Przeczytałem dzisiaj, parafrazuję, mniej więcej taki komentarz do czyjegoś postu: „Wy głupi geje to nie rozumiecie, że prawica ratuje i was, bo przyjedzie nam tu islam i dopiero wam pokaże, w wielu miastach strach wejść do muzułmańskiej dzielnicy bo w kółko zamieszki, a ja tego nie chcę u nas w Polsce”. Parafrazuję, bo komentarz został skasowany, razem z moją odpowiedzią. Edit: nie został, tylko ja jestem ślepy. Oryginał tu.

Tak więc rozwinę odpowiedź tutaj.

Według statystyk z 2012 roku, w Amsterdamie 14% mieszkańców wyznaje wiarę muzułmańską. Od razu będzie dygresja. To, że ktoś wygląda, jakby wyznawał wiarę muzułmańską, nie oznacza, że to robi. Mam wśród znajomych Libańczyka, Syryjczyka i Brytyjczyka, jeden z nich jest muzułmaninem, zgadniecie, który? Tak jest, Brytyjczyk. Wygląda, żeby nie było, oliwkowa skóra, broda (przystrzyżona na krótko), przy każdym locie międzynarodowym przypadkiem wypada na niego kontrola osobista, gdyby miał tyle szczęścia na loterii, co przy kontroli osobistej, latałby prywatnym odrzutowcem.

Fakt, że statystyki mówią o 14% nie mówi o rozkładzie. W dzielnicach bogatych, np. De Pijp, jest raczej blond i biało. W Biljmer większość stanowią czarnoskórzy. Koło nas, w Noord, większość stanowią Turcy, Marokańczycy i generalnie nacje oliwkowo-brodato-czarnookie. W odróżnieniu od autorów różnych bredni z Bunia, powielanych w setkach egzemplarzy, nie umiem na oko powiedzieć, kto jest Turkiem, a kto Marokańczykiem, kto muzułmaninem, a kto ateistą. Domyślam się, że grupki gromadzące się koło meczetu są muzułmanami. Tyle.

Czytaj dalej

Rysunek: Obrazkoterapia (strona, facebook), użyty za zezwoleniem.

Zobaczenie rysunku powyżej przypomniało mi o mojej mhłodości *pokasłuje, poprawia sztuczną szczękę*. Możliwe, że już o tym pisałem, jeśli tak, to przepraszam, nie musicie dalej czytać.

Wychowywałem się w rodzinie pełnej silnych kobiet i uciekających od nich mężczyzn. Sam wyprowadziłem się najpierw na drugą stronę Warszawy, potem wróciłem bliżej, przekonawszy się, że moja mama nie wpada co trzy dni z niezapowiedzianymi wizytami, a na koniec jak wiadomo wyniosłem się do Amsterdamu i tam już pozostałem. Mojej pierwszej wyprowadzce towarzyszyły mroczne przepowiednie „umrzesz z głodu i w brudzie”, „ja nie chcę nic mówić, ale jak ty sobie dziecko poradzisz?” oraz moje ulubione „i tak się nie uda”.

Od najmłodszych lat przejawiałem nadmiar inteligencji, co jest przydatne w dorosłym życiu, ale w dzieciństwie zupełnie nie. Dopiero po trzydziestu latach zrozumiałem, dlaczego właściwie byłem dręczony w szkole: wszystko przychodziło mi łatwo, nie musiałem się uczyć do klasówek, w szczególności matematyka nie miała dla mnie tajemnic. Od początku mama przydzieliła nam role: ja miałem być tym delikatnym, wrażliwym dzieciątkiem, intelektualistą i mądralińskim, mój brat miał być ten sprytny od załatwiania, przybijania gwoździ i wymieniania kontaktów. Próbę samodzielnej wymiany żarówki mama kwitowała słowami „zaraz spadniesz z tego stołka”. Nie wolno mi się było brudzić, bo miałem ładne ubrania (do tej pory prędzej odgryzę sobie głowę i ją zjem, niż włożę niebieską koszulę). Z jednej strony patrzyłem z wyższością na kolegów, babrających się w błocie, z drugiej byłem okropnie samotny. Bawiłem się z dziewczynkami, bo im też nie było wolno się brudzić, graliśmy razem w klasy. Co dziwne, podczas gry w klasy przejawiałem świetną koordynację ruchową, zaś grając w piłkę byłem zesztywniałym i wystraszonym manekinem, który wiecznie stał w bramce i był w tej roli beznadziejny, bo przecież jak tu się rzucić i złapać piłkę, kiedy nie wolno się ubrudzić?

Czytaj dalej

Jakiś czas temu zwrócono mi uwagę, żebym się nie wypowiadał na temat polskiej polityki, bo znam ją wyłącznie z gazet. Uwagę uznałem za słuszną. Zapewne zauważyliście spadek procentowej ilości notek politycznych na MPO30. Jest on owocem tegoż komentarza, jak również faktu, że mi się nie chce.

Nie chce mi się snuć przewidywań wyniku wyborów. Oczywiście na własny użytek poczyniłem sobie takowe przewidywania (Kukiz poza parlamentem, PiS z bezwzględną większością, w Sejmie trzy partie: PiS, PO i PSL), ale co komu z moich dumań? Co mi samemu z tych dumań? Przewiduję też wynik wyborów prezydenckich w Stanach, do których mi jeszcze dalej i które rzeczywiście znam wyłącznie z mediów, oraz parlamentarnych w Grecji. Nie chce mi się. Polityka, która mnie dotyka rozgrywa się tutaj, a ja nie mam na nią żadnego wpływu, bo wybory będą w 2017.

Rzeczniczka PiS obraziła się na Newsweek, który śmiał wyrazić się o Jaśnie Panu Prezydencie per „Duda”. Zdaniem pani rzeczniczki „władza odchodząca i środowisko z nią związane nie mogą się pogodzić z tym, że rządzi ktoś inny i rządzi skutecznie” i z tego wynikają ataki na nowego szefa państwa, który „dotrzymuje obietnic i prowadzi aktywną politykę”. Nie wiem, czy można powiedzieć, że Jaśnie Pan Prezydent rządzi skutecznie, skoro na razie jest na stolcu od 18 dni, dotrzymywaniem obietnic też bym się specjalnie nie chwalił, ale przewiduję, że po wygraniu wyborów przez PiS i zawiązaniu koalicji z PSL zachodzi niebezpieczeństwo dokonania takich zmian w konstytucji, które już zadbają, żeby „Newsweek” i Przemysł Pogardy nie mogły o Prezydencie pisać inaczej, niż Jaśnie Pan Prezydent Duda. (Oczywiście elegancja dotyczy tylko JPPDudy, „Komoruski” było w porządku.)

Nadchodzącą wygraną PiS obserwuję z mieszaniną obojętności, schadenfreude i lekkiego podekscytowania. Przeważa obojętność. Podekscytowanie bierze się stąd, że Polacy najwyraźniej nie zrozumieją, co oznacza wygrana PiS, dopóki owa nie nastąpi. Życzę PiS nieprzerwanych czteroletnich rządów. Owszem, kraj będzie do naprawy, ale nie ma innego sposobu, żeby Jarosław (jeszcze nie trzeba pisać Jaśnie Pan Premier) i jego partia zginęli w odmętach przeszłości, skąd macha do nich Zjednoczona Lewica SLD+PPS+TRUP. A po tych czterech latach mam nadzieję zobaczyć u władzy Razem (nie to od Gowina). Ponieważ może nadejść taki dzień, że z powodów rodzinnych lub innych będę zmuszony do powrotu do Polski. Modlę się do swoich Bogów, żeby ten dzień nigdy nie nadszedł, ale nie wiem, czy moje modły wystarczą.

Poza tym głównie zaprząta mnie kwestia mieszkania, które mam nadzieję w październiku wystawić na sprzedaż i pozbyć się go jak najszybciej; zdrowia, które jak wiadomo czasami działa, a czasami nie; książki numer dwa, której korekta powoli zbliża się do końca i będę z nią musiał coś zrobić; braku pieniędzy (permanentnie); zdrowia mojej rodziny; zdrowia Zbrojmistrza; samopoczucia Eugenii. I tak dalej. Nadchodzący ślub w ogóle mnie nie zaprząta, pewnie zacznie w kwietniu, na razie nie mam czasu. Nie mam też pieniędzy, co jest stanem permanentnym. Jest szansa, że zacznę jakieś mieć, kiedy sprzedam mieszkanie.

W skrócie można powiedzieć, że przestałem się interesować polityką, bo jestem zajęty życiem.

Bunio jest jednym z niewielu pozostałych mi uzależnień i bardzo chciałbym się go pozbyć. I wish I could quit you, Bunio.

Wstydliwe wyznanie: czytuję grupę „Beka z mamuś na forach”. Z jednej strony stanowi ona formę cyber-bullyingu, nawet mimo usuwania nazwisk i zdjęć profilowych, bo wiele wątków wrzucanych jest na publiczne grupy, grupę da się znaleźć w 30 sekund i pod postami nagle pojawiają się linki do pełnego wątku, bo tam „więcej beki”. (Admin linki wyrzuca, ale nie mieszka w komputerze i czasami trochę czasu upłynie, zanim link zniknie.) Stąd mój wstyd. Z drugiej strony jednak „Beka” jest świetną odtrutką na bańkę rzeczywistości wirtualnej, jaką generują posty na Buniu.

Dotyczy to wszystkich postów. Na grupie „Kowalstwo dla początkujących” pojawiają się niewiarygodnie dopracowane rzeczy z podpisem „to moja pierwsza siekiera/miecz/świecznik/rzeźba abstrakcyjna”. W feedach przyjaciół roześmiane gębusie, słoneczko, plaża. Nowy motocykl, nowy pies lub kot, nowe dziecko. Bezrefleksyjna lektura Bunia daje silne wrażenie, że wszyscy oprócz nas prowadzą zajebiste życie pełne hajsu i imprez, a tylko my mamy doła, nie mamy piniondza, jesteśmy głupi i mało atrakcyjni. Więc dokładamy się do bańki Bunia, wrzucając jedyne zdjęcie z pięćdziesięciu zrobionych, na którym wyglądamy ładnie i szczupło, albo śmieszny filmik z kotkami, chociaż gdybyśmy byli zupełnie szczerzy, napisalibyśmy „jestem w nastroju, żeby zrobić sobie krzywdę”.

Czytaj dalej