Tak walentynki uczcił jeden z kowali na moim Facebooku, wzbudzając u mnie uśmiech. Zupełnie inaczej uczciła je Nina (której ukradłem tytuł noci). Sam nie czczę ich wcale, bo ani mnie zieją, ani grzębią, ale jestem świadom istnienia daty, a skoro blog nazywa się „Miłość po 30”, to czasami coś o tej miłości warto napisać.

Mój pierwszy pocałunek miał miejsce na komendzie policji. Nie pamiętam twarzy tego policjanta, ale pamiętam opalone, muskularne przedramiona i blond włoski wyzłocone słońcem. Oczywiście padłem jak rażony piorunem. Mój nowy ukochany, z którym rzecz jasna zacząłem natychmiast układać życie i wybierać imiona dla dzieci miał zadzwonić dzień później. Nie zadzwonił. Był to czas, w którym nie było telefonów komórkowych (tak! były kiedyś takie czasy!), ja jego numeru nie miałem, więc wysłałem mu pełen rozpaczy list, który musiał zabrzmieć jak wyznania stalkera. Cóż jednak poradzę — w szkole nie nauczono mnie, że jeśli mężczyzna obiecał po pierwszym spotkaniu, że zadzwoni, ale tego nie robi, to może oznaczać coś innego, niż „zgubił mój numer, wpadając pod samochód, a teraz leży w śpiączce, z której może go wybudzić tylko mój pocałunek”. Moim podręcznikiem miłości było „Ja cię kocham, a ty śpisz” z Sandrą Bullock. Myślałem, że życie tak właśnie wygląda.

Drugi pocałunek miał miejsce z pięknym blond gentlemanem, który opowiadał mi o swoim złamanym sercu, zaoferował alkohol, a potem pocałował. Oczywiście zakochałem się od pierwszego pocałunku, niepomny poprzedniej lekcji. Dwa dni później zadzwonił, aby mi powiedzieć, że podlec, który źle go traktował, dręczył i poniewierał dał mu kwiatki i przeprosił, więc spróbują jeszcze raz. Przyjąłem to dosyć kiepsko, przez co chcę powiedzieć, że napisałem do niego czterostronicowy list, w którym zawarłem między innymi gorzki protest-song o tytule „All I Said Was Goodbye”. Mam nadzieję, że biedny ten człowiek wybaczył mi ten list i dawno już o mnie zapomniał.

Trzeci pocałunek zakończył się jeszcze gorzej — ponad dwuletnim „związkiem” z zagorzałym wyznawcą katolicyzmu, który na czas seksu gasił światło i włączał telewizję (w której leciały romantyczne programy typu Wiadomości), żeby Jezus nas nie widział i nie słyszał. Seks był straszny, po części przez to, że żaden z nas nie miał w tym doświadczenia i nie do końca wiedział, która część ciała jest która. Mówiłem mu, że go kocham, bo zdawało mi się, że skoro się spotykamy raz w tygodniu i oglądamy razem telewizję, po czym on opowiada mi o pracy („Jestem księgowym. Dziś miałem w pracy bardzo interesujący dzień”) to znaczy, że jesteśmy zakochani. Kiedy jednak zaczął rozmawiać o wspólnym zamieszkaniu, a ja dostałem ataku paniki, zrozumiałem wreszcie, że nie tak powinna się czuć osoba kochająca swojego partnera i zerwałem. Jego też chciałbym z tego miejsca serdecznie przeprosić — za moją głupotę i niedojrzałość. Na swoje usprawiedliwienie mam tyle, że naprawdę nie wiedziałem, co robię.

Potem było już… bo ja wiem? Przynajmniej bardziej romantycznie. Zakochałem się prawdziwą szczenięcą miłością w bardzo pokręconym chłopaku, ponieważ po pierwsze arogancja młodości (no, powiedzmy, że młodości, miałem chyba 23 lata) mówiła mi, że wszystko naprawię, uleczę go swoim uczuciem i nie ma takich przeszkód, jakich nie przezwycięży dwójka zakochanych. Otóż są. W tym wypadku w grę wchodziło wychowanie w bardzo religijnym domu, gdzie homoseksualizm był przywoływany często jako najgorsze, co wyznawca bóstwa może zrobić, lecz na szczęście jest religia, która chorego może uleczyć. Na pewno uleczyła nasz związek, ponieważ po jakimś czasie nie dało się już go dalej ciągnąć. Przedtem jednak miały miejsce najbardziej pamiętne Walentynki mojego życia, o których — jak wspomniałem — pamiętam i które wyleczyły mnie z chęci wysyłania kartek i otrzymywania kwiatków już na zawsze.

Było to, obawiam się, wiele lat temu, konkretnie jakieś 12. Chudy, nerdowaty okularnik, którego imienia nie pomnę, pojawił się w moim życiu drogą standardową, ogłoszenia na Gejowie. Poznaliśmy swoich rodziców, rozmawialiśmy godzinami pod gwiazdami, pojechaliśmy razem do Pragi na Sylwestra z jego znajomymi. Ale nie pasowaliśmy do siebie, co stało się oczywiste, gdy okazało się, że chłopiec, zarabiający 12 lat temu na rękę jakieś 10 tysięcy miesięcznie, kupił mieszkanie za gotówkę; wyposażył je i odpicował; po czym postanowił wystawić na sprzedaż, bo nie chciał wcale wyprowadzić się od mamusi. Taka postawa życiowa była dla mnie nie do pojęcia, bo ja nie marzyłem o niczym innym, niż tylko wyprowadzka od mamusi. Pranie, sprzątanie i gotowanie w pakiecie nie zachwycało mnie tak bardzo, jak możność wyjścia z domu wieczorem bez zapowiadania, o której będę, gdzie idę, z kim, po co, za co i na co. On wolał nadal spać we wspólnym pokoju z młodszą siostrą (!) tylko po to, żeby nie musieć samemu robić obiadu.

W połowie lutego generalnie już się nam sypało, ale w Walentynki poszliśmy razem do kina; trzymaliśmy się za ręce na ulicy (rzecz bez precedensu w jego przypadku); wylądowaliśmy w parku, gdzie wśród śniegu, pod gwiazdami, z gołymi głowami całowaliśmy się tak długo, aż rozbolały nas usta. Wszystkie moje wątpliwości poszły się kochać. Tak właśnie chciałem się czuć przez resztę życia.

Dzień później, gdy byłem w Empiku i przeglądałem single artystów na literę K, okularnik zadzwonił i suchym tonem obwieścił, że ze mną zrywa i żebym nie dzwonił, bo nie będzie odbierać, po czym się rozłączył. Byłem w takim szoku, że nawet nie przerwałem przeglądania singli (nomen omen!!! też tak miałyście???) i płynnie przeszedłem do litery L. Chwilę zajęło mi zrozumienie, czemu nie zerwał poprzedniego dnia: były to przecież Walentynki, Dzień Romansu, w który zrywać nie wolno.

W następnej kolejności w moim życiu pojawił się Szwedzki Niedźwiedź, o którym jakiś czas temu pisałem, potem Christian Srey, potem wreszcie Szacowny Eks-Małżonek (wtedy Małżonek), z którym NARESZCIE udało mi się stworzyć związek. Przysięgam, że długie poszukiwania nie miały na celu zaliczenia jak największej ilości dup, tylko raczej nauczenie się — po zostaniu spłodzonym przez faceta zamężnego z inną kobietą i dorastaniu w rodzinie z problemem alkoholowym — jak kochać i być razem. Heterycy te lekcje dostają za darmo, oglądając filmy, chodząc na wesela, oglądając związki w swojej rodzinie i wśród znajomych, słuchając księży i posła Pawłowicz (bezdzietni i nie w związkach zawsze mają najwięcej do powiedzenia na temat związków innych ludzi). My możemy sobie iść do darkroomu (nie używam) lub obejrzeć pornosa, ale kulturowe punkty odniesienia dla związków osób tej samej płci pojawiają się tak naprawdę może od 20 lat.

Dziś sam jestem dziadkiem powiedziałem Zbrojmistrzowi, że go kocham. Powiedziałem mu to również wczoraj i powiem jutro, o ile nie zabije mnie spadający z nieba fortepian. Mając lat 36 wreszcie wiem, na czym polega miłość: otóż nie na wysyłaniu kartek, kwiatków i żelków. Nie na przychodzeniu do domu w stanie wskazującym na spożycie i brudnym jakbyśmy wpadli do rynsztoka (zapewne dlatego, że wpadliśmy). Nie na biciu ukochanej osoby, podczas gdy dziecko (ja) ryczy w wannie. Nie na zrywaniu 15 lutego, żeby ładniej wyglądało. Nawet nie na mieszkaniu razem i posiadaniu wspólnego rachunku bankowego. Miłość po 30 polega na akceptowaniu drugiej osoby taką, jaka jest i wspieraniu jej ZAWSZE. W chorobie, w bólu, z norowirusem (jeśli mieliście kiedyś norowirusa, wiecie, co to znaczy), z gilem po pas, z depresją, z problemami rodzinnymi, bez kasy. Jeśli nie umiemy drugiej osoby zaakceptować bez zmian, to znaczy, że nie kochamy tej osoby, tylko tę zmienioną — która ma drobną wadę, mianowicie nie istnieje. Dlatego moja ciotka nie kocha mnie i nigdy nie kochała — kochała fantom, Raya-heteroseksualistę. Ja kochałem okularnika samodzielnego i rzutkiego, oddzielonego od maminego łona. Pokręcony chłopak miał się dla mnie magicznie odkręcić.

Z okazji Walentynek nie życzę Wam absolutnie niczego, czego nie życzyłem Wam wczoraj, natomiast załatwię małą prywatę: powiedzcie mi w komencikach, co sądzicie o nowym layoucie.

(Leo Forte po prawej: Photos By Dot)

Moja akceptacja dwubiegunówki jest, na ile umiem to ocenić, pełna. Wcinam proszki, chodzę do lekarza (który jest konowałem i usiłuję się go pozbyć, ale moja średnia znajomość niderlandzkiego systemu medycznego mi to szalenie utrudnia), zakończyłem terapię z oceną celującą, moderuję forum dla bipolarów i nie tylko. Diagnoza i lektura wielu źródeł, od autobiografii do pism medycznych bardzo wiele mi wyjaśniła i umożliwiła lepsze zrozumienie samego siebie. Najzwyczajniej w świecie nareszcie wiem, dlaczego „od zawsze” wykazywałem pewne dziwne zachowania, których sam nie rozumiałem i które mnie bolały. Wydaje mi się, że pytanie o protezę dotyczyło właśnie tego, ponieważ nastąpiło zaraz po moim stwierdzeniu, że zaakceptowałem siebie takiego, jakim jestem w stu procentach. Po prostu swoje dziwactwa zwalam na bipolara i kompletnie się nimi nie przejmuję.

Jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało, dwubiegunówka bardzo wiele mi dała. Pierwsza ciężka depresja skłoniła mnie do wyjazdu do Amsterdamu i podjęcia terapii. Druga ciężka depresja skłoniła mnie do poszukiwania innego zajęcia, którym okazało się kowalstwo, a hipomania, która nadeszła potem umożliwiła mi podążanie tą ścieżką i poderwanie Zbrojmistrza. Przy okazji pozbyłem się różnych fobii i strachów za pomocą desensytyzacji — odkrywszy bowiem, że nie boję się niczego (interesujący efekt uboczny niewłaściwych leków podlewanych whisky) z premedytacją zacząłem się wystawiać na wszystkie bodźce, które do tej pory mnie przerażały. Dzięki temu w tej chwili boję się już chyba tylko osób nieprzewidywalnych — pijanych kibiców, osób w stanie ciężkiej psychozy, urzędu pracy.

Przestałem przejmować się rzeczami, które mają na mnie znikomy wpływ, np. polską polityką. Zajęło mi to jedyne 7 i pół roku, ale wreszcie się udało. Na gazetę.pl zaglądam nadal, z przyzwyczajenia, ale jeśli dobrze zrozumiałem nowy komunikat o systemie Piano (10 artykułów za darmo, reszta płatna) niedługo się to skończy. Na brednie Kuchcińskich i Kemp macham ręką, chyba, że są zabawne. Ostatnim, co mnie naprawdę zdenerwowało był występ Kuby Strzyczkowskiego z najnowszym kabaretem „Dyktatura Homoseksualna w Trójce”, głównie dlatego, że kiedyś dużo Trójki słuchałem. Choć rzecz jasna nie z uwagi na Strzyczkowskiego. Znajomy Holender zachowuje się tak, jak kiedyś ja, wrzucając na Facebooka różne informacje o tym, co tym razem zrobił premier Rutte, co się dzieje w Soczi i jak zmienia się system emerytalny (podpowiedź: nie na lepsze), po czym wpada w depresję. Mi się znudziło.

Rezygnuję z muzyki. Być może dokończę album, który dłubię od dwóch lat, a być może nie, bo nawet kończyć mi się nie chce — umówmy się, że śpiewak ze mnie nie lepszy niż z Cezarego Pazury, a skoro nawet Lady Caca rozdaje swoje płyty za darmo jako bonusy do biletów na koncerty, to nie mam żadnych szans nawet na zwrot kosztów. Dużo świetnej muzyki robią inni, ja nie muszę. Śpiewam jeżdżąc na rowerze, co stanowi świetny sposób na odstraszanie gołębi ze ścieżki rowerowej. Jest mi z tym dobrze i wcale nie czuję, że odrzucam coś niezwykle dla mnie ważnego. To, co miałem do nagrania, nagrałem, umieściłem w Internecie, nie podbiłem Ameryki. Czas na reorientację.

Reorientacja jest rzeczą przerażającą dla normalnych ludzi, ale dla nas bipolarów jest normalką, ponieważ zmieniamy zdanie na różne tematy z taką samą częstotliwością, z jaką mamy wahania nastroju. Dziewczynka z dowcipu o złotej rybce i jeżu („Chcę jeża! Eee, do dupy z tym jeżem! Aaaaa, wyjmijcie mi jeża!”) to właśnie ja. Zostawałem już gitarzystą, kulturystą, pisarzem (to mi nie przeszło nadal, ale chyba jednak zajmę się tym na stare lata), blogów nawet się nie doliczę, chciałem szyć, robić kolczugi, uczyć się gotować i chyba tylko praca w supermarkecie nadal mnie nie pociąga. Może dlatego rozważam również rezygnację z projektowania, ponieważ komentarz Rosy pod poprzednim postem jest prawdziwy również w Holandii. Grafików jest jak psów, z czego mnóstwo jest lepszych ode mnie, tańszych (o czym pisałem), młodszych, wymieniać można długo. Klientów, którzy chcą ode mnie stron WWW lub innych dzieł plastycznych można liczyć na palcach — może nie jednej ręki, ale stopy nadal zostają na później. Tymczasem zaś zostałem niepostrzeżenie zawalony po uszy zleceniami kowalskimi. Jak się dowiedziałem wczoraj, „chodzą po mieście dobre opinie o mnie”. Dowiedziałem się tego od nowego klienta, z którym rozmawiałem o pracy, którą mam dla niego wykonać. Potem zaś wybrałem się na otwarcie wystawy, na której znalazły się fotografie z użyciem prac moich i Zbrojmistrza, gdzie właściciel galerii zachwycił się moją nową pracą (jeśli zaglądasz na mojego kowalskiego Facebooka, wiesz, o której mówię) i zażądał, żeby mu ją sprzedać.

Gdyby nie dwubiegunówka… w ogóle nie umiem sobie wyobrazić swojego życia. To znaczy, mam jakieś tam wizje. Raczej smutny, zgryźliwy, markotny facet, siedzący na tyłku 8 godzin dziennie (albo więcej) w swojej pracy w oddziale banku, wciskający klientom kredyty, na które ich nie stać lub obdzwaniający tych, którzy przestali je spłacać. Przypominam, że z wykształcenia jestem matematykiem. Byłby to facet, któremu Suzanne Vega nie zadedykowała piosenki ze sceny, do którego Shirley Manson nie zaśpiewała środkowej części „Cherry Lips” podczas koncertu Garbage, który nie tańczył półnago z Front 242 i nie głaskał po głowie Kelego Okereke. Facet, który nigdy nie miał irokeza, nie zrobił sobie tatuażu (może jeden, malutki, gdzieś, gdzie nie widać), nie pojawił się na zdjęciu z wiecu w Gazecie Wyborczej, nie rozebrał wszystkich klientów swojego ulubionego baru gejowskiego w niedzielny wieczór, żeby sprawdzić, który ma najbardziej owłosioną klatę, nie rozmawiał z bogami, nie leżał godzinami na podłodze walcząc z myślami samobójczymi i nie ma na przedramionach blizn. Normalny człowiek.

Tyle, że słowo „normalny” nigdy nie było w moich ustach komplementem.

Ciągle nie wiem, jak odpowiedzieć na pytanie M. „Proteza” wydaje mi się niewłaściwym określeniem, ale nie do końca wiem, jakie jest lepsze. Choroba wiele mi odebrała i wiele mi dała; jest tak bardzo częścią mnie, że moje wyobrażenie siebie samego bez niej jest równie użyteczne, jak bajania insektologów o Annie Grodzkiej. Może bez niej byłbym teraz prezesem SLD, może właścicielem złotego Mercedesa, może żebrakiem pod mostem. Dzięki niej potrafię wreszcie zaakceptować wszystkie swoje odbicia, dziwactwa, fryzury, stroje, nawet kowalstwo (czy uwierzycie, że po ponad dwóch latach nadal walczę z myślą, że nikt „normalny” w XXI wieku nie zostaje kowalem?) i po prostu być.

Trzy lata temu miałem kasy jak lodu, u boku DJa odkrywałem uroki używek nielegalnych nawet w Amsterdamie, imprezowałem w każdy weekend, ciągle chorowałem i byłem strasznie nieszczęśliwy, kompletnie nie rozumiejąc, dlaczego, bo przecież mam wszystko. Straciłem wszystko, co właśnie wymieniłem i nareszcie rozumiem naturę daru, jaki otrzymałem od bogów. Bez alkoholu, bez dragów, codziennie w łóżku przed północą, 10.5 pigułki dziennie o różnych porach, zero wypadów na całą noc, ciągle wiszące nade mną widmo bankructwa, karta stałego klienta w szpitalu w Amsterdamie. To ja. Jestem szczęśliwy.

Nie natrząsam się, nie jestem złośliwy i wredny, mówię poważnie. Skansen to piękna rzecz i nie należy jej na siłę unowocześniać, ponieważ nowoczesność ma nie tylko zalety. W charakterze nowoczesnego kraju rozpatruję rzecz jasna Holandię, ponieważ najlepiej ją znam. Nowoczesność to piękna rzecz, ale czasami męcząca.

W ramach nowoczesności Holandia zapędziła się na przykład w ślepy zaułek ekonomicznie, ponieważ dokonała outsourcingu wszelkiej produkcji przemysłowej tylko po to, żeby odkryć, że nie można zbudować funkcjonującej ekonomii wyłącznie na usługach. Polska uniknęła recesji między innymi dlatego, że nie jest nadal krajem wystarczająco nowoczesnym i kapitalistycznym. Posiadamy przemysł, który może rzęzi i stęka, ale istnieje. Holandia zaś przemysłu się pozbyła, po czym okazało się, że call center można przenieść do Indii, programistów mieć w Hiszpanii (true story — nie mogę konkurować cenowo z Hiszpanami), grafików np. w Polsce i tym oto pięknym sposobem w Holandii recesja panuje kolejny rok z rzędu i średnio widać szansę na zmianę tego stanu rzeczy.

Częścią pozbywania się przemysłu jest, rzecz jasna, pozbywanie się przemysłu metalowego, którego częścią twardo usiłuję się stać. Chciałbym wystąpić o jakiś certyfikat zawodowy, ale nie bardzo wiem, gdzie. W Holandii nie ma albowiem ani szkoły kowalskiej (ostatnią zamknięto ponad 10 lat temu), ani cechu. Jest Unia Metalowców, czemu nie, zrzesza głównie producentów samochodów i maszyn budowlanych. Zapewne do niej wstąpię, bo naprawdę nic lepszego nie przychodzi mi do głowy, zaś o certyfikat spróbuję się ubiegać w Polsce…

W ramach regulowania różnych rzeczy i zapobiegania niebezpieczeństwom czyhającym z każdej strony w Holandii zakazano ostatnio… sprzedaży herbaty w pubach po godzinie 20. Wyjaśnienie jest takie, że osoby nietrzeźwe mogą potrącić osobę spożywającą gorący napój, który może wtedy poparzyć jedną z osób. Nie, nie żartuję. Zgryźliwie zasugerowałem, że powinno się raczej zakazać sprzedaży alkoholu, ale po pierwsze primo z herbaty nie ma akcyzy, a po drugie primo moje sugestie niespecjalnie wpływają na prace rządu nad dalszym uszczęśliwianiem Holendrów i zwiększaniem ich poziomu bezpieczeństwa.

Jako piroman nie mogę nie wspomnieć o ważnym sposobie zwiększania poziomu bezpieczeństwa, jakim jest zakaz palenia ognisk na polach namiotowych. Nie do końca ten zakaz rozumiem, jednakowoż jest on faktem. Ogień wolno palić wyłącznie w koksowniku przywiezionym ze sobą, po czym należy wszystko grzecznie pozamiatać. Pomysł wyznaczenia miejsc, gdzie wolno rozpalić ognisko jakoś do Holendrów nie przemówił. Generalnie ogień uznawany jest za żywioł niebezpieczny, którego należy unikać, czego skutkiem (w mojej nieprofesjonalnej opinii) jest fakt, że gdy nadchodzi ten jeden moment w roku, gdy fajerwerki wolno legalnie kupować i odpalać, w Holandii rozpętuje się masakryczne szaleństwo, płoną samochody, buduje się ogniska wysokości kilkunastu metrów, odpala bomby hukowe, od których odpada tynk z budynków i tak dalej. Z drugiej strony jednakowoż w Amsterdamie znam pięć fajnych knajp z kominkiem, przy którym można siedzieć i jeść/pić/konwersować, w Warszawie znam ich zero. (W Zakopanem za to coś koło setki.) Nie wiem, co mówi o poziomie nowoczesności ilość kominków na 10 tysięcy obywateli…

Bardzo wiele o poziomie nowoczesności mówi jakość żywności. „U nas w Holandii” osiągnęliśmy już tak wysoki poziom wyrafinowania, że coś takiego, jak smak w ogóle nas nie dotyczy. Pożywienie ma się charakteryzować właściwą ilością kalorii, białek i węglowodanów. Sądząc po jakości wędlin, ważne jest też spożywanie ogromnych ilości wody, a po jakości chleba — spożywanie ogromnych ilości papieru toaletowego. Przyjeżdżając co jakiś czas do Polski z żalem odkrywam, że skansen uparł się dogonić nowoczesne kraje Zachodu pod kątem produkcji ohydnych plastikowych kapci podpisanych „szynka z babuni” oraz podkładek pod napoje podpisanych „chleb wiejski”, ale jednak w Polsce da się ciągle znaleźć dobre wędliny i pieczywo. Ot, chociażby w gospodarstwie agroturystycznym „Gajowianka” (reklama za darmo) gdzie ze Zbrojmistrzem zatrzymaliśmy się podczas zlotu kowali i zostaliśmy nakarmieni własnoręcznie robionymi wędlinami, chlebem, ciastem i nalewkami (tylko Zbrojmistrz). Pani Kowalskiej nie mogę wybaczyć głównie tego, że od tego czasu wzdycham do jej wędlin, ponieważ to, co w Holandii uchodzi za kiełbasę nie jest do jej produktów podobne nawet z wyglądu, że o smaku nie wspomnę. Podczas ostatniej wizyty u rodziny okazało się jednak, że mój brat zna masarza, produkującego na małą skalę wędliny dla znajomych, dzięki czemu udało mi się znowu zjeść nieco prawdziwej szynki, kiełbasy i kaszanki. Te wspomnienia będą mi musiały wystarczyć zapewne na jakieś pół roku, ponieważ nie jeżdżę do Polski tak często, jak kiedyś, a świeżej, pachnącej dymem szynki pocztą niestety nie wyślemy…

ALE.

Skanseny są super. Pierwszego kowala w życiu na własne oczy obejrzałem w skansenie. Od tego czasu dowiedziałem się, że to nie kowal, tylko ochotnik, co raz w tygodniu kuje gwoździe i nic więcej nie umie. Bo skanseny mają same plusy dodatnie i jeden ujemny: dużo z tego, co się w nich dzieje, to spektakl, wydmuszka. Są tacy, co się nabierają i biorą to na poważnie, jak ja z kowalem w Arnhem. Bierze się to głównie z niedoinformowania. W przypadku polskiej polityki — z naiwności. Bo przecież nikt chyba nie wierzy, że typowa droga polskiego posła — ZChN, PSL, PiS, Samoobrona, Partia Demokratyczna, PO, zaliczone w ciągu 15 lat — bierze się stąd, że dzięki nabytej mądrości poseł zmienia swe poglądy na jeszcze mądrzejsze, niż przed chwilą. Nawet Macierewicz nie wierzy w cztery eksplodujące brzozy pełne helu; nawet Tusk nie wierzy, że osoby LGTB wierzą w jego obietnice dotyczące ustawy o związkach. Nie wykluczam, że Kaczyński wierzy w to, co mówi, ale to się bierze z przyjmowanych silnych leków.

Niektóre rzeczy w skansenie są prawdziwe, czemu nie. W Jomsborg-Vineta chałupy są odbudowane do złudzenia prawdziwie, grają prawdziwe zespoły, chłopcy walczą na prawdziwe (choć tępe) miecze, do plastikowych kubeczków polewa się prawdziwy kwas chlebowy. Ale jakkolwiek miecze, dymiące paleniska i kryte słomą chałupy ekscytują mnie niemożebnie, przywykłem jednakowoż do centralnego ogrzewania, ciepłej wody i bezprzewodowego internetu. Dlatego zamiast mieszkać w skansenie i usiłować go unowocześniać mieszkam w państwie do bólu nowoczesnym i usiłuję w nim uskuteczniać swój mały prywatny miniskansenik. Tak jest łatwiej, niż w drugą stronę. Zwłaszcza, gdy w telewizji pokazują zaczerwienionych wąsatych panów, lub kapłanów w pięknych, powłóczystych sukniach, odmawiających innym podstawowych praw człowieka, bo nawąchali się kadzidła i tak im podpowiedziało mzimu.

Na obrazku obok (autorstwa Sztucznych Fiołków) znajduje się piękna, akademicka definicja, ale ja pozwolę sobie nieco ją uprościć: gender, w odróżnieniu od płci biologicznej, to płeć kulturowa. Gdy mówimy „musisz się zachowywać bardziej kobieco”, mówimy o gender. Nie mamy wszakże na myśli „Twoje genitalia muszą mniej wystawać”, prawda? Gdy mówimy „Leszek Miller zachował się jak prawdziwy mężczyzna”, również nie mamy na myśli, że wyjął ptaka z rozporka i nasikał na okoliczne drzewko, tylko, że odważnie i z siłą charakteru dotrzymuje wszystkich swoich obietnic. *przerwa na śmiech z taśmy*

Mamy pewne oczekiwania co do tego, jak powinna wyglądać, zachowywać się, co robić i kim być prawdziwa kobieta oraz prawdziwy mężczyzna. Te oczekiwania w Polsce, w Holandii, w Maroko i we Szwecji będą oczekiwaniami odmiennymi od siebie, mimo, że kierowanymi wobec osób o zupełnie takich samych genitaliach. Dlatego też określenie „ideologia gender”, lansowane przez posłów PiS spędzających czas w domach publicznych i księży spędzających czas w młodych chłopcach, nie ma żadnego sensu. Równie dobrze możemy rozmawiać o „ideologii obiad” — dla jednego obiad to pizza, dla drugiego rosół i schabowe, dla trzeciego sushi, a dla czwartego kostka lodu i powąchanie skórki grapefruita (ale dość już o Karlu Lagerfeldzie). Gender nie musi być niczym rewolucyjnym; gender to nie tylko chłopiec w sukience i dziewczynka z głową ogoloną na łyso, gender to również zupełnie tradycyjny chłopiec w spodniach i dziewczynka w różowej sukieneczce. Bo gender to zespół odpowiedzi na pytanie: dlaczego właściwie chłopcy tradycyjnie noszą spodnie?

Pani Kempa jest osobą nadzwyczaj odważnie poczynającą sobie z przydzieloną jej wszakże tradycyjnie rolą społeczną. Zupełnie nieoczekiwanie dama ta wyszła albowiem z Kinder Kuche Kirchen i udała się do Sejmu, gdzie jako posłanka pozwala sobie na tak niekobiece zachowania, jak zakładanie zespołów i przewodniczenie im. A wszakże wszyscy wiemy, że prawdziwe kobiety są uległymi, delikatnymi stworzeniami, którym nie w głowie polityka; Korwin-Mikke powiedziałby nam zgoła, że dawanie kobiecie możliwości głosu to jej marnowanie, bo kobieta i tak głosuje tak, jak jej mąż. Idąc tym tropem rozumowania ciężko nie dojść do wniosku, że pani Beata powinna zacząć od rozważenia samej siebie jako konia trojańskiego zespołu (złożonego, szczęść Boże, oprócz niej z samych mężczyzn) i na wszelki wypadek się zeń wykluczyć.

No ale dobrze, zostawię w spokoju tę młodzieżówkę PiSu i zamiast się wrednie natrząsać z biednych ludzi otumanionych przez biskupów zastanowię, czemu dobrze by było, gdyby „ideologia gender” rzeczywiście zaistniała. Osobiście byłbym bardzo zadowolony, gdyby działy męskie sklepów z odzieżą stały się nieco mniej szare; z bardzo nielicznymi wyjątkami potrafię wypatrzeć dział męski dowolnego sklepu, wystarczy szukać tej części, w której dominują kolory brunatny, sraczkowaty, szary i bury. Bardzo podobają mi się męskie spódnice — i to nie tylko kilty, które jakimś cudem wyjątkowo zostały uznane za „genderowo męskie” i nawet pani Kempa chyba się ich nie czepi, ale też chociażby sarongi. Kupiłem kiedyś sarong, ale nawet ja ze swoją samobójczą odwagą straceńca nie wyszedłem w nim na dwór.

Kolejny powód, dla którego chętny jestem zostać samozwańczą rzeczniczką „ideologii gender”, to literatura. Niewiarygodnie wręcz mnie irytuje nazywanie Marian Keyes „królową chick-lit”. „Chick-lit” to pogardliwe słówko ukute celem odróżnienia „literatury kobiecej” od tej pisanej przez mężczyzn, zwanej po prostu „literaturą”. Nigdy nie widziałem, żeby maczystowskie twory Huntera S. Thompsona, Jerzego Pilcha czy innego Hemingwaya zwano „dick-lit”. Natrząsanie się z Bridget Jones „bo to literatura kobieca, czego się spodziewać”, okropnie mnie irytuje; nikt nie mówi o piśmie Heavy Metal albo ple-ple Cejrowskiego „to literatura męska, czego się spodziewać”. I nie zmienia to realnej wartości literackiej „Rachel’s Holiday” (świetna książka), „Pod Mocnym Aniołem” (nie wiem, nie czytałem, nie trawię Pilcha) ani „Fear and Loathing in Las Vegas”, od którego wolę „Kurs Szczęścia” Beaty Pawlikowskiej. Bo mojej męskiej wrażliwości opowieści o chlaniu odpowiadają ostatnio mniej, niż ćwiczenia duchowości mające na celu pokochanie samego siebie. Rzekł kowal. Co pani na to, pani Kempo?

Mój prywatny gender nie jest podobny do polskiego. Męskie jest dla mnie posiadanie brody; osoby nieposiadające brody nie są dla mnie męskie i wliczam do tego grona insektologa Niesiołowskiego. Męskie jest dla mnie posiadanie owłosionej klatki piersiowej. Literatura nie jest dla mnie męska ani kobieca, jest dobra lub zła. Nie oceniam autorów po genitaliach, podobnie, jak polityków. Nie przydzielam ról społecznych według genitaliów i chromosomów, to znaczy, owszem, uważam, że kobiety ogólnie są lepsze w rodzeniu dzieci, ale to nie znaczy, że są też genetycznie lepsze w sprzątaniu. Posłanka Grodzka jest dla mnie w oczywisty sposób kobietą, co wiem, ponieważ to nam powiedziała, a opinia posłanki Grodzkiej na temat jej płci jest dla mnie milion razy bardziej ważka niż zdanie dowolnej liczby Terlików i insektologów. (Posłanka Grodzka, tak na marginesie, jest również moją absolutnie ulubioną osobą w Sejmie i jeśli przypadkiem będę miał możliwość głosowania na nią, pojadę do ambasady i to zrobię.)

To taki skrócony wstęp do „Gęger według Granta”. Na miejscu pani Kempy byłbym nader ostrożny z dysputą na ten temat, ponieważ według jej własnej opinii zdanie mężczyzny jest ważniejsze od zdania kobiety, a nawet Terlik potwierdzi, że z nas dwojga to ja jestem ten bardziej męski. Chociażby z uwagi na długość brody. Tak więc posłanka Kempa zgrabnie się zaparagrafodwudziestodrugała do kuchni, a ja wygrałem Internety. Czyż życie nie jest proste?