Mówi się, że twarz ma się tylko jedną. Ja mam wiele – i nie mówię tylko o fryzurach.

Dwanaście lat temu, kiedy zaczęła się moja depresja, stawałem przed lustrem i szukałem śladów siebie w swojej twarzy. W środku szalał wicher, niosąc szczątki duszy pozostałe po atomowej zagładzie. W środku panowała wyłącznie biel i czerń. Na zewnątrz widziałem kolory, przydymione przez depresję, ale jednak obecne. Na próbę uśmiechnąłem się do lustra. Nawykłe mięśnie napięły się odpowiednio i odkryłem, że czując się jak atomowa zagłada potrafię wyglądać kwitnąco. To odkrycie zostało ze mną na zawsze, konfundując wiele znajomych osób.

Czytaj dalej

Kiedy otrzymałem powyższe pismo (nieco mniej wypikselowane), moja pierwsza reakcja wyglądała tak:

tumblr_mkj7ltkkCz1r95rn6o3_500

Po chwili, kiedy przyjrzałem się datom, zmieniła się w:

tumblr_mnipofmp2J1rjzweyo1_500

Trzecią reakcją był niekłamany szacunek dla elegancji zagrywki. Wedle tego, co pisali moi komentatorzy, prezydent nie jest zobowiązany żadną ustawą do wyrażenia zgody (lub niezgody) na utratę polskiego obywatelstwa w jakimkolwiek konkretnym terminie. Tak więc tylko od prezydenta zależy, czy będę czekał pół roku, rok, dwa, trzy, etc. Tymczasem Wielce Szanowny Prezydent Duda ZUPEŁNYM PRZYPADKIEM wziął się ochoczo za odbieranie obywatelstwa chętnym akurat 24 września. Decyzja uprawomocni się 24 października. Czyli dzień przed wyborami. Łatwo się chyba domyśleć, że wyborcy PiS nie zrzekają się polskiego obywatelstwa, zatem wyrażenie zgody na – bo ja wiem? kilka tysięcy podań? – to kilka tysięcy głosów, które nie zostaną oddane na inne partie. W moim przypadku Razem. A przecież się nie odwołam od korzystnej dla mnie decyzji (nie wiem nawet, czy można się od niej odwołać), a nawet gdyby, to nikt mojego odwołania nie rozpatrzy przez 25 października. Wybacz Szpro, naprawdę się starałem.

Tak więc dopóki jestem obywatelem polskim, szybko machnę moją ostatnią notkę polityczną (chyba, że PiS zacznie za bardzo szaleć z Trybunałem Stanu, względnie zamykać LGTB w obozach). W wyborach przewiduję kilka rzeczy:

  • wygra PiS (zaskoczenie)
  • Razem nie wejdzie (zaskoczenie)
  • Kukiz nie wejdzie (mistrz rozpierdalania poparcia społecznego według sondaży balansuje na granicy, wierzę gorąco, że zdąży zniechęcić wystarczająco dużo osób, żeby pozostać na lodzie)
  • i tyle.

Razemici obliczyli, że TVP pokazywała ich między 30 sierpnia, a 27 września przez 8 sekund. Wychodzi 0.28 sekundy na dobę. W tym czasie Platforma występowała na ekranach niemal przez 17 godzin. Ale darujmy PO, PSL i PiS, wiadomo, rządzący i główna opozycja, na pewno największe gwiazdy. ZLewSLDTRUPPPSZieloni pewnie też blisko 8 sekund, prawda? Otóż nie: 5 godzin. Korwin? 20 minut. Czy ktoś naprawdę nie rozumie, dlaczego Razem nie wejdzie do Sejmu?

Nie snuję teorii, że wszyscy się strasznie boją Razem i stąd bojkot. Myślę, że w grę wchodzą dwa zjawiska. Jedno to „pokażemy gówniarzom, gdzie ich miejsce” – młodzi, nieznani, podpisy zebrali, ale to nie powód, żeby udawać, że TVP jest zobowiązana do równego traktowania komitetów wyborczych, albo coś. Drugie to niemożność przewidzenia, co Razemici zrobiliby po wygraniu wyborów. Mniej więcej wiadomo, że jeśli Stasiu zostanie ministrem tego i owego, to Zeniu i Basia lecą ze stanowisk, Ela i Stefan dostają nagłego kopa w górę, etc., zaś jeśli ministrem zostanie Gucio, to następuje przetasowanie odwrotne. Minister Zandberg lub ministra Paprota to jedna wielka niewiadoma. Polska polityka jest oparta w ogromnym stopniu na tym, kto z kim pije, kto kogo zna, kto jest czyim kuzynem, narzeczonym, wnukiem, ciocią. Co zrobić z niepijącym wegetarianinem? Można tylko jedno: zakopać (pod siedemnastoma godzinami Platformy) w nadziei, że nie zdoła wystawić palca nad ziemię.

Sondaże wskazują, że w Sejmie będzie od 3 do 7 partii. PSL wejdzie na pewno, bo to PSL i na pewno będzie w koalicji, najpewniej z PiS (no wiem, Zjednoczona Prawica, etc.) – z wyjątkiem sytuacji, w której PiS zdobywa samodzielną większość, a i to prognozują sondaże. To chyba najciekawsze wybory, jakie miałem przyjemność obserwować, bo dziewięć dni przed nimi ciągle nie wiadomo do końca, co się wydarzy. Siedem partii w Sejmie to segmentacja; PiS zmuszony do koalicji z Kukizem, Korwinem i PSL długo nie porządzi, bo zeżrą się żywcem już przy ustalaniu składu rządu. PiS + PSL ma szansę na trwanie przez cztery lata, chociaż niewielką, bo ego prezesa Kaczyńskiego stanie na przeszkodzie. Ba, nawet PiS rządzący samodzielnie może nie przetrwać czterech lat, dokładnie z tego samego powodu. Prezes ma tendencję do wywalania z partii każdej osoby, która piśnie coś w stylu „wielce szanowny jaśnie panie prezesie, ośmielam się wskazać, iż przewidywania szanownego pana mogą sprawdzić się jedynie w 99 procentach”. Jeśli tendencja mu nie przeszła, w połowie kadencji może się okazać, że PiS utracił większość parlamentarną.

A co będzie później, po 25 października? To już nie do mnie pytanie. Dzięki dobroci Wielce Szanownego Pana Prezydenta to już nigdy nie będzie mój problem.

*

PS. Dopisałem trochę w komentarzu, bo zdaje się, że niejasno wyszło.

My, dwubiegunowcy, zapełniamy pracowicie znaczkami i cyferkami coś, co nazywa się wykresami nastroju. Są to tabelki, na których zaznaczamy – cóż, nastrój, w skali od „dno depresji” do „umiem latać i jestem Jezusem”; przespane (lub nie) godziny; wzięte (lub nie) leki i ich dawki. Dzięki posiadaniu wykresów nastroju mogę spojrzeć w przeszłość i zestawić leki, okoliczności przyrody i efekty. Tak więc dzisiaj będzie notka z dawkami i nazwami leków, jeśli komuś to nie pasuje, serdecznie zniechęcam do lektury.

STYCZEŃ

1200 mg litu, 300 mg ketrelu XR, 7.5 mg zopiklonu

Większość miesiąca przetrwałem w zasadzie w stanie używalnym. Czasami miewałem dołki, ale nie takie, żeby mnie miały wyłączyć z obiegu, męczące, ale do przeżycia. Pod koniec miesiąca wykres jest mocno rozchwiany, w ciągu jednego dnia potrafię mieć dobry poranek, depresyjne przedpołudnie, dobre popołudnie i nagły napływ energii wieczorem. Styczeń oceniam na 6/10.

LUTY

1200 mg litu, 300 mg ketrelu XR, 15 mg zopiklonu

Luty jest… nudny. Pominąwszy ciągłe problemy ze snem, jestem obrzydliwie stabilny i to mimo stresujących doznań (budowlańcy przerabiający mi sypialnię w ślamazarnym tempie, przywódca ekipy sprawiający silne wrażenie, jakby niedawno wyszedł z więzienia, gdzie odsiadywał karę za zamordowanie klienta). Nie dzieje się nic. I o to właśnie chodzi. Luty dostaje ode mnie 9.5/10.

Czytaj dalej

Dawno, dawno temu, kiedy byłem jeszcze piękny i młody, a nie jak teraz tylko „i”, ubóstwiałem spędzać wakacje w dużych miastach. Londyn, Amsterdam, Berlin, Praga, Wiedeń. W nocy kluby, a w dzień zakupy, łażenie po zatłoczonych księgarniach (tak, za granicą mają zatłoczone księgarnie 😉 ), sklepach płytowych, ulicach przyciągających tłumy turystów.

Kiedy pojechałem do Londynu mieszkając już wtedy w Amsterdamie, przeraził mnie. W Amsterdamie żyje się nieco wolniej, niż w Warszawie, ludzie uśmiechają się do Ciebie (chyba, że jedziecie na rowerach, wtedy uprawiają coś w rodzaju rowerowego wrestlingu, gdzie każda klątwa dozwolona), a jeśli gdzieś trzeba jechać dwadzieścia pięć minut, to znaczy, że to strasznie daleko. W Londynie zobaczyłem stację metra, na której nieprzebrany tłum upchany jak sardynki w puszce co trzy minuty nieco się przepełniał i niewielka część wlewała do metra. Wsiadłem do piątego z rzędu, bo wreszcie udało mi się dopchać, nie do końca wiedziałem, gdzie wysiadam, a w pociągu był taki tłok, że nie widziałem niczego, oprócz współpasażerów. Nie spodobało mi się.

Czytaj dalej