Artykuł dotyczy kobiecego alkoholizmu, ale zahacza i o męski.

Wizerunek współczesnej kobiety pijącej, wyłaniający się z badań przeprowadzonych na zlecenie Ministerstwa Zdrowia, jest zgoła odmienny od powszechnych wyobrażeń. Coraz częściej jest to młoda kobieta, bardzo dobrze wykształcona i odnosząca sukcesy zawodowe. Z pozoru posiadają one wszystko, co warte jest posiadania. Jednak coś sprawia, że zaczynają pić. – Szef narzucał mi niewykonalne terminy i oczekiwał ode mnie cudów – wspomina Beata, która nie pije już od 4 lat. – Nie umiałam sobie z tym poradzić. Był kieliszek, żeby się uspokoić. Był kieliszek, żeby dodać sobie animuszu, aż w końcu był kieliszek, żeby normalnie funkcjonować. Wtedy zorientowałam się, że mam problem – dodaje.

Potrzeba bycia idealną w każdej dziedzinie życia towarzyszy dziś wielu kobietom. Wygórowane wymagania stawiają przed sobą nie tylko one same, ale również ich otoczenie. Jednak nie każda z nich jest w stanie poradzić sobie z tak ogromną presją. Tak jak Kinga, która stres związany z pracą odreagowywała w weekendy. Sama przyznaje, iż wtedy nie istniały dla niej żadne granice w piciu, a imprez zazwyczaj po prostu nie pamiętała.

Być wzorcową matką, przykładną żoną, przebojową bizneswoman, a ponadto znajdować czas na realizację co najmniej kilku pasji. Niemożność sprostania tak nieosiągalnemu wzorcowi może wywołać frustrację, a także depresję. Stąd już tylko krok do topienia smutków w alkoholu.

Rzecz jasna, problem nie dotyczy tylko matek, żon i bizneswomen. Jego podłożem nie jest szef, imprezy czy też matkowanie. Podłożem jest nasza wiara w to, że media pokazują nam prawdę.

Kilka tygodni temu Gwyneth Paltrow ogłosiła, że rozwodzi się z Chrisem Martinem. Rozwodzi? Ależ nie, „świadomie rozparowuje”. Obwieszczenie Goopy Paltrow zostało opublikowane wraz z załącznikami — artykułami psychologów, dowodzących, że świat zmienił się na tyle, że związków nie zawiera się już na całe życie. Podobnie, jak z pracą, zaszły tu zmiany — w relatywnie bardzo krótkim czasie przeszliśmy od „i nie opuszczę cię aż do śmierci” do „i nie opuszczę cię przez jakiś czas, dopóki mi się nie znudzisz, nie zbrzydniesz, nie zaczniesz puszczać przy mnie bąków lub nie zmienisz fryzury”. Dla naszych dziadków i babć lektura oświadczenia Gwyneth musi stanowić coś w rodzaju lektury „Wieści z Kosmosu”. Ale nie tylko dla nich — również dla tych par, które nie są tak pretensjonalne i zapatrzone w siebie, jak Goopy Paltrow i nie udało im się „świadomie rozparować”, tylko zwyczajnie tak długo się żarły, aż w końcu rozwód był już jedynym możliwym rozwiązaniem.

Polska, obyczajowo kilka dekad za zgniłym Zachodem, reaguje na tego typu pomysły tym, co zwykle — zamykaniem oczu, zatykaniem uszu i głośnym „lalalalalalala”. A jednak i tutaj — w kraju Ojca Świętego JP2 Wiecznie Żywego — wkradła się obyczajowa dekadencja, zwana rozwodem, lub co gorsza — tfu! — konkubinatem. W pierwszej połowie 2013 małżeństwo zawarło 64.1 tys. par, a rozwiodło się 35.9 tys. Jak to komentuje złośliwie pan Tomasz Grzyb z SWPS we Wrocławiu, „Polak jest przekonany, że w każdym wieku można być szczęśliwym. Jeśli przeszkadza temu małżeństwo, to trzeba je rozwiązać […] Rozwód zawsze jest porażką, choć oczywiście jest to czasem wybór mniejszego zła.” I tu dotykamy jednego z powodów, dla którego bardzo trudno jest żyć w XXI wieku: z jednej strony „żeby pił, żeby bił, byle był”, z drugiej zaś „rozwód zawsze jest porażką”. Już w tym momencie pojawia się sprzeczność, której nie da się rozwiązać kompromisem. Bo jak? Trochę się rozwieść? Trochę trwać?

Sposób, w jaki kobiety pokazywane są w prasie, telewizji i internecie jest często zwyczajnie podły. Paparazzi robiący zbliżenia na cellulit Britney Spears i zadartą spódnicę Katy Perry (albo i odwrotnie). Zdjęcia pojawiają się na okładkach kolorowych pism, sprzedających się w setkach tysięcy egzemplarzy, albo i lepiej. A jednak my, konsumenci tego „contentu”, nie zawsze zdajemy sobie sprawę, jaką krzywdę robimy sobie oglądając te wesołe obrazki. Bo z jednej strony, owszem, miło jest wiedzieć, że bogate i rozpuszczone piosenkarki i aktorki też mają cellulit. Z drugiej jednak… jeśli Britney, celebrytka z milionami dolarów i prawdopodobnie trzema personalnymi masażystkami namaszczającymi jej uda wonnościami, nie ma szans na skórę wolną od cellulitu… to jaką szansę ma Joanna Kowalska z Pcimia? Co gorsza, społeczeństwo wydaje się już rozumieć, że kobiety są traktowane w sposób niesprawiedliwy, ale reaguje na to rozszerzeniem tego traktowania na mężczyzn, od których oczekuje się wyglądu modela z reklamy Gillette. Krystyna Janda narzeka, że mężczyzna spotkany w pociągu nie pomógł jej z walizką, gdyż — jak się tłumaczył — ma problemy z kręgosłupem. Chociaż wcześniej własną walizkę bez problemu wrzucił na półkę. Pani Krystynie nie przyszło do głowy zastanowić się, ile ważyła jej walizka, a ile walizka tego mężczyzny. A może była pusta?

Jak można reagować na ciągłą presję mediów? Na magazyny kobiece, w których sąsiadują ze sobą przepisy na tort i reklamy preparatów odchudzających? Na sklepy Abercrombie & Fitch czy Hollister, gdzie pewnych rozmiarów się nie sprzedaje? Anorektyczne motylki, deklarujące, że chcą się wychudzić na śmierć, nie wzięły się z kosmosu, tylko z oglądania od najwcześniejszych lat reklam i filmów, w których kobieta o figurze zbliżonej do europejskiej średniej jest — w najlepszym razie — „modelką rozmiaru plus”, lub odgrywa rolę „brzydkiej grubaski”. Renee Zellweger nie dostała przecież nominacji do Oscara za arcydzieło kinematograficzne „Dziennik Bridget Jones” za to, że jest świetną aktorką, bo Zellweger ma mimikę krzesła, tylko za to, że odważnie utyła do roli. Tylko, że Zellweger wcale nie była jako Bridget niewiarygodnie tłusta. Osiągnęła rozmiar 14, czyli małe L. Po zakończeniu zdjęć błyskawicznie schudła z powrotem (co musiało swoją drogą być nadzwyczaj mało przyjemne).

Kilka tygodni temu samobójstwo popełniła L’Wren Scott, projektantka mody, dziewczyna Micka Jaggera, miłośniczka luksusu. Znajomy stylista, Philip Bloch, powiedział po jej śmierci: „Co za ironia — w ostatnim tygodniu powiedziałem trzem osobom 'Chciałbym mieć jej życie, popatrz na jej życie — zawsze jest w jakimś fantastycznym, ekscytującym miejscu’. Myślisz, że oto osoba, która ma wszystko. Po prostu nigdy nie wiadomo.” Norah Lawlor, publicystka, wiedziała więcej: „Zbliżała się do pięćdziesiątki, jej firma nie radziła sobie, była przyjaciółką celebrytów, ale nie mogła udać się do nich po pomoc.” Ale tego nie zobaczylibyśmy na Instagramie Scott. Tam pojawiały się zdjęcia luksusu, Jaggera, torebek Louisa Vuittona. Tak, jak w teledyskach pojawia się szczupła, wysportowana Britney, którą potem jakimś dziwnym trafem fotograf przyłapuje w rozklapanych kapciach, dresie i bez makijażu i sprzedaje te „skandaliczne” zdjęcia za niezłe pieniądze. Czy motylki, albo Joanna Kowalska, wyciągają z tego jakieś wnioski? Jeśli jakieś, to „powinna bardziej się starać”.

Kobieta po pięćdziesiątce, z którą rozwiódł się mąż; która być może nigdy nie pracowała, bo wychowywała dzieci, podczas gdy pan mąż udawał się w delegację; która twarzy sobie nie naciągnie, a cellulitu nie usunie, bo nie ma za co jest w bardzo dużym stopniu ofiarą mediów. Dlatego, że media wmówiły mężowi, że ma prawo do szczęścia (długonogiego, dziewiętnastoletniego szczęścia o imieniu Vanessa). Dlatego, że jej wmówiły, że jej życie już się skończyło, bo jest stara, co jest grzechem w dzisiejszym świecie niewybaczalnym, a co gorsza niemożliwym do zmiany. Madonna, próbująca zatrzymać czas, wygląda jak czarownica z horroru. Tori Amos wygląda jak nieudana woskowa figura samej siebie. Mężczyznom jest o wiele łatwiej, zwłaszcza, jeśli nazywają się Clooney, ale i to się zmieni, gdy dzisiejsze motylki i Bieberki dorosną. A przecież wspominam tylko o wyglądzie, nie piszę o bezrobociu, braku pieniędzy, problemach zdrowotnych — rzeczach, którymi nie chwalimy się na Fejsbuniu.

Jest niewiele sposobów, żeby poradzić sobie z życiem w kapitalizmie AD 2014. Jednym z nich jest wyprowadzka do pustelni w środku puszczy. Drugim jest odważne ignorowanie mediów i marsz pod prąd, który to sposób wybieram ja, ale nie mam w sobie na tyle arogancji, żeby zasugerować, że jest odpowiedni dla wszystkich. Pominąwszy wszystko inne, to, że ja ignoruję narzucane konwencje, niestety nie powoduje, że poruszone moją odwagą społeczeństwo pada mi do stóp z radosnym kląskaniem i akceptuje mnie dokładnie takiego, jakim jestem. Trzecim jest alkohol, narkotyki, zasłanianie okien i zabijanie strachu i bólu — tu znowu cytat z Onetu: „Alkohol był sposobem na poradzenie sobie z samotnością, brakiem zrozumienia oraz presją otoczenia. Dzięki kolejnym drinkom zachowywała się tak, jak tego oczekiwano – była wesoła, wygadana i energiczna. Trzeźwa Teresa w żaden sposób nie potrafiła wpasować się w te standardy.” Bardzo wielu z nas nie potrafi wpasować się w te standardy, tyle, że w życiu się do tego nie przyznamy.

Piszę o tym wszystkim, bo sam długo zapijałem, przysypywałem śniegiem i przygniatałem tabletkami moje strachy, fobie i problemy. Ja też potrzebowałem dwóch-trzech piw, żeby w ogóle się do kogoś odezwać w barze. Od ponad roku ta opcja nie jest mi dostępna. Gdybym przyznał się na tym blogu do połowy rzeczy, które mnie przerażają, z którymi sobie nie radzę i które zwyczajnie mnie przerastają, zapewne doczekałbym się lawiny pochwał za niezwykłą odwagę cywilną i kilku zniesmaczonych uwag na temat ekshibicjonizmu. Wymienię kilka. Z szefem zwyczajnie sobie nie poradziłem i dlatego od 2012 już w starej firmie nie pracuję. Związek „aż do śmierci” — cóż — odpowiem na łożu śmierci (na razie jest dobrze, dziękować, druga rocznica minęła). Niczego sobie nie naciągam i nie depiluję, przez co dla dużej części sceny gejowskiej w Amsterdamie jestem nieco obrzydliwy, ale na szczęście ich akceptacja kompletnie nie jest mi do niczego potrzebna. Ale i ja patrzę w lustro i widzę grubasa; zaglądam na konto i widzę liczbę zaczynającą się od znaku minus; wyrywam siwe włosy i odnotowuję, że niegdyś jędrna skóra robi się, hm, nie wiem jaka, ale na pewno nie jędrna. Wstyd mi umówić się z grupą znajomych z dawnej pracy na kolację, bo nie mogę sobie pozwolić na wypad do knajpy, gdzie malutkie dania po 15 euro sztuka pozują na środku ogromnych talerzy. Radzę sobie z tym bez alkoholu i innych używek. Ale czy już zawsze będę sobie z tym radzić? Spytajcie mnie, gdy nadejdzie koniec świata.

Był koniec roku 2008, kiedy odkryłem nagle w swoim otoczeniu dziesiątki kamer przemysłowych.

Amerykańska wojna z terrorem przeniosła się, jak wszyscy wiemy, i do Europy. Nie zdawałem sobie jednak długo sprawy do tego, w jak dużym stopniu przeniosła się na moje własne podwórko, aż pewnego dnia w zupełnie nudnym miejscu — przystanek tramwajowy — czekając na pojazd z nudów spojrzałem w górę i odkryłem, że prosto na mnie spogląda kamera. Rozejrzałem się i naliczyłem ich cztery. Tylko po mojej stronie ulicy. Nie wiem, ile było po drugiej, zapewne też cztery. Na górze przystanek metra i pociągu. Czy i tam mnożyły się kamery? Kto to wszystko ogląda i rejestruje?

Ot, pomyślałem, pewnie duży poziom przestępczości — i zaniechałem rozważań, bo tramwaj nadjechał, a ja wsiadłem… po czym spojrzałem nad swoją głowę i odkryłem kamerę. Poczułem się nieco nieswojo. Przypomniałem sobie nagle napisy w pociągach i tramwajach: „Przejazd jest rejestrowany na wideo”. Nie bardzo umiałem stwierdzić, jak duża jest potrzeba rejestrowania przejazdów pociągami w Amsterdamie, bo nie bywałem w nich aż tak często w czasach przedkamerowych. Zacząłem myśleć o tym, gdzie jeszcze można napotkać kamery. Przy bankomatach, zgoda, ma to sens. W moim supermarkecie są na pewno, bo je widziałem. To znaczy, widziałem jedną, przy wejściu. Ile jest ich wszystkich? Skoro są w supermarkecie, to w oddziale banku na pewno też. U jubilera. W przejściu podziemnym. Przy parkingach. Czy w moje okna celują jakieś kamery?

Uczucie wykorzystałem artystycznie, pisząc piosenkę pt. „Saferoads”, która udała mi się tak doskonale, że przez dwa lata potem nie udało mi się nagrać w ogóle nic, bo porównania zawsze wypadały na niekorzyść nowych utworów. Utwór kurzył się na twardym dysku, a ja myślałem, co z nim zrobić. I tak myślałem i myślałem, a z myślenia nic nie wynikało, aż przypadkiem wydałem płytę o rozpadzie swojego związku z Wikingiem, do której „Saferoads” pasowało jak pięść do nosa. Aż jakiś czas temu gruchnęły rewelacje Snowdena, Assange’a i Manning, a ja znów poczułem to nieokreślone poczucie zagrożenia ze strony ludzi, którzy uparcie twierdzą, że podglądają mnie dla mojego własnego dobra. Czy powinienem nalepić coś na kamerkę swojego Maca? Zapchać mikrofon gumą do żucia? Co z telefonem? Mój telewizor na pewno kamery nie ma, bo jest dość stary, ale może się mylę? Kto sprawdza, co oglądam, czytam i ściągam z sieci? Kto nagrywa obraz z kamer?

Kolejne informacje powodowały kolejne ataki gęsiej skórki. Oto NSA montuje podzespoły szpiegowskie w sprzęcie w taki sposób, żeby nie dało się ich ominąć programowo. Oto podsłuchy zakładane są tysiącami zupełnie niewinnym obywatelom, bo czemu nie. Oto nawet telefon Angeli Merkel był na podsłuchu. Oto Google promuje Google Glass. Oto Facebook opracował algorytm perfekcyjnego rozpoznawania twarzy. iPhoto pokazuje mi moje własne zdjęcia i pyta niewinnie „otagować?” A wszystko dla mojego dobra, żebym się czuł lepiej, żebym był jeszcze bezpieczniejszy i żeby mi było jeszcze łatwiej płacić kredyty i rachunki. „Saferoads” zyskało nowe znaczenie, o którym w ogóle nie myślałem, pisząc tę piosenkę w 2008.

Nie potrafię ocenić, jak dużo jest w moim myśleniu paranoi, a jak dużo prawdy. Nie pomagają takie informacje, jak na przykład przyznanie przez ministra spraw wewnętrznych, Ronalda Plasterka, że Holandia ściśle współpracuje z NSA, podsłuchując… 1.8 miliona obywateli. Na 16.8 miliona. Czyli co 9-10 Holender był podsłuchiwany. Czy naprawdę ponad 10% obywateli zajmuje się terroryzmem? Wliczając w to niemowlęta? Plasterk najpierw się wypierał, potem w końcu przyznał, że być może, coś tam słyszał, ale to z pewnością plotki, a w ogóle wszystko dla naszego bezpieczeństwa. A ja zacząłem się zastanawiać, według jakiego klucza wybierano podsłuchiwanych. Może… przypadkiem… imigrantów? Może osoby o ciemnej karnacji? Czy ja powiedziałem lub napisałem coś, co możnaby uznać za nielegalne? Co? Przecież wiadomo, że nie ma niewinnych, są tylko źle przesłuchiwani. Czy jestem w tej grupie?

Na razie nikt mnie jeszcze nie aresztował, więc korzystając z okazji zachęcam do ściągnięcia mojej nowej EPki „Saferoads” z pięcioma remiksami i dwoma dodatkowymi utworami. Linki i podsłuch jednego z remiksów na Soundcloud. A poza autoreklamą nadal ciekaw jestem, jak szanpaństwo czujecie się z „wojną z terroryzmem”, podsłuchami, więzieniami CIA w Polsce i tak dalej. Czy jestem ostatecznym paranoikiem? Czy na pewno miliony kamer i podsłuchów zabezpieczają mnie w moim bezpiecznym gniazdku? Czy tylko dzięki podsłuchiwaniu 1.8 miliona Holendrów udało się zapobiec, eee, nieznanej rzecz jasna (tajemnica) liczbie prób zamachu na króla Willema Alexandra? Kto za tym — kto za tym wszystkim stoi, że zakończę cytatem z Kultu.

Kilka lat temu przeczytałem, o ile pomnę we Wprost, o tym, że w Holandii staruszkowie boją się eutanazji i występują o specjalne karty, aby nie zostać zeutanazjowanymi wbrew swym protestom. Zapytany o sprawę Holender powiedział, że o niczym podobnym nie wie. Zaczęliśmy szukać źródeł tej informacji. Znaleźliśmy wyłącznie Wprost. Po dłuższych poszukiwaniach okazało się, że karty wydawane były osobom cierpiącym na paranoję lub schorzenia typu Alzheimer i nie służyły temu, żeby ich nie zabiły Ochotnicze Brygady Antystaruszkowe, tylko uspokojeniu chorych osób przerażonych własnymi urojeniami.

W ostatnich tygodniach dowiedziałem się, jak naprawdę wygląda w Holandii kwestia eutanazji. Osoba z holenderskiej rodziny — nazwijmy ją Stefania — od lat powtarzała, że jeśli przytrafi jej się coś, co przykuje ją do łóżka lub zamieni w roślinę, domaga się eutanazji. W tym celu co roku musiała powtarzać swoją dyspozycję u lekarza rodzinnego, była również członkinią odpowiedniej organizacji, w portfelu nosiła kartę zawiadamiającą o swoim życzeniu. Wiedzieli o tym wszyscy łącznie ze mną. Stefania miała lat 86, za sobą trzy operacje raka i wiadomo było, że pewnego dnia karta może się przydać. Aż pewnego dnia zadzwonił telefon, o siódmej piętnaście — takie wiadomości zawsze przychodzą o takich godzinach, zauważyliście? Stefania miała wylew.

Ciężko mi o tym pisać. Stefania była osobą do ostatnich dni przed wylewem bardzo aktywną. Dwa dni przed żartobliwie opieprzała mnie przez Skype’a, że nie uczę się wystarczająco szybko jej dialektu i zapraszała, żebym przyjechał zainstalować jej Dropboxa. Trenowała na siłowni, mimo, że cierpiała na permanentne bóle utrudniające jej chodzenie — jak twierdziła, lepiej się jej jeździło na rowerze, niż chodziło. Dwa lata przedtem była jeszcze instruktorką pływania i karate (!!) jednak operacja wszczepienia rozrusznika serca zmusiła ją do zwolnienia tempa. Jednak ciągle miała świetną kondycję, choć powoli jej jakość życia pogarszała się; coraz trudniej wchodziło jej się nawet na pojedyncze schodki, przeprowadziła się więc do swojego chłopaka (młody chłopina, jedyne 84), który mieszkał na parterze. To on znalazł ją rano i wezwał pogotowie.

Byliśmy przerażeni, wstrząśnięci, lecz w jakiś sposób pogodzeni. Wiadomo było, że śmierć może nadejść; nie wiadomo było, jak i kiedy dokładnie. Pojechaliśmy w odwiedziny w dzień po wylewie (Stefania mieszkała w miejscowości odległej o dwie godziny od Amsterdamu). Zobaczyliśmy widok straszny. Wesoła, ożywiona kobieta zmieniła się w ciało, leżące bez ruchu w łóżku, niezdolne do mówienia, przełykania, poruszania się. Lekarze powiedzieli nam, że w ciągu najbliższych 48 godzin zobaczymy, jak duże są jej szanse na wyjście z tego. W tamtej chwili wyglądały na zerowe. Potrzymaliśmy ją za rękę, posiąkaliśmy nosem… ciężko jest wpaść na cokolwiek więcej w takiej sytuacji. W każdej chwili groził jej drugi, śmiertelny wylew. Gdy mieliśmy wychodzić, przyszła pielęgniarka i wykonała zabieg karmienia za pośrednictwem dużej strzykawki i rurki wystającej z nosa. Widok był dla mnie tak przerażający, że musiałem się odwrócić. W tamtej chwili modliłem się o drugi wylew jak najprędzej — lub cudowne ozdrowienie.

Dwa dni później odwiedziliśmy ją ponownie. Stefania była w o wiele lepszym stanie. Chcę przez to powiedzieć, że poruszała gałkami ocznymi i jedną dłonią. Prawa połowa jej ciała była kompletnie sparaliżowana. Nie była zdolna do mówienia, nie słyszała, co się do niej mówi, jej oczy nie wydawały się podążać za ruchami. Przyglądała się głównie mi, myślę, że dlatego, że byłem ubrany w czerwoną bluzę. Lekarze, wypytywani, co dalej, unikali jednoznacznej odpowiedzi. Neurolog poinformował nas, że zaczekamy jeszcze kilka dni i zobaczymy, co się wydarzy.

Wydarzyło się wiele i niewiele zarazem. Stefania odzyskała słuch i zdolność koncentracji na widzianych — już świadomie — gościach. Wróciła jej częściowo władza w lewej ręce i uzyskała umiejętności ważne w jej nowej sytuacji — otarcia śliny cieknącej z ust, których nie mogła do końca zamknąć oraz poprawienia kołdry z lewej strony ciała. Prawa ręka, posiniaczona okrutnie od kroplówek i zastrzyków, była schowana przez większość czasu pod kołdrą, a Stefania — być może zawstydzona — ciągle próbowała okrywać ją dokładniej. Szpital był prześliczny, kolorowe ściany (nie w kolorze sraczkowatym!), własna sala z toaletą (nie, żeby Stefania z niej korzystała), urocze pielęgniarki mające czas i dla pacjentów i dla rodzin, lekarka przychodząca na każde żądanie i odpowiadająca na pytania. To od tej lekarki najbliżsi Stefanii dowiedzieli się, że jej życzenia dotyczące eutanazji nie będą respektowane, ponieważ na eutanazję trzeba się zgodzić w pełni świadomie, co musi zostać potwierdzone przez trójkę lekarzy, w tym psychiatrę. A nie znalazłby się ani jeden lekarz, w tym rodzinny, który od lat słyszał regularnie, że Stefania chce w takim wypadku umrzeć, który potwierdziłby jej świadomość sytuacji po wylewie.

W kolejnych dniach odwiedzaliśmy ją wielokrotnie. Zdolność przełykania nie powróciła. Umiejętność mowy w nadzwyczaj ograniczonym zakresie — “ja” (co oznaczało tak) i “mmm” (co oznaczało nie). Lewą ręką usiłowała dyrygować odwiedzającymi ją osobami i wskazywać, czego sobie życzy. Co jakiś czas płakała z frustracji, kiedy mimo najlepszych chęci nie umieliśmy wywnioskować, czego sobie od nas życzy. Odwiedzaliśmy ją grupowo, szpital w takich wypadkach odstępuje od ograniczeń typu “dwójka gości od 14 do 16”, tak więc przy łóżku Stefanii praktycznie przez cały czas siedziała grupa krewnych i przyjaciół. Przez jakiś czas panowało grobowe milczenie, po czym chora zaczynała się niecierpliwić i nakazywała gestami, abyśmy coś mówili. Ale co można mówić w takiej sytuacji? Tak więc rozmawialiśmy o pogodzie i zakupach, starając się utrzymać na twarzach pogodny uśmiech. Aż szpital zasugerował, że jej stan już się nie polepszy, osiągnęliśmy to, co się osiągnąć dało i chora musi zostać wypisana albo do domu, albo do domu starców. Nieważne, w sumie, gdzie, byle ktoś jej zmieniał pieluchy, przewracał na boki i wstrzykiwał pokarm przez nos. Eutanazji odmówiono z podanego powyżej powodu.

Zrozumieliśmy, że Stefania może trwać w tym stanie latami. Jeden z członków jej rodziny załamał się i wyznał, że bliski jest uduszenia jej poduszką. Indagowani lekarze z niechęcią przyznali, że jest pewien sposób, mianowicie rodzina może grupowo zażądać zaprzestania żywienia matki, babci, ciotki. W ten sposób nie będzie żadnej osoby, którą można by oskarżyć o zabójstwo z zimną krwią, jakim byłoby podanie zastrzyku przez konkretnego lekarza. To, że Stefania umrze powoli i w sposób raczej przerażający było niestety mniej ważne. Dzieci Stefanii wybrały się na wizytę do mamy tym razem bez przyjaciół i znajomych i przekazały jej wiadomości. Stefania odetchnęła z ulgą i za pomocą jednej ręki i “jo” przekazała, że zgadza się z tym pomysłem.

Rurka z nosa zniknęła; zniknęły kroplówki; pozostały podawane łyżeczką małe jogurciki i odrobina wody, dopóki do synów nie dotarło, że pielęgniarki w ten sposób poniekąd okrutnie przedłużają agonię. Zakazali więc podawania i tych drobnych “potraw”. Zamiast nich pojawiła się — chwalić bogów i lekarzy — kroplówka ze środkiem przeciwbólowo-usypiającym. Pierwszy dzień był przerażający i cieszę się, że mnie tam nie było, bo możliwe, że zachowałbym się w sposób niecywilizowany; silna reakcja chorej na środek usypiający wyglądała podobno tak, jakby podano jej bez uprzedzenia amfetaminę. Drugiego dnia była spokojna, pokazywała na zgromadzonych bliskich i powtarzała pogodnie swoje: jo, jo, jo. I tak przez kilka godzin: jo, jo, jo. Jo, jo, jo. I co jakiś czas, gdy głosy grzęzły w gardłach, niecierpliwe: mmm, mmm! Rozmawiać!

Po kilku dniach Stefania zaczęła więcej spać, niż nie spać. Potem już tylko spała. Gdy zaczęła być bardzo nerwowa — co jest chyba średnio dziwne, skoro umierała z głodu i pragnienia — podano jej morfinę. Mieszkający bliżej krewni dyżurowali przy łóżku w dzień i w nocy. My w Amsterdamie dzwoniliśmy co dnia i jeździliśmy (ja mniej, bo reaktywowała mi się depresja do tego stopnia, że ja też przestałem być w stanie wstawać z ławki dworcowej lub krzesła przy komputerze, czemu zawdzięczacie ostatni wysyp notek) w odwiedziny. W miniony czwartek planowaliśmy dzień wypoczynku, wycieczkę do parku lub muzeum, cokolwiek w sumie, żeby przez moment przestać żyć w tym straszliwym stresie — Stefania, kobieta z kondycją, spędzała właśnie ósmy dzień bez wody. O 10 rano zadzwonił telefon: przyjeżdżać, jest o wiele gorzej. O 11, gdy byliśmy w drodze na dworzec, zadzwonił ponownie: można się nie spieszyć, właśnie zmarła.

Moja depresja powoli mija. Jak się okazuje, bezsilność, ciągły stres, przerażenie i ból nie są tym, co mi robi najlepiej. Nie mija mi jednak przerażenie myślą, że przyjechałem do Holandii po części po to, żeby w identycznej sytuacji móc liczyć na eutanazję. Okazuje się, że bajki opowiadane przez polskie media i tych, którzy im wierzą, nie mogłyby być bardziej odległe od prawdy. Stefania wylądowała w paragrafie 22: chora musi wyrazić zgodę na własną eutanazję, ale nie może jej wyrazić, bo nawet gdyby to zrobiła, to nikt nie uwierzy, że jest w stanie zrozumieć, na co się zgadza. Według prawa i lekarzy zagłodzenie żywcem jest bardziej odpowiednim pomysłem, niż podanie środka, po którym się zasypia i już nie budzi. Przez cztery i pół tygodnia — powiedzmy, że trzy i pół, bo przez pierwszy tydzień żyliśmy nadzieją — męczyła się chora, męczyły się jej dzieci, krewni, przyjaciele. Niech mnie ten humanitaryzm w dupę pocałuje i vice versa.

Zdjęcie: Jeanne Smits/LifeSiteNews.com, paryski flash-mob przeciwko eutanazji, marzec 2012. Ale bym im jebnął z glana, gdyby się w kolejce ustawili.

Tak walentynki uczcił jeden z kowali na moim Facebooku, wzbudzając u mnie uśmiech. Zupełnie inaczej uczciła je Nina (której ukradłem tytuł noci). Sam nie czczę ich wcale, bo ani mnie zieją, ani grzębią, ale jestem świadom istnienia daty, a skoro blog nazywa się „Miłość po 30”, to czasami coś o tej miłości warto napisać.

Mój pierwszy pocałunek miał miejsce na komendzie policji. Nie pamiętam twarzy tego policjanta, ale pamiętam opalone, muskularne przedramiona i blond włoski wyzłocone słońcem. Oczywiście padłem jak rażony piorunem. Mój nowy ukochany, z którym rzecz jasna zacząłem natychmiast układać życie i wybierać imiona dla dzieci miał zadzwonić dzień później. Nie zadzwonił. Był to czas, w którym nie było telefonów komórkowych (tak! były kiedyś takie czasy!), ja jego numeru nie miałem, więc wysłałem mu pełen rozpaczy list, który musiał zabrzmieć jak wyznania stalkera. Cóż jednak poradzę — w szkole nie nauczono mnie, że jeśli mężczyzna obiecał po pierwszym spotkaniu, że zadzwoni, ale tego nie robi, to może oznaczać coś innego, niż „zgubił mój numer, wpadając pod samochód, a teraz leży w śpiączce, z której może go wybudzić tylko mój pocałunek”. Moim podręcznikiem miłości było „Ja cię kocham, a ty śpisz” z Sandrą Bullock. Myślałem, że życie tak właśnie wygląda.

Drugi pocałunek miał miejsce z pięknym blond gentlemanem, który opowiadał mi o swoim złamanym sercu, zaoferował alkohol, a potem pocałował. Oczywiście zakochałem się od pierwszego pocałunku, niepomny poprzedniej lekcji. Dwa dni później zadzwonił, aby mi powiedzieć, że podlec, który źle go traktował, dręczył i poniewierał dał mu kwiatki i przeprosił, więc spróbują jeszcze raz. Przyjąłem to dosyć kiepsko, przez co chcę powiedzieć, że napisałem do niego czterostronicowy list, w którym zawarłem między innymi gorzki protest-song o tytule „All I Said Was Goodbye”. Mam nadzieję, że biedny ten człowiek wybaczył mi ten list i dawno już o mnie zapomniał.

Trzeci pocałunek zakończył się jeszcze gorzej — ponad dwuletnim „związkiem” z zagorzałym wyznawcą katolicyzmu, który na czas seksu gasił światło i włączał telewizję (w której leciały romantyczne programy typu Wiadomości), żeby Jezus nas nie widział i nie słyszał. Seks był straszny, po części przez to, że żaden z nas nie miał w tym doświadczenia i nie do końca wiedział, która część ciała jest która. Mówiłem mu, że go kocham, bo zdawało mi się, że skoro się spotykamy raz w tygodniu i oglądamy razem telewizję, po czym on opowiada mi o pracy („Jestem księgowym. Dziś miałem w pracy bardzo interesujący dzień”) to znaczy, że jesteśmy zakochani. Kiedy jednak zaczął rozmawiać o wspólnym zamieszkaniu, a ja dostałem ataku paniki, zrozumiałem wreszcie, że nie tak powinna się czuć osoba kochająca swojego partnera i zerwałem. Jego też chciałbym z tego miejsca serdecznie przeprosić — za moją głupotę i niedojrzałość. Na swoje usprawiedliwienie mam tyle, że naprawdę nie wiedziałem, co robię.

Potem było już… bo ja wiem? Przynajmniej bardziej romantycznie. Zakochałem się prawdziwą szczenięcą miłością w bardzo pokręconym chłopaku, ponieważ po pierwsze arogancja młodości (no, powiedzmy, że młodości, miałem chyba 23 lata) mówiła mi, że wszystko naprawię, uleczę go swoim uczuciem i nie ma takich przeszkód, jakich nie przezwycięży dwójka zakochanych. Otóż są. W tym wypadku w grę wchodziło wychowanie w bardzo religijnym domu, gdzie homoseksualizm był przywoływany często jako najgorsze, co wyznawca bóstwa może zrobić, lecz na szczęście jest religia, która chorego może uleczyć. Na pewno uleczyła nasz związek, ponieważ po jakimś czasie nie dało się już go dalej ciągnąć. Przedtem jednak miały miejsce najbardziej pamiętne Walentynki mojego życia, o których — jak wspomniałem — pamiętam i które wyleczyły mnie z chęci wysyłania kartek i otrzymywania kwiatków już na zawsze.

Było to, obawiam się, wiele lat temu, konkretnie jakieś 12. Chudy, nerdowaty okularnik, którego imienia nie pomnę, pojawił się w moim życiu drogą standardową, ogłoszenia na Gejowie. Poznaliśmy swoich rodziców, rozmawialiśmy godzinami pod gwiazdami, pojechaliśmy razem do Pragi na Sylwestra z jego znajomymi. Ale nie pasowaliśmy do siebie, co stało się oczywiste, gdy okazało się, że chłopiec, zarabiający 12 lat temu na rękę jakieś 10 tysięcy miesięcznie, kupił mieszkanie za gotówkę; wyposażył je i odpicował; po czym postanowił wystawić na sprzedaż, bo nie chciał wcale wyprowadzić się od mamusi. Taka postawa życiowa była dla mnie nie do pojęcia, bo ja nie marzyłem o niczym innym, niż tylko wyprowadzka od mamusi. Pranie, sprzątanie i gotowanie w pakiecie nie zachwycało mnie tak bardzo, jak możność wyjścia z domu wieczorem bez zapowiadania, o której będę, gdzie idę, z kim, po co, za co i na co. On wolał nadal spać we wspólnym pokoju z młodszą siostrą (!) tylko po to, żeby nie musieć samemu robić obiadu.

W połowie lutego generalnie już się nam sypało, ale w Walentynki poszliśmy razem do kina; trzymaliśmy się za ręce na ulicy (rzecz bez precedensu w jego przypadku); wylądowaliśmy w parku, gdzie wśród śniegu, pod gwiazdami, z gołymi głowami całowaliśmy się tak długo, aż rozbolały nas usta. Wszystkie moje wątpliwości poszły się kochać. Tak właśnie chciałem się czuć przez resztę życia.

Dzień później, gdy byłem w Empiku i przeglądałem single artystów na literę K, okularnik zadzwonił i suchym tonem obwieścił, że ze mną zrywa i żebym nie dzwonił, bo nie będzie odbierać, po czym się rozłączył. Byłem w takim szoku, że nawet nie przerwałem przeglądania singli (nomen omen!!! też tak miałyście???) i płynnie przeszedłem do litery L. Chwilę zajęło mi zrozumienie, czemu nie zerwał poprzedniego dnia: były to przecież Walentynki, Dzień Romansu, w który zrywać nie wolno.

W następnej kolejności w moim życiu pojawił się Szwedzki Niedźwiedź, o którym jakiś czas temu pisałem, potem Christian Srey, potem wreszcie Szacowny Eks-Małżonek (wtedy Małżonek), z którym NARESZCIE udało mi się stworzyć związek. Przysięgam, że długie poszukiwania nie miały na celu zaliczenia jak największej ilości dup, tylko raczej nauczenie się — po zostaniu spłodzonym przez faceta zamężnego z inną kobietą i dorastaniu w rodzinie z problemem alkoholowym — jak kochać i być razem. Heterycy te lekcje dostają za darmo, oglądając filmy, chodząc na wesela, oglądając związki w swojej rodzinie i wśród znajomych, słuchając księży i posła Pawłowicz (bezdzietni i nie w związkach zawsze mają najwięcej do powiedzenia na temat związków innych ludzi). My możemy sobie iść do darkroomu (nie używam) lub obejrzeć pornosa, ale kulturowe punkty odniesienia dla związków osób tej samej płci pojawiają się tak naprawdę może od 20 lat.

Dziś sam jestem dziadkiem powiedziałem Zbrojmistrzowi, że go kocham. Powiedziałem mu to również wczoraj i powiem jutro, o ile nie zabije mnie spadający z nieba fortepian. Mając lat 36 wreszcie wiem, na czym polega miłość: otóż nie na wysyłaniu kartek, kwiatków i żelków. Nie na przychodzeniu do domu w stanie wskazującym na spożycie i brudnym jakbyśmy wpadli do rynsztoka (zapewne dlatego, że wpadliśmy). Nie na biciu ukochanej osoby, podczas gdy dziecko (ja) ryczy w wannie. Nie na zrywaniu 15 lutego, żeby ładniej wyglądało. Nawet nie na mieszkaniu razem i posiadaniu wspólnego rachunku bankowego. Miłość po 30 polega na akceptowaniu drugiej osoby taką, jaka jest i wspieraniu jej ZAWSZE. W chorobie, w bólu, z norowirusem (jeśli mieliście kiedyś norowirusa, wiecie, co to znaczy), z gilem po pas, z depresją, z problemami rodzinnymi, bez kasy. Jeśli nie umiemy drugiej osoby zaakceptować bez zmian, to znaczy, że nie kochamy tej osoby, tylko tę zmienioną — która ma drobną wadę, mianowicie nie istnieje. Dlatego moja ciotka nie kocha mnie i nigdy nie kochała — kochała fantom, Raya-heteroseksualistę. Ja kochałem okularnika samodzielnego i rzutkiego, oddzielonego od maminego łona. Pokręcony chłopak miał się dla mnie magicznie odkręcić.

Z okazji Walentynek nie życzę Wam absolutnie niczego, czego nie życzyłem Wam wczoraj, natomiast załatwię małą prywatę: powiedzcie mi w komencikach, co sądzicie o nowym layoucie.

(Leo Forte po prawej: Photos By Dot)