7 kwietnia między 15:15 a 16:30 zostanę Holendrem.

Kiedy przyjeżdżałem tu we wrześniu 2006, byłem okropnie cięty na Polskę i odgrażałem się, że wystąpię o obywatelstwo kiedy stuknie mi 5 lat i jeden dzień pobytu. Tak się nie stało. Po części dlatego, że uwierzyłem, że tu mieszkam i nikt mnie nie wyrzuca; po części w związku z dwubiegunówką — wiedziałem już wtedy, że tracę pracę w starej firmie i nie chciałem wydawać pieniędzy na opłatę za obywatelstwo. (Premier Rutte podniósł ją w ciągu dwóch lat z 250 do 821 euro, co jest tylko jednym z powodów, dla których niecierpliwie czekam na wybory.) Tak się jednak złożyło, że pieniądze się pojawiły, mniejsza o to, jak (legalnie, w każdym razie) i ze Zbrojmistrzem uznaliśmy, że warto zainwestować i upewnić się, że tutejsi naziole nie będą mogli mnie stąd w żaden sposób usunąć.

Wizja ta nie jest do końca nieprawdopodobna. W ostatnich miesiącach notowania rządzącej VVD spadły do takiego poziomu, że o wygraną w ewentualnych wyborach (które, o ile nie nastąpi nic niespodziewanego, będą miały miejsce w 2017) walczą VVD (liberałowie), D66 (demokraci, którzy są wszystkim tym, czym SLD nie jest) i PVV — partia, ujmijmy to delikatnie, prawicowa. Lider tej ostatniej, Geert Wilders zasłynął wieloma rzeczami, między innymi stworzeniem pełnego przekłamań filmu „Fitna”, mającego pokazać, jak bardzo muzułmanie nienawidzą niewiernych, oraz zadaniem dramatycznego pytania podczas zlotu kolegów z partii — „czy chcemy więcej Marokańczyków, czy mniej?” na co rozochoceni kolesie odpowiedzieli chórem „mniej! mniej! mniej!”. Pechowo, dla nich rzecz jasna, zarejestrowała to kamera. Co dziwne, notowania PVV ani nie wzrosły, ani nie spadły, a zwolennik rządów białej rasy, Wilders jest pół-Indonezyjczykiem i farbuje sobie włosy na kolor kurczaczkowy. Z jakiegoś powodu jego zwolennicy nie mają z tym problemu. Niemniej jednak włosy włosami, ale szansa, że farbowany blondas zostanie premierem istnieje (o ile uda mu się zbudować koalicję). A jednym z jego celów jest pozbycie się z Holandii Marokańczyków, Rumunów, Bułgarów, Polaków (na których temat co jakiś czas się wypowiada) i generalnie wszystkiego, co nie jest aryjskim blondynem od urodzenia szprechającym w języku taal.

Dzięki paszportowi, o który wolno mi wystąpić 6 dni po uzyskaniu obywatelstwa, pan Wilders będzie mi mógł nafiukać. Ale są i inne pozytywy. Ominie mnie na przykład konieczność dokonywania wyboru między kandydatami Komorowskim, Dudą, Ogórek i Jarubasem (nie do końca wierzę w uzyskanie stu tysięcy podpisów przez pozostałych, no, powiedzmy, że Palikotowi się uda). Nie będę musiał głosować na SLD, czy inne Europy Plus Twoje Ruchy, bo Zielonym znów nie uda się zarejestrować list. Już wyłącznie w ramach humoru zeszytów szkolnych będę czytał, co powiedziała poseł Pawłowicz i co na to odparł poseł Niesiołowski.

Kasper the Friendly Kowal zapytał mnie, po co mi właściwie paszport niderlandzki i bardzo się zdziwił odpowiedzią, która brzmiała: chcę przyłożyć rękę do wykopsania Marka Rutte z fotela premiera. Rutte stanowi skrzyżowanie osobowości Leszka Millera z poglądami Korwina (tyle, że bardziej wyględne). Ciężko pracuje nad rozmontowywaniem państwa socjalnego, którym jest Holandia i odnosi — niestety — liczne sukcesy. Jego koalicjantem jest PvdA, Partia Pracy, która pod wodzą Diederika Samsoma wykonała woltę godną SLD, mianowicie wystartowała w wyborach z programem socjalno-lewicowym, po czym weszła w koalicję z liberałami i zaczęła grzecznie przyklepywać ich pomysły. Samsom, tchórz i oportunista, schował się na wszelki wypadek w cieniu i na stanowisko wicepremiera wystawił Lodewijka Asschera, którego słyszałem na własne uszy w radio, kiedy perorował o tym, jak Polacy zabierają pracę Holendrom. Ta próba sięgnięcia po głosy wyborców PVV okazała się kompletnym niewypałem i aktualnie PvdA ma 40% poparcia, które uzyskała w wyborach, a ja dziwię się, że zostało im aż tyle.

Polska pozostanie krajem mi drogim z powodów oczywistych: tam mieszka moja rodzina, mam tam przyjaciół i znajomych, tam uczyłem się początków kowalstwa. Poza tym, można tam zrobić tanie zakupy. nowe tatuaże za 10% ceny holenderskiej i najeść się porządnego żarcia — z biegiem lat nic się nie zmieniło i Holendrzy nadal nie umieją gotować. Ale nie ma się co oszukiwać — po 8.5 latach pobytu w Holandii żaden ze mnie ekspert na temat polskiej polityki, ekonomii czy rynku mieszkaniowego. Czytam Wyborczą i nie znam osobiście żadnego wyborcy PiS, zatem mój punkt widzenia na sprawy polskie jest w najlepszym wypadku ograniczony. W związku z tym planuję rzadziej się wypowiadać na temat polskiej polityki. Wielkiej straty, jak sądzę, nie będzie.

Na koniec jeszcze coś: okropnie mnie denerwują wpisy na forach o mniej więcej takiej treści: „Cham Komoruski wypędził młodziesz s kraju .Pszes rzondy PO wyjechały dwa milijony za hlebem .Tylko Duda i PiS mogom uratować Polske pszed dżenderem i Rzydami !” Otóż nie, moi drodzy, NIE wyjechałem za chlebem, w Polsce zarabiałem przyzwoicie i było mnie stać właściwie na wszystko, czego mi się tylko zachciało. Wyjechałem, bo miałem dość osób piszących takie pierdoły, ministra edukacji Giertycha, premiera Kaczyńskiego, braku ustawy o związkach rejestrowanych, że o równości małżeńskiej nie wspomnę. Miałem dość alternatywy pod postacią SLD, publicystów w typie Terlikowskiego i Zdorta, Trujki udzielającej miejsca na antenie panu, który ciężko żałował, że jak pobije pedała, to go ukarzą jak za pobicie człowieka, „Wprost” i tym podobnych czynników. Wystąpienie o obywatelstwo niderlandzkie nie wymagało ani chwili zastanowienia, skoro alternatywę stanowiła zbrodnia smoleńska, wyciąganie pieniędzy z OFE, które przecież miały być takim dobrym pomysłem, kredyty we frankach szwajcarskich, protesty górników, KRUS, emerytury policyjne od 35 roku życia, polska państwowa służba zdrowia i zasiłek dla dwubiegunowca wysokości 520 zł (możliwe, że do tej pory wzrósł i wynosi np. całe 600 zł, nie chce mi się sprawdzać). Mając do wyboru (jeszcze wtedy) Tuska lub Kaczyńskiego, wybrałem Ruttego. A teraz zadbam, żeby za długo już nie porządził.

Foto: Mark Rutte, zdj. Nick van Ormondt

Akurat tak się złożyło, że w Walentynki ukazała się e-drukiem moja pierwsza książka, „Bipolar For Beginners”. Jak sama nazwa wskazuje, książka została napisana po angielsku. Jeśli będzie się sprzedawać w sensownych ilościach, przetłumaczę ją na polski i wydam również via Amazon/iBooks.

Książka, a raczej książeczka, jest kompilacją wiedzy o chorobie dwubiegunowej, którą udało mi się zdobyć w poprzednich trzech latach (wiedzę, nie chorobę, rzecz jasna, chorobę zdobyłem o wiele dawniej). Kiedy otrzymałem diagnozę od holenderskiego psychiatry, nie dostałem żadnych, ale to żadnych informacji. Nawet dwustronicowej ulotki. Wiedziałem tylko tyle, że nie mam depresji, tylko jakąś inną chorobę; że ten wspaniały okres, który nie wiedzieć czemu skończył się w sierpniu 2011, to nie byłem ja w szczytowej formie, tylko hipomania czyniąca spustoszenie w mózgu. Co tu mówić dużo, załamałem się kompletnie, a następnego dnia wylądowałem na ostrym dyżurze psychiatrycznym, nieco krwawiąc z nadgarstków. Wytłumiono mnie seroquelem, który na początku działa jak cios szpadlem w potylicę, kolejny tydzień przespałem, a po 10 dniach w końcu udało mi się spotkać z lekarzami szpitalnymi, którzy coś niecoś mi wytłumaczyli, zmienili leki (co zrobili źle, ale rozumiem ich motywację — ufarbowałem sobie brwi na czerwono, co miało być eksperymentem, eksperyment się wyjątkowo nie udał, a lekarze uznali, że to znak manii) i wysłali do domu. Gdzie zasiadłem z Kindlem, wykupiłem wszystko o bipolarze, co się dało i przystąpiłem do lektury.

Ten sposób zapoznawania się z chorobą jest w zasadzie praktyczny, ale w realizacji wygląda to nieco gorzej. Książki nie miały numeracji „najpierw czytaj tę, a potem tamtą”, dzięki czemu na zmianę się załamywałem, podnosiłem na duchu, wpadałem w depresję, podnosiłem się z niej, przerażałem tym, co mnie rzekomo czeka… Większość z nich stanowiły autobiografie. Nie jest łatwo się odnieść do prawniczki pracującej z Michaelem Jacksonem (Terri Cheney), do pani profesor w szpitalu Johna Hopkinsa (Kay Redfield Jamison), łatwiej się odnieść do zwyczajnej pracującej Amerykanki, ale ta akurat słyszała w głowie Billa i Melindę Gatesów i malowała sobie odbyt złotą szminką (Kathy Chiles).

Zacząłem uczęszczać na różne fora internetowe w poszukiwaniu odpowiedzi (i pytań, bo tak naprawdę nie wiedziałem nawet, o co pytać). Jedno forum wydało mi się zwyczajnie niesympatyczne, drugie przypadło do gustu o wiele bardziej. To drugie aktualnie moderuję i to ja udzielam odpowiedzi na wiecznie te same pytania: co ze mną będzie? czy już nigdy mnie nikt nie pokocha? czy to koniec mojego życia? czy kiedyś wrócę do pracy? czy od lamictalu dostanę wysypki i umrę? (tu akurat odpowiedź brzmi: „masz na to szansę 1/1000”) I jakoś tak osiem miesięcy temu zaczęła mi się kluć myśl o napisaniu książki z odpowiedziami na te pytania; objaśnieniami skrótów, którymi posługują się lekarze; tłumaczeniem, dlaczego leki czasami działają, czasami zaś nie i jakich efektów ubocznych można się spodziewać.

W książce nigdy nie podsuwam diagnoz i nie sugeruję, że lekarz myli się diagnozując takie, a nie inne schorzenie z prostego powodu: jestem grafikiem i kowalem. Moja wiedza medyczna jest tak jakby niekompletna i składa się z lektury ulotek do kolejnych leków, jakie mi się podsuwa. Nikomu nie mogę powiedzieć „nie bierz litu, tylko depakinę”. Byłoby to po pierwsze cholernie nieetyczne, a po drugie — głupie. Nie jestem antywackiem, żeby podważać wiedzę medyczną, jakkolwiek niekompletna potrafi ona być (a miałem lekarzy, którzy sprawiali wrażenie, jakby się szkolili w Szkole Głównej Gotowania na Gazie). Lekarz wie lepiej. Ale czasami warto mu coś podpowiedzieć; samemu sprawdzić działania niepożądane leku (dwóch lekarzy usiłowało mnie wprowadzić w syndrom serotoninowy, bo oboje nie doczytali, że pewnych leków nie podaje się naraz i to ja się uratowałem, sprawdzając to przed beztroskim łyknięciem).

Na końcu książki zamieściłem pięć krótkich wywiadów ze znajomymi bipolarami. Ostatni jest ze mną samym. Pytań jest tylko sześć, dla każdego te same.

Za kilka lat planuję napisać wersję rozszerzoną o to, czego się dowiem w międzyczasie. Natomiast na tę chwilę zależy mi na tym, żeby osoby, które właśnie dostały diagnozę, mogły sięgnąć po moją książeczkę i poznać podstawowe fakty. Bez przerażenia, bez prób samobójczych, bez ostrych dyżurów. Nie mam pojęcia, czy ktoś to dzieło w ogóle kupi. Ale liczę na to, że jakaś jedna pani Gwendolyne Johnson z Ohio przeczyta moje podsumowanie i zamiast łapać za nóż do steków usiądzie do internetu i zacznie klikać w linki, które podałem, albo zadzwoni do lekarza i umówi się na pilną wizytę. Tylko na tym naprawdę mi zależy.

Bipolar for Beginners w iBooks

Bipolar for Beginners w Kindle

Właśnie zmusiłem się do przeczytania komentarzy pod wywiadem z Małgorzatą Halber. Tak, komentarzy właśnie, chociaż wywiad oczywiście też przeczytałem. Najpodlejszy jest ten ostatni: „Laska zluzuj i łyknij sobie ,na trzeżwiaka twoje oczęta smutne są do samego dna.”.

Przeczytałem też książkę pani Halber (nie da się kupić eBooka w Polsce, ale z nieznanego mi powodu da się na holenderskim bol.com i na Kobo). Nie jest to lektura łatwa i przyjemna. Krystyna, bohaterka książki, nie wygląda tak, jak sobie wyobrażamy alkoholika — pracuje w telewizji, nie ma wielkiego czerwonego nosa, nie trzęsą się jej ręce. Gdy zaczyna rozumieć, że nie może już pić, spotyka kumpla, który ma dla niej rozwiązanie idealne: jointy! Ale w międzyczasie jest sangria, jest piwo Volt, jest szampan, jest potrzeba najebania się, bo gdy się najebiemy, to „jest tak dobrze, jestem taka kolorowa. I ładna. I mądra. I te osoby, z którymi siedzę, tak ładnie mnie słuchają. Nareszcie, czuję się doskonale, więc chcę się czuć jeszcze doskonalej, a przecież doskonalej poczuję się, jeśli powtórzę to, co robiłam przed chwilą.”

Komentatorzy pod artykułem złorzeczą, że za dużo tej Halber i jej alkoholizmu, kogo to obchodzi, ile zapłaciła za promocję i za wywiady w Fochu. Czytając tę książkę wcale nie odnoszę wrażenia, jakoby autorka chciała, żeby przeczytały ją tłumy. To nie jest proza, stawiająca ją w przyjemnym świetle. To nie jest ładny mały alkoholizmik, ot ciupeńka winka wieczorami, lecz pewnego dnia nawiedza nas Dżizas i rozumiemy, że dzięki temu doświadczeniu już nigdy, a potem wygrywamy na loterii i budujemy dom marzeń. Halber pisze o swoich terapiach, tych udanych i tych nie; o tym, jak bała się pójść na miting AA, gdzie „jest dużo osób w beżowych płaszczach typu prochowiec i w swetrach i lamperia, i mówią łagodnym głosem, a ja nie chcę kurwa mówić łagodnym głosem, ja chcę słuchać Stoogesów”.

Alkoholizm nie jest ładny. Alkoholizm to łgarstwa, urwany film, wymiociny, brak pieniędzy na koncie, bo mając do wyboru chleb albo dwa piwa kupiliśmy te piwa. To rozmowy z ludźmi, do których nie zbliżylibysmy się na trzeźwo, ale kupili nam piwo, albo dwa, więc słuchamy: „Czasem byli otyłą nastolatką z Brwinowa, którą przekonywałam, że kariera w telewizji jest przed nią, bo ma osobowość”. Krystyna nie oszczędza samej siebie, nawet, gdy popada w hipsteryzmy (ale do jej osobowości hipsteryzmy doskonale pasują). Książka Halber nie jest Spowiedzią Alkoholiczki; jest raczej opowieścią o tym, jak łatwo wpaść w pułapkę uczucia, że brzydka grubaska, którą jesteśmy nadal w środku mimo, że mamy teraz 175 cm wzrostu, 50 kg wagi i trzy osoby robią nam makijaż na wizję ciągle tam w środku jest. I nie znika, dopóki nie wypijemy, nie przyćpamy, nie zajaramy.

Jeszcze jeden cytat: „Raczej bawiłam się w klubach Regeneracja i CDQ, a dopijałam dopiero potem w domu, że to wszystko sprawiało wrażenie prawidłowej hedonki a la XXI wiek i dlatego kiedy siedzę na grupie w ośrodku z Jerzym i Antonim lat sześćdziesiąt i szedłem po pół litra wódki, to jest mi ciężko głupio, bo oni mówią „no i w pracy mam stres, i z żoną się pokłóciłem”, a ja chciałabym powiedzieć, że jest koncert w Aurorze i boję się tam pójść, bo przecież to jest niebezpieczne.” Najchętniej zacytowałbym całą książkę, ale to trochę głupio, poza tym wydawnictwo niechybnie wytoczyłoby mi proces. Alkoholizmy są różne. Czasami to dwa piwka po pracy z kolegami (a pracujemy pięć dni w tygodniu), a w weekend winko z żoną, bo jak to tak bez winka, przecież weekend jest, a w niedzielę trzęsą nam się ręce, bo sklep zamknięty, a do poniedziałku jeszcze tak daleko. Czasami to powrót niby z pracy o godzinie dwudziestej trzeciej, koszula wymazana szminką, żona krzyczy, ja krzyczę głośniej, w końcu z pięści, żeby się wreszcie, kurwa, zamknęła, w łazience małe dziecko drze się wniebogłosy, tak strasznie nie chcąc tego, co się dzieje, tak strasznie próbując JAKOŚ wpłynąć na to, co się dzieje, żeby tatuś nie bił, żeby mamusia nie płakała, w końcu sen, nowy dzień, tatuś przynosi kwiatki, mamusia płacze w kącie, tatuś mówi do dziecka „daj mamuni kwiatuszki i powiedz, że tatuś ją kocha”, dziecko słucha, mamusia łapie kwiatki i pizga nimi o ścianę, dziecko ryczy, przekonane, że to jego wina, a tatuś wychodzi trzaskając drzwiami, bo jak to kurwa na trzeźwo znieść.

Czasami pracujemy w międzynarodowej firmie w Amsterdamie, wysokie zarobki, mało kontaktów poza pracą, 27 narodowości w jednym budynku, w tym uroczy Irlandczyk z niewiarygodnie pojemną wątrobą, Amerykanin ze służbową kartą kredytową, Australijczyk, który już niedługo będzie miał dziecko, ale jeszcze nie ma, więc trzeba korzystać, siedzimy w pubie O’Reilly’s, do jedzenia są orzeszki, ostatni posiłek o 13, a tu Irlandczyk właśnie zamówił piątą kolejkę Guinnessa, wstajemy chwiejnie, dziękujemy za towarzystwo, ale jednak ten piąty to już za wiele, wracamy do domu tramwajem, wysiadamy przy supermarkecie, kupujemy mrożoną pizzę i sześciopak piwa, czekając, aż pizza się wypiecze otwieramy kolejne piwo, kuchenka piska, otwieramy drzwiczki, sięgamy po pizzę pijanymi łapami, a ta cholera spierdala się do góry nogami na podłogę i szafki.

Przeczytajcie książkę Halber. Koniecznie. I trzymajcie kciuki, jako i ja trzymam, żeby po takiej dawce szczerości jeszcze kiedykolwiek dostała jakąś pracę.

Zdjęcie: Albert Zawada, Agencja Gazeta

Lekko drżące ręce, którymi przygotowuję się do schadzki (schadzka, też mi słowo, ale randka sugeruje romantyzm, tymczasem romantyzm nie jest planowany, Amerykanie z brutalną dosłownością proponują sex-date, jednak seks-randka brzmi jak oksymoron, pies-pingwin, tak więc) biorąc prysznic, myjąc włosy i brodę, wycierając się do sucha puchatym ręcznikiem, myjąc zęby dwa razy dłużej niż zwykle, przyodziewając się w gustowny t-shirt i świeżo wyprane dżinsy, klepiąc się po brzuchu, który mimo straty ośmiu kilogramów pozostaje bytem zauważalnym. Spojrzenie na zegarek po raz czternasty, ciągle nie ma godziny osiemnastej pięć, mimo to postanawiam już wyjść, ponieważ zwierzątko w żołądku rozhuśtane i rozchichotane zawiadamia mnie potężnym rykiem, że mi zależy, chociaż może nie powinno, nawet na pewno nie powinno, ale. Luby (luby!) z którym się schadzam nosi przepiękne miano Sierioża Korwin, mimo narodowości niderlandzkiej (cóż, rodzice mieli słowiańską fantazję), z wyglądu jest podobny do Sebastiena Chabala, na którego punkcie mam hopla od chwili, gdy zobaczyłem go w telewizji podczas meczu rugby, który drużyna narodowa Francji rzecz jasna wygrała, bo jakże mogłoby być inaczej, gdy Chabal, bestia rozmiaru niedźwiedzia i urody smagłego Wikinga, na sam widok jego barów drużyna przeciwna jakby zmalała, a brodą zmiażdżył to, co z drużyny przeciwnej pozostało, po czym oklaski i wręczenie pucharu.

Ale ja tu robię dygresje, podczas gdy Sierioża czeka i nalewa wody do wanny, co już samo w sobie stanowi element przyciągający, albowiem wanny nie są dobrem powszechnie spotykanym w Amsterdamie. Zdając sobie sprawę z absurdu brania prysznica przed kąpielą dochodzę krokiem na siłę niespiesznym do promu, którego rzecz jasna jeszcze nie ma, albowiem godzina osiemnasta pięć. Zwierzątko w żołądku uprawia samo ze sobą grę w krzesełka, Sebastien Chabal, Asgeir (jak to możliwe, żeby kompletnie obcy człowiek zapytał mnie, czy znam Asgeira, Islandczyka, który na mojej liście Top 10 Islandczyków prześcignął w zeszłym roku Björk?) i Madonna w słuchawkach w sposób zupełnie nieprzystający do sytuacji.

Prom, tramwaj, uważne pilnowanie przystanku, Google Maps, mój telefon ma problemy ze wskazywaniem kierunku i uparcie twierdzi, że idę bokiem. Bokiem czy nie, ważne, że idę we właściwym kierunku, zwierzątko jakby przyczajone, może to napad nagłej odwagi, być może wartoby go wykorzystać w sposób mądrzejszy, niż schadzka (ha!) – ale teraz już za późno, Sebastien/Sierioża czeka obok wanny, chociaż może jeszcze nie, cholera, jestem za wcześnie, ale co mi szkodzi zadzwonić i tak, przecież nawet jeśli jest nagi, to wcale w niczym nie zaszkodzi, a wręcz. Sierioża otwiera, uśmiechnięty od ucha do ucha, od Chabala różni się posiadaniem brzucha wydatniejszego od mojego, co zauważam rozdarty między próżnością, a ulgą. Gada coś. Zdejmuję buty i kurtkę, czego się napijesz, wody – proszę jak zwykle, nie dodając, że planuję się za nim wepchnąć do kuchni i upewnić, że rzeczywiście nalewa mi wody prostu z kranu, a nie ze specjalnie w tym celu przygotowanej butelki. Sierioża gada, ignorując moją prośbę nalewa herbaty do dwóch filiżanek. Mimo wizji samego siebie, budzącego się w wannie pełnej lodu z silnym bólem na wysokości nerki straceńczo pociągam łyk herbaty ziołowej (jakie zioła?), która okazuje się całkiem smaczna. Po pierwszym łyku na wszelki wypadek odstawiam filiżankę, poniekąd z żalem, myśląc nie wiadomo czemu o Zbrojmistrzu, który doskonale wie, z kim się znajduję, choć nie wie, gdzie. Sierioża gada. Może to nieśmiałość? Pokazuje mi swoje obrazy i rzeźby, zachwycam się posłusznie, och, cudowne, magnifique, sacrebleu, pokazuje mi zdjęcia swoich rodziców, pokazuje mi wreszcie wannę, którą rzeczywiście posiada i do której trzeba napuścić wody, która leci strumyczkiem dość niemrawym.

Sierioża gada. Woda leci. Włączamy przyniesioną przeze mnie Björk, Vulnicura, album o treści nadzwyczaj anty-schadzkowej, Sierioża zachwyca się grzecznie pomiędzy akapitami, ja wtrącam coś od siebie i odnotowuję, że robi przerwę, żeby mnie wysłuchać, a potem odpowiada na temat. Więc jednak nieśmiałość, a nie tylko wielkie ego, wielkie ego odpowiedziałoby “ale dość już o mnie, porozmawiajmy o tobie, jak ci się podobam?”. Woda ciurka, jakby uprawiała strajk włoski, z jednej strony nie mogę się doczekać kąpieli, z drugiej wcale mi się nie spieszy do rozbierania, bo Sierioża wprowadził atmosferę typową raczej dla otwarcia nowej wystawy w galerii, niż – ach – seksu. Z drugiej strony w wannie seksu raczej uprawiać nie będziemy, mityguję się, przestawiając błyskawicznie na doznania higieniczne. Do wody dodał olejku eterycznego o zapachu trawy cytrynowej (usypiającego? pyta czujne zwierzątko, ale nie miałoby to sensu, skoro planuje wejść do wody wraz ze mną…), który pachnie aż tutaj, przebijając herbatę ziołową, którą sam w międzyczasie dopił, dając mi motywację do zaczerpnięcia drugiego łyka.

Siedzimy w wannie. Sierioża gada, ale teraz gadam i ja, zupełnie nie wiem kiedy zjechaliśmy na doznania duchowe, nagle opowiadam mu o swojej chorobie, ma wielu znajomych z bipolarem (czemu mnie to nie zaskakuje, wśród nas, artystów choroby psychiczne są w tym sezonie wyjątkowo modne), zwierzątko zwinęło się w kulkę i zasnęło. Sierioża jest artystą chwilowo bezrobotnym, albowiem magistrat w Arcueil ujrzawszy jego wyobrażenie Wercyngetoryksa spalił się z wrażenia i zaprzestał zamawiania kolejnych dzieł. Artysta czuje się sobą wtedy, gdy pracuje nad dużymi projektami, jak na przykład Wercyngetoryks, jednakowoż w związku z kryzysem na rynku rzeźbiarskim panuje aktualnie posucha – informował mnie Chabal, jednocześnie przypadkiem przemieszczając stopę tak, aby, zresztą nieważne.

Przyświadczyłem, że kryzys, panie, i owszem, przypadkiem kładąc dłoń na łydce artysty, który co jak co, ale nogi miał godne gracza w rugby. Kilka przypadków później dolaliśmy do wanny nieco gorącej wody, albowiem atmosfera robiła się z gatunku mrożących krew w żyłach, nawet pomimo stóp i łydek, które powoli zaczynały sugerować, że gramy w Twistera. Wreszcie skończyłem herbatę i odetchnąłem z ulgą, stwierdziwszy, że ani trochę nie robię się senny. Vulnicura dobiegła nieuniknionego końca. Woda powoli robiła się znów cieplejsza.

Wymieniliśmy nieuniknione w tych warunkach uwagi na temat odchudzania. Sierioża gorąco zachwalał zalety soku z kale, brokułów i innych potwornych składników, co nachalnie kojarzyło mi się z Goopy Paltrow, Czułem się zupełnie nieschadzkowo, nawet pomimo przypadkowychstópiłydek, ale było mi całkiem dobrze, pominąwszy fakt, że woda schładzała się w wybitnie niesportowym tempie. Gdy zaproponował wyjście z wanny i przemieszczenie się w ogólnym kierunku salonu, zgodziłem się z mieszanką ulgi i oczekiwania. Oczekiwanie nie trwało długo, ponieważ zdążyłem wyłącznie wstać i przyjąć ręcznik, gdy rzeźbiarz padł przede mną na kolana zupełnie dosłownie, co wprawiło mnie natychmiast w zupełnie sprzyjający schadzkom nastrój. Artysta okazał się utalentowanym w wielu dziedzinach, co doceniłem fizjologicznie i werbalnie, po czym powstał z kolan i pocałował mnie.

Przez moją głowę przebiegło naraz wiele spłoszonych myśli: – ojej – on dziwnie smakuje – jak to możliwe, żeby tak smakować, czy ludzie dzisiaj – bogowie, czemu on dziwnie – to sok z kale i produktów trawiastych – to na pewno sok z kale, chyba, że, ale na pewno – jak ja mam się skupić w tych warunkach! – to nawet nie jest obrzydliwe, to jest po prostu aseksualne jak Keanu Reeves – jak by mu tutaj elegancko zasugerować, żeby umył zęby – to wszystko podczas, gdy nasze usta i języki wykonywały rytualne gesty powitalne, a ślina – ja chyba nie lubię soku z kale – poprzestanę na mojej metodzie odchudzania – ale Chabal – dlaczego Chabal, dlaczego zawsze, dlaczego nigdy Chabal.

Stopy – dłonie – splot – uchwyt – usta – kale, dlaczego kale! – kolana – usta, znowu – prowadzę go w kierunku południowym, zdecydowany unikać dalszych pocałunków, lecz rugbysta ma na ten temat swoje zdanie, moje oko pada na zdjęcie zupełnie autentycznego Chabala, wycięte z gazety (moja siostra stwierdziła, że jesteśmy nie-do-odróżnienia, informuje z zapałem rzeźbiarz) tak mi przykro, naprowadzam, muszę się niedługo zbierać, rozumiesz, lekarstwa, wcześnie spać, oczywiście, tak, następnym razem może bez kąpieli, he he he, oczywiście, co za pech, że, do widzenia, Sierioża gada, następnym razem, tak, następnym razem zrobimy wszystko i jeszcze więcej, lecz teraz tramwaj, jadę do domu, obwąchując podejrzliwie brodę, trzeba wziąć kolejny prysznic, bo przecież nie przywiozę Zbrojmistrzowi w prezencie obcego człowieka we włosach i brodzie, zwłaszcza pachnącego kale i brokułami.

Resztę drogi spędzam myśląc różne rzeczy o pier

niczkach z polskiego sklepu i o kur

czaku po klatchiańsku, na którego dostałem przepis od Niny, i o graczach w rugby, którzy zapewne też spożywają różne dziwne rzeczy, a w międzyczasie przestaję się dziwić, że Chris Martin i Goopy Paltrow rozstali się, skoro kale.

*

Ogłaszam konkurs: pierwsza osoba, która poda autora i tytuł książki, którą czytałem pisząc tę notkę, otrzyma w prezencie “Kronos” Gombrowicza, który co prawda do czytania nie nadaje się ani ani, ale ładnie prezentuje się na półce, ewentualnie jako podstawka pod chyboczący się mebel. Podpowiedź: tytuł notki jest mylący. Z konkursu wyłączona jest Nina, która doskonale wie, co czytam.

Zdjęcie: kale, praca użytkownika Rasbak, Wikimedia Commons