WSTĘP

Jakiś czas temu postanowiłem, że zacznę lepiej pisać. Bardziej z poetyckim zacięciem, epatując nienachalnymi metaforami, wplatając elementy kwiecistego humoru pomiędzy skrzące się urodą i wyjątkowością zdania. W związku z czym mam w WordPressie cztery zaczęte notki, z których żadna nie spełnia moich wymagań. Tak więc obiecuję, że NIE zacznę lepiej pisać, dzięki czemu może uda mi się od czasu do czasu coś opublikować.

Teraz druga rzecz. Umówmy się, że wszyscy wiedzą, kim jest Zbrojmistrz. Po pierwsze primo, reklama jego strony i Bunia wisi po lewej stronie i regularnie nawiedza moje posty, po drugie primo jego strona zawiera zdjęcie i nazwisko. Tak więc od dzisiaj proszę zapamiętać poniższe, które zaoszczędzi mi ośmiu liter przy każdym użyciu:

JOS = ZBROJMISTRZ

ZBROJMISTRZ = JOS

Serdecznie dziękuję, składam wyrazy ubolewania osobom, które będą czytały archiwum bloga i kontynuuję na temat.

Czytaj dalej

Od trzech miesięcy, a może już czterech, bo straciłem rachubę, bolą mnie plecy. Uszkodzone przy podnoszeniu bardzo ciężkiego przedmiotu w pięć osób, kolega obok mnie upuścił swój róg, przedmiot pociągnął mnie ku ziemi i od tej pory boli.

Ten ból stał się moim codziennym towarzyszem, drogim przyjacielem, przypominającym mi o cielesności i śmierci. Ubogaca mnie cieleśnie, lecz przede wszystkim duchowo. Oczyszczająca wartość cierpienia…

…nie, co ja pierdolę, przez chwilę zapomniałem, że nie jestem Chazanem gadającym o kobiecie mającej urodzić ciężko uszkodzone genetycznie dziecko. Weźcie sobie tę wartość cierpienia i wsadźcie w dupę. A codziennego bólu pleców życzę serdecznie… nikomu, bo nie mam w sobie tyle nienawiści do żadnej osoby. Nawet Chazana. Bo ból nie uszlachetnia, ból wkurwia, a wkurwiony drań będzie się mścić na innych ludziach.

Mnóstwo przyjaciół i znajomych ma dla mnie świetne porady. Nie będę wymieniać. Ważne jest to, że każda z porad jest inna. Gdybym posłuchał wszystkich, miałbym na najbliższe 20 lat zapewnione rozrywki. Tyle, że plecy mam jedne, a jak mi powiedział ostatnio odwiedzony fachowiec, nie mam naderwanego mięśnia, ani lekko wysuniętego dysku, tylko uszkodzenie kręgosłupa, a ból mięśni jest drugorzędny, bo zaciskają się kurczowo wokół uszkodzonego kręgosłupa.

Nie wiem, czy to prawda. Podobnie, jak z dentystą, który mówi, że masz w zębie małą dziurkę i warto się nią zająć, zanim się nie zrobi większa. Nie zajrzysz sobie w zęby i nie sprawdzisz. Skoro mówi, to pewnie ma rację. Tylko co zrobić, jeśli drugi dentysta powie, że w zębie nie ma żadnej dziurki? Jeden łże, albo jest niedokształcony, albo ślepy. Ale który? Najnowszy fizjo-specjalisto-masażysto-kimtamniejest zajmujący się moimi plecami powiedział, w sumie mądrze, że skoro każdy mówi co innego, to znaczy, że moje uszkodzenie jest nietypowe. No i super. Ale wolałbym, żeby było naprawione.

Od ponad dwóch miesięcy nie byłem w kuźni, nawet jako gość. Ostatnia próba zostawiła mnie z bólem tak silnym, że ledwie mogłem oddychać. Od chwili, gdy powiedziano mi, że mam uszkodzony kręgosłup na zmianę użalam się strasznie nad sobą i dziękuję Bogom za to, że nie doznałem uszkodzenia nieco gorszego. A potem myślę, że może doznałem, tylko jeszcze nie wiem. Po piątkowej „manipulacji” wróciłem do domu nieomal bez bólu, po czym w ciągu dwóch godzin ból powrócił z taką siłą, że mogłem tylko leżeć na podłodze, płytko oddychać i półgłosem dopominać się o silne środki przeciwbólowe. Dzisiaj posiedziałem na drewnianym krześle, z poduchą, przez 45 minut, po czym wróciłem do domu, bo nie mogłem siedzieć dalej.

Proszę o NIEUDZIELANIE porad pod postem. Po prostu sobie jęczę. Przytulać wolno. I co jakiś czas pika mi myśl „a może już nigdy nie wrócisz do kuźni”. Cieszę się, że to się wydarzyło teraz, a nie trzy lata temu, bo trzy lata temu załamałbym się kompletnie. Teraz mam inne rzeczy, które sprawiają mi przyjemność, choćby pisanie. To, czy moja książka ukaże się drukiem, czy nie jest poniekąd drugorzędne, odkryłem, że potrafię napisać coś od początku do końca i trzyma mnie to względnie w pionie. Względnie, bo boli.

 

Moja przyjaciółka, artystka fotografka, która pracuje ze mną nad projektem o dwubiegunówce, dostała do przeczytania moją autobiografię i powiedziała mi, że brzmi jak świetna przygoda. Mnóstwo przyjaciół, imprez i tak dalej. No, brzmi. Klucz w tym, że przyjaciółka jest w 3/4 książki.

Dwubiegunówka rozwija się stopniowo. Patrząc na swoje życie z punktu, w którym siedzę (na kanapie, na górze poduszek, bo plecy) widzę, że zaczęło się tak około 14 roku życia. Wtedy byłem po prostu dosyć dziwny. Pierwsze, co zauważyłem naprawdę, to depresja w 2004 roku. Pierwsza „prawdziwa” hipomania pojawiła się pod koniec roku 2011 i to był właśnie ten okres, w którym moje życie było jedną wielką przygodą. Mogłem wszystko, miałem wszystko, robiłem wszystko. Nikt nie był w stanie mi się oprzeć, nieważne, o co chodziło. Wszystkich znałem, miałem irokeza koloru fire engine red, nieznajomi ludzie machali mi na ulicy i witali po imieniu, noce spędzałem albo przywalony falą wspaniałych pomysłów, albo w barze, albo jedno i drugie. Sypiałem po 3-4 godziny na dobę i bardzo mi z tym było dobrze, bo co mam marnować czas, skoro można robić tyle innych rzeczy. Aż nastąpiła ostatnia 1/4 autobiografii.

Czytaj dalej

Czyli: death and marriage, death and marriage, go together like the whores and carriage.

*

Zawsze, gdy lecę samolotem, przypomina mi się, że największe prawdopodobieństwo śmierci jest podczas startu i lądowania. Rozsądniejsza część umysłu podpowiada, że po pierwsze primo nie wiem nawet, czy to prawda, a po drugie primo większe jest prawdopodobieństwo zginięcia pod kołami czarnej wołgi, niż podczas lotu samolotem. Tak się jednak składa, że katastrofy lotnicze są szeroko relacjonowane, a śmierci pod kołami nie, więc.

Czytaj dalej