*TRIGGER WARNING*

 

Dziś jest dzień, kiedy żywię się delicjami.

To tak naprawdę przypadek, że akurat delicjami, były pod ręką. Gdyby pod ręką była kiełbasa, żywiłbym się kiełbasą. Ale do barku bliżej niż do lodówki, a w barku są delicje. To znaczy, były.

Moja choroba w ostatnich miesiącach przybrała postać przełącznika. W pozycji „1” jest dobrze, robię co mam robić, chodzę do kuźni, na siłownię, spotykam się z ludźmi, sprzątam w kuchni, wystawiam na sprzedaż płyty. Aż przegnę z aktywnością i wtedy wskakuje pozycja „0”, w której siedzę. Wyjście z domu, nieważne po co i dokąd, nie wchodzi w rachubę, bo nie. Możliwe, że gdyby wybuchł pożar pozwoliłbym się pochłonąć płomieniom, przyglądając im się bez większego zainteresowania. Jeśli jest dobrze, siedzę z laptopem, jeśli nie jest, po prostu siedzę, jak ten baca, co niekiedy miał czas, a niekiedy nie. Dzisiaj jest dobrze, przeczytałem wszystkie wątki na forach Popjustice i Macforums, nawet te nieciekawe, wrzuciłem na Bunia dwa linki, zjadłem delicje (trochę mi teraz za słodko) i trwam.

Czytaj dalej

Nie znoszę podróżować.

Dawno, dawno temu, gdy byłem jeszcze małym krzaczkiem, mój ojczym kupił Bilet Lotniczy do Krakowa. W tym czasie była to taka rzadkość, że sąsiedzi zlecieli się oglądać Bilet. W eleganckim opakowaniu książeczka z różnymi tajemniczymi informacjami. Po powrocie ojczym przywiózł w prezencie sól i pieprz oraz plastikowe pudełka, w których podano Posiłek. Miałem wtedy może osiem lat, a do tej pory pamiętam, jaki byłem podekscytowany oglądając Bilet i opakowanie po Posiłku. (Chyba był też Plastikowy Widelec, ale nie pamiętam aż tak dokładnie.)

Czytaj dalej

Wybaczcie, nie miałem lepszego pomysłu na tytuł.

Hanna Rydlewska rozmawia z Juliuszem Strachotą na temat jego książki „Amerykański relaks”. Książka jest o uzależnieniu od pigułek, konkretnie Xanaxu. W pewnym momencie pan Juliusz mówi tak:

Zakłamanie jest tutaj czasem większe niż w przypadku „klasycznego” nałogu. No bo jak to jest, że ktoś przez pięć lat bierze krótkoterminowe leki nasenne, takie, które można przyjmować do dwóch-trzech tygodni, i uważa, że wszystko gra? Dwudziestokilkulatek, który argumentuje to tak: – Muszę to brać do końca życia, cierpię przecież na chroniczną bezsenność. Bardzo trudno się przez coś takiego przebić, nie jestem w stanie rozmawiać z takimi ludźmi.

Nie dotyczy bipolarów.

Po raz pierwszy uzależniłem się od zopiclonu, gdy dowiedziałem się, że moja choroba oznacza, że MUSZĘ spać. Lekarz powiedział mi, że lek jest uzależniający, ale nie będziemy się tym przejmować, bo mój sen jest ważniejszy. I choćby nie wiem co, muszę spać.

Czytaj dalej

Kiedyś, dawno temu, gdy rozpocząłem pracę w Holandii, w ramach pozapłacowych benefitów otrzymywałem €1,250 na zakup nowego komputera i nie kupiłem Maca.

W użyciu był wtedy Mac OS X Tiger, który z nieznanych mi powodów bez przerwy sprawiał problemy, zawieszał się, programy nagle padały bez możliwości zapisania danych. Tak więc wybrałem Windows i zasłużenie cierpiałem. Któż zapomni rozkosze ekranu „trwa instalacja aktualizacji 8 z 495, proszę nie wyłączać komputera” kiedy KONIECZNIE musisz wysłać natychmiast maila? Albo wyskakujące malutkie okienko z pytaniem „czy zrestartować teraz”, które umyka kompletnie uwadze, bo piszesz tekst, po czym system się restartuje bez zapisania owego tekstu? Wiele notek straciłem w ten sposób i po trzech latach, gdy Mac OS X ewoluował do wersji Snow Leopard, nabyłem Maca.

Moje życie nagle stało się o wiele przyjemniejsze i prostsze. Do iMaca dokupiłem iPhone i iPada i byłem niemal idealnym przykładem hipstera (jeszcze wtedy byłem szczupły), brakowało tylko Macbooka i kawy ze Starbucksa. Nic mi się co chwila nie restartowało, wszystko świetnie działało i ogólnie było ekstra, dopóki nie postanowiłem przyoszczędzić i przy odnowieniu kontraktu zamiast iPhone nabyć Szajsunga Crapaxy S III, najgorszy telefon, jakiego w życiu używałem, a trochę ich było.

Czytaj dalej