Widzę, że w zeszłym roku nie pisałem o świętach, pisałem za to o tym, że po świętach o mało nie przeniosłem się z życia doczesnego do wiecznego. Po tym wyznaniu zapewnie nie zaskoczy Was, że okres bożonarodzeniowy nie jest moim ulubionym.

Rodzinne święta zamieniły się najpierw w rozpad rodziny atomowej, za sprawą ciotki-homofobki zestawionej ze mną, niechętnym do udawania w święta, że fakt, że mój chłopak nie ma wstępu do jej domu jest w porządku i nie psuje mi nastroju. Potem zmarła Babcia i zrozumiałem, że świąt, które kochałem, nie będzie już nigdy. Bo kochałem ten rodzinny harmider przy wielkim stole, Babcia u szczytu, Mama, ciotka, kuzynostwo, przekrzykiwanie się nawzajem (ale nie telewizora — wywalczyłem wyłączanie pudła!), rozpakowywanie prezentów, wielką choinkę. Babci już nie ma, prezenty przestaliśmy wręczać sobie dwa lata temu, choinka ma 50 cm i po świętach chowa się ją do piwnicy. W Wigilię zeszłego roku o 14 mój średni brat już musiał iść, bo dwójka małych dzieci i druga rodzina do obskoczenia, tak więc została nas trójka — Mama, ja i brat młodszy. Ciotka spędzała wigilię kompletnie samotnie, bo nawet jej dzieci nie miały ochoty jej zaprosić. Mama, uzyskawszy moje (hłe, hłe) błogosławieństwo, zadzwoniła i zapytała, czy ciotka nie miałaby ochoty dołączyć, ale nie, nie miała. Co będzie z pedałem przy stole siedzieć.

27 grudnia, w dniu powrotu, o mało nie dołączyłem do grona diabełków, zaś 28 podjąłem decyzję, że w 2012 nie będę jechać do Polski na święta. I nie pojechałem. Nie wiedziałem zupełnie, co z tym zrobić, nawet nie wiedząc, że będę się zmagać z lekami na dwubiegunówkę, niezdolnością do pracy i kredytem mieszkaniowym, ale wiedziałem, że nie pojadę. Wiedziałem jednak, że na pewno chcę zachować jeden drobiazg: barszczyk z uszkami. Zawsze na wigilię jadłem barszczyk z uszkami. Przyjaciółka obiecała przysłać barszczyk w proszku, uszka zrobić umiem, tak więc czekałem cierpliwie, aż w piątek wieczorem musiałem pogodzić się z myślą, że poczta nawaliła. Łudziłem się jeszcze w sobotę, ale w sobotę też nic się nie zmieniło. I w ten sposób stanąłem przed perspektywą spędzenia Wigilii w sposób 100% odmienny od wszystkiego, co ten wieczór kiedyś dla mnie oznaczał.

Przyznam, że weekend spędziłem w nastroju pod psem, do czego dołożyły się leki. Leki właśnie zmieniły się z generyku na nie-generyk i wbrew temu, czego możnaby się spodziewać, zadziałały gorzej, zamiast lepiej, powodując wahania nastroju co 1-2 godziny. Stresy świąteczno-bankowe nie pomogły. Trzymałem się kurczowo myśli o barszczyku jako ostatniej lubianej tradycji przywiezionej z Polski, a kiedy barszczyk padł na polu walki z pocztą, uznałem, że po prostu Boże Narodzenie i ja nie idziemy w parze. Pewien hint powinien być może stanowić fakt, że nigdy nie byłem katolikiem, papież uznał okres przedwigilijny na dobry moment, aby zaatakować osoby homoseksualne (co jest większym zagrożeniem dla pokoju, papież z Hitlerjugend czy homoseksualiści? otóż nie zgadliście, homoseksualiści), a mój własnoręcznie wykuty młot Thora w Wigilię się odnalazł, podczas, gdy dzień przedtem myślałem, że mi go ukradziono.

Tym oto sposobem pozbyłem się reszty zwyczajów, łączących mnie z przeszłością. Wigilię spędziłem na spóźnionym gotowaniu. Śledzie w oleju (uwielbiam) zrobiłem sam i połowy już nie ma, bo w Zbrojmistrzu wzbudziły równie wielkie zainteresowanie, jak we mnie. Sam zrobiłem również zupę grzybową (czy ktoś wie, jak jest po angielsku podgrzybek?), a pierogi z kapustą i grzybami zrobiliśmy razem i była to najprzyjemniejsza część całego popołudnia. Nie było opłatków, nie było życzeń, prezentów, choinek i tym podobnych popierdółek, za to było dużo, dużo tulenia, całowania, gotowania, jedzenia, picia i oglądania „Drużyny Pierścienia” w wersji extended hipersuper disco mix.

Tak więc Yule spędzam jak na razie bardzo przyjemnie. A co u Was? Macie czas na zaglądanie do blogów?

Było o tym, co mnie irytuje, teraz będzie o tym, co mnie martwi.

Wśród wiadomości gazety.pl dzisiaj o Centrum Zdrowia Dziecka:

„Serdeczne życzenia świąteczna dla pana komornika Marka Wojtczaka z Ciechanowa. Mimo wielokrotnych próśb kolejny raz, bez uprzedzenia zablokował konto pracownicze.” – napisało na swoim profilu na FB Centrum Zdrowia Dziecka – Współpracujemy z kilkunastoma komornikami i poza tym jednym panem z resztą możemy się dogadać. On jest niereformowalny – komentuje Paweł Trzciński rzecznik CZD. […] Nowoczesny szpital, który leczy i ratuje dzieci z całej Polski ma ponad dwieście milionów złotych długu. Tuż przed świętami pojawił się kolejny problem: jeden ze współpracujących z Centrum komorników zablokował konto z pieniędzmi na wypłaty.

[…] Trzciński przyznaje, że Centrum już kilkakrotnie próbowało prosić komornika o zmianę zachowania. Bez skutku. – Prosiliśmy, żeby wcześniej zadzwonił i wskażemy konto, z którego może zablokować, żeby nie było to konto na wypłaty. Ale ten pan jest niereformowalny – ocenia rzecznik.

Muszę przyznać, że zdziwił mnie ton komentarzy pod tym artykułem:

Z całym szacunkiem, ale pan rzecznik pieprzy jak potłuczony. Polecam lekturę art. 890 par. 2 kpc. Skoro CZD jest w ciężkiej sytuacji finansowej to może dyrekcja zastanowi się nad zatrudnieniem myślącej księgowej albo radcy prawnego w miejsce rzecznika”

[…] Bzdura dotyczy informowania komornika które konto ma zająć – pewnie te na którym akurat nie ma środków ? Kolejna sprawa – komornik jest tylko organem egzekucyjnym – wykonuje czynności w ramach wniosku wierzyciela, a wierzyciel też ma zapewne swoich pracowników, którzy chcieliby otrzymywać w terminie wynagrodzenie.

Policja Mysli z Czerskiej znów w akcji.. Komornik nie jest 'złosliwy’ , tylko dziala na podstawie ustawy, i obowiazuje go szczegolna skrupulatnosc. Co, CEntrum Zdrowia Dziecka mysli ze jak ma w nazwie 'Dziecko’, to juz nie musi placic kontrahentom? Komornik to jeden z nielicznych funkcjonariuszy administracji ktory przyczynia sie do tego ze zyjemy w NORMALNIEJSZYM swiecie.

A może by wreszcie wywalić dyrektora tej placówki i zacząć normalny program restrukturyzacyjny, jak w każdej firmie, która ma kłopoty finansowe. Nie wierzę w twierdzenia, że szpital to nie firma. To jest normalne przedsiębiorstwo, które ma koszty i przychody, a rolą menadżerów, jest je zbilansować. Zasady zarządzania nie różnią się znacząco bez względu na to, czy u podstaw istnienia firmy leży zysk, czy misja (organizacje non-profit).

Kolejny wpis jak w przypadku knajpy Witaminka we Wrocławiu. Granie na ludzkich emocjach oraz fakcie iż jest to szpital dziecięcy.

Co jakiś czas odnoszę silne wrażenie, że w kraju tak religijnym, jak Polska, nowe nadejście Jezusa zostałoby powitane z niesmakiem, a sam Jezus wyzwany od lewaków i wykopsany do Krytyki Politycznej (a i to udałoby się wyłącznie jeśli zainwestowałby w wystarczająco hipsterskie oprawki do okularów). Mniej dziwi mnie to w Holandii, pełnej jak wiadomo aborcjonistycznych ateuszy, ale w Polsce (oraz USA) wydaje mi się to niezrozumiałe.

Jakiś czas temu widziałem artykuł o tym, że szeregowy pracownik McDonald’s w Luizjanie zarabia 8.50$ na godzinę. Pod spodem złośliwe komentarze o tym, że w Polsce byłby to majątek. No więc nie byłby, po części dlatego, że w Stanach liberalizm zakorzenił się tak mocno, że pomysł Obamy z udostępnieniem ogółowi ubezpieczeń zdrowotnych został uznany za zdziczały komunizm. Czy na pewno dla pani Halinki z Wrocławia 34 złote na godzinę (brutto) stanowiłyby tak wielki majątek, gdyby złamała rękę, a w szpitalu po nałożeniu gipsu skasowano ją na 12 tysięcy złotych? (Z plusów dodatnich, pielęgniarki i lekarze w szpitalu zapewne byliby dla niej wielce uprzejmi.)

Amerykańskie szpitale poddają się zasadzie z przedostatniego komentarza — są firmami, które mają koszty i przychody, oraz menedżerów do bilansowania. Agencje ubezpieczeniowe odmawiają ludziom ubezpieczeń medycznych, bo kilka lat temu na coś chorowali i jest to zupełnie legalne. Owszem, 8.50$ na godzinę po przemnożeniu daje 4 tysiące złotych miesięcznie. Tyle, że koronka u dentysty kosztuje też 4 tysiące, a czasami jak się już ten ząb naprawi, miło by było coś zjeść. A mówimy w sumie o schorzeniu drobnym. Ile może kosztować kuracja wcześniaka w amerykańskim odpowiedniku Centrum Zdrowia Dziecka?

Pisał o tym ostatnio WO, napiszę i ja: na podejście liberalne stać tylko jeden rodzaj ludzi — białych mężczyzn w świetnym stanie zdrowia, zatrudnionych na pozycjach menedżerskich. Najlepiej bezdzietnych i nieżonatych. Cała reszta na podejściu liberalnym traci. Amerykanie trzymają się swojego systemu, ponieważ od dziecka wpaja im się ideę American Dream, zgodnie z którym każdy i każda z nich może pewnego dnia przeleźć przez płot i dobrać się do fruktów. Skąd bierze się to podejście u Polaków, którzy wierzą, że bogactwo zdobywa się wyłącznie kradzieżą? Wszyscy planują się nakraść?

Żeby nie było, że tylko Polaków się czepiam, liberalny premier Holandii pracuje ciężko nad rozmontowaniem systemu opieki społecznej i zdrowotnej. Z dniem 1 stycznia ograniczono maksymalną długość zasiłku dla bezrobotnych oraz — co dotyka mnie w tej chwili osobiście — zmieniono zasadę opłacania „darmowej” służby zdrowia. W 2012 ubezpieczenie kosztowało mnie 107 euro miesięcznie, a pierwsze 220 euro stanowiło „własne ryzyko”, czyli jeśli moje wizyty lekarskie kosztowały 240 euro, ubezpieczenie pokrywało tylko 20. W 2013 proporcje się zmieniają: 100 euro miesięcznie, ale własne ryzyko to 350 euro. Sądząc po tym, jak wygląda moje leczenie w ostatnich miesiącach, 350 euro osiągnę na koniec stycznia. Oczywiście dla osób o końskim zdrowiu i wysokich dochodach ta zmiana jest zmianą na lepsze, choć nie tak dobre, jak zniesienie obowiązkowych ubezpieczeń w ogóle i odmówienie im osobom z problemami zdrowotnymi…

Osoby, które uważają, że Centrum Zdrowia Dziecka jest firmą jak każda inna, zapewne nie mają dzieci. Jeśli mają, ich dzieci zapewne cieszą się niezwykle dobrym zdrowiem. Należy im tego pogratulować i cieszyć się ich szczęściem. A komornik? Komornik, wbrew komentarzom, NIE jest urzędnikiem państwowym. Za to jego wynagrodzenie wynosi 15% wyegzekwowanej kwoty. Tak więc pan komornik, który zajął konto CZD, z pewnością będzie miał święta na bogato. Gratulacje! Liberalny kapitalizm w akcji sprawdza się, jak widać, doskonale. Jeśli jesteśmy, rzecz jasna, komornikiem, bankiem lub LOT-em.

No więc (nie zaczyna się…) irytuje mnie niewiele osób, bo jestem człowiekiem spokojnym i raczej łagodnym.

Nie irytuje mnie Terlikowski (nawet mimo jego najnowszego bon-mociku: „Aborcja w późnym stadium polega na wywołaniu porodu i odłożeniu dziecka, by zmarło”). Domaganie się od Terlikowskiego, żeby przestał gadać takie rzeczy, jest domaganiem się od papieża, żeby Watykan błogosławił małżeństwa par jednopłciowych, domaganiem się od Rydzyka, żeby zaznajomił się ze sztuką nowoczesną i zaczął ją chwalić w Radyju, domaganiem się od Madonny, żeby ubrała się w skromny golf i długą spódnicę, ścięła włosy jak to przystoi osobie w jej wieku i zaczęła prowadzić skromne życie pustelnicy. Bessęsu i już. Astromaria nie zacznie pochwalać GMO, a jeśli zacznie, nikt nie uwierzy, że robi to poważnie. Jarosław Kaczyński nie wyściska Tuska, a jeśli to zrobi, wszyscy pomyślą, że znowu bierze silne lekarstwa. Irytowanie się Kaczyńskim, który wygłasza androny jest tym samym, co irytowanie się, że wiatr wieje. Nic nie zmienimy, a nerwy sobie zszarpiemy kompletnie niepotrzebnie.

Nie irytują mnie osoby zwyczajnie głupie z powodu podobnego powyższemu — wymaganie intelektualnej głębi od osoby o głębi płaskiego talerza źle świadczy raczej o nas, niż o owej osobie. Są ludzie, którzy NIE SĄ w stanie wyrosnąć umysłowo ponad bezkrytyczne powtarzanie zasłyszanych andronów i już. Stereotypy są takim ludziom niezwykle potrzebne, bo przyjęcie do wiadomości, że ludzie różnią się od siebie jest dla nich nieomal niewykonalne. Ten rodzaj osób często podpisuje się nickami typu „normalny”, „katolik” lub „prawdziwypolak” i czyni to z dumą.

Nie irytują mnie ludzie, którzy mają poglądy inne od moich, ale potrafią o nich dyskutować. Ba, tych lubię najbardziej, zwłaszcza, jeśli są w stanie przyznać się do błędu. Chcę wierzyć, że sam do nich należę. Nie znaczy to, że jestem chorągiewką, która zmienia poglądy w zależności od tego, skąd wiatr zawieje. Ale jeśli udowodni mi się ponad wszelką wątpliwość, że się mylę, przepraszam i przyjmuję punkt widzenia rozmówcy za swój — aż dopóki kolejny rozmówca nie udowodni mi, że poprzedni się mylił.

Irytują mnie na ogół osoby podobne Raczkowi z poprzedniej notce. Nie da się odmówić mu inteligencji i oskarżyć o płyciznę intelektualną — a jednak gada straszliwe androny. Wiem, skąd się one wzięły; wzięły się one z ustawienia samego siebie w pozycji Większości, Która Ma Rację. Tyle, że ja po pierwsze primo nie wierzę w istnienie Większości, Która Ma Rację, a po drugie primo w szczególności nie widzę w niej Raczka.

Członkowie Większości, Która Ma Rację, na ogół ulegają wewnętrznym sprzecznościom. Czym innym jest, jeśli heteroseksualny biały mężczyzna chwali system premiujący heteroseksualnych białych mężczyzn. Czym innym jest, gdy robi to kobieta, gej lub osoba ciemnoskóra. Kobieta, wmawiająca mi, że szklany sufit nie istnieje; gej, opowiadający o tym, czym się charakteryzuje Prawdziwy Mężczyzna; Arabka, chwaląca prawo zakazujące jej prowadzenia samochodu; wyborczyni Korwina; wszystkie te osoby niezmiernie mnie irytują, ponieważ straszliwie szkodzą. Nie, nie sobie. Innym.

Nie mogę przejść bez zgrzytania zębami obok celebrytki, która radośnie opowiada, jak to nie jest RZECZ JASNA feministką, ponieważ JAK WSZYSCY WIEMY feministki są włochate i nienawidzą mężczyzn, a ona przecież lubi gotować dla swojego Misia. Nie trawię ministry, odpowiadającej bez mrugnięcia okiem na pytanie „kiedy znajduje pani czas na prasowanie dla męża?”. Otwiera mi się w kieszeni otwieracz do konserw, gdy Raczek opowiada o tym, kto jest prawdziwym mężczyzną (Raczek), a kto nie jest (osoby nieposiadające cech Raczka), bo mam o nim lepsze zdanie i wolałbym usłyszeć raczej „a czy naprawdę są cechy osobowości przynależne mężczyznom i kobietom i czy jesteście państwo pewni, że te rzekomo męskie są lepsze?”. Naprawdę, ja wiem, że Raczek, pani przedsiębiorca członek Dominika Staniewicz i Doda przeleźli jakoś przez ten płot oddzielający mniejszości od fruktów, ale czy naprawdę właściwym zachowaniem jest załatanie dziury i spalenie mapy, żeby nikt jej przypadkiem nie znalazł? Nie moglibyśmy tego cholernego płotu, bo ja wiem, przewrócić?

Bardzo jest niewiele truizmów, które są prawdziwe dla KAŻDEJ jednostki ludzkiej. Owszem, źle jest zabijać, torturować, kraść, kłamać i ogólnie robić bliźniemu co Tobie niemiłe. A jednak robimy to co dnia, w majestacie prawa, chociażby w Hiszpanii, gdzie ludzie pracują za darmo, bo mają ciągle nadzieję, że szefostwo im zapłaci, a w międzyczasie przymierają głodem — ale na szczęście priorytety są zachowane, więc banki dostały 40 miliardów euro, oj, będą premie dla prezesów. W Rzymie, gdzie papież błogosławi Rebekę Kadagę, która zobowiązała się przeprowadzić przez ugandyjski parlament prawo, karzące seks między osobami tej samej płci karą dożywocia, a to jeżeli nie uda się przeprowadzić wersji z karą śmierci. O ile w Hiszpanii jak wiadomo sami komuniści i bezbożnicy, o tyle chyba nawet Terlikowski nie oskarży o to samo papieża. Więc jak to jest z tym, że Wszyscy Przecież Wiemy, Że? Czy na pewno Wszyscy Wiemy, że seks pozamałżeński jest zły? Czy na pewno Wszyscy Wiemy, że nie chcielibyśmy, aby nasze dzieci miały wielu partnerów? (Z komentarzy do którejś z poprzednich notek, nie wymyśliłem sobie tego.) Wszyscy Wiemy, że oczywiście nie jesteśmy homofobami, ale lepiej, żeby nasze dzieci były hetero… a jeśli już muszą być homo, to z pewnością Wszyscy Wiemy, że adopcja w Polsce jest nierealna, bo społeczeństwo nie jest na to gotowe, hę?

No i właśnie to mnie irytuje, co zapewne da się poznać po tonie ostatnich akapitów 🙂

Czy udało mi się kogoś z Was zirytować? Jeśli nie, powiedzcie, co irytuje Was.

Ładnie powiedziałem, po męsku, Raczek? Cho no na pole, będziemy się napierdalać na pięści i poglądy. Bez obaw. Po męsku.

(Zdjęcie mężczyzny-Raczka pochodzi z artykułu na portalu MenStream, fot. Wojciech Strozyk)

Mam problem z tą notką, bo zwykle poszłaby na heteroblogaska, a tu akurat naraża mi się homoseksualny Tomasz Raczek. Odważnie, jak to prawdziwy facet, prognozuje coś tam, w ramach czego „jeśli mężczyźni nie odnajdą w sobie cech, które stracili w ostatnich dziesięcioleciach, żadna kobieta nie będzie chciała wypełniać z nimi najważniejszej roli, jaką narzuciła nam natura”.

Nie zaprzeczę, że podoba mi się pewien postęp — od pytania księży przeszliśmy do pytania gejów o to, co kobiety będą chciały robić z mężczyznami w ramach najważniejszej roli. Szkoda, że nie pytamy o to nadal kobiet, ale przecież wszyscy wiemy, że kobiety mają przede wszystkim skłonność do zmieniania biegu rzeczy, a więc sprzeciwu wobec boskich zamierzeń, stosując praktyki, w większości kuchenne, których sekrety przekazują sobie nawzajem — a kto by takich wszetecznic pytał o to, co by chciały z mężczyznami robić. Brrrr.

Dobra, dam Raczkowi się wypowiedzieć, ale nie za długo, bo mnie irytuje.

Tomasz Raczek: Hmm… Moim zdaniem męskość wyrażana jest przede wszystkim stosunkiem do samego siebie. Męskość to odwaga, ale nie taka, która polega na wyobrażaniu sobie, co bym zrobił, gdybym trafił na front wojenny albo jak zareagowałbym, gdyby ktoś kazał mi skoczyć na spadochronie. Nie. Dziś prawdziwa odwaga wyraża się w bronieniu swoich racji, gdy większość uważa inaczej. Mężczyzna może się więc moim zdaniem najskuteczniej pozbawić męskości, gdy robi albo mówi coś tylko dlatego, że ktoś mu tak kazał, bo taka była presja, albo – co najgorsze – bo sam uznał, że tego się od niego oczekuje. To jest naprawdę słabe!

Ale taka odwaga nie odróżnia nas od kobiet. A przecież męskość to musi być cecha dystynktywna.

Oczywiście, że odróżnia.

No i przez moment było fajnie, a tu WTEM!!!!

Różnica między nami jest taka, że kobiety traktują siebie podmiotowo a my mężczyźni najczęściej przedmiotowo. One stworzone są tak, by skutecznie móc dbać o wydawane na świat z dużym poświęceniem potomstwo.

One są ZDANIEM RACZKA stworzone tak, znaczy się, Raczek mężczyzna traktuje je przedmiotowo, tak?

Na dodatek mężczyźni coraz częściej tracą poczucie odpowiedzialności i umiejętność wykazywania się odwagą, o której mówiłem. Za to pielęgnują w sobie chłopięcość. Faceci odpuścili, już nie zaciskają zębów, nie zbierają się w sobie, by być opoką, ostoją. Stali się słabsi psychicznie, słabną fizycznie, łatwo się poddają, częściej chorują, również na przypadłości natury emocjonalnej. A to dlatego, że gorzej znoszą stres, nie radzą sobie z porażkami, rozpamiętują je, użalają nad sobą i skupiają na życiowych klęskach. Stąd na przykład żniwo, które zbiera między nimi depresja. Często spotykam mężczyzn, którzy są słabi życiowo bo neurotycznie reagują na przeciwności losu; ich reakcje są po prostu nieproporcjonalne do przyczyny.

Och, cóż za szczęście, że Raczek jest proporcjonalny do przyczyny i silny życiowo, z pewnością kobiety muszą na jego widok padać jak te łany zboża na widok kosiarki. I nie choruje! Prawdziwy mężczyzna jak wiadomo nie choruje, a jeśli już, to nie idzie do lekarza. In completely unrelated news, średnio różnica w przeżywalności Polaków pci męskiej i żeńskiej wynosi 8.5 roku i to NIE na korzyść mężczyzn, ale rozumiem, że zaniżają tę średnią emo i słabi życiowo z depresją. Zawyży natomiast Raczek, który jako prawdziwy mężczyzna dożyje sto osiemdziesiątki w żelaznym zdrowiu i nigdy nie zapłacze, zamiast tego zaciskając zęby i będąc ostoją.

[…] Słabną, a jednocześnie pogrąża ich ten histeryczny strach przed utraceniem wizerunku twardych. Panicznie reagują na konteksty, w których można by ich podejrzewać o homoseksualizm.

To śmieszne.

No śmieszne, ale pan Raczek już się zdążył niepostrzeżenie wspiąć na drugą stronę barykady, a właściwie na stanowisko sędziego i ocenia obie strony. Jedna za mało męska, druga śmieszna.

Wystarczy wsiąść w samochód i rozejrzeć się po mieście: jest mnóstwo aut, w których kobieta prowadzi, a mężczyzna wypoczywa na fotelu pasażera. Coraz częściej młodzi mężczyźni rezygnują z wyrabiania prawa jazdy. Dla mnie taka rezygnacja z niezależności, zgoda na uzależnienie od kogoś, byłaby nie do pomyślenia.

No tak, przecież samochód stanowi przedłużenie męskości, nie do pomyślenia zrezygnować z takiego sztucznego penisa na kółkach, rzecze pan Raczek. A tymczasem w Amsterdamie samochód ma, bo ja wiem? 5% osób płci dowolnej. Sami zniewieścieli, jak rozumiem. Komunikacją męską zaś jeżdżą same, eee, o mało nie powiedziałem „cioty”. No nie wiem, co jeździ. Hermafrodyci? Panie Raczek, pan musi dowyjaśnić tutaj!

A jednocześnie pojawia się coraz większa ochota do przejmowania od kobiet domowych obowiązków jak sprzątanie, pranie, czy zajmowanie się dziećmi. Dochodzi do tego, ze żona pracuje i zarabia, a mąż zajmuje się prowadzeniem domu!

ESCANDALO!!!

A u pana w związku który jest kobietą, a który mężczyzną, panie Raczku?

Przecież dla faceta, który ciągle jeszcze ma silniejsze mięśnie, odkurzenie mieszkania czy wzięcie dziecka na ręce, to jest łatwizna. Znacznie trudniej jest wyjść z domu, konfrontować się z ludźmi w pracy, walczyć o swoje w często wrogim środowisku.

TYMI MIĘŚNIAMI. No nie powiem, na budowie się przydają.

Teraz robią to kobiety, one chętnie biorą się za bary z tym trudniejszym, bardziej wymagającym psychicznie życiem. I dobrze, bo są w tym świetne, nie popadają w rozpacz, gdy im coś nie wyjdzie, a po prostu zmieniają strategię. Ale jednocześnie niedobrze, że mężczyźni z takim spokojem sobie to życie odpuszczają.

Jezu, jezu [nieczyt.]

Nie mogę dalej, wybaczcie, za słaby jestem, żeby się z takim samcem jak Raczek mierzyć. Dalej dowiadujemy się, że prawdziwi mężczyźni (tzn. kobiety i Raczek) zbierają drewno na ognisko, a fałszywi (heteroseksualni) jedzą sałatki.  Jeśli już przypadkiem MENSZCZYZNA powie coś z sensem (np. o wpływie Internetu na postrzeganie płci), zaraz musi to zepsuć stwierdzeniem, że faceci „oddali kierownictwo w ręce kobiet”, które jest tak głupie, że nawet nie wiem, od której strony się za nie zabrać. Czy zdaniem Raczka w Niemczech załamani, depresyjni politycy płci męskiej zebrali się wokół sałatki i po wymianie przepisów na 27 sposobów przyrządzania selera postanowili „oddać kierownictwo” Angeli Merkel? Angela zaś wzięła, pomyślała o sobie podmiotowo i przyjęła owo kierownictwo, aby zadbać o rodzinę?

Rozbawiło mnie na pewno jedno stwierdzenie — o tym, że „Moja opowiastka pokazuje jednak też rolę gejów w tej układance: stają się konserwatorami męskich archetypów”. No, stają. Wybrałem się parę miesięcy temu do klubu dla skórzaków. Panowie mieli na sobie starannie wypucowane „mundury” — kopie policyjnych, tyle, że wykonane z czarnej skóry. Ja się na nich gapiłem i podśmiewałem, a oni śmiertelnie mnie bali. Następnego dnia rano znalazłem na różnych profilach online trzy wiadomości od trzech panów, którzy chcieli mi tylko powiedzieć, że bali się do mnie odezwać „w realu”, ale tak naprawdę to wydałem im się bardzo atrakcyjny i oni by chętnie ten tego. Jeśli uznać, że prawdziwy mężczyzna pali cygaro, pije whisky, ubiera się „po męsku”, ma perfekcyjnie wypieszczony zarost (to nie aluzja do bródki Raczka) i ma na sobie skórzany uniform, to geje rzeczywiście pielęgnują męskie archetypy. Ba, jeśli dodać pierdolenie seksistowskich głupot podlanych sosem socjobiologicznym, nawet Raczek się załapie. Ale jeśli męskość polega na tym, że się śmierdzi, zaciska zęby i pierdoli głupoty, to ja wolę być kobiecy.

PS. Przepraszam za wulgaryzmy, ale wiecie, #mymężczyźni nie umiemy inaczej.

PS2. Inspiracja: Bo kobiecość jest do dupy, a mężczyzna ma przesrane