Szanowni Państwo,

czas na ekspiację: otóż nie tylko frankowiczom wciśnięto gówno w złotym papierku. W kraju rzekomo cywilizowanym i przepełnionym regulacjami po dziurki w zębach też można wpakować się w kompletnie idiotyczny produkt bankowy, sprzedawany jako Wspaniała Okazja. Służę przykładem. Niestety — własnym.

W roku 2007 wyczytałem na forum dla ekspatów, że jest świetny moment na zakup mieszkania. Ceny idą w górę fafnasty rok z rzędu, wynajmowanie to wyrzucanie pieniędzy za okno, tylko zakup! Gdy kupisz mieszkanie, będzie całe twoje! Będziesz właścicielem ziemskim! Zajrzałem na stronę z ogłoszeniami i pierwszym, na co padło me oko był piękny apartament 10 minut od centrum, z kominkiem i widokiem na park. Kiedy ocknąłem się z omdlenia, dłoń ma śmiało ujęła telefon i zadzwoniłem do agenta, poleconego mi przez koleżankę z pracy.

Apartament z kominkiem niestety sprzedał się w ciągu 20 minut od zamieszczenia ogłoszenia, co zwiększyło moje przekonanie, że należy kupować. Agent roztoczył przede mną cudowne wizje, zaprezentował moją możliwość kredytową wyliczoną z palca na kalkulatorze, po czym wysłuchał moich pragnień (głównie w zakresie lokalizacji, bo chciałem jeździć do pracy rowerem i nie mieć czasu się spocić). Kilka dni później zaprezentował mi pierwszy lokal. Było to miejsce nie do zapomnienia — wyglądało bowiem, jakby ktoś wziął małe mieszkanie i obudował je dookoła czymś w rodzaju tunelu o szerokości metra. Pod prysznicem wystawało wesoło gniazdko elektryczne, zaś w sąsiedztwie znajdowało się li i jedynie przedszkole, którego bliskość jakoś nie wydawała mi się potrzebna.

Drugi apartament spełnił moje wymagania z nawiązką. Marzyłem otóż o posiadaniu mieszkania typu studio, z jedną wielką przestrzenią. Martwiło mnie jednak to, że tego typu mieszkania na ogół mieściły się na strychu, a ja nie lubię schodów. Jednakowoż agent zaprezentował mi studio na parterze. Rzuciłem się na nie warcząc „moje!!!” (byłem wtedy w stanie hipomanii, skąd wiedzieliście?) i zapewniłem go o swojej niezgonnej miłości do lokalu. Kilka dni negocjowaliśmy cenę — którą udało się zbić o pięć tysięcy dzięki temu, że mój agent był, jak mniemam, niezłym pokerzystą — i zapadła decyzja.

Drugi agent, finansowiec, skontaktował się z kilkoma bankami i przedstawił mi ofertę nie do odrzucenia. „To świetne warunki kredytowe,” zachwalał, „lepszych pan nie dostanie.” Zgodnie z jego podpowiedzią zafiksowaliśmy oprocentowanie na 9 lat, jako, że również było „doskonałe, lepszego nie będzie”. Szczegółów kredytu nie poznałem, oprócz informacji, że bazuje on na akcjach i obligacjach, „ale nie musi się pan tym zajmować, niech mi pan tylko powie, czy chce pan grać ryzykownie, czy nie?” Nie chciałem, więc zafiksowaliśmy 50% akcji i 50% obligacji.

Podczas wizyty u notariusza tłumaczono na angielski każdą kolejną stronę umowy. Ale nie kredytowej. Umowy sprzedaży. Umowę kredytową podpisałem poniekąd w ciemno, zachęcany przez mojego agenta, w zbożnym przekonaniu, że skoro go opłacam, to działa na moją korzyść. (Pewnie się już domyślacie, co będzie dalej.) Mój niderlandzki w 2007 roku sięgał wyżyn „ja prosić jajko”. Umowa sprzedaży brzmiała jak umowa sprzedaży, nic wyjątkowego. Wszystko podpisałem, dostałem butelkę szampana (którego nie znoszę, ale przydał się jako prezent), klucze i rozpocząłem remont przy wydatnej pomocy mojego brata.

Po pomalowaniu ścian, położeniu w sypialni wykładziny i nabyciu szafy, regału na książki i paru podobnych utensyliów odkryłem, że popełniłem drobny błąd, kupując mieszkanie do remontu i nie posiadając przy tym pieniądzy na rzeczony remont. Ale co tam, rzekłem rześko, się zdąży. Zamontowałem ogrzewanie, pożyczając część kasy od znajomego Holendra, zrobiłem pół kuchni, wmontowałem w sypialni eleganckie przesuwne drzwi zamiast poprzednio się tam rojących zgniłych drzwi balkonowych, przez które właziły do środka robaki i wilgoć, dokonałem jeszcze kilku ulepszeń, po czym zachorowałem i piniondz nagle dokonał efektownego wyjścia. W międzyczasie zaś huknął kryzys, a ceny mieszkań zaczęły spadać na łeb, na szyję.

Gdy zapytałem swojego agenta nieruchomości co robić, zgodnie z otrzymanym przy zakupie prikazem, aby dawać znać o problemach ze spłatą, agent przesłał mi do podpisu piękne pismo napisane w języku prawniczym. Przed podpisaniem skonsultowałem się z prawnikiem, który chętnie objaśnił mnie, że podpisując daję agentowi 2% prowizji od ceny sprzedaży, a w zamian nie otrzymuję w zasadzie nic, sprzedaż może zostać poczyniona po cenie wedle widzimisię agenta, a resztę długu będę musiał spłacić. Nadąwszy się godnie odmówiłem podpisania utworu i zrobiłem awanturę w temacie „do tej pory byłem idealnym płatnikiem, a jak się pojawia drobny problem, to się na mnie wypinacie”, po czym okazało się, że bank wcale nie żąda sprzedaży — jak mi powiedziano — i że mogę spłacać nieco mniejsze raty, a potem spłacić dług. Tak się też stało, a w międzyczasie, w grudniu 2013, otrzymałem pismo, na którego widok zbladłem. List informował mnie albowiem, iż spłaciłem dwa tysiące siedemset euro, a po trzydziestu latach spłacę według prognoz tysięcy czterdzieści, resztę pieniędzy będąc wciąż winnym. Co do tego, co mam zrobić z długiem wartości 80% mieszkania po trzydziestu latach spłacania rat, bank wesoło sugerował, że mogę je sprzedać. Po schwyceniu kalkulatorka wyliczyłem sobie bez trudu, że przez 30 lat spłacę 40 tysięcy długu i 320 tysięcy odsetek.

Rzuciłem się na umowę kredytową, albowiem w międzyczasie mój niderlandzki nieco się poprawił. Pierwsze, co zobaczyłem, to uroczy rysunek pana niosącego pudła z podpisem WYSOKIE RYZYKO. Następnie dowiedziałem się zaś, że mój kredyt działa tak, że przez trzydzieści lat spłacam odsetki od całości, a samego kredytu w zasadzie nie spłacam (to znaczy spłacam, 53 euro miesięcznie). Szybki google powiadomił mnie, że kredyty tego typu zostały zdelegalizowane dwa lata po moim zakupie, jako wysoce nieetyczne i niebezpieczne zarówno dla banku, jak i spłacającego, przed 2007 jednak były wciskane mnóstwu ludzi, ponieważ agenci dostawali od nich wysokie precyzje.

Od wesołych rozmyślań nad spaleniem BMW mojego agenta (nie wiem, czym jeździ, ale wygląda, jakby lubił BMW) oderwała mnie wściekłość na własną głupotę. Nie jestem w stanie niczego udowodnić, ponieważ o kredycie rozmawialiśmy w cztery oczy, ja powiem, że on mnie zachęcał, on powie, że mnie zniechęcał i proszę, niech sąd rzuca monetą i decyduje. Umowę kredytową miałem w domu, zanim ją podpisałem, nie wpadłem na pomysł konsultacji z osobą znającą język, która to osoba wybiłaby mi z głowy podpisywanie WYSOKIEGO RYZYKA, ponieważ wierzyłem, że opłacany przeze mnie agent pracuje dla mnie. Jedynym owocem rozmyślań był nagle wyrosły cynizm i zgorzknienie, tudzież gorąca nienawiść wobec wszystkich instytucji finansowych na świecie.

Kiedy teraz czytam opowieści frankowiczów i artykuły na ich temat, gorąco kibicuję pomysłowi, żeby przegłosowano ustawę, zgodnie z którą kredyt będzie spłacany po kursie z dnia zaciągnięcia. Nie na koszt podatników. Na koszt banków, których zdaniem zdolność kredytowa w złotówkach wynosiła 200 tysięcy, a we frankach 300. Które zmieniały spready czwartego każdego miesiąca, akurat kiedy przypadkiem wyliczano aktualną wysokość raty, a po wyliczeniu rat zmieniały je z powrotem. Nie wierzę w to, że bank i kredytobiorca są równymi partnerami przy podpisywaniu umowy, chyba, że kredytobiorca ma doktorat z ekonomii i pracuje jako analityk ryzyka (a i wtedy nie dostanie do ręki wewnętrznych regulaminów banku, więc może sobie fiukać). Mnie kredyty we frankach osobiście nie obchodzą, rzecz jasna, na mój kredyt nie będzie to mieć wpływu żadnego, natomiast istnieje niewielka szansa, że wyrównałoby to ryzyko ponoszone przez banki i ich klientów.

A jeśli Amsterdamem wstrząśnie niedługo fala samozapłonów białych BMW, to ja nic o tym nie wiem.

Ilustracja: forbes.com

— W innych okolicznościach poślubiłbym cię — mówi tow. Gierek.

Leżymy razem w łóżku, w przerwie seks-randki. Przez pierwszą godzinę niespiesznie zdzieraliśmy z siebie kolejne warstwy ubrań, ciesząc się sobą nawzajem jak najlepszymi prezentami pod choinkę. Teraz nadeszła przerwa na zwyczajne przytulanie przed przejściem do dalszej części. Leżę w jego ramionach czując się jak mały chłopczyk — tow. Gierek ma 202 cm wzrostu i 120 kg wagi — i niespodziewanie zostaję uderzony w brzuch wyznaniem.

Już od dłuższego czasu coś mi szeptało, że Gierek się we mnie zakochał. Nie tak to miało być. To, że seks-partnerzy się we mnie zakochują, jest niestety normalne, nie usiłuję się tu chwalić, bo nie ma czym, sprawia to wyłącznie problemy. Na ogół gdy się to działo natychmiast zrywałem stosunki (ha, ha) z delikwentem, zirytowany tym, że popsuł mi się kolejny i znowu muszę szukać nowego do haremu. Tym razem nie ma haremu, nie ma manii, jestem obrzydliwie stabilny od początku grudnia i wyznanie każe mi podać w wątpliwość moje dotychczasowe przekonanie, że mężczyźni zakochują się nie we mnie, a w hipomanii. Dzięki której błyszczą mi oczy, skóra staje się jakby złocista, uśmiech pełniejszy, a seks niewiarygodnie przyjemny.

Wiem dobrze, o które okoliczności mu chodzi: o te, które grają właśnie w squasha, a o 5 rano wstają do pracy. O okoliczności o imieniu Zbrojmistrz. Gierek o Zbrojmistrzu wie, zresztą Zbrojmistrz o nim także, jest świadom tego, co robię, gdzie i z kim. Przesłał Gierkowi za moim pośrednictwem pozdrowienia. Ten nieco zaskoczony odpowiedział po chwili, że pozdrawia wzajemnie.

Gierek jest, co tu ukrywać, świetnym facetem. Z zawodu nauczyciel angielskiego, muzycznie jesteśmy dopasowani, potrafimy spędzić godzinę rozmawiając o Janet Jackson, po czym płynnie przejść do Prince’a. Dziś słuchamy nowego D’Angelo. Jest inteligentny, w moim typie, bardzo utalentowany w łóżku (jak również na kanapie, pod ścianą i na blacie kuchennym). Ma wielu przyjaciół. Jest biseksualny i jego planem życiowym jest wyszaleć się porządnie, a potem spotkać Tę Jedyną, z którą spłodzi kilkoro ślicznych dzieci. Zupełnie nie ma tu miejsca na ślub ze mną, ba, w ogóle na uczucia wykraczające poza przyjacielskie. Okoliczności nie przewidują takich odstępstw.

A ja? Bardzo go lubię, naprawdę bardzo. Uwielbiam spotykać się z nim na seks, przytulanki i długie rozmowy. Fizycznie jest tak odmienny od Zbrojmistrza, że dużo bardziej by się nie dało, chyba, że byłby kobietą. Daje mi mnóstwo przyjemności, nie tylko seksualnej. Ale do Zbrojmistrza brakuje mu tak wiele, że właściwie nie startuje nawet w tym samym wyścigu. Gdyby Zbrojmistrza nie było… wtedy na pewno bym się zastanowił. Ba, może nawet powiedziałbym „tak”.

Związki otwarte, moim zdaniem, wcale nie są bardziej niebezpieczne niż zamknięte. Święty sakrament małżeński nigdy nie przeszkadzał w zdradach ani kobietom, ani mężczyznom. Każdy może we wtorek być szczęśliwym mężem i ojcem, a w środę spotkać osobę, na której widok trafi go piorun. I mi się to kiedyś zdarzyło. Byłem wtedy z Szacownym jeszcze-nie-eks-Małżonkiem, przyszedłem do pracy, szef przedstawił mnie nowemu pracownikowi, odwróciłem się, spojrzałem w jego oczy, podałem rękę i zakochałem się na śmierć i życie. Na miękkich kolanach jakoś dotarłem do biurka, po kilku minutach wstałem, udałem się do ubikacji i z rozmachem zwymiotowałem. Przez następne dwa tygodnie nie byłem w stanie jeść nic oprócz jogurtu, a kiedy Majid wszedł do naszego pokoju z jakąś sprawą zawodową, jogurt stanął mi w gardle i pobiegłem go zwymiotować. Nie mogłem spać, na siłowni robiłem co dnia nowe rekordy mimo wygłodzenia i niedospania, nie byłem w stanie dotknąć Szacownego. Nigdy nie byłem tak permanentnie zdenerwowany. W końcu wyznałem Szacownemu, co się wydarzyło, dodałem też, że nie planuję z tym nic robić, bo jesteśmy razem na dobre i złe. I zostaliśmy razem. Po kilku tygodniach znowu zacząłem być w stanie coś przełknąć, co nie zmieniło faktu, że kiedy Majid po pół roku odchodził z firmy, aby wyjechać na stałe do Paryża, wszystkie objawy wróciły z nową gwałtownością. Różniliśmy się wszystkim, chociażby tym, że on był pobożnym muzułmaninem, a ja nie do końca. Nigdy nie powiedziałem mu wprost, co czuję, ale na sam koniec przeprowadziliśmy krótką rozmowę dwuznacznikami, z której zrozumiałem, że on nigdy nie pozwoli sobie na bycie gejem, bo nie pozwala mu na to religia. Jedynie to mnie uratowało.

W innych okolicznościach… Gierek może czytał o dwubiegunówce (wiem, bo mi to powiedział), ale nigdy nie widział mnie, jak w stanie manii odbijam się od ścian, zaczynam robić pięć rzeczy naraz i żadnej nie jestem w stanie skończyć, wjeżdżam z rozmachem rowerem w turystę, który ośmielił się iść po drodze, a nie po chodniku, uderzam go tak mocno, że o mało nie spadam z roweru, od kierownicy coś odpada, a ja jadę dalej, nie oglądając się nawet, krzycząc „następny!!!”. Nie widział mnie, jak w depresji koczuję na kanapie, czytając kolejne książki, bo to jedyne, do czego jestem zdolny, aż dopóki nawet czytanie nie odpada i wtedy już tylko leżę na kanapie, wstając wyłącznie wtedy, gdy przypili mnie głód lub potrzeba toalety. Nie widział mnie w stanie zaawansowanej nietrzeźwości, miotanego zmianami nastroju z manii na depresję co kilkanaście minut. Nie wie, jak głęboko w finansowej dupie tkwię ze swoim zasiłkiem, wystarczającym akurat na zapłacenie wszystkich rachunków i zjedzenie czegoś od czasu do czasu, ale już na nowe buty albo spodnie nie. To wszystko i więcej widział Zbrojmistrz; wyciągał mnie z depresji tak strasznej, że siadałem na ziemi na przystanku tramwajowym i odmawiałem wstania; praktycznie niósł do domu, bo nie mogłem ruszać nogami; odwiedzał mnie w szpitalu; wspomagał finansowo, gdy nadchodziły niespodziewane rachunki na 350 euro; przynosił kawę i herbatę, kiedy wstanie przekraczało moje możliwości. Tych okoliczności tow. Gierek nie zna i najprawdopodobniej nigdy nie pozna. Gdyby nie te okoliczności… o Bogowie, skąd ja mam wiedzieć, co by było gdyby nie te okoliczności? Może byłbym wesołym singlem? Może nadal pracowałbym w tej samej firmie? Może niebo byłoby różowe, a trawa niebieska?

Tow. Gierek leży obok i nic nie mówi; jakby czekał na odpowiedź.

— W innych okolicznościach może powiedziałbym „tak” — wzdycham, na głos, chociaż nie planowałem tego powiedzieć.

Nie wiem, co zrobić. Może powinienem z nim zerwać dla jego własnego dobra. Ale skąd ja mam wiedzieć, co jest dla niego dobre? Przecież jest dorosły, ma 32 lata, wie doskonale, na co może liczyć, a na co nie może. Zna okoliczności. Wie, że mieszkam ze Zbrojmistrzem, a do starego mieszkania przyjeżdżam głównie po to, żeby się z nim spotykać. Wie, że jedyne czteroliterowe słowo na „L”, którego wolno mu używać, to „like”. A ja wiem, że chciałby użyć innego, że chciałby więcej, niż może dostać. Wiem też, że więcej nie dostanie. Wiem, bo mi powiedział, że „nigdy nie umawia się z osobami w związku, bo z tego wynikają komplikacje”. No i wynikły. Robi mi się go żal, co jest zupełnie nieseksownym uczuciem.

Pochrapuje; zasnął w moich ramionach. D’Angelo śpiewa „Betray My Heart”. Czuję się, jakbym nagle został postacią w filmie klasy B.

Zdjęcie: troll.me

Stephen Fry jest zaręczony ze swoim partnerem. Nie było by w tym nic niezwykle ciekawego, gdyby nie fakt, że partner jest od niego o 30 lat młodszy. Natychmiast posypały się niewybredne dowcipasy w stylu „czy wnusio dostaje w restauracji menu dla dzieci” oraz pełne zgorszenia i zgrozy komentarze typu „jak mu nie wstyd okradać kołyski”. The Daily Mail popełnił niby to ładny artykuł, ale nie omieszkał w tytule nazwać Elliota Spencera „toyboyem”.

Fry rozstał się ze swoim długoletnim partnerem Danielem Cohenem w 2010. W 2012 próbował popełnić samobójstwo, co mu się na szczęście nie udało. Spencera — komika stand-up — poznał w zeszłym roku i według Daily Mail para „zbliżyła się do siebie w lecie, jak rozumiemy”. Tego typu i podobne złośliwostki przewijają się przez większość tekstów na temat pary.

Co ciekawe, ludzkość wydaje się akceptować tylko jeden rodzaj związku z dużą różnicą wieku: starszego mężczyznę i młodszą kobietę/dziewczynę. Nikogo nie zaskoczyło chociażby to, że George Clooney poślubił Amal Alamuddin, młodszą od niego o 17 lat — jedyne, o czym plotkowano, to to, że do tej pory umawiał się wyłącznie z modelkami i kelnerkami, a ślub wziął z wziętą prawniczką. Hugh Hefner jest od swojej żony starszy o lat 60. Leonardo DiCaprio w ostatnim czasie przestał zadowalać się towarzystwem jednej modelki Victoria’s Secret i ma je dowożone dziesiątkami. Ale to związki Demi Moore z Ashtonem Kutcherem i Madonny z Jesusem Luz były postrzegane jako gorszące. Jak im nie wstyd? Stare baby! I moje ulubione: To na pewno nie potrwa długo!

Porusza mnie ten temat, ponieważ Zbrojmistrz jest ode mnie starszy o 17 lat. Nie poczuwam się do bycia „boytoy” i nasza różnica wieku w ogóle nie robi na mnie wrażenia, może przez to, że mój mężczyzna duchem jest młodszy ode mnie, uprawia sporty, jeździ na rowerze jak szatan i generalnie jest mało podobny do typowego np. polskiego 54-latka. Dawno temu, za niepamiętnych czasów, byłem w innym związku z 17-letnią rocznicą wieku, z niejakim Wikingiem. (Do tej pory żałuję, że go tak blogowo ochrzciłem, bo zmarnowała mi się ładna ksywka.) Wiking również nie wyglądał i nie zachowywał się jak osoba w tym wieku, natomiast co jakiś czas dostawał ataków kompleksu niższości i szlochał mi w gors, że ja się nim z pewnością bawię, a niedługo porzucę, bo jest za stary. Owszem, porzuciłem, ale wiek nie miał z tym nic wspólnego. To znaczy miał o tyle, że ciągłe jęki „ja jestem dla ciebie za stary” były okropnie męczące i niewątpliwie się do rozstania jakoś przyczyniły.

Bywałem i z młodszymi od siebie. Moja pierwsza miłość była ode mnie młodsza o pięć lat. Szacowny Eks-Małżonek o trzy. DJ był starszy o rok, ale gdyby go oceniać po zachowaniu, nie wyszedł poza etap buntu nastolatka. Wiek nigdy nie stanowił ani zalety, ani przeszkody, przy czym wizualnie wolę starszych od siebie, ale już dawno wyrosłem z przekonania, że w związku najważniejszy jest wygląd partnera. Tow. Gierek, z którym spotykam się niekiedy na przyjemny seks, słuchanie muzyki i rozmowę jest ode mnie młodszy o lat pięć. Aby zacytować klasyka, ani mnie to zieje, ani grzębi.

Nie wiem, co kierowało Stephenem Fry, gdy zaręczył się z Elliotem Spencerem, bo nic o tym drugim nie wiem. Wiem natomiast, że poleciałbym na Fry’a energicznie i z przytupem nawet mimo braku brody. Za głos. Za poczucie humoru. Za „QI”. Za inteligencję. Za liczne talenty. Poniekąd to samo przyciągnęło mnie do Zbrojmistrza, z wyjątkiem, rzecz jasna, „QI”. W naszym związku kwestia różnicy wieku nie istnieje. Jest nadzieja, że nie będzie istnieć jeszcze bardzo długo, bo rodzina Zbrojmistrza jest długowieczna, a choroby się ich rzadko imają. Jak na razie, to on opiekuje się mną, bo choruję dość często, a poza tym bipolar co jakiś czas (ostatnio na szczęście rzadko) podnosi trzy paskudne łby i ryczy. W zestawieniu z faktem, że choroba dwubiegunowa średnio skraca życie o 20 lat, to on ma szansę przeżyć mnie, a nie odwrotnie.

Nie mam żadnego wniosku na zakończenie, z wyjątkiem tego, że życzę państwu Fry i Spencer wielu lat niezmąconego szczęścia.

Zdjęcie: DListed

Przeczytałem właśnie artykuł „Będąc młodą doktorką”, traktujący o tym, jak dr Chodzież (nazwisko zmienione) usiłuje przeżyć w Polsce i robić karierę naukową. Artykuł wydał mi się wielce pouczający, poucza mnie on w szczególności, aby nigdy nie wracać do Polski.

Mały cytacik:

Wczoraj powinnam dostać przelew za zajęcia w semestrze letnim w Instytucie X. Przelewu nie ma. Dzwonię do Centralnych Kadr. Pan z rozbrajającą szczerością mówi mi, że mieli niestety bardzo dużo umów do zrobienia i sto ostatnich postanowili przesunąć. Wypłata będzie za tydzień.

Czerwona mgła zasnuwa mi oczy. Obiecuję sobie, że kiedyś uduszę kogoś z tych na etacie, którzy nie wiedzą, jak to jest, kiedy dostaje się pieniądze raz na dwa-trzy miesiące, a zatrudnionym jest się na cztery, i nie wiadomo, czy przedłużą umowę.
[…] Babcia pyta przy wigilijnym stole, kiedy dzieci. „Masz już przecież 30 lat”. Tłumaczę, że umowa-zlecenie nie daje mi żadnej możliwości urlopu, że jeśli zajdę w ciążę i coś będzie nie tak, to po prostu przestanę zarabiać i będę mieć zero złotych. No i mogą mnie zwolnić z dnia na dzień. „Ale jesteś doktorem, pracujesz na Ważnym Uniwersytecie, tak?”. No tak. „No to przecież jest dobra praca, dziecko, co ty wymyślasz”. Nie udało mi się przybliżyć Babci konceptu umowy-zlecenia. Może to i dobrze, że żyje w nieświadomości.
W Polsce podobno mamy politykę prorodzinną. Chłe, chłe. Wszyscy wiedzą, że nie może być mowy o prawdziwej polityce prorodzinnej dopóki kobiety (i mężczyźni) żyją z umów śmieciowych na kilka miesięcy. Kto przy zdrowych zmysłach wpadnie na pomysł rozmnażania się nie wiedząc, czy w połowie ciąży nie wyląduje na bruku bez praw do zasiłku? Za co mają się te rodziny utrzymywać? Za becikowe?
Znajoma osoba pracuje na umowę o pracę, czemu nie, pełny etat, pensja minimalna. Reszta pieniędzy idzie pod stołem. Finansowo nie jest źle, jeśli pominąć dwa drobiazgi: 1) dowolna cięższa choroba = pensja minimalna (a raczej 80%, prawda? bo tyle zdaje się płaci ZUS?) oraz 2) emerytura nalicza się rzecz jasna od pensji minimalnej. Nie trzeba geniusza, aby obliczyć, ile tej emerytury będzie i na co starczy. Żona osoby nie pracuje, zajmuje się dziećmi. Jeszcze łatwiej obliczyć, ile wyniesie emerytura żony. Ale sorry, taki mamy klimat, Jeremi Mordasewicz przekonuje, że trzeba bardziej uelastycznić formy zatrudnienia, a przedsiębiorcy burzą się na wieść o podwyżce pensji minimalnej o 70 zł, bo ich na to nie stać. Po co w Polsce firmy, których nie stać na podwyżkę najniższych pensji o 70 zł? A chociażby po to, że gdyby pracodawcy nie mieli swoich firm, to musieliby znaleźć pracę. Za najniższą krajową. Kółeczko zgrabnie się domyka.
Inną sprawą są urzędy. Jednoosobowa firma musi płacić ZUS w wysokości ponad tysiąca złotych. To, czy firma ma jakieś przychody, ZUSu nie obchodzi. Jeśli firma dostanie ciężkiej grypy, albo złamie obie ręce, ZUS niewątpliwie bardzo się wzruszy, po czym przyśle ponaglenie, bo ponad tysiąc złotych się należy. Proszę mnie poprawić, jeśli się mylę.
Rezultatem mieszkania w Polsce przez 29 lat było moje zachowanie, kiedy występowałem o rentę inwalidzką. Ściągałem z Polski wszystkie możliwe papiery, moja mama załatwiała tłumacza przysięgłego, na rozmowie z lekarką urzędu pracy trzęsły mi się ręce jeszcze bardziej niż zwykle, kiedy całą tę makulaturę rozkładałem na stole. Lekarka spytała w końcu Zbrojmistrza podejrzliwie:
— Czemu on jest taki nerwowy?
— A, bo on jest z Polski, tam jest inaczej — objaśnił Zbrojmistrz, któremu wcześniej opowiedziałem, jak wygląda występowanie w Polsce o różne dokumenty.
Lekarka pokiwała głową, co sobie pomyślała nie wiem, ale zrobiła się jakby sympatyczniejsza.
Jednym z moich ostatnich wspomnień z Polski jest wymiana dokumentów w związku ze zmianą nazwiska. Jedyne instytucje, które są informowane o tym bez mojego pośrednictwa, to wojsko i urząd podatkowy, bo nie będzie się przecież czarci pomiot sprytnie chować przed podatkami i wojskiem. Wszystkie pozostałe instytucje należy oblecieć osobiście, bo co się będzie USC fatygować. Jedną z instytucji była Politechnika, gdzie potrzebowałem załatwić nowy dyplom, a miałem już wtedy załatwioną pracę w Amsterdamie i firma czekała na moje dokumenty, aby móc wystąpić o wizę. Na Politechnice dowiedziałem się, że na dyplom będę czekać około dwóch miesięcy. Dlaczego? Otóż muszą go podpisać dwie osoby, zdaje się dziekan i rektor, ale muszą go podpisać we właściwej kolejności, najpierw jeden, potem drugi, a tak się przypadkiem składa, że ten pierwszy jest teraz na urlopie, a ten drugi idzie na urlop, kiedy pierwszy wróci. Sugestię, aby podpisali w kolejności niewłaściwej, mimo obietnic, że nikomu nie powiem, pani odrzuciła ze wzgardą. LECZ — żeby nie było — jakimś cudem udało się dokonać właściwych machinacji, być może panowie spotkali się na kawie, albo jednak urlop się nie nałożył, w każdym razie dyplom otrzymałem zdaje się już po dwóch tygodniach wydzwaniania codziennie i pytania, czy może jest.
Pozostało mi udowodnienie Holendrom, że ja i Szacowny (wtedy) Małżonek jesteśmy parą. Jak wiadomo, polski USC nie wydaje zaświadczenia o możliwości zawarcia ślubu parom gejowskim, ponieważ te pary złośliwie zaświadczenia wykorzystują, a nie może być tak, żeby obywatel mógł złośliwie wziąć ślub z osobą, którą kocha. Co to, to nie. Nie wydaje też zaświadczenia o byciu stanu wolnego, ponieważ i te pary homoseksualne złośliwie wykorzystywały na pohybel 33 1/3 RP. W końcu udało się wyprosić w urzędzie pełną stronę tekstu o tym, jak to z uwagi na artykuły takie a takie w Polsce nie wydaje się takich zaświadczeń, Holendrzy byli przychylnie nastawieni i uznali, że to wystarczy. Spóźnieni o jedyne 27 dni wyjechaliśmy.
Takiego właśnie doświadczenia spodziewałem się w Holandii. Tymczasem założenie firmy trwało 10 minut, jedyne głupie pytanie dotyczyło przewidywanych zarobków w pierwszym roku (po przepytaniu próby losowej złożonej z mojego psa Gucia wpisałem 5000 euro), zlikwidowanie firmy zaś polegało na wydrukowaniu formularza z sieci, zaznaczeniu opcji „likwiduję firmę” i wysłaniu go do urzędu. Nie musiałem się fatygować osobiście, ważne było tylko to, żeby formularz nosił mój podpis. Z urzędem podatkowym rozliczam się online, przy czym większość danych jest już wypełniona za mnie, ja dopisuję wyłącznie poczynania firmy. Rentę dostałem, pani doktor odnosiła się do moich tłumaczeń przysięgłych z niejakim wstrętem, zaświadczenia od lekarzy w ogóle jej nie obeszły, bo i tak wysłała im swoje pytania pocztą, a moje nerwy były na marne. I jak ja mam Holendrom tłumaczyć, że w dziekanacie odsyłano mnie z kwitkiem, bo w podaniu brakowało adresu uczelni, a skąd dziekanat ma wiedzieć, gdzie się znajduje?
Wyjeżdżając byłem zdania, że Polsce potrzeba jakieś 20-30 lat, aby dogonić pod względami urzędowo-małżeńskimi kraje Zachodu. Minęło lat 8 i odnotowuję niezwykły postęp, mianowicie co jakiś czas pojawiają się pomysły ustaw o związkach rejestrowanych, odrzucane przed pierwszym czytaniem. Za jakieś kolejne 8 lat powinno dojść do odrzucenia po pierwszym czytaniu. W międzyczasie kompletnie zmienił się rynek pracy, który za moich czasów był trudny, ale jednak udawało mi się dostać umowę o pracę na etat, w której NIE figurowała pensja minimalna. (Najgorszym z moich chwilowych pracodawców był wydawca pisma — zmieniam nazwę — „Dobra Praca”, przyznającego między innymi nagrody najlepszym pracodawcom, którzy płacili „Dobrej Pracy” za otrzymane nagrody. Pracowałem tam dwa tygodnie, teoretycznie w ramach bezpłatnego okresu próbnego, złożyłem pół numeru, po czym wykopsano mnie i przyjęto następnego na okres próbny. Poziom ironii jak z Barei. Niemniej jednak taka sytuacja przydarzyła mi się tylko raz.) Rzecz jasna, daleko mi do szukania pracy w Polsce, jednak artykuły takie, jak cytowany na początku czytuję regularnie, a komentarze pod nimi sugerują, że są one jak najbardziej prawdziwe.
A teraz proszę mi wytknąć nieścisłości, brednie i dowieść, że się mylę…
Rysunek Jacka Gawłowskiego pochodzi z artykułu „Będąc młodą doktorką”.