Tym razem przykrą tę prawdę uświadomiły mi osoby, usiłujące mnie skomplementować. Pierwszego odważnego, który na gejowskim portalu napisał mi „sexy papi” potraktowałem z buta, warcząc „I’ll cut you bitch!!!” i blokując natychmiast. Od tego czasu pojawił się kolejny „papi” i dodatkowo „hot daddy”, gdybym nie znał języków i potrzebował dokładniejszego wytłumaczenia. W sumie od trzech zainteresowanych. I tym sposobem okazało się, że nieodwołalnie stałem się DILFem.

*

Był taki okres, kiedy byłem młody. (Mam wielką ochotę dodać „i głupi”, rzecz jasna.)

Nie pisałem wtedy jeszcze bloga o nazwie „Miłość po 30”. Mogłem ewentualnie pisać o miłości po 20. Zakochiwałem się miłością ognistą, chmurną i durną, kompletnie nie zwracającą uwagi na rzeczywistość — po części dlatego, że szalenie lubiłem uczucie bycia zakochanym, oglądanie komedii romantycznych, trzymanie się za ręce, poznawanie przyjaciół wybranka i tak dalej. Wiem, że poseł Pawłowicz nie uwierzy, ale o seks chodziło tu najmniej, ja przez dobre parę lat w ogóle się nie nauczyłem, jak się porządnie uprawia seks. Bicie serca, kiedy wibruje telefon; ukrywanie przed szefem okienka Gadu-Gadu, w którym trwa konwersacja z gatunku „nie, Ty się rozłącz „; wspólne wyprawy do kina, oglądanie filmu w TV, picie słodkiego wina. Całowanie — ubóstwiałem się całować. No dobra, nadal ubóstwiam.

Polska kompletnie nie jest krajem dla człowieka, którym wtedy byłem. Gejem w Polsce na upartego można być, jeśli komuś wystarczy siedzenie w domu, lub ewentualnie uprawianie seksu z losowymi partnerami. Mi nie wystarczało i cierpiałem katusze zupełnie nie wtedy, kiedy by się można spodziewać. Wybrańcy odmawiali trzymania się za ręce, bo jeszcze ktoś zobaczy; przy przyjaciołach musiałem udawać kumpla, bo wybranek się nie wyoutował; opcja poznania rodziców rzecz jasna również nie wchodziła w grę. Pewien Szwedzki Niedźwiedź uprawiał konspirę taką samą, jak aktualnie jeden z panów z serialu komediowego „Vicious” — odbierał telefony od mamusi, uciszając mnie gorączkowo, żeby się nie dowiedziała, że ktoś u niego jest. Bo Niedźwiedź oficjalnie w wieku lat, o ile pomnę, 39 był nadal samotny i nie znalazł Tej Właściwej Kobiety.

Czytam teraz, że Ewa i Małgorzata wycofały się z „Miłość Nie Wyklucza” i rozważają wyprowadzkę z Polski. Jest mi smutno, a zarazem świetnie je rozumiem. Sam byłem za wrażliwym człowiekiem, żeby zostać w Polsce i dzielnie walczyć o prawa i zmiany. Wyjechałem ponad 7 lat temu i ze smutkiem stwierdzam, że jak do tej pory moje prognozy w kwestii tempa zmian się sprawdzają. (Jak łatwo zgadnąć, prognozy brzmiały „o tu mi kaktus wyrośnie”.) Ile można czekać? Nie robię się młodszy, a o ile moje własne urodziny mi zwisają i powiewają, o tyle siwizna na skroniach (na wszelki wypadek wygolonych) i wyzywanie od hot daddy przypominają, że nie tak długo już, zanim będę, ewentualnie, hot granddaddy.

Ksiądz Oko rzecze, w temacie własnej gerontofobii:

„Co ciekawe, w mediach nigdy nie pokazuje się starych gejów, bo oni mają straszne twarze, twarze zniszczone rozpustą i chorobami. Możemy oglądać tylko ludzi młodych.”

Proszę księdza, oto miś:

images

elton-john

Neil Tennant of the Pet Shop Boys

Nie wiem, ile to jest dla księdza „stary”, ale znając upodobanie polskich pseudokatolików do Paula Camerona obstawiam, że „powyżej 40”. Tak więc Gareth Thomas już prawie, prawie pasuje (rocznik 1974):

Screen-shot-2012-05-29-at-10.09.57
Co to wszystko ma ze sobą wspólnego? Nic. Skumbria w tomacie, skumbria w tomacie, skumbria w tomacie, ksiądz. Poza tym, każdy powód dobry, żeby zalinkować do Trzyczęściowego i wrzucić fotkę Garetha Thomasa.

No więc (nigdy nie zaczynaj od no więc) cały rok 2013 spędziłem permanentnie spłukany, bezrobotny, odwiedziłem oddział psychiatryczny pobliskiego szpitala tak z 50 razy i był to najlepszy rok mojego życia.

Zdaję sobie sprawę, że to nieco konfundująca informacja, więc nieco ją rozwinę. Pewne światło może rzucić informacja, że 8 grudnia miała miejsce druga rocznica pierwszego spotkania ze Zbrojmistrzem, a 11 grudnia druga rocznica pierwszego spotkania z młotem kowalskim. Moje obie miłości kwitną i nigdy nie byłem tak dokładnie pewien, czego chcę od życia. W kuźni wykonałem w międzyczasie między innymi krzesło i moją pierwszą lampę wiszącą (tzn. wisząca będzie, jak przezwyciężę lenistwo i powieszę). Ze Zbrojmistrzem zaś — co ja mogę powiedzieć — jest jakby coraz lepiej. W 2014 roku życzę samemu sobie, żeby moje obie #miłościpo30 nadal kwitły tak pięknie, jak w 2013.

2012 nie był rokiem dobrym. Smutki usiłowałem utopić w alkoholu i przysypać śniegiem, co się nie udawało mimo powtarzania prób często i namolnie, więc w marcu 2013 postanowiłem ich zaprzestać i sprawdzić, co się wydarzy. Ostatnie piwo — jedno — spożyłem w dzień św. Patryka. I było niesmaczne. Od tej pory jestem obrzydliwie wręcz trzeźwy, w moim ulubionym barze zamiast „tego pancura, co siedzi przy kominku z piwem” jestem „tym pancurem, co siedzi przy kominku z herbatą” i jest mi o wiele lepiej. No i oszczędzam kasę, co tu mówić więcej.

Za chorobą, zmianą trybu życia na, że tak powiem, siedzący i odstawieniem używek poszła zmiana kręgu przyjaciół. Nie jest to absolutnie doświadczenie wyjątkowe dla mnie, większość osób podejmujących decyzję o trzeźwości lub dostających diagnozę o chorobie umysłowej odkrywa ze zdziwieniem, że telefon nagle jakby umilkł. Ja na szczęście nie przeżyłem takiej przyjemności, bo telefon dzwoni nadal, tyle, że teraz rozmawiam z innymi osobami i o czym innym.

Ludzie, wśród których się teraz obracam, to w dużym stopniu osoby z problemami psychicznymi, uzależnieniowcy i tak zwana „scena gejowska” (lesbijska, queer, etc.) Oraz, rzecz jasna, kowale i podobni im szaleńcy, którzy są chyba z tego wszystkiego najdziwniejsi. Rząd holenderski robi, co może, żeby obrzydzić ludziom uprawianie sztuki, którą premier określił mianem „lewackiego hobby”, ale my się nie poddajemy. Bardzo mi dobrze z moim kręgiem znajomych i przyjaciół. Ze sobą samym też mi dobrze. Dwa lata temu nie uwierzyłbym, że coś takiego będzie w ogóle możliwe, zwłaszcza w okresie przedświątecznym — oto ja: bez pieniędzy i bez ogromnych perspektyw zmiany tego stanu, za to z długami, nie mogę się nawet wina napić, nie łażę po imprezach, ważę 92 kg, pracuję fizycznie i jestem naprawdę szczęśliwy.

Nie wiem zupełnie, co będzie w przyszłym roku, finansowo, zdrowotnie i mieszkaniowo, ale jakoś tak… nie muszę tego wiedzieć. W tym roku rzeczy działy się z miesiąca na miesiąc, ale jakoś tak się to ułożyło, że w grudniu nadal mam gdzie mieszkać, czuję się bardzo dobrze i moje długi nie powalają na kolana swoim ogromem (chociaż istnieją). Szczerze mówiąc, myślałem, że będzie o wiele gorzej. Ilość dobrej woli wśród moich znajomych i przyjaciół jest tu ogromnie pomocna. Sąsiedzi ze wspólnoty mieszkaniowej nie popędzają moich wpłat na fundusz remontowy, kumpel sprezentował mi swojego ajFołna na gwiazdkę, dzięki czemu mogę przestać obrzucać klątwami Szajsunga Crapaxy, Casper the Friendly Kowal pomaga w kuźni, nie przegina z obciążaniem mnie finansowo i jest dobrym przyjacielem.

Jeden blog umiera — My Bipolar Lives jakoś się nie oderwało od podłoża. Nowy blog powstał — The Seven Incher, jak sama nazwa wskazuje poświęcony muzyce — zobaczymy, jak będzie się rozwijać w przyszłym roku. Planuję mniej nagrywać, więcej pisać, rysować i kuć — oraz wrócić do pracy zarobkowej. Z postanowień noworocznych mam tym razem jedno: że tak elegancko stranswestuję zalinkowaną Beyonce, w nadchodzącym roku planuję być szczęśliwy.

“Zawsze” występuje tylko w bajkach — “they lived happily ever after” (na polski tłumaczone jako “długo i szczęśliwie”, co ma niewątpliwie więcej realizmu). Kiedy byłem dzieckiem, moi rodzice, znani łgarze, wmówili mi istnienie Świętego Mikołaja. Jest jasne, że od rzemyczka do koniczka nie było daleko. Nauczyłem się czytać w wieku lat 4 — sam, bo nikt mi nie chciał bez przerwy czytać — po czym zacząłem bezkrytycznie pochłaniać bibliotekę ojczyma i własną, mieszając braci Grimm z Bułyczowem, Lema z Musierowicz i Strugackich (których zresztą nie lubiłem) z opowieściami z cyklu “Dzielny Tima zaciąga się do radzieckiej marynarki, kłamiąc na temat swojego wieku i własnoręcznie ratuje przed zagładą atomową całą ZSRR, po drodze nigdy nie brudząc swego białego munduru i nabywając wiele doświadczeń z zakresu męskiej przyjaźni”.

Jest chyba oczywiste, że nie mogło z tego wyjść absolutnie nic dobrego. Co głębsze utwory Lema najzwyczajniej w świecie odkładałem na półkę i wracałem do utopii. Bułyczow zrobił mi straszną krzywdę przygodami Alicji, ponieważ oddałbym lewe oko i prawą dłoń za to, żeby Alicją BYĆ. Większą krzywdę zrobił mi jednak ojczym. Najpierw tym, że nie wytłumaczył mi różnicy między fantastyką, a życiem, w związku z czym bardzo długo żyłem w przekonaniu, że wszystkie te rzeczy, które wyczytałem u Borunia i Trepki miały miejsce, a jeśli dzieją się w przyszłości, to będą miały. Drugą krzywdę, niczym Urszulka Kochanowskiemu, zrobił mi swoim zniknięciem.

Mężczyźni w moim życiu generalnie wyrządzali mi krzywdę swoim zniknięciem, aż podrosłem na tyle, że to ja zacząłem z nimi zrywać i znikać jako pierwszy. Mój ojciec zniknął zgoła zanim się narodziłem. Dziadek zmarł, a przecież nie tak się umawialiśmy — a przed śmiercią cierpiał na Alzheimera, co jest zupełnie innym rodzajem zniknięcia. Przyjaciel zerwał ze mną stosunki, bo nie życzył sobie w otoczeniu wytatuowanych homoseksualistów. O ciotce pisałem tyle razy, że nie chce mi się powtarzać. I wiele lat zajęło mi nauczenie się, że “na zawsze” to wierutne, podłe łgarstwo. Chociażby dlatego, że nawet drzewa w końcu umierają. Długo — o tak (z różnymi definicjami długości, dla szczura 3 lata to długo i biologii nie przeskoczymy, co jest powodem, dla którego więcej szczura mieć nie będę). Zawsze — hell to tha no.

Porzucenie przywiązania do “zawsze” było jednym z pierwszych etapów leczenia moich ran z przeszłości. Drugim była nieśmiała myśl, że może “nigdy” to też łgarstwo. “Nigdy nie będę bogaty”, na przykład, jest tak samo kłamliwe, jak “zawsze będę bogaty”. “Nigdy nie będę grać w koszykówkę” — owszem, może na poziomie zawodowca z NBA istotnie nie, zwłaszcza jeśli jestem wzrostu Petera Dinklage, ale jednak absoluty zostawmy teologom. Skoro już “nigdy” odwaliliśmy, weźmy się od razu za: “nikt”, “wszyscy”, “każdy”. Czy absoluty zawsze są fałszywe? Nie zawsze, rzecz jasna. 🙂 Na przykład podatki są zawsze i na zawsze, choć płaci je nie każdy. Ale prawdziwych zdań z “zawsze” jest naprawdę o wiele mniej, niż by się zdawało, a na pewno nie należą do nich “zawsze będę już nieatrakcyjny” oraz “nigdy więcej nie zaufam kobiecie”. Chyba, że oczywiście sekundę potem giniemy w wypadku samochodowym…

Przywiązania do fantastyki, a w szczególności fantasy, nie porzuciłem rzecz jasna nigdy. Co prawda chęć bycia Alicją dawno mi przeszła, ale chęć bycia Wikingiem kwitnie, podsycając płomień (hłe, hłe) mojej pasji do kowalstwa. Jedno z drugim jakoś mi ładnie współgra. Ale ostatnio dokonałem kolejnego odkrycia w temacie kłamstw, które wmówiono mi w młodości: nie istnieją nie tylko bohaterowie opowiadań fantastycznych i absoluty. Nie istnieje również wolność.

Wikipedia definiuje to pojęcie tak:

Wolność – brak przymusu, sytuacja, w której można dokonywać wyborów spośród wszystkich dostępnych opcji.

Nigdy nie możemy dokonywać wyborów spośród WSZYSTKICH dostępnych opcji. To znaczy: możemy, jeśli oczywiście gotowi jesteśmy na konsekwencje (co, jak mniemam, falsyfikuje określenie “brak przymusu”). W tym wypadku jedynymi osobami na świecie, które osiągnęły wolność, są polityczni dyktatorzy, którzy jednakowoż również wolnością cieszyli się wyłącznie dopóki nie poczuli chęci np. przejścia się ulicą bez ochrony lub szybkiego wypadu na zakupy do kraju, w którym ciążył na nich nakaz natychmiastowego aresztowania.

Bardzo niewielu z nas, zgódźmy się, LUBI płacić podatki, tak więc nasza wolność ograniczona jest przez urząd podatkowy (że zacytuję Rachel z Przyjaciół, “kim jest pan Urząd Podatkowy i czemu ukradł moje pieniądze?”). Sądząc po ściągalności abonamentu TVP, jeszcze mniej Polaków lubi płacić tej instytucji za realizację programów misyjnych, jak np. “Klan jak Miłość” i “Taniec z Fortepianami na Głosie”. Nie lubimy czasami ciszy nocnej, czasami nie lubimy faktu, że nasi sąsiedzi ciszy nocnej nie uznają, nie lubimy po polsku rozumianej wolności wyznania, chyba, że jesteśmy katolikiem, wtedy może lubimy.

To, że wolność kończy się tu, gdzie zaczyna moja pięść, jest też dosyć zrozumiałe, ale moje nagłe olśnienie dotyczące braku wolności generalnie wzięło się z czego innego: z posiadania kredytu bankowego. Nie tylko nie jestem wolny, ale zgoła jestem w tej chwili uwiązany za nogę do kaloryfera. Nie jestem w stanie sprzedać mieszkania za sumę, która pokryje resztę kredytu, mimo, że spłacam je szósty rok. Nie jestem w stanie po prostu przestać płacić. Nie jestem w stanie tych pieniędzy w żaden sposób z siebie wygenerować (po części dlatego, że kiedy tylko coś zarobię, zachwycony urząd pracy natychmiast mi to zabiera). Dzięki holenderskiemu prawu nie mogę mieszkania też wynająć. Wszystkie dostępne opcje sprowadzają się do “muszę uczynić cud, zapożyczyć się lub sprzedawać swe ciało przy Centralnym”.

Skąd mi się to nagłe odkrycie wzięło? Z Elizabeth Gilbert. Autorka “Jedz, módl się, kochaj” wzięła sobie kiedyś roczny urlop od życia i pojechała najpierw do Włoch na spaghetti, potem do Indii na hipstowanie, a na koniec do Indonezji polować na biznesmena, znaczy, chciałem powiedzieć, przypadkiem spotkać miłość swojego życia. Piękna to opowieść, ubogacająca i poruszająca, z wyjątkiem drobnego faktu, że nie wszyscy z nas mogą wziąć roczny urlop od życia i pojechać sobie na roczną podróż opłaconą z góry zaliczką na książkę, którą napiszemy po powrocie. Gilbert tymczasem prezentuje swoje przeżycia raczej lekkim tonem — “wtedy postanowiłam, że następny rok spędzę w podróży, zwiedzając obce kraje. Powiedziałam o tym swojemu wydawcy, który przelał na moje konto zaliczkę. Szybko opłaciłam bilety i ruszyłam w drogę”. Natrząsam się, rzecz jasna, ale w rzeczywistości jestem dziko zazdrosny, ponieważ z ogromną przyjemnością wsiadłbym na motocykl, którego nie posiadam i udał się na nim, bo ja wiem, do Indii chociażby. Albo na objazd całych Stanów Zjednoczonych.

Czy ja mogę dokonywać wyboru spośród wszystkich dostępnych opcji, droga Wikipedio? W zasadzie mogę, rzecz jasna. Nic nie stoi na przeszkodzie temu, żebym wsiadł do pociągu byle jakiego, wyrzucając SIM-kartę przez okno, po roku wrócił i sprawdził z wielką ciekawością, co się stanie, kiedy spróbuję wsadzić klucze do zamka w drzwiach “swojego” mieszkania. Ale tu pojawia się cena dokonywanych wyborów. Od ponad ośmiu miesięcy nie miałem w ustach alkoholu — to też mój wybór. Mogę dokonać innego i rżnąć whisky butelkami, jeśli nie przeszkadza mi 1) przyspieszenie bankructwa oraz 2) fakt, że w tym wypadku dobrze byłoby już zacząć poszukiwania dawcy wątroby — moje leki + alkohol = wątroba do wymiany. Jak to jest, że wybieram ze wszystkich dostępnych opcji, ale nie czuję się wolny? Myślę, że to wie każdy, kto w ostatnich 10 latach brał udział w wolnych wyborach w Polsce.

TL;DR: Drodzy czytelnicy, jeśli macie kredyt mieszkaniowy, to jesteście tak samo wolni, jak zwierzęta w zoo. Jeśli, co gorsza, wierzycie nadal w prawdziwość słów “zawsze” i “nigdy”, to dodatkowo jesteście zamknięci w klatce swojego umysłu. Mój kredyt nie jest na zawsze, tylko na 30 lat, co oznacza, że też jestem zamknięty w klatce, pręty są bardzo grube, ale za to widać przez nie ładny chodniczek na zewnątrz.

Obejrzałem wczoraj film o zespole LCD Soundsystem „Shut Up And Play The Hits”. Film opowiada o kontrolowanym rozpadzie zespołu, który z małego projektu grającego po klubach wyrósł na światową sensację — i o tym, że nie wszyscy marzą tylko o tym, by być sławnymi i bogatymi.

W filmie przewijają się fragmenty wywiadu z liderem, Jamesem Murphy. Dziennikarz sugeruje, że postrzegani jesteśmy jako suma naszych sukcesów, definiowani zaś jako nasza największa porażka. Posługuje się przykładem Michaela Jordana: wielkiego gwiazdora koszykówki, który po odejściu od sportu walczył z nałogiem hazardu i dwa razy powracał ze swojej emerytury.

Jakie są moje sukcesy? Chwaliłem się nimi w sumie tyle razy, że wystarczy. Jaka jest moja największa porażka? O tym pisze się trudniej. Wydaje mi się, że moją największą porażką jest to, co stoi również u podnóża moich sukcesów. Na swoje potrzeby definiuję tę cechę charakteru jako „ognistość”. Jest ona podobno dość typowa dla dwubiegunowców i znamy ją z dowcipu o złotej rybce, spełniającej trzy życzenia: „Chcę jeża! E, do dupy z takim jeżem! Aaaaa, wyjmijcie mi jeża!” Ogień, mój ukochany żywioł, grzeje, pozwala ugotować posiłek, jest nadzwyczaj przydatny w kuźni, ale bywają chwile, kiedy wymyka się spod kontroli i zanim powiecie „I tylko jeża przelecieć się nie da” okazuje się, że w Australii 2000 strażaków nie może zgasić pożarów buszu.

Dużą porażką było dla mnie kupno gitary. Okazało się mianowicie, że aby grać na gitarze należy tę umiejętność ćwiczyć. Nie przychodzi to łatwo, a co gorsza bolą paluśki i robią się na nich bąble. Po trzech tygodniach i kilku słitaśnych fociach na fejsbuniu gitara zaległa w kącie, gdzie leżała, póki nie oddałem jej bratu. Mój brat w odróżnieniu ode mnie posiada i talent i determinację, więc zakup nie okazał się kompletnie zmarnowany.

Porażką był dla mnie jeden z moich dawnych związków. Tylko jeden. Ze wszystkich moich związków czegoś się nauczyłem; z tego nauczyłem się tylko tego, że głupim. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że to było dawno temu i na szczęście nie potrwało bardzo długo (chociaż ja, jakom głupi, chciałem tę farsę ciągnąć dalej). Jeśli przypadkiem czyta to jeden taki Szwedzki Niedźwiedź, to półgębkiem chciałbym go przeprosić i podziękować, że miłosiernie ze mną zerwał. Chciałbym wierzyć, że nigdy więcej nie skoncentruję się na myśleniu wyłącznie mniejszą główką.

Porażką pozostaje fakt, że nie napisałem książki. Zacząć zacząłem chyba z pięć. Tylko żadna z nich nie wyszła poza etap pierwszej wersji do redakcji. Problem leży w tym, że kiedy już tę pierwszą wersję skończę, historia mnie nudzi, bo wiem, jak się skończy. Nie wynalazłem zaś jeszcze sposobu na zaskakiwanie samego siebie wciąż od nowa własną prozą. Obiecuję samemu sobie, że zostanę Ałtorem już od jakichś 15 lat. Co ja pocznę, nie udało się i nie wiem, czy kiedykolwiek się uda. Nawet krótsze formy po jakimś czasie mnie nudzą, a co gorsza ten krótki czas jest za krótki, żeby je skończyć.

Największej porażki chyba ciągle nie przeżyłem. Bogowie mi sprzyjają, chorób i zdarzeń losowych nie uważam za porażkę, nie zdarzyło mi się nigdy przypadkiem wystąpić w telewizji po pijaku lub zabić człowieka dla zabawy. Nie jest więc źle. Co do sukcesów, też nie odniosłem jakichś powalających na kolana. Nie mam nagrody Nobla, własnego reality szoł, pierwszego (ani drugiego) miliona na koncie. I dlatego o mnie nie kręci się filmów dokumentalnych. Ale znów wracam do własnych rozważań: co tak naprawdę oznacza „szczęśliwe życie” i czy sukces to chwila, czy raczej dni/tygodnie/miesiące uczucia, że jest dobrze? Czy niepracująca matka trojga dzieci, przeżywająca chwile szczęścia w związku z tym, że może się nimi zajmować, zamiast chodzić do pracy odniosła wielką życiową porażkę? Czy James Murphy, rozwiązujący zespół i nadal, mimo tego, że ostatni koncert już się odbył, zagryzający się myślami „czy słusznie zrobiłem” odniósł sukces? Czy mam prawo każdy dzień spędzony w kuźni traktować jak cudowny prezent od bogów i wierzyć, że słusznie robię, mimo, że raty kredytu piszczą i domagają się regularnego dokarmiania? Spytajcie mnie za jakieś 40 lat. Może będę wiedzieć.

Z drugiej strony, czy porażki to chwile? Rozmawiałem z zaskakującą ilością osób, które wyznają mi, że bardzo mi zazdroszczą kuźni. Nie dlatego, że to kuźnia, tylko dlatego, że odkryłem, co kocham robić i to robię. Część z tych osób poprzestaje na marudzeniu, że „chciałbym, ach chciałbym podróżować” (zupełnie jak moje pisanie książki), część nawet nie wie, czego by chciała, część wie i w zasadzie by mogła, ale nie wiedzieć czemu tego nie robi. A czas złośliwie płynie tylko w jedną stronę. Jeśli masz dziś lat 30, drogi Czytelniku, za 10 lat będziesz mieć 40. Czy będziesz wtedy mieć na koncie trzy książki? Pięć kontynentów? Własną firmę? Zespół, trzy płyty, wyprzedany Madison Square Garden? Co robisz w tym kierunku? Czy uważasz, że robisz wystarczająco dużo?

W kuźni spędzam dwa dni w tygodniu; oprócz tego czytam, rozmawiam, oglądam, usiłuję się zmotywować do rysowania (to jedno mi nie idzie). Czy to jest sukces, czy porażka? Z punktu widzenia mojego konta bankowego jest to porażka stulecia. Z punktu widzenia mojej psychiki jest to sukces. Liczę na to, że za kilka lat sukces przełoży się na własną kuźnię i klientów. Nie wiem, gdzie. Może w Polsce? (Zaraz po tym, jak piekło zamarznie.) Nie jest to może sukces na miarę Nobla. Ale wiem tyle, że raptem niecałe dwa lata temu miałem forsy jak lodu, dragów po kolana, alkoholu po zębodziurki i pięć imprez tygodniowo z DJem. Teraz nie mam żadnej z tych rzeczy, ale za to jestem szczęśliwy.