L., specjalisty od HR, oraz fragment nagrania z targów pracy, które w grudniu 2012 r. zamieszczono w portalu YouTube. „I co, nagle mu tak odbiło?” – ironizują komentujący.

Być może.

Wiem, że to dosyć enigmatyczna odpowiedź, ale niestety lepszej nie mam. Na podstawie swojej dwubiegunówki mogę powiedzieć, że manii da się nie zauważyć — przypominam, że chory ogląda sytuację poniekąd od środka. Jeśli mamy w domu telewizor, który wyświetla wyłącznie kolor zielony i nigdy nie wychodzimy na zewnątrz, łatwo ulec złudzeniu, że świat rzeczywiście składa się z odcieni zieleni i zignorować natrętne sygnały (np. pomarańczowy garnek w naszej kuchni) że jest inaczej.

Psychoza nie anonsuje się grzecznym pukaniem i zawiadomieniem „dzię dobry, psychoza jestem, będę panu od jutra od dwunastej psuć odbiór na łączach”. Czasami pojawia się powolutku, kroczek po kroczku zagarniając rzeczywistość prawdziwą i przekształcając ją w rzeczywistość alternatywną. Czasami można się obudzić i odkryć, że mamy w domu olbrzymie, mówiące pająki, za oknami czai się CIA, a winni wszystkiemu są ludzie na molo i trzeba ich zabić, aby Bóg wybaczył nam nasze grzechy. Jestem wielkim szczęściarzem: moje wizje są sympatyczne, nigdy nie zachęcały mnie do krzywdzenia siebie ani innych, poza tym nie posiadam samochodu. Odczytywanie stanu psychicznego według wpisów w CV pod względem skuteczności znajduje się zaraz za wróżeniem z fusów.

Cwaniacy potrafią znakomicie symulować chorobę psychiczną. Dopiero długotrwała obserwacja pozwala stwierdzić, chociaż i tak nie będzie to jednoznaczne, bo nie ma oparcia w badaniach i analizach fizykalnych. Ci biegli to jacyś geniusze.

Pozwolę sobie nieśmiało zwrócić uwagę na niezbity dowód, że Michał L. jest chory psychicznie: nie będąc pod wpływem narkotyków ani alkoholu wjechał samochodem na deptak i rozjeżdżał ludzi. Specjaliści od HR, będący w pełni zdrowia umysłowego tak się nie zachowują. Mógłbym sobie wyobrazić takie zachowanie w wypadku wyjątkowo, ale to wyjątkowo rozpuszczonego piętnastolatka, który założył się z kolegami. U Michała L. diagnozuję chorobę psychiczną (choć nie wiem jaką!) i nie muszę go nawet widzieć.

Przypominam też, że biegli uzyskali dostęp do historii choroby L. Zestawienie tych dwóch rzeczy nie powinno zająć zbyt wiele czasu — jeśli dotychczasowe leczenie było prowadzone i dokumentowane we właściwy sposób.

Jeżeli przyjmował leki i jego stan był dobry, ale mając świadomość (a to wynika z artykułu) swojej choroby odstawił samodzielnie, bez konsultacji z lekarzem leki, bo mu sie wydawało, że jest dobrze, to powinien odpowiadać jak osoba poczytalna. Ale tutaj potrzebna jest zmiana w prawie. W mojej ocenie, to świadome ryzyko, jakie podjął.

Tutaj komentator(ka) popełnia wyjątkowo rażący błąd logiczny, mianowicie zakłada, że osoba chora psychicznie jest zdrowa psychicznie.

Przede wszystkim sam fakt, że choremu wydaje się, że czuje się dobrze, nie oznacza, że jego stan rzeczywiście jest dobry. Chory może się upierać, że czuje się doskonale, bo głos Billa Gatesa w jego głowie mówi mu, żeby to powiedział lekarzom i rodzinie. Chory może być w stanie równowagi psychicznej, ale mieć całą plejadę efektów ubocznych — a zwracam uwagę, że efekty uboczne leków psychiatrycznych to np. wzrost wagi (u mnie 30 kg), depresja (paradoksalnie), problemy z widzeniem, trzęsące się ręce, spanie 16 godzin na dobę, brak snu, ciągła biegunka, ciągłe mdłości, impotencja, wzrost lub spadek ciśnienia, łysienie, problemy z koordynacją ruchową… Osobie, która gotowa jest tak prędko ferować wyroki polecam, żeby zaraziła się norowirusem, ubrała w grube palto po babci, ogoliła włosy, przestała spać przez kilka nocy, a potem udała się na przejażdżkę rollercoasterem, zobaczymy, czy dalej będzie taka chętna rozmawiać o odstawieniu leków bez konsultacji z lekarzem.

Problem, którego nie posiadam, ale znam wiele osób, które go ma to obawa, że do końca życia będziemy na lekach. Ja wiem na pewno, że do końca życia będę na lekach i w ogóle mi to nie przeszkadza, ale ja ogólnie jestem nietypowy. Bardziej — niestety — typową postawą jest odstawianie leków, gdy pacjent poczuje się dobrze, bo „przecież już nic mi nie jest i przestańcie mi wmawiać jakieś choroby”. Dotyczy to nie tylko osób chorych psychicznie, moja świętej pamięci babcia robiła tak z lekami na wątrobę. Jednak — dajmy na to — dwubiegunowiec w stanie hipomanii nie myśli racjonalnie i jego proces myślowy nie brzmi „co prawda powinienem brać leki, ale mi się nie chce, więc je odstawię”, tylko na przykład „nie muszę brać leków, syn Boga nie potrzebuje żadnych piguł”. Albo „nie zesłano mnie na Ziemię, żebym miał biegunkę”. Nie możemy założyć, że było to „świadome ryzyko”, bo nie możemy ustalić, jak bardzo było świadome.

Na koniec chciałbym dodać, że choroby psychiczne są bardzo złożonymi i trudnymi w leczeniu zaburzeniami. Dwóch chorych na to samo potrafi prezentować dwa niemal zupełnie różne zestawy objawów, zupełnie różnie reagować na leki i terapię, różnie reagować na stres, niedospanie, nawet dietę. Podążanie drogą „odbierajmy prawo jazdy wszystkim chorym psychicznie” pozostawmy może Związkowi Radzieckiemu. Czy wydarzeniom z 19 lipca można było zapobiec — tego nie wiem. Wiem, że dobrze byłoby skupić się na pomocy ofiarom tych wydarzeń — z których jedną, być może, jest sam Michał L.

Zdjęcie: Jurek Bartkowski. Disclaimer: autor tekstu nie jest psychiatrą, ani psychologiem.

Tytuł jest oczywiście nastawiony na klikalność, niemniej jednak nie da się tak do końca zaprzeczyć, że rzecznik arcybiskupa Hosera ma rację, kiedy mówi:

– Statystycznie geje żyją 20 lat krócej od heteroseksualistów – przekonywał w czwartek na antenie TVN24 Mateusz Dzieduszycki, rzecznik diecezji warszawsko-praskiej. Nie wyjaśnił skąd ma takie dane. – Opiera się chyba na badaniach dr Paula Camerona, wykluczonego przez amerykańskie środowisko naukowców, który w swoich teoriach przekonywał, że homoseksualiści jedzą fekalia – mówi psycholożka Marta Abramowicz.

Mateusz Dzieduszycki, który w media reprezentuje abp Henryka Hosera, podkreślał, że wynika to z powodu „prowadzenia niezdrowego trybu życia” przez osoby homoseksualne. – Ja im współczuję – podkreślił rzecznik. – Należy tak rządzić życiem społecznym, żeby w ten styl życia nie popadli ludzie, którzy mogą się przed tym uchronić – dodał.

No więc (nigdy nie zaczynaj zdania od no więc) bezproblemowo mogę uwierzyć, że osoby homoseksualne żyją krócej, niż osoby heteroseksualne, chociaż nie byłbym gotów chlapać na prawo i lewo informacją, że akurat o dwadzieścia lat. Oto kilka powodów.

Po pierwsze primo, chronologicznie najpierw jest dzieciństwo i okres szkoły. W szkole dzieci dręczone są za wszystko, za rude włosy, za piegi, okulary, zbyt tanie buty, czasami zaś dręczone są za to, że są „pedałkami” i „lizbijami”. Z uwagi na to, że w tak młodym wieku nawet same dzieci i nastolatki nie wiedzą, jakiej są orientacji („wiedzą” to natomiast ich „koledzy”, często rodzice i nauczyciele) trudno jest o ustalenie, jak duża ilość młodzieży LGTBQ popełnia samobójstwa, ale w 1989 powstał raport pt. „Report of the Secretary’s Task Force on Youth Suicide” w którym stwierdza się, że ilość prób samobójczych wśród dzieci LGTB jest czterokrotnie większa niż wśród heteroseksualnych.

Czternastoletni Ayden Keenan-Olson popełnił samobójstwo w marcu 2013, zostawiając dwa listy opisujące homofobiczne i rasistowskie dręczenie, jakie spotykało go w szkole. Już przedtem, w październiku 2012 próbował się zabić; ponad 20 razy zgłaszał szkole traktowanie, z jakim się spotykał. Bezskutecznie. Podobny los spotkał 14-latka z Rzymu, który był dręczony na różne wyrafinowane sposoby, w tym za pomocą SMS-ów. Taki właśnie niezdrowy tryb życia prowadzą osoby homoseksualne według rzecznika Dzieduszyckiego: rodzą się i są dręczone.

Czy tylko w szkole ma miejsce dręczenie? Ależ skąd. Swoją cegiełkę dorzucił przecież rzecznik Dzieduszycki. Czy tak trudno sobie wyobrazić młodego chłopaka, siedzącego z rodzicami przed telewizorem w małym miasteczku na południu Polski, słuchającego tych słów i boleśnie świadomego, że jest gejem? Czy niewiarygodną jest myśl, że tata chłopaka w tym momencie powie „i słusznie powiedział!”, a mama doda „ja to się tych gejów brzydzę”?

Rzecznik dodał:

„Kościół jest najlepszym miejscem dla homoseksualistów. Kocha ich. Tak jak Jezus Chrystus ich kochał” – stwierdził.

Bardzo to specyficzna miłość. Powiedziałbym, że toksyczna. Kojarzy mi się z rodzicem, który katuje dziecko pasem do krwi, a potem mu mówi, że to z miłości i dla jego dobra i jeszcze mu kiedyś podziękuje. „Ja ci z miłości mówię, że przez ten swój styl życia umrzesz o 20 lat wcześniej”. Jest taki smutny film czeski, „Samotni”, który w Polsce reklamowano jako komedię, bo skoro po czesku to musi być komedia. Pan rzecznik by się tam nieźle wpasował.

Ale ja tu gadu gadu, a przecież nie tylko nastolatki popełniają samobójstwa.

Wycinek z raportu American Psychiatry Association z 2002:

Specifically, the studies find:

  • Higher rates of major depression, generalized anxiety disorder and substance use or dependence in lesbian and gay youth.
  • Higher rates of recurrent major depression among gay men.
  • Higher rates of anxiety, mood and substance use disorders, and suicidal thoughts among people ages 15 to 54 with same-sex partners.
  • Higher use of mental health services in men and women reporting same-sex partners.

[…] The data contradict previous findings that there are no significant differences in the mental health of heterosexuals and LGB people, adds Cochran, who notes she is concerned that these findings may give ammunition to people who want to falsely promulgate the argument that gay people are by nature mentally ill.

[…] In a study that examines possible root causes of mental disorders in LGB people, Cochran and psychologist Vickie M. Mays, PhD, of the University of California, Los Angeles, explored whether ongoing discrimination fuels anxiety, depression and other stress-related mental health problems among LGB people. The authors found strong evidence of a relationship between the two.

Nie trzeba być zawodowym psychiatrą, żeby rozumieć, skąd się bierze związek między zaburzeniami lękowymi, depresją i innymi problemami związanymi ze stresem, a byciem LGTB. Mówię tu rzecz jasna o Polsce, kraju, w którym Artur Zawisza może bezkarnie określać tak naprawdę zupełnie nieważne kogo, ale w tym przypadku Rafalalę mianem „tego czegoś” w programie TV. Przecież to ludzie widzą. W kraj idzie sygnał, że mówienie do osoby wyglądającej niestandardowo „to coś” jest na tyle fajne, że się jest zapraszanym do TV i nie ma problemu. Ba, to Rafalalę oskarża się o przemoc, bo oblała Zawiszę wodą. Ale fajny program! Emocje! Oglądalność! Tylko, że ten program ogląda dużo osób. Heteroseksualne widzą albo „fuj, ohyda” albo „ale zajebiaszczo, chodź Zenek zobacz”. Transseksualne widzą, że politykom wolno je poniżać na wizji.

Słuchałem dawno temu programu w Trujce. Program, we współpracy z Wprost, prowadził Kuba Strzyczkowski, a chodziło mniej więcej o to, że mniejszość homoseksualna się rozpanoszyła, parady organizuje i związków im się zachciewa. Na antenę zadzwonił słuchacz, aby podzielić się refleksją, że nie może już nawet normalnie pedała pobić, bo kary są jak za człowieka. Jak sądzicie, czy czułem wtedy „niepokój, depresję i inne problemy związane ze stresem” czy radość, zrelaksowanie i poczucie, że wszystko gra?

Znowu rzecznik:

[…] widziałem zdjęcia tomografii mózgu, gdzie były pokazane obszary, które są pobudzone elektrycznie w czasie pobudzenia seksualnego u osób hetero- i homoseksualnych. To są inne ośrodki. Pani się może z tego śmiać. Ale to zdjęcia i u osób homoseksualnych to rejony odpowiedzialne za traumę. Dlatego skutecznym leczeniem, pomocą osobom homoseksualnym są metody, które leczą traumy. To działa.

Przyznam, że rzecznik zaskoczył mnie celnością spostrzeżenia. Bo ja po latach mieszkania w Polsce i słuchania Giertychów, Kaczyńskich i innych rzeczników Dzieduszyckich cierpiałem i nadal cierpię na PTSD — post-traumatic stress disorder. Do tej pory na widok grupy młodych mężczyzn kulę się w sobie, przekonany, że zgadną, że jestem gejem i mnie pobiją. Wychodząc z domu zwieram się w sobie i przygotowuję na wulgarne napisy na drzwiach (nigdy nic takiego się nie wydarzyło). Czekam na obelgi, uderzenia, spodziewam się włączyć telewizor i zobaczyć tam Zawiszę. Czy to zdrowy styl życia? Nie — przysparza mi wielu stresów i może skrócić moje życie. Winę ponoszą Dzieduszyccy.

Wracamy do samobójstwa.

The Stonewall 2012 Survey discovered that 3% of gay men and 5% of bisexual men had attempted to take their own life, compared to only 0.4% of men in general. In the 16- to 24-year-old age group, 6% of gay and bisexual men had attempted to take their own life compared to less than 1% of men in general.

There are similar findings for self-harming. 7% of gay and bisexual men had deliberately harmed themselves compared to only 3% of men in general, and in the 16- to 24-year-old age group, 15% of gay and bisexual men had harmed themselves compared to 7% of men in general.

[…] 25 to 60 per cent of gay people seek counselling at some stage in their lives (Source: Counselling Directory). Gay and bisexual men face a higher risk of considering and attempting suicide, and of killing themselves. Mind’s researchers interviewed nearly 3,000 gay and bisexual men between 1996 and 1998. They say that 73 per cent of gay men have experience of stress. In 35 per cent stress was due to their sexual orientation. 21 per cent of the men said they had previously made a plan to kill themselves, 12 per cent had attempted suicide, and a further 8 per cent had considered suicide because of their sexual orientation (Source: Mind).

Dlaczego osoby homoseksualne, zwłaszcza tak młode jak 16-24, tak często próbują się zabić lub zadają sobie krzywdę? Czy to z uwagi na modę na homoseksualizm? Na jego promocję? Na nadmiar przywilejów, którymi się cieszą? Może to dlatego, że chodząc po ulicach w skórzanej uprzęży i z piórkiem w dupie spotykają się z uśmiechami i życzliwymi pozdrowieniami i nie mogą już tego znieść? Może to z nadmiaru miłości, którą obdarza je Kościół, a zwłaszcza najbardziej miłościwy w swej osobie rzecznik abpa Hosera pan Mateusz Dzieduszycki? Któż nie spróbowałby się zabić obdarzony tak wielką miłością i łaską?

Czy mi się chce wymieniać akty przemocy wobec osób LGTBQ? Wrzucać linki do filmików, na których grupa Rosjan kopie uczestnika Pride? Na których człowiek płonie żywcem? (Płonięcie żywcem to zaiste niezdrowy styl życia, panie rzeczniku, ale na szczęście tylko przez kilka-kilkanaście minut.) Nie chce, wybaczcie. Wyznam szczerze, że Dzieduszycki mnie co najwyżej irytuje skrzyżowaniem głupoty z podłością, ale filmiki z aktami przemocy robią mi poważnie źle na moje prywatne traumy. Myślę, że sami sobie znajdziecie, a jak już znajdziecie, to wyślijcie rzecznikowi i spytajcie, co doradzi przedstawionym na nich osobom.

Za obrazek serdecznie dziękuję Ewie. Copyright: natemat.pl