Moje dziesięć przykazań

Postanowiłem zmienić swoje życie, ponieważ mi się nie podobało – to delikatny sposób ujęcia sprawy. Proces ten ma miejsce mniej więcej od wigilii zeszłego roku, powoli mi się konkretyzuje. Spisałem sobie dziesięć punktów, do których chcę się stosować. Może się uda, może nie, a może te punkty zmienię. Ostrzegam, że wpis jest bardzo długi, jeśli znudzicie się w połowie, nie obrażę się. Zachęcam jednak do przeczytania fragmentów pogrubionych, bo stanowią właśnie te dziesięć punktów, reszta to objaśnienia.

1. Nie krzywdź ludzi z premedytacją.

2. Jeśli pomimo punktu 1. skrzywdzisz kogoś z premedytacją lub niechcący, przydarzą Ci się pomyłki lub po prostu rzeczy, o których będziesz wiedział, że są niedobre, przyznaj się do nich.

My, Wikingowie 😉 nie posiadamy konceptu grzechu. Jednak właściwym zachowaniem jest to, co po angielsku nazywa się „owning up”. Jeśli zrobię coś złego – np. złamię prawo, lub po prostu kogoś skrzywdzę i będę tego świadom – muszę się do tego przyznać. To znaczy oczywiście nie muszę, ale jest to zachowanie, które pomoże MI. W dawnych czasach jeśli akurat poczułem ułańską fantazję i zabiłem Zenka celnym rzutem siekierą, po czym udałem się do starszyzny plemienia i przyznałem się, co zrobiłem, kara polegała na ogół na ustaleniu, na jakie odszkodowanie zastępuje rodzina. Jeśli natomiast się nie przyznałem, ale zostałem przyłapany, miałem szczęście, jeśli tylko mnie ścięto.

Mój mózg robi mi takie rzeczy bez potrzeby udawania się do starszyzny. Co nie znaczy, że czasami nie krzywdzę ludzi z premedytacją. Na przykład w przypadku ciotki-homofobki – wyrządzam jej z premedytacją krzywdę, nie udając, że tak naprawdę jestem hetero, lub że Jos nie istnieje. To, że ona mi wyrządza krzywdę domagając się ode mnie tego zachowania, nie ma tu żadnego znaczenia. Oczywiście nie ukrywam tego zachowania, bo jak niby mógłbym. Ponoszę też jego konsekwencje, które w tym wypadku polegają na rozpadzie rodziny na mniejszą część, która mnie wspiera i większą, która albo stoi po stronie ciotki, albo po prostu nikt im nie uświadomił, że mam męża. A ja nie będę obdzwaniać krewnych, których i tak widziałbym raz na pięć lat.

Tydzień temu skrzywdziłem kogoś niechcący i poczułem się z tym obrzydliwie. Natychmiast publicznie (krzywda też miała miejsce publicznie) przyznałem się do błędu i przeprosiłem. Więcej zrobić nie mogłem, bo nie da się w takim przypadku – pomijam szczegóły, bo nie odczuwam potrzeby dalszego krzywdzenia osoby – odkrzywdzić. Tak więc spełniłem własne „przykazania” 1. i 2. Tyle.

3. Nie próbuj zmieniać innych ludzi. Ich życie to ich sprawa. Twoje życie to Twoja sprawa. Nie usiłuj wmuszać im swoich wartości, tak samo, jak nie chcesz, żeby oni wmuszali Ci swoje. Zaoferuj pomoc. Nie zmuszaj ich do jej przyjęcia.

Jest takie powiedzonko: możesz zaprowadzić konia do źródła, ale nie możesz go zmusić, żeby pił. Tzn. powiedzenie funkcjonuje w języku angielskim, po polsku być może brzmi inaczej, jeśli ktoś mi wpisze w komentarzach, poprawię. Największym błędem, jaki można popełnić jest wzięcie ślubu (albo dodatkowo urodzenie dziecka) w nadziei, że małżonek lub małżonka z pewnością się zmieni. Drugim w kolejności jest zmuszanie do tej zmiany. Czasami, jak pisałem na Buniu jakiś czas temu, to strasznie trudne; co można powiedzieć człowiekowi, który uważa, że „nie jest wart” antydepresantów? Alkoholikowi, który fizycznie nie krzywdzi nikogo, oprócz siebie, ale nie chce iść na żaden rodzaj terapii? Zasugerować pomoc. Nie zmuszać. Jeśli ta osoba krzywdzi MNIE, patrz punkt piąty.

4. Wysłuchaj cudzych opinii, a potem zrób, co uznasz za słuszne – bez krzywdzenia ich. Jeśli opinia przybiera postać emocjonalnego szantażu typu „musisz to zrobić, albo się obrażę”, pieprzyć ich. Swoją opinią dziel się, kiedy ktoś Cię o to poprosi. (Albo na blogu.)

Niesłuchanie cudzych opinii jest arogancją. Konstruktywny feedback to opinia. Mogę się z nią zgodzić alibo nie, ale nie oznacza to, że należy z góry uznać, że mam rację. Jeśli opinia brzmi „pedały to ohyda”, albo „wszyscy imigranci to terroryści”, nie jest to opinia, tylko głupota. Nie ma obowiązku słuchania głupot. Bardzo trudne jest unikanie dzielenia się swoimi opiniami, kiedy np. przyjaciel opowiada mi o swoim związku, który moim zdaniem jest toksyczny, a potem powątpiewającym tonem mówi „ale ogólnie to dobry związek, więc powinienem być szczęśliwy?” Stosuję wtedy taktykę swojego pierwszego i najlepszego terapeuty, zadając pytania w nadziei, że zauważy, że jego odpowiedzi są wewnętrznie sprzeczne. Jeśli nie zauważy, pozostaję przy nadziei, że spyta. Jeśli nie spyta, trudno. Nie mój związek. Opinię ciotki, brzmiącą „jeśli przyjdziesz z mężem na święta, sprawisz mi przykrość”, olewam i problem rozwiązuję nie przychodząc na święta. A co do bloga, piszę na nim, co myślę, ponieważ nikt nie ma obowiązku czytania moich notek, a to, co piszę nie jest ukierunkowane na konkretne osoby.

5. Daj każdemu szansę. Daj też drugą szansę. Jeśli ta sama (przykra) rzecz wydarzy się dwa razy, nie dawaj już trzeciej, lub zgoła dwudziestej siódmej szansy. Nie pozwól innym, by Cię nadal krzywdzili, jeśli dałeś drugą szansę i sytuacja się powtórzyła.

Miałem (czas przeszły) przyjaciółkę, która miała depresję i uwielbiała się w niej taplać. Rozmowy z nią wyglądały mniej więcej tak – ja: „co u Ciebie?”, na co ona: „rzyyyygggggg”. Dałem jej pieniądze na terapię, dodając, że jeśli wykorzysta je inaczej, ma je oddać. Na terapię nie poszła, pieniędzy nie oddała. Kontakty zerwałem dopiero wtedy, gdy usiłowała okraść Josa, nie płacąc za jego pracę. Nie popełnię tego błędu drugi raz, a właściwie osiemnasty, bo robiłem to z wieloma osobami, w tym eksami i szefową. Nie stać mnie na to.

6. Nie pozwól nikomu wstydem zmusić Cię, byś był osobą, którą nie jesteś (z zachowaniem punktu 1.) W szczególności nie pozwól na to samemu sobie.

Niedawno odkryłem, że jestem hipokrytą, o czym będzie oddzielna notka. Nie mając żadnych problemów z tym, co robili inni, dla siebie podzieliłem różne zachowania na akceptowalne i nieakceptowalne, co w końcu doprowadziło mnie do Czarnego Wtorku. Niesamowite, jak nagle mogą zniknąć różne zahamowania, jeżeli alternatywą jest wybór urny i muzyki na pogrzeb. Kiedy moja mama mówi mi, że koszulka, którą mam na sobie jest obrzydliwa, słucham tego, co ma do powiedzenia, po czym jej opinię – mającą na celu zawstydzenie mnie – olewam. To jest łatwe. Kiedy samego siebie zawstydzam, uznając, że posiadane pragnienia są niewłaściwe, robię sobie krzywdę, którą o wiele trudniej odwrócić.

Dochodzi do tego oczywiście przepraszanie. Przepraszam, że mam depresję. Przepraszam, że nie mogę wyjść z domu. Przepraszam, że bolą mnie plecy. Bo to wstyd, prawda? OTURZ NIE. Ale przepraszania za rzeczy, na które nie mam żadnego wpływu okropnie trudno się wyzbyć. A niekrzywdzenie ludzi dotyczy również samego siebie.

7. Pamiętaj o przeszłości, kiedy budujesz dzień dzisiejszy. Nie próbuj przewidywać przyszłości. Popełniaj nowe pomyłki, zamiast powtarzać stare. Myśl o konsekwencjach zanim coś zrobisz. A potem dokonuj własnych wyborów.

Pierwsza część polega głównie na tym, że wymyślam najgorszy możliwy scenariusz NA PRZYSZŁOŚĆ, która jak sama nazwa wskazuje nie nadeszła, a potem spędzam dużo czasu na martwieniu i stresowaniu się owym scenariuszem. Pisałem już, że jest coś takiego, jak bycie zbyt inteligentnym i możliwość poświęcania czasu i wątków procesora na martwienie się rzeczami, które się nie wydarzyły. Ostatnio mama choruje, zrobiła sobie mnóstwo różnych testów, a ja założyłem, że z pewnością ma raka. Według testów nie ma, ale ja martwiłem się tym na zapas. Powtórzyć milion razy.

Co do pamiętania o przeszłości – za każdym razem, gdy zaczynała się depresja zakładałem, że nigdy się nie skończy. Co prawda poprzednie 300 razy zawsze mijała, ale może tym razem nie i co wtedy? Nic, bo ZAWSZE się kończy. Ale mieszkanie w przyszłości i przewidywanie najgorszego scenariusza nie jest z tą wiedzą kompatybilne.

Dokonywanie wyborów jest jedną z najtrudniejszych rzeczy w życiu, ponieważ prowadzi do zmian. Czasami wydaje nam się, że umiemy te zmiany przewidzieć. Czasami jest to prawda, na przykład jeśli wbiję komuś w serce nóż, ta osoba najprawdopodobniej umrze (sprawdzić, czy nie zombie). Na ogół jednak nie. Największe zmiany w moim życiu są konsekwencjami bardzo drobnych, zdawałoby się, wyborów. Myślałem o konsekwencjach, alibo nie, dokonywałem wyborów, a potem pojawiały się konsekwencje nieprzemyślane i niewyobrażalne. Trudno. Nie mam na to wpływu.

8. Bądź silny. Ale nie ZBYT silny. Poproś o pomoc, kiedy jest potrzebna. Nie zakładaj, że inni są zbyt zajęci lub zbyt ważni, gdy depresja wmawia Ci, że nie jesteś wart pomocy.

Moja kochana przyjaciółka określiła to kiedyś terminem „Kasia siama”. (Zmieniam imię na wszelki wypadek, bo nie wiem, czy chce być reklamowana.) Wszystko muszę zrobić sam, a jeśli się nie uda, to znaczy, że jestem słaby i niewart życia. Lub, na przykład, antydepresantów. Nie jestem w stanie zmienić chemii mózgu, samemu naprawić sobie pleców, a w tej chwili nie jestem w stanie, na przykład, wnieść na drugie piętro siatki z zakupami. Chujowo. Nic na to nie poradzę. Jeśli się uprę wnieść te zakupy, zapłacę za to silnym bólem. Nie warto. Proszenie o pomoc kiedyś wydawało mi się upokorzeniem. Teraz wiem, że to oznaka siły, bo pamiętam, ile kosztowało mnie odepchnięcie durnej dumy.

9. Pamiętaj, że nie jesteś wyjątkowy. Pamiętaj, że jesteś wyjątkowy.

Z tego punktu jestem wyjątkowo (hohoho) dumny. Pierwsza część: kiedyś zakładałem, że np. moja depresja jest wyjątkowa i leki na pewno mi nie pomogą. Albo, że moje uzależnienie jest wyjątkowe i program 12 kroków w nim nie pomoże. Spoiler: to nieprawda. Druga część: nikt nie jest tak dobry w byciu Tobą, jak Ty. Nikt nie jest lepszym Rayem Grantem ode mnie. Ile by nie próbował, i tak przegra. Nikt nie napisze dokładnie takiej książki, jak moja, nawet jeśli moja zostanie przez krytyków uznana za beznadziejną. Pod tym kątem jestem absolutnie wyjątkowy i muszę o tym pamiętać, zanim uznam, że nie warto pisać, nagrywać muzyki, robić sobie tatuażu, ubierać się w kilt, bo są inni, którzy to zrobią lepiej, więc po co próbować? Oczywiście, że są inni. Ale nikt z nich nie jest mną.

10. Nie biczuj się, jeśli nie uda Ci się zastosować do punktów 1.-9. Nie przepraszaj za rzeczy, na które nie masz wpływu; za bycie niedoskonałym; za to, że popełniłeś nową pomyłkę. Zrozum, co się dzieje lub stało; naucz się czegoś; żyj dalej.

Myślę, że to oczywiste. Na moim mikro-koncie na Facebooku mam opis „zdrowiejący perfekcjonista”. Perfekcjonizm też mnie o mało nie zabił. Kiedy dochodziłem do 99%, uważałem się za przegranego, bo nie było 100%. Był kiedyś taki mem: „cokolwiek robisz, w Chinach jest siedmiolatek, który robi to lepiej”. To prawda. Chciałem być idealny WE WSZYSTKIM. Okazało się, że to niemożliwe i ten fakt doprowadził mnie do kryzysów egzystencjalnych, nie zliczę, ilu. Teraz jestem najlepszy w byciu sobą. Powyższe punkty na ogół realizuję, ale czasami nie i to jest w porządku. Nigdy nie osiągnę doskonałości. Czasem będę sobie radzić w 90%, a czasem w 10%. Lepiej, niż 0%. Dzisiaj na przykład mam depresję z cyklu „moje ciało jest ciężkie i niewiele mogę zdziałać”. OK. Niefajnie. Moving on. Ostatnio, jak wspomniałem, niechcący kogoś skrzywdziłem. Zrobię co mogę (ale nie wszystko, bo wszystko nie istnieje), aby nie powtórzyć tej samej pomyłki. Jeśli się nie uda, trudno, mam nadzieję, że nie popełnię jej trzy razy.

Moje dziesięć przykazań stosuje się wyłącznie do mnie. Ciekaw jestem, jakie byłyby lub są Wasze? Co myślicie o moich? Podzielcie się opinią, a ja zgodnie z punktem czwartym zapoznam się z opiniami, a potem do nich zastosuję alibo nie.

(PS. Czasami ludzie tego nie wiedzą, ale „błędy językowe”, jakie popełniam są często cytatami z ulubionych autorów. Poprawiajcie mi „alibo nie” lub „po pierwsze primo” ile razy zechcecie, a ja nadal będę tak pisać, bo lubię. A „thanks, Obama” będę używać zapewne nawet kiedy ludzie już dawno zapomną, co to znaczy.)

(PS2. Zdjęcie kompletnie bez związku, ale je lubię.)

  • Pingback: Seks jako praca i BDSM dla zaawansowanych – miloscpo30.net()

  • ik ben een kikker

    1. Pełna zgoda. Trudno się nie zgodzić.
    2. Raczej też. Jak się komuś powie, co się źle zrobiło, to później nie jest się z tym samemu.
    3. O błędach związanych z wzięciem ślubu mogłabym pisać, ale nie o tym ta notka.
    Gdy Prawdopodobnie Miłość Mojego Życia ma jakiś problem, który nie dotyczy mnie bezpośrednio, oczywiście chciałabym jej pomóc. Jeśli ona wie, jak jej pomóc, to nie ma problemu – robię to, co ona mówi. Ale czasami nie wie, i żadna z nas nie potrafi tego rozkminić. Wtedy, zgodnie z zasadą „najpierw pomóż sobie”, pomagam sobie, co w praktyce zazwyczaj oznacza, że biorę się za swoją robotę. Efekt widzialny: bardziej kocham swoją pracę niż Prawdopodobnie Miłość Mojego Życia.
    4. Poprosiłeś, więc Ci zużywam cenne megabajty. Twoja przewaga nade mną jest taka, że Ty się dzielisz swoją opinią na własnym blogu.
    Czy nie masz nic przeciwko temu, że pisanie do Ciebie jest dla mnie trochę jak udział w mitingu grupy dwunastokrokowej – ktoś coś powie (w sensie że Ty), komuś coś przyjdzie do głowy na ten sam temat i też powie (w sensie że ja), z zachowaniem zasad.
    5, i 4 trochę też. Liczba szans – to zależy. Osobiście wolałabym dostawać kolejne szanse przewidziane na pomyłki międzyludzkie, najlepiej wraz z instrukcją, co zrobiłam źle i jak to ewentualnie poprawić lub tego unikać, oraz na czyny popełniane pod wpływem przemęczenia czy innych nadmiernie intensywnych emocji; wydaje mi się, że sama mam w takich wypadkach raczej skłonność do dawania szans i zakładania, że ktoś coś zrobił niechcący niż złośliwie. Ale są też sytuacje, w których mam spore wątpliwości już przy szansie numer dwa. Jakiś rok temu przekazałam kilkorgu znajomym (katolikom) pierwszą połowę informacji „rozwodzę się i mam dziewczynę”. Po reakcji niektórych na tę wieść już mi się nie chciało z nimi kontaktować, więc się nie odzywałam pierwsza. Większość z nich też nie bardzo, co rozwiązuje problem.
    Poruszyłeś ciekawy temat: dawanie ludziom pieniędzy na terapię. Kiedyś nie wzięłam, bo jak to później rozliczyć? Jeśli dana osoba nie pójdzie na terapię, to sprawa jest jasna. Ale jeśli pójdzie, to, abstrahując od ewentualnych paragonów za wizyty czy zaświadczeń z pieczątką, jak skontrolować, czy osoba, której dałeś pieniądze na terapię, pracuje na niej, jak powinna? „Dałem ci N pieniędzy na terapię, żebyś przestała wykazywać zachowanie XYZ i zastąpiła je zachowaniem ABC, a już trzeci raz w tym miesiącu cię przyłapuję na XYZ. Oddaj N/2 pieniędzy”. A rzeczonej osobie nie po drodze Ci oddawać N/2, bo, jak wnoszę, nie dawałbyś jej pieniędzy, gdyby ją samą było stać na terapię bez konieczności rezygnacji z innych ważnych dla niej wydatków.
    6. (i) Nie wiem, czy dobrze zrozumiałam, o co chodzi w pogrubionym tekście, więc przepraszam za ewentualną złą interpretację. (ii) Istnieją rzeczy, które innym wybaczam łatwiej niż sobie. Istnieją też zapewne takie, które na odwrót. Ale zazwyczaj po jakimś czasie jedno i drugie mi przechodzi. (iii) Przepraszam nadliczbowo zwykle wtedy, kiedy jestem mocno wkurzona lub zagubiona. Gdy w tym stanie jestem w mieście, coś mi upadnie na chodnik i ktoś mi to poda, przepraszam tego kogoś najmocniej jak potrafię (za kłopot, że musiał podnosić), bo nie mam najmniejszej ochoty na stosunki interpersonalne z obcymi w tym momencie. Wydaje mi się to dość nieszkodliwe, bo, choć zachowuję się niestandardowo, pozostaję w granicach dobrego wychowania. (iv) O niekrzywdzeniu ludzi, które dotyczy również samego siebie, myślę czasami, że a po co, skoro nikogo innego nie krzywdzę. Ale zwykle przestaję o tym myśleć pod wpływem zjedzonego obiadu, przespanej nocy czy wyjazdu na weekend.
    7. @trzechsetna mijająca depresja (będzie siła języka, której miało nie być, ale to cytaty opatrzone komentarzem i napisałam to już wcześniej. Następnymi razami postaram się unikać). Mój dzień roboczy ostatnio wygląda mniej więcej tak:
    Dziewiąta z minutami – docieram na miejsce. Z radością biorę się za robotę, gdyż lubię swoją pracę.
    Powiedzmy – koło południa, powiedzmy – coś nie wyszło: „Jestem beznadziejna. Do niczego się nie nadaję. Nic mi nigdy nie wychodzi (wyszło we wtorek – przyp. autora). O ja biedna. Skoro jest tak strasznie i na nic nie mam wpływu, to może chociaż sprawię sobie drobną przyjemność”. Robię sobie drobną przyjemność w postaci przerwy śniadaniowej. Śniadanie, oczywiście, pomaga.
    Powiedzmy – koło trzeciej, powiedzmy – coś wyszło: „Może jednak nie jestem taka beznadziejna. Czasem mi coś wychodzi. Może nawet całkiem często mi wychodzi. Częściej niż nie wychodzi. Może jednak czeka mnie świetlana kariera”.
    Powiedzmy – koło piątej, powiedzmy – znów coś nie wyszło: wkurzam się. Jestem tak wściekła, że mi zaraz coś odpadnie. Nie mam siły się dłużej wkurzać. Więc kończę się wkurzać i biorę się dalej za robotę.
    Wpół do siódmej, niezależnie czy wyszło: Rozprawiam o własnym stosunku do drugiej cnoty teologalnej. Nie mam siły na wkurzenie. Postanawiam oczyścić umysł z myśli i wykonać tylko te czynności, które są niezbędne na dziś.
    Trochę później: umysł jest już oczyszczony z myśli, oprócz tych poświęconych sytuacji na drodze, a układ limbiczny z emocji. Postanawiam szlaban na komputer, bo pisanie mi szkodzi.
    Jeszcze trochę później: robię obiad, przy okazji cośtam sprzątając, i go zjadam, czytając książkę. Stan psychiczny diametralnie się poprawia.
    Dziewiąta: Stwierdzam, że może jednak coś napiszę, bo nienapisane teksty szkodzą tak samo jak pisanie.
    Dziesiąta wzwyż: Porzucam rozpoczęty tekst, bo pisanie szkodzi między innymi tym, że zajmuje czas. Czynności organizacyjne, spacer z psem (jeśli jest pies), karmienie kota (jeśli jest kot), siłownia miejska, czynności higieniczne, spanie.
    System nie jest idealny, zawiera trochę niepotrzebnych elementów i żaden psycholog by się na niego nie zgodził w takiej formie, ale #umniedziała i jest systemem samoregulującym, więc nie chcę nic w nim ruszać, bo mógłby się zepsuć lub na przykład stracić samoregulowalność. Pamiętam notkę o nieśmiertelności i zdaję sobie sprawę, że system może przestać działać sam z siebie, nawet jeśli nic przy nim nie ruszać. Zaczął działać dość niedawno, po weekendzie u kolegi w innym mieście. Niemal na pewno padnie na zimę i trzeba będzie wtedy wymyślić nowy.
    Pamiętać należy, że pomyłka to nie koniec świata, bo (i) niekoniecznie oznacza, że wszystko się spieprzyło (ii) nawet jeśli się spieprzyło, to w mojej pracy w zasadzie nie ma rzeczy, których by nie można zrobić od nowa (iii) czasem z pomyłki wyniknie coś ciekawego, na co by się nie wpadło, gdyby się od początku zrobiło dobrze. Trzeba pamiętać o potrzebach fizjologicznych, nawet w największym pośpiechu i nawet jeśli sobie myślisz „nie zasługuję na obiad, bo jest z późno” czy „nie zapracowałem/am na urlop, który i tak mnie przeraża złożonością organizacyjną”.
    8. Niewykluczone, że mam problem na odwrót, tzn. za dużo zawracam ludziom głowę. W sklepie raczej zapytam sprzedawcę, gdzie co leży, żeby szybciej znaleźć i wyjść z tego ogłupiającego miejsca, niż będę szukać sama do skutku. Chyba że mam ambicje związane z daną czynnością. Sporo mi zajęła nauka przechodzenia przez drzwi, jak mnie przepuszczają, i dawania rzeczy do poniesienia, gdy ktoś mi to proponuje (zbiór notek o szafce z ikei do tego zachęca). Słoików do odkręcenia nadal nie oddaję, chyba że miałabym problemy zdrowotne uniemożliwiające odkręcanie słoików. Ale może to dlatego, że się nasłuchałam kiedyś w życiu, że „feminizm się kończy, jak trzeba włożyć walizkę na półkę w pociągu”. No więc mój się nie kończy, zwłaszcza że ktoś mi może potem za to wciągnięcie walizki wystawić rachunek.
    9. A z tym punktem się nie zgadzam. Jestem nieuleczalnie wyjątkowa, a jeśli ktoś to podważa i mnie do tego przekona, to zaburza mój obraz świata, co rzutuje na poczucie bezpieczeństwa. (Poczucie bezpieczeństwa oraz własnej wyjątkowości zazwyczaj wracają po obiedzie lub przespanej nocy). Z drugiej strony – być może pomału się uczę własnej niewyjątkowości w sytuacjach typu „wszystkim jest zimno, nie tylko tobie, więc się trzeba podzielić dostępnymi swetrami, a nie wkładaj wszystkich na siebie”.
    Nie widzę niczego nobilitującego w tym, że jestem najlepsza w byciu sobą, bo bycie mną ma, jak bycie każdym innym, dobre i złe strony. Chodzi raczej o to, żeby rozwijać dobre strony i ograniczać złe, na ile to możliwe. Nie widzę nic złego w stwierdzeniu „chciałbym być taki jak Zyzio pod takim czy innym względem”, po czym pójściu do Zyzia i spytaniu, jak on to robi, a następnie próbie implementacji usłyszanych porad. Nie wszystko mi się uda i nie do wszystkiego mam predyspozycje, ale mogę nadrabiać czymś innym, również cechami, których nie ma Zyzio.
    10. Zgoda. A siedmiolatek w Chinach nie umie robić pięciu innych rzeczy, które Ty umiesz.
    Ogólnie lista ciekawa i się zgadzam, tylko wydaje mi się taka… mocno psychologiczna, zwłaszcza ostatnie punkty. Boję się psychologów, wydają się strasznie poważni, że nie można z nimi żartować ani pozwolić sobie na choćby chwilę słabości polegającą na „niepsychologicznym zachowaniu” (typu wspomniane mówienie „jestem beznadziejna” przed obiadem). Wydaje się, że psychologia z drugiej ręki wchodzi mi znacznie lepiej. Raz uczestniczyłam w terapii grupowej, co z różnych przyczyn było zdecydowanie nieudanym doświadczeniem. Zarazem, jeśli dobrze rozumiem, jesteś raczej pozytywnym przykładem działania psychoterapii.
    Czy byłoby bezczelne z mojej strony, gdybym Cię spytała, czy napisałbyś notkę o zasadzie działania psychoterapii?
    Od siebie bym dorzuciła do listy: gdy na ciebie krzyczą, staraj się zrozumieć lub dopytać, o co właściwie im chodzi, a potem ewentualnie poprawić swoje postępowanie, a jeśli nie potrafisz, obrócić je w żart. I jeszcze: nie stosować zasady „nie użalaj się nad sobą” (w domyśle: bo nie jesteś wart(a), żeby się tobą zajmować), tylko użalić się jednorazowo, najlepiej w sposób nieszkodliwy dla otoczenia, a potem dalej robić swoje, ewentualnie wyciągnąwszy wnioski.
    PS2 Bynajmniej się mylisz. Zdjęcie jest związane z celnym rzutem siekierą w Zenka.

    • Ray Grant

      Komentarz wpadł do spamu, Thanks, Ob… Disqus.

      Lista jest psychologiczna, bo uprawiam autoterapię przy jej pomocy. Jestem świetny zarówno w oszukiwaniu samego siebie, omijaniu obietnic złożonych samemu sobie, jak i w zapominaniu niektórych rzeczy tak po prostu. Kiedy pani psychiatrka powiedziała mi, że nie da się dla mnie nic więcej zrobić lekami, po wyjściu z szoku podziękowałem jej za bezpośredniość. Ona zaś odparła, że mówią mi to od kilku miesięcy, tylko nie słucham, więc musiała wyrąbać bez ogródek.

      Kazałem Ci pisać 😉 więc cieszę się, że to robisz i czujesz się na tyle komfortowo, żeby się dzielić odczuciami i opiniami, dziękuję!

      „Poruszyłeś ciekawy temat: dawanie ludziom pieniędzy na terapię. Kiedyś nie wzięłam, bo jak to później rozliczyć? Jeśli dana osoba nie pójdzie na terapię, to sprawa jest jasna.” Tylko o to chodziło. Przecież nie wlezę do gabinetu, żeby sprawdzić, czy o wszystkim mówi. Mówiła, że nie ma pieniędzy na terapię, dostała te pieniądze, nie poszła. Zachowania ABC i XYZ to już nie moja broszka.

      Moje przepraszanie dotyczy głównie chorób ciała i umysłu, jak napisałem. Nie znaczy to, że nigdy za nic więcej nie przeproszę, oczywiście (patrz punkty 1 i 2).

      Jeśli chodzi o walizkę i pociąg, ja w tym na pewno nie pomogę i przezwyciężyłem już wstyd, jaki mnie ogarnia, kiedy szczupła dziewczyna niesie moją walizę, a ja sobie idę obok. Maczyzm kończy się wtedy, kiedy uszkodzę sobie kręgosłup 😉 (emotka, bo mam jednakowoż nadzieję, że mój skończył się nieco wcześniej)

      Przekonanie o mojej wyjątkowości kilka razy mnie o mało nie zabiło. Nie chodzi ani o to, że wszyscy jesteśmy identyczni, ani o to, że JA OSOBIŚCIE jestem najwyjątkowsiejszy na świecie. Ale na przykład bardzo dużo osób z depresją uważa, że antydepresanty są dla innych, a na takową osobę albo nie zadziałają, albo są oznaką słabości, albo – ostatnio usłyszane – „nie zasługuję na nie”.

      Notkę o zasadzie działania psychoterapii mogę napisać, tylko nie będzie tam mądrych skrótów i terminów, bo ich nie znam 🙂 możliwe, że przepuszczę notkę przez znajomą psycholożkę, a ona mi dopisze akronimy.

      A gdy ktoś na mnie krzyczy, proszę uprzejmie o zmianę tonu głosu, jeśli krzyczy dalej, odkładam telefon lub wychodzę z pomieszczenia.

      Pozdrawiam i dziękuję za komentarz 🙂