Jest rok 1994. Mam 17 lat. Koresponduję z dziewczyną z Zawiercia. Przesyłamy sobie różne ciekawostki, dowcipy, ja dodaję do tego po jednej stronie swojej powieści, którą przepisuję elegancko na papierze innego koloru, z dziurkami, żeby mogła złożyć sobie w całość. Korespondencja trwa ze trzy lata, wymieniamy w tym czasie średnio jeden list tygodniowo, bo samo napisanie zajmuje wieczór lub dwa, a jeszcze poczta musi z wysiłkiem utwór dostarczyć. W końcu nasza znajomość się urywa, czy dlatego, że jednemu z nas nie chce się odpisać, czy po prostu list ginie, a my nie mamy sposobu, żeby to odkryć.

Jest rok 1996. Siedzę w kafejce internetowej za darmowe kupony i wpisuję w wyszukiwarkę Yahoo! słowa „Pet Shop Boys”. Znajduję stronę oficjalną, na której nie ma prawie nic, bo w tych czasach internet dopiero raczkował. Ale zapisuję się na listę mailingową. (O ile pamiętam, nigdy nie przychodzi do mnie żaden mail.) Mam już adres e-mail w domenie Politechniki Warszawskiej. Po kilku miesiącach zarządzenie: odbieramy studentom adresy. Piszę podanie o przyzwolenie mi na zatrzymanie mojego, ponieważ jestem już członkiem listy mailingowej Introspective oraz koresponduję z dwiema osobami. W drodze wyjątku otrzymuję zezwolenie na dalsze korzystanie z e-maila za pomocą programu Lynx. Pewnego dnia, podczas wyjątkowo nudnych zajęć, wymieniam maile z chłopakiem z Południowej Afryki i nagle dostaję gęsiej skórki, gdy zdaję sobie sprawę, że w ciągu pół godziny wymieniliśmy 10 wiadomości. Kilka lat temu trwałoby to pół roku.

Czytaj dalej

Przyjaciółka, z którą wczoraj rozmawiałem, z naciskiem namawiała mnie na rezygnację ze starości, co ma zapewne związek z tym, że jest ode mnie starsza o całe 13 dni. A jednak…

Jestem stary, gdy słyszę utwory, którymi z upodobaniem katują się nastolatki. Gatunek o nazwie EDM powoduje u mnie wypadanie zębów i łysienie plackowate. Utwór Rihanny pt. „Bitch Better Have My Money” wywołuje we mnie skojarzenia z popsutą pralką. Justin Bieber wzbudza u mnie mdłości, choć nie aż takie, jak jego fanki (miałem wątpliwą przyjemność przejechać na rowerze obok hotelu, w którym Bieber się zatrzymał, chóralne wrzaski 13-latek „JUS-TIN! JUS-TIN!” spowodowały, że z nowym wigorem pocisnąłem pedały, żeby jak najprędzej przestać to słyszeć).

Jestem stary, gdy spoglądam na brytyjskie top 40 i nie znam ANI JEDNEJ piosenki, która się tam znajduje. Kiedyś słuchałem top 40 w BBC Radio One co tydzień i potrafiłem przewidzieć, na którym miejscu zadebiutuje nowy utwór Spice Girls, Pet Shop Boys czy zespołu Aqua. Aktualnie widzę tam wyłącznie nazwiska znane mi z DListed przemieszane z takimi, których nigdy nie widziałem na oczy. Zapewne wiele tracę, słuchając po raz setny Results Lizy Minnelli zamiast, bo ja wiem, Jess Glynne czy Nicka Jonasa, kimkolwiek są.

Jestem stary, gdy 20-latek wysyła mi na portalu randkowym wiadomość „sexy papi”, a ja zgrzytając zębami blokuję drania tylko po to, żeby zdać sobie nagle sprawę, że NAPRAWDĘ mógłbym być jego ojcem. Zbrojmistrz, gdyby się postarał, mógłby być jego dziadkiem. Ratunku.

Czytaj dalej

Co powiedzieć osobie, która straciła jedyne, co trzymało ją przy życiu?

Pamiętacie być może moją przyjaciółkę Eugenię, która próbowała się zabić raptem kilka tygodni temu. Odratowano ją, pod czułą opieką męża, moją, innych przyjaciół, terapeuty i psychiatry powoli wracała do siebie. Po czym w nocy z poniedziałku na wtorek mąż nagle zmarł w jej ramionach, w ciągu dosłownie kwadransa. Najprawdopodobniej przyczyną są powikłania cukrzycowe.

Trzymam w ramionach Eugenię i zastanawiam się, co można jej powiedzieć. „Nie przejmuj się, wszystko będzie dobrze”? No chyba tak średnio. Lub zgoła wcale. Nic nie będzie dobrze. „To minie”? Owszem, minie, ale mówienie tego wprost wydaje mi się niezbyt uprzejme. Co ja mam mówić kobiecie, która dwa tygodnie temu próbowała się zabić, a teraz straciła męża? „Czasami piorun uderza dwa razy”?

Nie zostawiamy jej samej, w tej chwili zaparkowałem się na jej kanapie. Ona stara się załatwiać sprawy okołopogrzebowe. Co jakiś czas potrzebne są uściski, do których dostarczania jestem na szczęście wysoko wykwalifikowany, bary kowala dobrze się nadają do tego celu. Jutro będzie z nią ktoś inny, w piątek jeszcze nie wiadomo, możliwe, że znowu ja, jeśli mi bipolar nie eksploduje. Ale przecież nie będziemy jej pilnować przez najbliższe trzy dekady. Co jej mówić, jak ją przekonać, żeby nie spróbowała popełnić samobójstwa po raz drugi, mając do tego kolejny powód?

Dziś bez obrazka, mam alergię na tandetne świeczki.

Jak widać, nadal mnie gryzie głupota artykułu mgr Gustawa o dobroczynnych depresjach, które wskazują, że trzeba się wycofać i oddać refleksji. Gryzienie zawdzięczam temu, iż aktualnie moja dwubiegunówka znowu serwuje mi ultra-ultra-rapid cycling, przy czym skoki nastroju odbywają się wyłącznie w dół, czym można się prędko znudzić.

Skok (w przepaść) wygląda mniej więcej tak.

W pewnym momencie, nieważne, jakiej czynności właśnie się oddaję, zaczynam czuć coś jakby ucisk w podbrzuszu. Tak, jakby ktoś podrzucił mi tam cichaczem kilogramowy ciężarek. Właściwie już w tej chwili mogę przewidzieć, że zaraz będzie niedobrze, ale jeszcze ciągle funkcjonuję, oddając się kuciu, pisaniu, jeździe na rowerze alibo zakupom. Ciężar sygnalizuje jednak, że w ciągu kwadransa będę potrzebował miejsca spokojnego spoczynku.

Czytaj dalej