Za profesorą Moniką Płatek:

O tym, czy prawo działa przekonujemy się, gdy przepis i życie się rozchodzą. I jeśli wtedy brak procedur postępowania, które ukrócają mobbing i molestowanie w zarodku, to pracodawca, który o tym wie i nic nie robi – jest winny i powinien słono za to bulić.

Jeśli profesor łapie za biust studentkę i ona zostaje z tym sama, to wszystkie teksty prawne o niedyskryminacji nadają się z braku toaletowego na papier do kibla. Nie inaczej jest w telewizji i w każdym innym miejscu pracy, gdzie są zależni, podwładni i władni. Redaktor wrzeszczy, obraża się temperamentnie i sprawia, że przed spotkaniem z nim chce nam się rzygać i nie inaczej jest po spotkaniu. Mamy mdłości i wstręt do pracy bo czeka nas jego wrogość, rozbuchane ego, agresja, arogancja, obleśne teksty i gesty. I ciągnie się to miesiącami pomimo, że idziemy z tym do zwierzchnictwa i prosimy, by z tym skończyło. Proponują nam, byśmy zamiast tego skończyli z sobą, znosili lub zmienili pracę. Redaktor więc dalej „wyróżnia” i wybiera. Zaliczy, jeśli zaliczy… też i z uczelni znane.

Pierwszy raz świadkiem dyskryminacji byłem podczas studiów. Pan profesor prowadził ostatnie zajęcia przed egzaminem. Na koniec rzucił: „Panowie niech przyjdą przygotowani, a panie niech przyjdą w krótkich spódniczkach”. Tu zrobił przerwę na chóralny wybuch śmiechu. Sala odpowiedziała mamrotem „heee… heee?” Pan profesor, niezadowolony z efektu, dodał dobitnie „…bo przecież wiadomo, że się nie nauczą.” Kurtyna.

Nie zgłosiliśmy tego nigdzie. Pan profesor był na uczelni grubą szychą. Istniała możliwość, że sam będzie rozpatrywać skargę na siebie. My byliśmy wystraszonymi studenciakami, bojącymi się, że nie zaliczą egzaminu. Płeć męska wytrwale i twardo się uczyła. Płeć żeńska też. Ale na wszelki wypadek dziewczyny przyszły w krótkich spódniczkach. Chcieliśmy skończyć te studia.

Jeden kolega nie skończył studiów w terminie. Pewna koleżanka, nazwijmy ją Lola, bardzo się profesorowi podobała. Wywęszył, że chłopakiem Loli jest Zenio. Zenio oblał pierwszy termin, oblał drugi, powtarzał rok. Nie wiem, co się z nim ostatecznie stało, bo skończyłem studia i kontakt się urwał.

A potem to ja stałem się ofiarą mobbingu w pracy.

Czytaj dalej

Telewizja rozpieszcza nas dwubiegunowców w ostatnich czasach. Tym razem brytyjski Channel 4 zaprezentował nam godzinny film dokumentalny „Being Bipolar”, w którym terapeutka Philippa Perry upiera się dowieść, że powodem choroby dwubiegunowej jest trauma z dzieciństwa.

Trójka bohaterów to: Paul, na początku w silnej manii, z Chad I; Ashley, który oprócz ChAD cierpi na bliżej niezidentyfikowane schorzenie „ze spektrum autyzmu”; Sean, pani koło 50, z ChAD II. Ashley i Sean zażywają leki, co do Paula, pytanie nie pada. Terapeutka wypytuje wszystkich o to, czy nie mają jakichś traum w dzieciństwie i otrzymuje odpowiedzi: nie, absolutnie, w żadnym stopniu. U Ashleya choroba zaczęła się rozwijać już około drugiego roku życia. Sean stwierdza wręcz, że „od trzydziestu lat zastanawia się nad tym” i nic nie umie wymysleć. Ale szybko dowiadujemy się, że pani Perry nie należy do osób poddających się łatwo.

W programie pojawiają się dwa wywiady z ekspertami. Pierwszym jest Dr Joanna Moncrieff, osoba znana między innymi z tego, że jej zdaniem „medykalizujemy dwubiegunówkę i przepisujemy leki na zwykłe górki i dołki”, założycielka Critical Psychiatry Network i przeciwniczka leków. Pani Moncrieff zdołała nawet udowodnić, że lit — podstawowy lek w terapii dwubiegunówki — w ogóle nie działa, a zgoła pogarsza stan stosujących lek. W programie pani doktor informuje oglądających, że leki w ogóle niczego nie zmieniają, służą wyłącznie jako zamienniki narkotyków zmieniających świadomość, a chorzy zażywają je, żeby się pozbyć zupełnie normalnych uczuć „i ona nie wie, czy to na pewno dobrze”. Zdróweczko pani doktor. Wypada życzyć, żeby kiedyś doznała pani takich górek i dołków, tudzież normalnych uczuć. Dobór Moncrieff do programu jest tym, czym byłoby zaproszenie AstroMarii do programu o szczepionkach.

Drugi ekspert, którego nazwiska nie pomnę, to pan o twarzy łudząco podobnej do sera, który bardzo długo i zawile odpowiada na pytanie, czy dwubiegunówka jest chorobą genetyczną. Skrócona wersja odpowiedzi brzmi „nie”, co ekspert popiera faktem, że w przypadku, gdy jeden z rodziców ma BP, prawdopodobieństwo odziedziczenia choroby przez dziecko to tylko 1/10. Cóż, prawem naukowca jest udzielanie skomplikowanych odpowiedzi, prawem telewizji jest zmuszenie go do postawienia się po stronie „tak” lub „nie”. Odpowiedż pani Philippa interpretuje jako „aha! więc jednak traumy!” i wysyła Sean na sesję terapeutyczną.

W międzyczasie oglądamy Ashleya, jak siedzi na krześle, kiwając szybko głową, jak w chorobie sierocej, tudzież wije się po kanapie z twarzą w dłoniach, Paula, który celuje laską w ścianę tłumacząc, że będzie z niej strzelał laserem. Do połowy filmu nie pada informacja, że Ashley choruje NIE TYLKO na ChAD, dzięki czemu nieuważni widzowie zapamiętają, że dwubiegunowcy siedzą na krześle i kiwają się do przodu i tyłu, wytrzeszczając przy tym oczy. Aż dziwne, że w ogóle poinformowano oglądających o fakcie istnienia BP1, BP2, cyklotymii i BP NOS (choć bez wytłumaczenia, co to wszystko znaczy).

Pod koniec filmu Philippa Perry, której temat kompletnie wymknął się spod kontroli odbiera Sean od terapeutki, sesja z którą była wielkim sukcesem. Panie padają sobie w ramiona. Ashley założył zespół z dwójką poznanych panów. Paul jest w depresji podobnej bardzo do mojej, to znaczy mówić może, ale energii w nim niewiele. Film kończy się bez wniosków, bez sensownego podsumowania, bez pokazania, czym tak naprawdę jest życie osoby z dwubiegunówką. Główne przesłanki, jakie wynosimy z oglądania dokumentu to: „leki nie działają” oraz „dwubiegunowcy sami są sobie winni, bo powinni się wziąć w garść i iść na terapię”. Gratuluję paniom Perry i Moncrieff tak wspaniałej współpracy.

Teraz czekam, aż TVN nakręci odcinek „Tabu” o dwubiegunowcach. Może dowiemy się z niego, że lit powoduje autyzm, a antydepresanty to odmiana heroiny?

PS. Tu po angielsku Claire Gillespie zastanawia się nad tym samym, co ja.

Zdjęcie: „Being Bipolar”, Channel 4

7 kwietnia między 15:15 a 16:30 zostanę Holendrem.

Kiedy przyjeżdżałem tu we wrześniu 2006, byłem okropnie cięty na Polskę i odgrażałem się, że wystąpię o obywatelstwo kiedy stuknie mi 5 lat i jeden dzień pobytu. Tak się nie stało. Po części dlatego, że uwierzyłem, że tu mieszkam i nikt mnie nie wyrzuca; po części w związku z dwubiegunówką — wiedziałem już wtedy, że tracę pracę w starej firmie i nie chciałem wydawać pieniędzy na opłatę za obywatelstwo. (Premier Rutte podniósł ją w ciągu dwóch lat z 250 do 821 euro, co jest tylko jednym z powodów, dla których niecierpliwie czekam na wybory.) Tak się jednak złożyło, że pieniądze się pojawiły, mniejsza o to, jak (legalnie, w każdym razie) i ze Zbrojmistrzem uznaliśmy, że warto zainwestować i upewnić się, że tutejsi naziole nie będą mogli mnie stąd w żaden sposób usunąć.

Wizja ta nie jest do końca nieprawdopodobna. W ostatnich miesiącach notowania rządzącej VVD spadły do takiego poziomu, że o wygraną w ewentualnych wyborach (które, o ile nie nastąpi nic niespodziewanego, będą miały miejsce w 2017) walczą VVD (liberałowie), D66 (demokraci, którzy są wszystkim tym, czym SLD nie jest) i PVV — partia, ujmijmy to delikatnie, prawicowa. Lider tej ostatniej, Geert Wilders zasłynął wieloma rzeczami, między innymi stworzeniem pełnego przekłamań filmu „Fitna”, mającego pokazać, jak bardzo muzułmanie nienawidzą niewiernych, oraz zadaniem dramatycznego pytania podczas zlotu kolegów z partii — „czy chcemy więcej Marokańczyków, czy mniej?” na co rozochoceni kolesie odpowiedzieli chórem „mniej! mniej! mniej!”. Pechowo, dla nich rzecz jasna, zarejestrowała to kamera. Co dziwne, notowania PVV ani nie wzrosły, ani nie spadły, a zwolennik rządów białej rasy, Wilders jest pół-Indonezyjczykiem i farbuje sobie włosy na kolor kurczaczkowy. Z jakiegoś powodu jego zwolennicy nie mają z tym problemu. Niemniej jednak włosy włosami, ale szansa, że farbowany blondas zostanie premierem istnieje (o ile uda mu się zbudować koalicję). A jednym z jego celów jest pozbycie się z Holandii Marokańczyków, Rumunów, Bułgarów, Polaków (na których temat co jakiś czas się wypowiada) i generalnie wszystkiego, co nie jest aryjskim blondynem od urodzenia szprechającym w języku taal.

Dzięki paszportowi, o który wolno mi wystąpić 6 dni po uzyskaniu obywatelstwa, pan Wilders będzie mi mógł nafiukać. Ale są i inne pozytywy. Ominie mnie na przykład konieczność dokonywania wyboru między kandydatami Komorowskim, Dudą, Ogórek i Jarubasem (nie do końca wierzę w uzyskanie stu tysięcy podpisów przez pozostałych, no, powiedzmy, że Palikotowi się uda). Nie będę musiał głosować na SLD, czy inne Europy Plus Twoje Ruchy, bo Zielonym znów nie uda się zarejestrować list. Już wyłącznie w ramach humoru zeszytów szkolnych będę czytał, co powiedziała poseł Pawłowicz i co na to odparł poseł Niesiołowski.

Kasper the Friendly Kowal zapytał mnie, po co mi właściwie paszport niderlandzki i bardzo się zdziwił odpowiedzią, która brzmiała: chcę przyłożyć rękę do wykopsania Marka Rutte z fotela premiera. Rutte stanowi skrzyżowanie osobowości Leszka Millera z poglądami Korwina (tyle, że bardziej wyględne). Ciężko pracuje nad rozmontowywaniem państwa socjalnego, którym jest Holandia i odnosi — niestety — liczne sukcesy. Jego koalicjantem jest PvdA, Partia Pracy, która pod wodzą Diederika Samsoma wykonała woltę godną SLD, mianowicie wystartowała w wyborach z programem socjalno-lewicowym, po czym weszła w koalicję z liberałami i zaczęła grzecznie przyklepywać ich pomysły. Samsom, tchórz i oportunista, schował się na wszelki wypadek w cieniu i na stanowisko wicepremiera wystawił Lodewijka Asschera, którego słyszałem na własne uszy w radio, kiedy perorował o tym, jak Polacy zabierają pracę Holendrom. Ta próba sięgnięcia po głosy wyborców PVV okazała się kompletnym niewypałem i aktualnie PvdA ma 40% poparcia, które uzyskała w wyborach, a ja dziwię się, że zostało im aż tyle.

Polska pozostanie krajem mi drogim z powodów oczywistych: tam mieszka moja rodzina, mam tam przyjaciół i znajomych, tam uczyłem się początków kowalstwa. Poza tym, można tam zrobić tanie zakupy. nowe tatuaże za 10% ceny holenderskiej i najeść się porządnego żarcia — z biegiem lat nic się nie zmieniło i Holendrzy nadal nie umieją gotować. Ale nie ma się co oszukiwać — po 8.5 latach pobytu w Holandii żaden ze mnie ekspert na temat polskiej polityki, ekonomii czy rynku mieszkaniowego. Czytam Wyborczą i nie znam osobiście żadnego wyborcy PiS, zatem mój punkt widzenia na sprawy polskie jest w najlepszym wypadku ograniczony. W związku z tym planuję rzadziej się wypowiadać na temat polskiej polityki. Wielkiej straty, jak sądzę, nie będzie.

Na koniec jeszcze coś: okropnie mnie denerwują wpisy na forach o mniej więcej takiej treści: „Cham Komoruski wypędził młodziesz s kraju .Pszes rzondy PO wyjechały dwa milijony za hlebem .Tylko Duda i PiS mogom uratować Polske pszed dżenderem i Rzydami !” Otóż nie, moi drodzy, NIE wyjechałem za chlebem, w Polsce zarabiałem przyzwoicie i było mnie stać właściwie na wszystko, czego mi się tylko zachciało. Wyjechałem, bo miałem dość osób piszących takie pierdoły, ministra edukacji Giertycha, premiera Kaczyńskiego, braku ustawy o związkach rejestrowanych, że o równości małżeńskiej nie wspomnę. Miałem dość alternatywy pod postacią SLD, publicystów w typie Terlikowskiego i Zdorta, Trujki udzielającej miejsca na antenie panu, który ciężko żałował, że jak pobije pedała, to go ukarzą jak za pobicie człowieka, „Wprost” i tym podobnych czynników. Wystąpienie o obywatelstwo niderlandzkie nie wymagało ani chwili zastanowienia, skoro alternatywę stanowiła zbrodnia smoleńska, wyciąganie pieniędzy z OFE, które przecież miały być takim dobrym pomysłem, kredyty we frankach szwajcarskich, protesty górników, KRUS, emerytury policyjne od 35 roku życia, polska państwowa służba zdrowia i zasiłek dla dwubiegunowca wysokości 520 zł (możliwe, że do tej pory wzrósł i wynosi np. całe 600 zł, nie chce mi się sprawdzać). Mając do wyboru (jeszcze wtedy) Tuska lub Kaczyńskiego, wybrałem Ruttego. A teraz zadbam, żeby za długo już nie porządził.

Foto: Mark Rutte, zdj. Nick van Ormondt

Oczywiście oglądacie wszyscy „Na dobre i na złe”, prawda? I nie przegapicie żadnego odcinka? Od razu wiedziałem. Ja też nie, pod warunkiem, że dotyczy on choroby dwubiegunowej i dobra dusza (całusy) podeśle mi linka do strony internetowej, gdzie (z pewnością legalnie) można go obejrzeć.

W serialu pan Jan zadręcza swoją żonę coraz to nowymi pomysłami na biznes, od hodowli strusi przez restaurację aż do zakładu pogrzebowego. Nie przyjmuje leków, odmawia leczenia szpitalnego. W kuchni szpitalnego barku przyrządza smakowite potrawy, albowiem jak wiadomo każdy szpital jest zobowiązany wpuszczać do kuchni obce osoby bez aktualnych badań. Gdy żona sama ląduje w ślicznym szpitalu, gdzie wszystko jest czyściutkie i błyszczące – wskutek wybicia szyby przez pana Jana, którego, zdesperowana, zamknęła za oszklonymi drzwiami małżonka sama doznała ran ciętych – ten ucieka lekarzom, słyszy dziwne odgłosy, mamrocząc „to jest wszystko bardzo proste” wspina się na rusztowanie, gdzie szczęśliwym przypadkiem zaraz za nim wchodzi psychiatra, po czym wreszcie dzięki staraniom straży pożarnej i (nadzwyczaj przystojnego) lekarza dociera na dół i zostaje oddany w troskliwe dłonie izby szpitalnej. Małżonka wyznaje doktor Agacie, że wytrzymuje z nim, ponieważ bardzo go kocha.

Nie mam się specjalnie co czepiać walorów medycznych pokazanego przypadku. Tak się szczęśliwie składa, że pan Jan cierpi na ChAD typu I i jest w stanie kwitnącej manii, niestępionej żadnymi medykamentami. Wszystko, co pokazano w odcinku mogło wydarzyć się naprawdę, chociaż naprawdę trudno mi wyobrazić sobie, jak szpitalna kucharka zaprasza pana Jana do przyrządzania potraw w jej kuchni. Pan Jan poznał mnóstwo ludzi – potwierdzam, sam w hipomanii staję się ekstrawertykiem i niczego nie pożądam bardziej, jak kontaktu z bliźnimi. Wpadł na pomysł rozkręcenia biznesu – ja też. Zmaksował karty kredytowe – ja akurat nie, ale wydawanie mnóstwa pieniędzy, których się nie posiada jest objawem typowym. Próba samobójcza – cóż mogę rzec, chociaż dość szybko pan Jan przeszedł z fazy „wszystko jest fajne” do „to jest wszystko bardzo proste, dawajcie mi rusztowanie”. Ja nie wychodziłem przez zamknięte drzwi, ale to głównie dlatego, że nikt mnie nie usiłował zamykać, a w szpitalu wylądowałem za własną zgodą (choć mam wrażenie, że bez zgody też by mnie tam wsadzono, tylko nie na oddział dla łatwych przypadków).

To, o czym odcinek serialu nie wspomniał: choroba dwubiegunowa ma DWA bieguny, a pomiędzy nimi jest mnóstwo wolnego miejsca. To, co zobaczyliśmy, było ekstremum. Drugiego ekstremum nie było sensu pokazywać, bo pacjent w głębokiej depresji głównie leży w łóżku i czeka na śmierć, na żadne rusztowania nie włazi i nie zakłada restauracji. Tym bardziej nie było sensu pokazywać stabilności, ponieważ chory na ChAD potrafi spędzić miesiące – ba, lata – zachowując się zupełnie zwyczajnie. I właśnie to mam za złe serialowi, w którym kolejne śliczne lekarki zaskakiwały przystojnych strażaków komunikatem „na rusztowaniu jest CHORY PSYCHICZNIE”. Mujborze! CHORY PSYCHICZNIE wlazł na rusztowanie i na pewno zaraz skoczy, pani Goździkowa, pani wie jacy są ci CHORZY PSYCHICZNIE, prawda? No dobrze, powiedzmy, że w momencie ze strażakami się czepiam, bo wiadomo, że trzeba im prędko wytłumaczyć, żeby ściągnęli pana Jana na dół bez roztrząsania zawiłości sytuacji, ale ten komunikat przewijał się w odcinku częściej.

Nigdy nie miałem pod ręką rusztowania, ale w fazie manii miałem plan rozkręcenia mordobicia w zabawowej części Amsterdamu i wcale mi nie zależało, żeby w tej bójce zwyciężyć, po prostu chciałem, żeby się działo. Na szczęście zanim do tego doszło, wylądowałem w szpitalu, gdzie bardzo szybko zmieniono mi leki. W odróżnieniu od pana Jana, leki biorę zawsze, nie pamiętam, czy w ostatnim roku zdarzyło mi się zapomnieć choćby raz, ale raczej nie. Moja choroba osiągnęła stadium ekstremalne pomimo leków, co więcej, na zmiany reagowałem odwrotnie – im mniej antydepresantu, tym głębsza mania. Ale nikt nie konferował o mnie obniżonym głosem, wskazując mnie palcem i szepcząc, że tam oto siedzi CHORY PSYCHICZNIE. Może trzeba było wleźć na rusztowanie…?

Podobnie jak pan Jan cieszę się posiadaniem ukochanego mężczyzny, który trwa u mojego boku niezależnie od tego, jak się czuję i co wyczyniam. Sytuacja ta jest nietypowa. Choroba dwubiegunowa rzeczywiście potrafi wprowadzić gigantyczny chaos w życie rodzinne. Wydawanie pieniędzy, hiperseksualność, rozkręcanie biznesu hodowli żółwi, bo akurat tak mi wpadło do głowy trzy minuty temu i już rozmawiam z bankiem o kredycie – to nie są rzeczy łatwe do zniesienia. Wzorem pana Jana, ja również mam ChAD typu I. Zdarzało mi się robić rzeczy niebezpieczne (głównie dla mnie), uprawiać seks w dziwnych miejscach i z osobami wysoce do tego niewskazanymi, projektować do trzeciej w nocy naprawdę ładne rzeczy. Z drugiej strony zdarzało mi się też leżeć na kanapie patrząc w sufit przez 16 godzin dziennie, a potem wlec się do łóżka. O depresyjnej stronie ChAD nie wspomina ani serial, ani małżonka (która nawiasem mówiąc łże, iż mąż cierpi na Gravesa-Basedowa, żeby uniknąć przyznawania się publicznie do choroby psychicznej) – pan Jan wydaje się być wyłącznie w ciągłym stanie manii. Ale na moim ulubionym forum dwubiegunowcy z uregulowaną sytuacją rodzinną stanowią zdecydowaną mniejszość. Niektórym związki się rozpadły, niektórzy nie mają odwagi w ogóle spróbować, bo kto zechce CHOREGO PSYCHICZNIE.

O swojej chorobie piszę publicznie, ponieważ uważam, że nie mam się czego wstydzić. Nie jestem pewien, czy serial „Na dobre i na złe” pomógł postrzeganiu dwubiegunowców w społeczeństwie. Nie chciałbym, żeby pewnego dnia podczas rozmowy o pracę przyszły szef powiedział mi, że w wyszukiwarce znalazł informację o mojej chorobie, a dobrze wie, że bipolary włażą na rusztowania i gotują w szpitalnych kuchniach, bo widział w telewizji. Szkoda, że motyw pana Jana został potraktowany jako „dziwadło tygodnia” – pociągnięcie go przez dwa, trzy odcinki mogło wiele dla polskich ChAD-owców zdziałać. Ale serial „Na dobre i na złe” nadaje TVP, a przecież wiadomo, że państwowy nadawca nie musi widzów niczego uczyć. Dlatego właśnie nie trzeba płacić abonamentu… eee… bardzo państwa przepraszam, bardzo.

PS. Na aktualnych lekach hipomanię miałem raz, przez godzinę, najdziwniejszą rzeczą, jaką zrobiłem było tańczenie na pustej ulicy do „Graffiti Heart” Madonny. Nie założyłem restauracji i niczego nie ugotowałem, ale kto wie, co zrobię następnym razem…

PS2. „Dwubiegunówka dla początkujących” jest w trakcie tłumaczenia na polski.