Zgodnie z obietnicą (to mój pierwszy raz) dzisiaj dokonuję retrospekcji swego życia miłosnego. Pomijam jednonocki i wszystko, co trwało krócej niż sześć miesięcy. Na koniec podsumowanie. Dat nie podaję, bo nie pamiętam (smutna prawda, musiałbym sprawdzić w zapiskach, których nie robiłem).

1. Pierwszy

Kiedy poznałem Pierwszego nie wiedziałem, na czym polega miłość. Moje poczucie własnej wartości tak bardzo szorowało wtedy po dnie, że sam fakt, iż ktoś chce ze mną przebywać – a potem zgoła mi mówi, że mnie kocha – był dla mnie powodem, by w związku pozostać. Też mówiłem, że go kocham, bo tak mi się zdawało. W szkole nauczyłem się dużo o mitochondriach i innych orbitalach, ale nikt mi nie powiedział, jak rozpoznać miłość. O tym, że nikt mi nie powiedział o tym, jak działa seks niehetero nie muszę zapewne wspominać (ale już to zrobiłem i teraz za późno). Pierwszy raz wspominam koszmarnie, żaden z nas nie wiedział, co robi. Ze związku wyniosłem przekonanie, że seks jest okropnie przeceniany i kompletny brak zrozumienia czemu ktokolwiek chciałby to w ogóle robić.

Czytaj dalej

Zainspirowało mnie wiele rzeczy, ale przede wszystkim dwie.

Na forum, gdzie się udzielam, jest wątek pt. „Związki”. Kiedyś napisałem tam, że mam związek otwarty – to było sporo przed ślubem – i wyniesiono mnie stamtąd na widłach. Generalnie byłem niemoralnym zboczeńcem, który ruinuje życie własne, Josa i wszystkich innych ludzi na świecie. Zajrzałem tam ostatnio z nudów. Ci sami ludzie, co 3-4 lata temu piszą to samo. Generalnie większość obraca się wokół tego, że mają za mało randek z Grindra i to oznacza, że są za mało atrakcyjni. Kiedy jednak już odbędzie się randka, następuje gładkie przejście do „czemu on się nie odzywa, ja się do niego nie odezwę, bo to będzie wyglądało, jakby mi zależało”. Powtórzyć wielokrotnie.

Druga rzecz wyglądała tak, że znajoma mi dziewczyna spotykała się z facetem. Dzisiaj napisała dość rozpaczliwie, że facet nagle się stał okropny. Po dopytaniu okazało się, że od niedzieli rano, kiedy to przez cztery godziny się przytulali, a potem zjedli razem śniadanie nie odezwał się do niej z wyjątkiem informacji, że jest zajęty. Dziewczyna pisze, że jest zdruzgotana, płacze w łóżku, nie może zrozumieć, co się stało. Bo przecież jeśli mu nie zależy, to dlaczego by się miał przytulać i jeść z nią śniadanie? A skoro powiedział, że jest zajęty, to znaczy, że miał na myśli, że powinni zwolnić, więc ona się do niego nie odzywa, ale czemu on do niej też nie i czy to znaczy, że to już koniec?

Czytaj dalej

Dotarłem do końca systemu medycznego w Holandii.

Głównymi stereotypami o Holendrach są: skąpstwo, bezpośredniość granicząca z chamstwem, radosne eutanazjowanie wyabortowanych dzieci małżeństw gejowskich, oraz palenie mnóstwa ziela. Na ogół jednocześnie. O eutanazji kiedyś już pisałem i zetknięcie się z systemowymi rozwiązaniami trochę zachwiało moją pewnością, że w razie czego będę mógł jej zażądać. Z bezpośredniością zetknąłem się wiele razy, ale przyznam, że wolę to od Platformy Obywatelskiej fałszywej uprzejmości lub zwykłego łgania w żywe oczy. Znam holenderskich palaczy ziela, co mam nie znać. Dwóch. Rozwinę za to nieco temat skąpstwa.

Jak wiadomo, nie ma takiego rządu/państwa, który miałby nieskończoną ilość pieniędzy do wsypania w system medyczny, tak więc w którymś momencie muszą się pojawić utrudnienia. W Polsce na przykład wygania się lekarzy za granicę, wyznacza terminy za 20 lat i generalnie czeka, aż pacjent zejdzie. Największym zachwytem napełnia me serce przekręt, tfu! rozwiązanie polegające na tym, że lekarz przez godzinę tygodniowo przyjmuje w ramach NFZ, a 39 godzin prywatnie, używając tego samego gabinetu i sprzętu. Bez dopłaty pacjent otrzymuje termin za trzy lata, a za dopłatą – na jutro, i może sobie jeszcze wybrać odpowiadającą godzinę. Amerykański system polega na tym, że część ludzi skazuje się tak po prostu na śmierć (Republikanie pracują nad powiększeniem tej grupy), część odstrzeliwuje (Republikanie pracują nad powiększeniem tej grupy), a zdrowi chodzą ci, co mają dobrą pracę, ciężarówki pieniędzy lub – najlepiej – jedno i drugie. Zanim ktoś wyskoczy mi z zaprzeczeniami uprzejmie zauważę, że mam bardzo dużo amerykańskich znajomych.

Czytaj dalej

Zacznę od informacji, że Mark Manson twitnął własny wpis na ten temat – podła bestia, pewnie podglądał mi drafty – i teraz czuję potrzebę się odnieść.

Na mojej ulubionej grupie padło pytanie o cel życia – dziewczyna ma dwa fakultety, dzieci, napisała podręcznik akademicki i tak dalej, ale ciągle nie wie, co jest celem jej życia.

Moim prywatnym zdaniem Matka Natura wbudowała nam poszukiwanie celu życia i arogancką potrzebę udowodnienia swojej wyjątkowości po to, żebyśmy się mnożyli, odkrywali, uczyli, podbijali, kolonizowali – nie wiem, czy Matce Naturze zależało na tym, żebyśmy tworzyli, malowali, pisali i nagrywali, ale kto nie poszedłby rozmnażać się np. z Neilem Gaimanem? Literatura jest sexy. Natomiast lajfkołcze wciskają nam, że musimy ten sens życia osiągnąć BARDZIEJ. Posiadanie dzieci nie wystarczy, trzeba skończyć studia. Alejakto, tylko jeden kierunek i to magisterskie? Żyje się tylko raz! Nawet nie napisałaś podręcznika akademickiego… napisałaś? Ale tylko jeden? I to ma być Twój sposób na zmianę świata? A dzieci ile masz? TYLKO TROJE??? I to ma coś zmienić? Zwiedziłeś tylko 50 krajów? Czy wiesz, jak wiele tracisz?

Czytaj dalej