W kieszeni self-publishera

Pisząc Storytellers, co zajęło mi 26 miesięcy, jednocześnie prowadziłem research w temacie wydawania książki tradycyjnie lub samodzielnie. Głównym powodem, dla którego chciałem szukać „prawdziwego” wydawcy – zaznaczam, że moje rynki docelowe to Stany i Wielka Brytania – były moje złudzenia, iż wydawnictwa promują autorów. Ha, ha. Po podłodze rozsmarowała mnie informacja, że działy marketingu czasami wysyłają egzemplarze do recenzji, jeśli nie zapomną. Potem było już tylko coraz gorzej.

Prawdziwe Wydawnictwa w Hameryce przyjmują książki wyłącznie od agentów, agenci zaś nie są zainteresowani debiutantami bez platformy w mediach społecznościowych. Ponieważ ktoś, kto niczego nigdy nie opublikował raczej nie będzie posiadać tysięcy fanów, na Twitterze odbywają się imprezy typu np. #WriterLift, polegające na tym, że pisarze podglądają się wzajemnie, dzięki czemu można mieć 50 tysięcy „fanów” do pokazania agentce. Taka bezpłatna odmiana kupowania followersów na Instagramie. Ostatnią kroplą było przeczytanie tweeta, w którym autorka chwaliła się, że po dziewięciu latach szukania agenta, który potem przez kolejne cztery szukał wydawcy, już w 2020 ukaże się jej debiutancka powieść. Była to jej forma zachęty, by się nie poddawać i czekać na sukces. Za czternaście lat, pomyślałem, to ja mogę na przykład nie żyć.

Wydawnictwa „tradycyjne” mają jeden bardzo duży plus, mianowicie taki, że autor nie musi we własną książkę inwestować finansowo. Zaliczka dla debiutanta to kilka-kilkanaście tysięcy dolarów, co brzmi fajnie dopóki nie odliczy się podatku, 15% dla agenta i nie odnotuje, że te pieniądze muszą wystarczyć na przykład na dwadzieścia sześć miesięcy, ale przyjemnie jest nie płacić samemu za redakcję, korektę, projekt graficzny, etc. Po otrzymaniu zaliczki autor na ogół nie dostaje nic więcej przez bardzo długi czas, ponieważ koszta wydawcy muszą się zwrócić. Niekiedy ta piękna chwila nie nadchodzi wcale.

Do rozważenia są jeszcze dwie rzeczy. Redaktor w wydawnictwie może mieć inną opinię na temat rynku, niż autor. Niczym niezwykłym nie jest otrzymanie pierwszej części zaliczki, a dzień później emaila „oczywiście książka ukaże się zaraz po dopisaniu do niej wątku z psem i zmianie gatunku z horroru na komedię romantyczną”. Projekt graficzny będzie zaś taki, jaki wydawnictwo uzna za właściwy i autorka, której dzieło grafika się nie podoba na ogół może ewentualnie zakląć. Po cichu, bo publiczne kłócenie się z wydawcą jest strzałem nawet nie w stopę, tylko raczej w kolano. Zestawienie tych wszystkich elementów spowodowało, że żaden agent nie miał okazji odrzucić Storytellers, ponieważ żaden tej książki nie widział na oczy, chyba, że do tej pory sobie kupił tak dla przyjemności. Bardzo polecam, sądząc po recenzjach świetna książka.

Na drugą powieść zacząłem oszczędzać pół roku temu. Przewiduję, że ukaże się ona jakoś w maju lub czerwcu, ponieważ muszę pooszczędzać jeszcze przez jakiś czas. Autor niezależny jest de facto jednoosobową firmą sprzedającą książki. W te książki można zainwestować mniej lub więcej. Wiele osób w szaleństwie rozrzutności nie posuwa się poza poproszenie kuzyna Jasia o zrobienie okładki w MS Paint i dlatego mnóstwo ludzi postrzega self-publisherów jako producentów przerażającej grafomanii. Prawdziwi Wydawcy oczywiście inwestują wyłącznie w dzieła wysokiej jakości, na przykład pamiętniki bohaterów Big Brothera i 50 Odcieni Szarości Twilightu Z Punktu Widzenia Mastera Greya, Dzięki Czemu Nie Muszę Wymyślać Nowej Historii, Co Byłoby Męczące. (Nawiasem mówiąc, pierwsze amerykańskie wydanie 50 Shades nie przeszło procesu korekty, bo wydawcy się spieszyło.) (Mówiąc nawiasem drugim, trzy części 50 Odcieni to trzy książki sprzedane w najwyższym nakładzie w kończącej się dekadzie.)

No dobrze, nikt mnie nigdy nie oskarżył o bycie żentelmenem, więc zaczynam mówić o pieniądzach.

 

Research

Nie wliczam oczywiście podróży do Islandii, chociaż to też miał być research, zakochania nie przewidziałem. Liczę wyłącznie kupione książki. Dzięki ko-fikom od Was łatwiej było mi uzbierać kilkaset euro, które wydałem na bardzo różne wydawnictwa, od kolekcji islandzkich wierszy do History of Iceland Gunnara Karlssona. (Nie mogę wyjść z podziwu, że zupełnie poważnie przypadkiem nazwałem swojego bohatera tak samo, jak się nazywa profesor, z którym sporo później zacząłem korespondować…) Nie zachowywałem rachunków, bo mi to jeszcze wtedy nie przyszło do głowy. Powiedzmy bardzo delikatnie, że było to 250 euro.

Czuję finansowo nieracjonalną potrzebę, żeby wiedzieć, o czym piszę. Jak dowodzą Remigiusz Mróz i Rafał Ziemkiewicz, research jest rzeczą w najlepszym razie opcjonalną. Mróz i Bonda wydają po sześć książek rocznie (kiedyś brat mi powiedział, że nie umie czytać tak szybko jak Mróz pisać), dzięki czemu zarabiają na nich bardzo fajne pieniądze. Być może kiedyś będę tak umieć, ale abstrahując od mojej niewiary w wysoką jakość powieści napisanej w kilka tygodni do tego trzeba jednak najpierw bardzo długo pracować nad warsztatem. Na razie umiem pracować tylko bardzo wolno i wcale nie uprawiam tu ą ę, bo od przepisywania Children po raz, zdaje się, dwudziesty robi mi się już niedobrze.

 

Redakcja

Kiedy już tekst zaistniał, znajoma poleciła mi redaktorkę. Megan okazała się cudem, cierpliwa, dokładna, czepialska akurat na tyle, na ile było trzeba. Storytellers ma 108 tysięcy słów („prawdziwy” wydawca kazałby mi skrócić, bo inwestycja w tyle papieru dla debiutanta byłaby zbyt kosztowna i to nie jest żart), Children zapowiada się na 125. Po przeliczeniu tego na strony Worda z odpowiednim formatowaniem (podwójny odstęp, 2.5 cm marginesy, Times New Roman 12pt) wychodzi tych stron pi razy oko 600. Stawka Megan to 1,50 do 3 dolarów za stronę. Przy minimalnej będzie to 900 dolarów, czyli, powiedzmy, 800 euro. Za jedno przelecenie, że tak figlarnie powiem.

Redakcja jest również opcjonalna, bo można się uznać za geniusza, albo – jak moja przyjaciółka Terry – mieć na koncie 21 powieści wydanych w ciągu 15 lat i rzeczywiście umieć redagować własny tekst.

Pomoc Megan polegała m. in. na wytykaniu nieścisłości, wycinania części niepotrzebnych (jej zdaniem, jeden fragment wycięła mi dwa razy, a ja dwa razy wstawiłem z powrotem, Megan nie zna Chmielewskiej), podpowiadania zmiany szyku zdania lub przestawienia scen, wskazywaniu, że coś jest niezrozumiałe, inne coś przegadane etc. Ponieważ jest freelancerką, a nie pracownicą hamerykańskiego wydawnictwa Storytellers to moja książka i nie ma w niej na przykład żadnych migoczących wampirów, czerwonych pokoi bólu, ani komandosów. To ostatnie na poważnie zasugerowała mi inna redaktorka, dodając, że gdyby Gunnar okazał się być komandosem na emeryturze, a jego sprzątaczka agentką w przebraniu, natychmiast by się na taką książkę rzuciła. Redaktorka, nie sprzątaczka. Mam nadzieję, że ci z Was, którzy Storytellers czytali też się właśnie zakrztusili ze śmiechu.

 

Korekta

Procesu korekty, jak sądzę, nie muszę opisywać. W moim przypadku zarówno redakcja, jak i korekta są niezbędne, bo nie jestem native speakerem i jakkolwiek by mnie nie chwalono, niektórych słów zwyczajnie nie znam. Nie da się znaleźć pisowni słowa, którego nie znam w żadnym języku. Redaktorce mogę napisać „małe czerwone z dziurką do robienia prztyk” i dodać w komentarzu „jak to się nazywa?”, korektorce – „to słowo jest chyba niepoprawne, ale lepsze nie przychodzi mi do głowy, chodzi o takie małe czerwone z dziurką do robienia prztyk”. Słowniki tak nie działają.

Korektorkę mam już ugadaną, będzie mnie to kosztowało około 500 euro. Musi to być zawodowczyni, która tekstu nigdy nie widziała na oczy. Dowodzi tego mój ukochany przykład, raport roczny starej firmy, kilkakrotnie sprawdzony przez osiem osób, w tym mnie. Na pierwszej stronie, w liście od prezesa, przepuściliśmy słowo „Intermet”.

 

Okładka i design

Jestem szczęściarzem, mianowicie umiem sobie te rzeczy zrobić sam. Po raczej bolesnym doświadczeniu, gdy okazało się, że oficjalne narzędzia Amazona generują pliki wyświetlające się prawidłowo na wszystkim z wyjątkiem Amazonowych czytników Kindle, nabyłem program o nazwie Vellum. Kosztowało mnie to 199 euro, ale rezultaty są śliczne i działają na wszystkim.

Children to historyczne fantasy z dużą ilością bóstw nordyckich. Fantasy to gatunek, w którym niskiej jakości technicznej albo olewania szczegółów się nie wybacza. Storytellers podbiło księgarnie (naprawdę) z uwagi na okładkę, trafiło mi się przy tej książce jak ślepej kurze ziarno, redaktorka dała mi 90% zniżki, a fotograf sprzedał zdjęcie za 50 euro. Rezultatem mojej korespondencji z artystami było odkrycie, że na estetykę, której pragnę mnie nie stać, spędziłem więc kilka dni na dłubaniu w zdjęciach stockowych i Fotoszopie. Adobe Creative Cloud kosztuje ze zniżką… bardzo lubię zniżki… 36 euro miesięcznie. Zdjęcia trzeba kupić. Ponieważ nie mam zielonego pojęcia, co z tego wyniknie, optymistycznie wyliczę sobie koszt okładki na 200 euro.

W książkach fantasy dobrze widziane są mapy. W mojej zapewne map nie będzie, bo akurat nie geografia jest w niej ważna, ale mapy też nie są za darmo, chyba, że ktoś umie rysować. Ja nie umiem. Okładkę zaprojektuję, layout zrobię, ale ładnej mapy nie narysuję, choćbym się skichał. Brzydką i nieczytelną umiem i jedna postać w książce się z tego natrząsa.

Plusem jest oczywiście to, że okładka i cała reszta będzie wyglądać tak, jak zechcę i będę sobie ten wygląd mógł zmieniać, kiedy tylko zapragnę. W listopadzie dokonałem podmianki okładki Storytellers, dopisałem w Amazongu kilka słów kluczowych i sprzedaż wzrosła czterokrotnie. Podwójny cudzysłów przepuszczony przez korektorkę usunąłem, za poradą znajomej Islandki poprawiłem jedno słowo, wygenerowałem sobie nowe pliki. Tradycyjnemu wydawcy mógłbym płakać na wycieraczce i osiągnąłbym tylko odwodnienie.

 

Wydanie

Amazon nie bierze ani grosza, co jest jednym z powodów, dla których niezależna scena wydawnicza kręci się wokół Amazonu, z rzadka zahaczając o coś innego. Sprawdzanie i poprawianie e-booków nie kosztuje nic. Storytellers występuje też jednak w oprawie miękkiej i twardej. Kiedy zmieniam projekt, muszę zamówić egzemplarze próbne i sprawdzić, czy kupujący nie dostanie jakiegoś pokrzywionego bohomazu. Być może z uwagi na tę dokładność książka w międzyczasie dostała nagrodę czytelników za okładkę miesiąca, niemniej jednak tych egzemplarzy próbnych było trochę – odkrywałem niedokładność, zmieniałem, wrzucałem nowe pliki, zamawiałem nowe egzemplarze próbne. W tej chwili mam na półce takowych sześć, każdy wygląda inaczej i muszę wymyślić, co z nimi zrobić, bo chwilowo wyłącznie zajmują miejsce. IngramSpark, czyli drukarnia posiada wysyłkę zwykłą, którą to drogą jak na razie dotarła do mnie jedna paczka z trzech zamówionych oraz tracking, który kosztuje ponad 10 euro za sztukę. Uznajmy, że wydałem w sumie 150 euro i spuśćmy na to zasłonę lekko zawstydzonego milczenia.

Redakcja zredagowana, korekta skorygowana, okładka zaokładkowana, egzemplarze z napisem „Not for resale” zajmują całą sypialnię. Klikam więc „opublikuj” i co osiem sekund sprawdzam, czy się już wzbogaciłem…

 

Co tam, panie, w bankomacie?

W tym momencie teoretycznie zaczynają się zyski, bo za e-booki nic Amazonowi nie dopłacam, zarówno Amazon jak IngramSpark drukują na zamówienie i moja rola polega wyłącznie na zgarnianiu e-banknotów. Piękne, prawda? Niestety 1) w międzyczasie wydałem już 2100 euro, 2) pozostaje ciągle reklama i marketing. Prace nad zidentyfikowaniem grupy docelowej, przerabianiem zajawki, poprawianiem słów kluczowych zajęły mi osiem miesięcy. Grudzień jest moim najlepszym finansowo momentem od kwietnia, przy czym Storytellers ukazało się 28 marca. Niestety przychody różnią się od dochodów, bo reklamy nie są za darmo. Z Amazonowych przynajmniej coś wynika. Facebook dał mi pewne wyobrażenie tego, jak bym się czuł wrzucając pieniądze do dziury w ziemi i patrząc, jak znikają.

Oczywiście nie trzeba koniecznie kupować reklam na Amazongu, jest wiele innych opcji. Można na przykład pisać bloga. (Dzień dobry.) O recenzjach np. w Guardianie albo New York Times mogę spokojnie zapomnieć, Poważni Krytycy wolą zjechać przerażającą twórczość Jacoba Reesa-Mogga niż tknąć palcem Marian L. Thorpe, Terry Tyler, Angelę Boord czy Claytona Snydera, autorów czterech z moich pięciu książek roku. Niezależni proszą o pomoc blogerów książkowych. Tu poszło mi bardzo dobrze, ale wynająłem do tego profesjonalną organizatorkę takich imprez. Kosztowała mnie 100 euro i zaoszczędziła nie wiem ile godzin i nerwów. Z trzydzieściorga blogerów siedmioro opublikowało gościnne posty lub wywiady, 21 napisało pochwalne recenzje, jedna – recenzję taką sobie, a jedna nic, co oznacza, że albo książka jej się nie spodobała i zgodnie z umową z organizatorką negatywna recenzja ukazała się tydzień po zakończeniu promocji. (Nie sprawdzałem.)

 

Jak widać powyżej jestem zwycięzcą moralnym, czuję się jak Unia Wolności, tylko taka mocno podstarzała. Jest jednak szansa, że pisanie stanie się czymś więcej, niż tylko kosztownym hobby, tylko nie od razu.

 

Zyski

Wydawca tradycyjny wypłaca autorom między 7% a 10% ceny okładkowej. Od tej sumy należy oczywiście odliczyć podatki i 15% dla agenta. Jednym z powodów, dla których w reklamowanie debiutów raczej się nie inwestuje jest to, że debiuty rzadko cokolwiek zarabiają i można najwyżej liczyć na jak najmniejsze straty, chyba, że autor(ka) zostanie uznana za Wielką Nadzieję Roku. Autorka, która ma ambicję zarobić na debiucie wydanym tradycyjnie ma wiele możliwości, na przykład może sama sobie wykupić reklamę w prasie, albo sama zapłacić za trasę promocyjną.

Self-publisher otrzymuje od Amazonu między 35% a 70% ceny e-booka i ustaloną kwotę za sprzedaż książki papierowej, ponieważ druk papieru kosztuje, a e-book nie. Standardowo cena mojego e-booka to €4.49, czyli teoretycznie zyskiem byłoby około €3, ale co jakiś czas sprzedaż zdycha i organizuję promocje cenowe. 28 listopada cena wynosiła €0 i na 760 ściągniętych egzemplarzach zarobiłem oczywiście €0. Po cholerę rozdaję książki? Moją główną potrzebą w tej chwili jest osiągnięcie rozpoznawalności. Pierwsza książka nie jest tylko Dziełem Sztuki, jest też wizytówką – o, takie zrobiłem, błagam, zapamiętaj moje nazwisko. Te 760 darmowych e-booków zaowocowało między innymi tym, że w grudniu nagle ruszyła znowu sprzedaż paperbacków i twardej oprawy. Nie obchodzę świąt i nie używam prezentów, ale oglądanie, jak nagle co dnia rośnie liczba w rubryce „paperback”, a strona z wersją w twardej oprawie informuje, że wyprzedano wszystkie kopie i trwa dodruk… o ludzie… kilkadziesiąt osób których nie znam znalazło moją powieść pod choinką dlatego, że ileś innych osób których nie znam przeczytało darmowe e-booki i im się spodobały. Gdybym już miał na koncie np. pięć powieści, zapewne spędziłbym grudzień na obsesyjnym sprawdzaniu stanu konta na Amazonie, piskliwym chichocie i kąpielach w szampanie.

Bardzo przyjemnym wynalazkiem jest Kindle Unlimited, książkowe Spotify, które płaci od przeczytanej strony. Osoba, która przeczyta wszystko łącznie z podziękowaniami i spisem treści daje mi około €2,40 – sześćset dwie strony Kindle razy ok. €0.04. Podgląd KU mam na bieżąco i czasami odświeżam tę stronę co kilka minut, ponieważ jest coś niesamowicie ekscytującego w tym, że widzę, jak ktoś mnie czyta dokładnie w tej chwili. Książkę kupioną można wrzucić na półkę lub e-półkę i nigdy do niej nie zajrzeć, strony na Kindle Unlimited są naprawdę przeczytane. Oznacza to jednak, że e-book może być dostępny wyłącznie na Amazonie, Bezos rządzi rynkiem niezależnym i mogę sobie na jego temat mieć dowolne zdanie, ale równie dobrze mógłbym się obrazić na polski smog i odmówić oddychania podczas wizyt w Warszawie.

Finansowo Storytellers dokonało cudu, mianowicie w ciągu dziewięciu miesięcy zwróciło mi się 85,78% wszystkich wydanych pieniędzy (innymi słowy strata wynosi 14,22%) i jest to bardzo dobry rezultat nawet dla książki opublikowanej tradycyjnie przez dużego wydawcę. Najlepszą reklamą pierwszej książki jest wydanie drugiej i tak dalej, tylko teraz w tę drugą muszę zainwestować i kółeczko się zamyka. Jest to uczucie bardzo znajome posiadaczom małych firm.

 

Co dalej?

Jak wspomniałem, aktualnie zbieram na wydanie drugiej książki i dlatego właśnie z wielką radością witam Wasze ko-fi. Wszystko idzie natychmiast na konto oszczędnościowe. Na razie uzbierałem na redakcję i tak ze dwie trzecie okładki. Gdzieś z tyłu głowy rozważam jakiegoś Kickstartera, ale wiem, że twórca z jedną powieścią na koncie ma szansę raczej się skompromitować, niż odnieść sukces. Za mało ludzi wie o moim istnieniu. Zaobserwowałem natomiast ciekawe zjawisko na przykładzie Billie Ray Martin, wokalistki, z którą kilka razy pracowałem. Fani bez zastanowienia wrzucają jej na Kickstartera nawet 50 euro, za co otrzymują podpisane płyty, ale nie kupiliby tych samych podpisanych płyt CD za 10 euro i to z pewnością coś oznacza, tylko jeszcze nie wiem co. Być może po prostu to, że po trzydziestu pięciu latach kariery ma się już dużo fanów, którzy niekoniecznie muszą nawet chcieć słuchać muzyki, ale cieszy ich, że artystka nadal pracuje?

Biznesplan posiadam jak najbardziej. Jego wykonalność zależy od tego, co zrobi moja choroba, która wpływa w ogóle na wszystko od postów na tym blogu do moich możliwości w kwestii zrobienia sobie obiadu. Ta niepewność też gryzie się z Kickstarterem, bo ludzie lubią wiedzieć, kiedy dostaną to coś, co finansują i nie ma w tym niczego dziwnego, sam czułbym lekką niepewność czytając, że zbieracz prześle mi produkt kiedyś w nieokreślonej przyszłości.

Po co to wszystko napisałem? Rzecz jasna nie po to, żeby teraz tysiąc osób rzuciło się kurcgalopkiem na link do ko-fi, co nie przeszkadza mi we wstawieniu go po raz trzeci. Wydając Storytellers nie miałem złudzeń, że tydzień później zasnę pod kołderką z zielonych banknotów i chciałbym, żeby osoby liczące na to, że z zysków z pierwszej powieści kupią sobie pałac w Wilanowie też tych złudzeń nie miały. (Sprawdzić, czy 50 Odcieni nie siedzi z tyłu.) Nie umiałem wtedy jeszcze obliczyć związku między zyskami a wydatkami, teraz umiem i do pewnego stopnia zapisałem tu notatki dla samego siebie.

A tak poza tym, w eleganckim towarzystwie nie rozmawia się o pieniądzach, ale nigdy nie oskarżono mnie o bycie częścią eleganckiego towarzystwa i twardo buduję sobie markę. O budowaniu marki będzie więcej kiedyś niedługo, jeśli ktoś pragnie spoilerów, polecam wyguglanie słów „yvonthia wrythe review”.

Planuję objawić się tu jeszcze w Sylwestra, ale gdyby się nie udało, życzę wesołego alleluja i bezgłośnych – z uwagi na zwierzęta – fajerwerków.


Cenisz dobre dziennikarstwo?

Jeśli tak, to trafiłeś w złe miejsce, ale jeśli lubisz mojego bloga, może nawet pierwszą powieść i chcesz mi pomóc w wydaniu drugiej, będę ogromnie wdzięczny za wirtualną kawkę! #stoserc



Więcej informacji w temacie tematu