Moja ostatnia próba samobójcza miała miejsce 4 października 2012 roku, dzień po otrzymaniu diagnozy ChAD. Jak łatwo zauważyć, była nieudana.

Fascynuje mnie dobór słów. Udana próba to taka, która kończy się śmiercią, nieudana – przeżyciem. W słowie „nieudana” czai się sugestia, że próbowałem za kiepsko. Po nieudanej próbie opracowałem nawet dwa sposoby na to, żeby się zabić na sto procent, szybko, względnie bezboleśnie i skutecznie. Niestety nie znalazłem sposobu, żeby zachować przy tym godność i decorum, nie wymyśliłem też, jak to zrobić, żeby moje zwłoki odkryła najlepiej przypadkowa, niezwiązana ze mną osoba, a przede wszystkim – żeby nie skrzywdzić nikogo z ludzi, którzy mnie kochają. Ale w stanie umysłu, w którym byłem wtedy, liczyła się tylko skuteczność, poza tym depresja wdzięcznie podpowiadała, że i tak nikogo nie obchodzę i nikt mnie nie kocha, więc nie ma o czym mówić.

Czytaj dalej

Pół mojego życia to tęsknota. Mam wrażenie, że to bardzo polskie.

Znajduję się w tej chwili w raju. Raj, którego mały fragment widać na zdjęciu, jest dziełem dwóch moich przyjaciół, bo raje nie robią się same i ktoś je musi stworzyć. Za cztery godziny mamy pociąg do prawdziwego życia, w którym czekają rachunki, zepsuty twardy dysk, który serwis od trzech tygodni „testuje”, dalsza część przeprowadzki i przygotowywania mieszkania do sprzedaży, dużo roboty, dużo ludzi. Tutaj jest nas czterech, a dzisiaj w szczególności jestem sam, podczas gdy Zbrojmistrz rąbie drwa, a moi przyjaciele upychają drewno tam, gdzie powinno się znaleźć. Swoją część pracy odwaliłem sam, przy czym praca polegała na operowaniu piłą spalinową, więc jeśli ktoś mnie zna, to wie, że nie musiałem się przesadnie zmuszać.

Czytaj dalej

Amsterdam jest za mały.

Przenieśliśmy się ze Zbrojmistrzem na nową siłownię. Odległość w zarysach ta sama, ale do starej jechało się przez centrum miasta, po którym włóczą się turyści, którzy czasami są trzeźwi, a czasami nie. Poza tym z nieznanych powodów turyści amsterdamscy żyją w błogim mniemaniu, że jezdnia to naturalne rozszerzenie chodnika i można sobie po niej chodzić spacerowym kroczkiem. Podczas jazdy do starej siłowni w zeszłym tygodniu miałem niegroźny wypadek, mianowicie wjechałem pewnej pani w biust, ponieważ nie zawracając sobie głowy rozglądaniem się beztrosko wlazła mi pod koła roweru. Swoją drogą, dawno nie miałem tak intymnego kontaktu z kobietą płci odmiennej, na pierwszej randce macanie po biuście, strach myśleć, co się stanie, jeśli wlezie mi pod koła jeszcze raz.

Nowa siłownia jest miejscem znanym mi z czasów Wikinga, który tam uczęszczał. Może robi to nadal, jeszcze go nie przyuważyliśmy. Zbrojmistrz dodatkowo postanowił jeździć drogą na skróty i tak się składa, że jest to idealnie ta sama trasa, którą ja jeździłem do Wikinga w odwiedziny. W związku z czym wspomnienia zaatakowały z siłą wodospadu.

Czytaj dalej

(Punkt dla tej osoby, która mi przypomni autora i tytuł książki, która zainspirowała tytuł, nie mam jej od lat, a chętnie bym zajrzał. W dzieciństwie mi się bardzo podobała.)

Wiem, że większość [delikatne sformułowanie – red.] czytelników nie przychodzi tutaj dla mojej muzyki, ale tworzenie tejże jest częścią mojego życia od najmłodszych lat. Jako dziecko miałem głos i słuch idealny. Wygrywałem wszystkie konkursy piosenki organizowane na koloniach zimowych i letnich, a wielką sławę zdobyłem, tłumacząc na polski utwór „Sealed With A Kiss” – dwa lata potem stara, bo piętnastoletnia dziewczyna miała w zeszyciku spisane różne teksty piosenek, w tym mój, a ja poprawiałem jej błędy. Nie chciała wierzyć, że dokonałem tego tłumaczenia w szacownym wieku lat 12, dopóki jej nie zaśpiewałem swojej wersji. W tych czasach dawałem impromptu koncerty przy ognisku, otoczony wianuszkiem dziewczyn z wielkimi oczami przepełnionymi zachwytem. Aż szkoda, że byłem 1) za mały i 2) gejem, bo dobiłbym do 500 partnerek przed ukończeniem 15 lat.

Nadeszła mutacja i upierdoliła mi głos. Ze skali porównywalnej z Mariah Carey zostały mi dwie oktawy w dobry dzień. Ale nie powstrzymało mnie to przed dalszym komponowaniem, próbami nagrywania (mój pierwszy album powstał tak, że z Atari 65XE wydobywała się muzyka, obok siedziałem ja i śpiewałem, a całość nagrywała się przez monofoniczny mikrofon magnetofonu Grundig, jeśli dobrze pamiętam) i pożądaniem SŁAWY. Michael Jackson, Prince, Ja. Rzecz jasna, nie w tej kolejności.

Czytaj dalej