Uwaga, ta notka w zasadzie jest dla dorosłych, chociaż jestem przekonany, że Was zawiedzie.

*

Wczoraj wybraliśmy się ze Zbrojmistrzem na fetyszystyczne seks-party.

Prawda, że brzmi doskonale? Krążą po sieci takie obrazki: „co sobie wyobraża społeczeństwo, że robię… co sobie wyobraża moja mama, że robię… co sobie wyobrażam ja, że robię… co robię rzeczywiście”. Obrazek tego typu mógłby świetnie posłużyć zamiast poniższej notki, ale ja jestem stworzeniem piszącym, a nie tworzącym memy, poza tym gdzieś już takiego widziałem.

Na miejsce dotarliśmy raczej wcześnie, około 22:30. Rozebraliśmy się z pewnym trudem z odzieży wierzchniej, założyliśmy własne skóry i mundury i przeszliśmy dalej. W klubie można już było oglądać pierwszych panów przyodzianych w skóry i mundury, niepewnie rozglądających się wokół siebie. To mnie raczej ucieszyło, ponieważ nigdy na takiej imprezie do tej pory nie byłem i czułem się nadzwyczaj dziwnie. Kiedyś pomógłbym odwadze przy użyciu belgijskiego piwa, teraz mogłem się uciec jeno do wody mineralnej, lub dekadencko szarpnąć się na colę light.

Porozmawialiśmy z kilkoma znajomymi, moimi lub Zbrojmistrza, czekając na rozpoczęcie żwawej akcji. Klub powoli się zapełniał, ale akcja się nie rozpoczynała. Po części byłem temu winien osobiście, ponieważ jak mnie poinformował Zbrojmistrz, ktoś uparcie usiłował zwrócić moją uwagę, a nawet dotknął mnie w sposób niedwuznacznie wskazujący, a ja — co nie jest dla mnie nietypowe nawet gdy nie jestem nerwów — nie zauważyłem. Ów ktoś zrezygnował, znalazł sobie dość prędko chętniejszy obiekt i w jego towarzystwie udał się na scenę, gdzie odbył się najmniej podniecający pięciominutowy seks, jaki w życiu miałem przyjemność oglądać.

Nieco zdewastowany obrotem wydarzeń zaproponowałem, abyśmy udali się na ogląd darkroomów. Darkroomy mają jedną wadę. Jest w nich ciemno. W tych konkretnych darkroomach jest diabelnie ciemno i nie widać NIC. Widziałem w ciemności, że w środku siedzi COŚ. Być może był to człowiek w skórzanym uniformie, a być może połyskujący raptor. Niepewność co do zawartości pomieszczenia nie zachęciła mnie do dalszych eksploracji, a i raptor nie wystawiał kończyn celem wciągnięcia mnie do wewnątrz. Tak więc darkroomy znudziły mi się bardzo prędko i udaliśmy się na balkon.

Na balkonie odbywała się żwawa akcja. Polegała na tym, że jeden wąsaty pan zajmował się drugim wąsatym panem, w powietrzu unosił się zapach poppersa, a wszystkiemu z zainteresowaniem godnym National Geographic przyglądali się dwaj inni. Całość ciągle nie wydawała mi się ani trochę podniecająca, może przez moje skojarzenia z Village People. Był jeszcze jeden problem. Mianowicie ten, że w całym klubie podobało mi się może trzech facetów na krzyż, nie licząc, rzecz jasna, Zbrojmistrza.

Problem polega być może na tym, że ja nie jestem fetyszystą skórno-dżinsowo-obuwniczo-mundurowym. Jeśli ktoś mi się podoba, to nie z uwagi na to, co na sobie ma, tylko z uwagi na bujny zarost, piękne oczy, interesujący błysk w owych oczach, uśmiech, dłonie, to, co ma do powiedzenia… Nie umiem skupić się na skórzanym uniformie z napisem POLICE tak, żeby nie zauważyć, że ma go na sobie sześćdziesięcioletni, raczej obwisły pan, który wygląda jak wyjątkowo dobrotliwy sprzedawca waty cukrowej. Tak więc zamiast sceny z filmu pornograficznego zobaczyłem podrygujących, nieatrakcyjnych panów, przyodzianych w raczej zabawne elementy skórno-metalowe, przyglądających się sobie nawzajem i mnie w szczególności z pewną taką nieśmiałością. I upewniłem się w tym, co podpowiadał mi rozum długo przed tym, jak zostaliśmy na imprezę zaproszeni: mnie to NAPRAWDĘ nie kręci.

Wyszliśmy wcześnie, przed pierwszą. Podobno po pierwszej imprezy tego typu zaczynają się rzeczywiście rozkręcać. Zbrojmistrz wytłumaczył mi, jak to działa: po pierwsze, piwo pije się z pewną szybkością, a pewna ilość spożytych piw pozwala na nabycie pewnej śmiałości — jestem pewien, że jest na to wzór matematyczny. Po drugie, uczestnicy z jednej strony czekają, aż przyjdzie więcej osób (bo może pojawią się atrakcyjniejsi), ale nie jest wcale tak, że atrakcyjniejsi przychodzą później, bo wcześniej nie są wpuszczani. Tak więc następuje po trzecie, związane ze słynnym skąpstwem Holendrów — „skoro zapłaciłem, to muszę zaliczyć”. Po pewnej ilości spożytego piwa standardy zaczynają spadać, a godzina zamknięcia się zbliżać i nagle okazuje się, że pan, który wcale nas nie interesował o pierwszej jest fascynujący o trzeciej piętnaście.

Te reguły nie działają, jak się okazuje, jeśli na imprezę przychodzi para, która nadal jest na etapie „nie możemy się odkleić od siebie”, a poza tym nie pije i nie zażywa. Zbrojmistrz spożył jedno małe piwo, ja oczywiście trzymałem się twardo wody, raz szarpnąwszy się dekadencko na colę zero. W tych warunkach szanse na sukces były od początku niskie, a w połączeniu z faktem, że wśród, bo ja wiem, setki facetów podobało mi się trzech, a 97 wzbudzało we mnie chęć ucieczki były zerowe. Ale ważne jest co innego: do tej pory seks-imprezy wzbudzały we mnie agresywny brak zainteresowania wyłącznie teoretycznie, a teraz potwierdziłem to w praktyce i mogę powrócić do bycia w otwartym związku, z którego otwartości nie korzystam.

W drodze do domu wstąpiliśmy do mojego ukochanego baru. Kominek buzował jak zwykle; bilard jak zwykle był okupowany; piwo lało się jak zwykle; a jednak zmieniło się… wszystko. Za barem urocza arabska lesbijka (kobieta w moim barze! jak ja mam teraz uprawiać seks przy kominku?), większość obecnych narąbana już o tej porze w szpadel, a ja trzeźwy jak świnka morska. Przy boku wspaniały mężczyzna, u którego boku zasnę za kilka godzin, co zdecydowanie zmniejsza zainteresowanie innymi. Wypiliśmy po kolejnej wodzie mineralnej i udaliśmy się do domu spacerem, w naszych niewygodnych wysokich glanach i lekko pobrzękując uprzężami pod trzema warstwami odzieży wierzchniej. Po czym dotarliśmy do domu i padliśmy do łóżka, wykończeni tak świetną zabawą.

Chyba jestem oficjalnie w średnim wieku, albo co.

Chris Guillebeau zwrócił mą uwagę ku nowej książce Britt Reints (czy wspominałem, że kupuję w ostatnich miesiącach wyłącznie jedzenie i książki?). Wspomniana pani Reints pisze (moje tłumaczenie):

W „Micie Szczęścia” Jennifer Michael Hecht definiuje trzy typy szczęścia: chwilę szczęścia, dobry dzień, szczęśliwe życie. Hecht sugeruje, że dalsze definiowanie nie jest potrzebne, ponieważ różnica między powyższymi trzema jest oczywista gdy słyszymy kontekst, w jakim użyto wyrazu „szczęście”.

[Hecht] wskazuje jednak, że te trzy rodzaje szczęścia rzadko pojawiają się razem, co może spowodować, że trudniej jest osiągnąć szczęście, niż je zdefiniować. „Wszystko, co robimy,” pisze Hecht, „może pomóc osiągnąć jeden rodzaj szczęścia, lecz utrudnić osiągnięcie drugiego”.

Innymi słowy, jeśli zamiast do pracy pójdziemy do kina, pomoże nam to mieć dobry dzień, ale może utrudnić nam osiągnięcie szczęśliwego życia. Ten konflikt może utrudnić nam zdefiniowanie szczęścia dla siebie samych.

Nie czytałem „Mitu Szczęścia”, ale za to oglądałem wiele razy film „Godziny”, gdzie Meryl Streep mówi do swojej córki:

Pamiętam taki poranek, gdy wstałam o świcie, miałam takie doznanie możliwości. Wiesz o jakim uczuciu mówię, prawda? I pamiętam, jak pomyślałam sobie: Więc to jest początek szczęścia. Tutaj się zaczyna. I oczywiście zawsze będzie go więcej. Nie miałam pojęcia, że to nie był początek. To było szczęście. To była ta chwila. Właśnie wtedy.

*

Kiedyś wydawało mi się, że osiągnąłem szczęście.

Budziłem się rano po kilku godzinach snu i wyskakiwałem z łóżka, podekscytowany myślą, że nadszedł nowy dzień i… można iść do pracy. Mówię poważnie. Pamiętam ten okres jako nieskończony cykl słonecznych poranków pełnych możliwości. Wiecie o jakim uczuciu mówię, prawda? Możliwe, że nie wiecie. Kiedy myślę o tym okresie — był to rok, zdaje się, 2003 — myślę, że to był pierwszy identyfikowalny okres hipomanii w mojej chorobie dwubiegunowej.

Przez bardzo długi czas wydawało mi się, że wiem, co to jest szczęście. Szczęściem był ten właśnie okres, kiedy wyskakiwałem z łóżka o poranku, ciesząc się możliwością. Szczęściem były tygodnie po zakończeniu mojego pierwszego BARDZO niefortunnego związku, kiedy czułem się wolny, szczęśliwy, rozsłoneczniony i hipomaniczny. Generalnie rzecz biorąc, szczęściem było doznanie, że świat został stworzony specjalnie po to, żeby było mi dobrze. Chodziłem po świecie, dudniąc po chodniku specjalnie wyprofilowanym dla mych glanów, ubierając się w skóry od góry do dołu, plotąc sobie zdziczałe warkoczyki wraz z kolorowymi koralikami. Podkładu muzycznego dla długowłosego skórzaka dostarczały Kylie, Janet i Alizee. A w związku z tym, że szczęściem był haj serotoninowy, cała reszta musiała być nieszczęściem.

Kiedy zacząłem chodzić do terapeuty, już w Amsterdamie, w roku 2007, jednym z problemów, na jakie się skarżyłem było silne doznanie, że osoba widziana w lustrze to nie ja. Nie byłem pewien, kim ta osoba jest, ale na pewno nie była mną. Uczucie czasami przybierało na sile, a czasami słabło, ale towarzyszyło mi właściwie zawsze. Nie byłem do końca ani mrocznym skórzanym długowłosym mrukiem, ani chłopcem z koralikami na warkoczykach. Nie czułem się do końca w swoim ciele — i duszy — ani stojąc na balkonie i chłonąc całą skórą cudowność słonecznego popołudnia, ani leżąc na podłodze w swoim pokoju, za zamkniętymi drzwiami, chowając się przed współlokatorem, domagającym się wysprzątania łazienki. Przeprowadzka do Amsterdamu nie pomogła. Odnalazłem wiele rzeczy, wiele osób i wiele miejsc, ale nie odnalazłem siebie. Zajęło mi dwa lata terapii, treningów na siłowni i poszukiwań, zanim uczucie przeminęło — aby nigdy nie powrócić.

A jednak.

Gdy odkryłem mocne używki, wydawało mi się, że tym właśnie jest szczęście — tu chowało się przede mną od kilku lat, w małej żółtawej pastylce, albo w torebce z białym proszkiem. U nas, bipolarów, stan kiedy nie robimy nic głupiego i nie mamy depresji nazywa się „remisją”. Tyle, że ja nie wiedziałem, że mam jakąś remisję. Zdawało mi się po prostu, że nie wiedzieć właściwie dlaczego nie czuję się „szczęśliwy”. Po tygodniach namów Wikinga zgodziłem się wreszcie spróbować ecstasy i odkryłem, że szczęście można włączać na zawołanie. Podobnie DJ namawiał, namawiał, aż namówił mnie na śnieg — a ja odkryłem, że powód, dla którego ludzie biorą narkotyki jest bardzo prosty: bycie pod ich wpływem jest bardzo przyjemne. Tyle, że ludzie z chorobą dwubiegunową nie mogą sobie pozwolić na pieprzenie sobie w mózgu.

O powrocie swojej depresji pisałem. O wychodzeniu z niej prosto w hipomanię — też (chociaż nieświadomie). O swojej nowej diagnozie — podobnie. Kilka osób z bipolarem, czytających mojego bloga, zdziwiło się uprzejmie, że diagnoza nie była dla mnie oczywista. Otóż: nie była. Nie było dla mnie oczywiste, że w stanie hipomanii podejmuje się bardzo łatwo decyzje, konsekwencje których mogą trwać całe lata. W hipomanii próbowałem kolejnych używek, podrywałem z powodzeniem pół miasta, spadałem z hulajnogi na Słowacji, gotów byłem powiedzieć cokolwiek i zrobić jeszcze więcej, zakładałem firmę i pisałem piosenki. Aż nadszedł dzień, kiedy mój umysł postanowił, że czas na epizod mieszany. A ja nie rozumiałem, czemu nagle przestałem być szczęśliwy.

*

Moje szczęście jest ostatnio bardzo nudne.

Chodzimy ze Zbrojmistrzem wcześnie spać, bo ja muszę spać co noc przez 8 godzin, a tak naprawdę przy swoim zestawie leków potrzebuję co najmniej 9. W sobotę położyliśmy się jeszcze wcześniej, niż w piątek, bo mimo wczesnej pory ziewałem jak wieloryb i groziło nam, że połknę kanapę. Kanapa jest nam bardzo przydatna, bo spędzamy na niej mnóstwo czasu, trzymając się za ręce, oglądając razem różne dzieła sztuki na iPadzie. (Robimy też na niej inne rzeczy, o których nie będę szczegółowo opowiadać.) Grywamy w planszówki. Gotujemy razem, razem robimy grilla, rozpalamy ognisko, chodzimy na siłownię, wysyłamy sobie mailem ciekawe linki, słuchamy muzyki. Spotykamy się ze znajomymi i przyjaciółmi (niezbyt późno). Aktualnie robimy razem częściowy remont mojego prysznica.

Moje leki zostały ustabilizowane na poziomie, który przez 90% czasu gwarantuje mi funkcjonowanie pośrodku mojego „wykresu nastroju” — narzędzia pomagającego osobie z dwubiegunówką uniknąć nadmiernych wzlotów i spadków. Wśród innych pomocnych narzędzi warto wymienić stuprocentową trzeźwość, wzmiankowane 8 godzin snu co noc, uregulowany tryb życia, unikanie stresów i terapię.

Czym jest dla mnie pierwszy rodzaj szczęścia pani Hecht cytowanej przez panią Reints? Spojrzeniem w oczach mojego mężczyzny; wzięciem go za rękę; kształtowaniem gorącej stali; powąchaniem nowej książki; nową piosenką Annie. Czym jest drugi? Ustabilizowanym nastrojem; narzekaniem na nasze lenistwo, gdy bawimy się doskonale grając w Carcassonne; udaną konwersacją z urzędem pracy w języku niderlandzkim; oglądaniem Wikingów na wyspie Wolin; zrobienie wszystkiego, co zaplanowałem i przyjemnym doznaniem około godziny 19, że zostało mi już tylko przeczytanie DListed i zjedzenie czegoś pysznego. Szczęściem codziennym jest przewidywalność — miłe doznanie, że jutro najprawdopodobniej nadal nie będę mieć depresji.

Czym jest rodzaj trzeci? Wydaje mi się, że zaczynam rozumieć. Rodzaj trzeci to balans — rzecz, którą osobie z dwubiegunówką bardzo trudno osiągnąć. Między pracą, a odpoczynkiem; między miłością, a pożądaniem; między depresją, a manią; między naturą, a cywilizacją. Zbyt wiele lat spędziłem skacząc między ekstremami. Aktualnie odganiam je od siebie kijem, psiocząc na rozbisurmanioną młądziesz, jeżdżącą na rowerach bez trzymanki. Używki, czemu nie, zielona herbata i jedna kawa dziennie.

Ciekawe, jak długo mi zostanie.

(Część I w poprzedniej notce.)

Wracamy do Warszawy i spędzamy tam kilka dni. To w Warszawie najlepiej widać schizofrenię Polski. Obok siebie w autobusach siedzą naprany o jedenastej rano pijak (zapewne po ciężkiej nocy) i eleganccy panowie w garniturach. Klimatyzacja działa wyłącznie w dni zimne, w gorące zaś albo się psuje, albo po prostu nie jest włączana. Miasto pokryte jest grubą warstwą pięknych prac metalowych, które fotografuję, oraz tablic i pomników o treści martyrologicznej, których nie fotografuję, ale na które uwagę zwraca Zbrojmistrz, pytając, czemu jest ich tak wiele. Nie mam dla niego jednoznacznej odpowiedzi, podobnie, jak na pytanie, czemu w budowie jest tak wiele kościołów, albo czemu Praga jest usiana na zmianę pięknymi, nowymi elewacjami oraz budynkami z zamurowanymi oknami i drzwiami, podpisanymi „grozi zawaleniem”.

Bazar Różyckiego wzbudza we Zbrojmistrzu zaciekawienie głównie z jednego powodu — ciekawi go mianowicie powód, dla którego jedna trzecia stoisk sprzedaje suknie ślubne. Ja również nie do końca umiem sobie wyobrazić te tłumy przyszłych panien młodych, z obłędem w oczach szturmujących akurat Bazar Różyckiego, ale być może w Chinach mieli akurat promocję, albo coś. W następnej kolejności zwiedziliśmy Łazienki i natrafiliśmy na kolejny śliczny przykład warszawskiej schizofrenii, gdy szliśmy sobie wzdłuż wystawy nowoczesnego francuskiego plakatu, a po drugiej stronie 10 demonstrujących i 30 policjantów anonsowało, że „Rostowski to złodziej” oraz „Tusku zagłodzisz nas”. Nie podjąłbym się powiedzieć, która strona ulicy lepiej i prawdziwiej opisywała polską rzeczywistość. Obie. Żadna.

Zachwycamy się niezwykle tanimi (jak na holenderskie ceny) owocami i zażeramy żółtymi czereśniami, których Zbrojmistrz w życiu nie widział na oczy. Przedstawiam go śledzikom ze śliwką, z wisienką i z rodzynkami. (W Holandii śledzia podaje się w dwóch wersjach: z cebulą i bez cebuli.) Tyjemy po 2 kg na osobę i przysięgamy sobie ścisłą dietę po powrocie do domu. W międzyczasie zaś porównujemy lody Grycana z lodami Zielonej Budki. Grycan wygrywa.

Na okładce Polityki — żywność ekologiczna. Na billboardzie supermarketu — żywność tania. Oczywistym jest, że nawet na krótkiej drodze z kiosku do billboardu przeskakujemy magicznym sposobem przez granicę między dwoma krajami. Supermarket Biedronka, bo my Polacy tak mamy. Pod wejściem pan z samochodu sprzedaje czereśnie, na wierzchu ładne, pod spodem — jak odkrywamy w domu — nadpsute. Pan jutro będzie stał gdzie indziej, żeby nie nachodzili go nadmiernie klienci z dnia poprzedniego.

*

Jedziemy pociągiem Tanich Linii Kolejowych do Międzyzdrojów, spotykamy tam znajomych i udajemy się razem na Festiwal Wikingów w skansenie w Wolinie. W pociągu, rzecz jasna, nie ma klimatyzacji, bo tanie linie są dobre i tanie, ale nie są chłodne. Obok nas dwie sympatyczne dziewczyny, chyba para, głaszczą się po stopach i dzwonią do mamy jednej z nich, umawiając się na kolację. Obok dziewczyn starsza pani z wnusią. Wnusia lat na oko osiem słucha głośno metalu i hip-hopu „z brzydkimi wyrazami”, rozmawia aroganckim tonem przez dwie komórki i upuszcza przedmioty, które babcia podnosi. Zbrojmistrz komentuje po niderlandzku, że jedna z komórek do rozmów prywatnych, a druga do służbowych. W ogóle wygodnie jest mieć język, którego prawie nikt nie rozumie.

Kolejny pensjonat, kolejna właścicielka, kolejny sklep spożywczy, zakupy pięć minut przed zamknięciem — o 21. „O której pan jutro zaczyna pracę?” pyta żartem kolega, z którym przyjechaliśmy. „O szóstej” odpowiada poważnie pan. Ech, myślę do siebie i nie tłumaczę Zbrojmistrzowi rozmowy. W Holandii nie pracuje się powyżej ośmiu godzin dziennie, na umowy śmieciowe i nie wypłaca 2/3 pensji pod stołem, chyba, że mamy do czynienia z Polakami.

Międzyzdroje sprawiają na mnie wrażenie tego, czym są — wrzaskliwego pokazu złego gustu. Panowie z małymi ptaszkami ryczą silnikami quadów. Brzuchaci i cycaci dżentelmeni z godnością wylewają się ze swoich spodni, bo takiego ciała nie można zakrywać podkoszulkiem. Dochodzę do wniosku, że lokalne obyczaje pozwalają na chodzenie bez koszulek i pozbywam się swojej, bo temperatura zupełnie niepodobna do suwalskiej. Taksówka do Wolina kosztuje 30 złotych, a do Dargobędza, gdzie się zatrzymaliśmy, 20. Zbrojmistrz, informowany na bieżąco ile wydajemy, śmieje się tylko z niedowierzaniem.

Zlot Wikingów jest właściwie nie do opisania. Moja utracona w 2011 nieśmiałość nigdy nie powróciła, co bardzo mnie cieszy i pozwala podchodzić śmiało do co piękniejszych i pytać, czy mogę sobie z nimi zrobić zdjęcie. Stroje powalają. Smak kwasu chlebowego zachwyca. Temperatura zabija. W pewnym momencie zdejmuję tunikę, dołączając do tłumu innych rosłych, półnagich, wytatuowanych Wikingów. Współczuję tym, którzy biorą udział w bitwach, co oznacza, że ubrani są nie tylko w zbroje, ale również grube kaftany pod nimi.

IMG_7926

Bitwa rozczarowuje w pełni. Oczekiwanie trwa 20 minut w pełnym, prażącym słońcu. (Na szczęście brodate i uzbrojone widoki umilają oczekiwanie.) Sama bitwa trwa dwie minuty, odbywa się tak daleko od nas, jak to możliwe, po czym nie dowiaduję się, kto wygrał. Przy czym informacja o tym nie pomogłaby mi w niczym, ponieważ nie wiem, która drużyna jest która. Ochrona tak dobrze i nieco głośno zadbała, żeby nikt nie ucierpiał, że nie udało się w żaden sposób dosłyszeć, gdzie stoją Słowianie, a gdzie Wikingowie. Dosłyszeć za to dało się grające zespoły, co było zbawieniem, ponieważ grały fantastycznie. Nie wiem, kto dobierał muzykę, ale sprawił(a) mi ogromną przyjemność.

O godzinie 17 musiałem niestety opuścić festiwal, ponieważ nawet po spożyciu dwóch litrów wody, dwóch kubków kwasu chlebowego i siedząc w cieniu nie dawało się żyć i już. Po prostu nie. Byliśmy ugotowani żywcem. Udaliśmy się więc do knajpy wolińskiej, gdzie na moje pierwsze pytanie o pierś z kurczaka zasugerowano mi co prawda kotlet schabowy zamiast, ale w końcu zjedliśmy znane polskie danie befstro gonof w zupełnie zachęcającej cenie i było dobrze. Następnie zaś strzeliło mi do głowy wycyganienie od pani restauratorki tego oto pięknego (przyznacie?) plakatu:

Plakat otrzymałem, a dodatkowo dowiedziałem się, gdzie jest centrum informacyjne festiwalu. Uzbrojony w wiedzę wyruszyłem w miejsce, które — jak mi się zdawało — pani opisała. Nie było tam niczego, co wyglądałoby jak centrum informacyjne. Zwiedziliśmy więc cały deptak, strefę obok festiwalu, gdzie urządzono skrzyżowanie wesołego miasteczka z pchlim targiem uświetnione koncertem rosyjskiego disco polo, po czym wróciliśmy do punktu startu. Tam wytłumaczono nam dokładnie, gdzie mamy pójść. Udałem się tam kroczek po kroczku, już dość powoli, bo żar wciąż zabijał. Na miejscu powitał mnie pan w zupełnie prawidłowym stroju z białą tuniką i kłem wilka na szyi i powiedział, nieco zdziwiony:

— Przecież centrum informacyjne to nie tutaj. Od kiedy się festiwal zaczął, jest na terenie festiwalu…

Wyszliśmy, dziękując ciepło (bo chłodno się nie dało) i na ostatnich nogach ruszyliśmy w kierunku dworca kolejowego, przekonani, że gdzie jak gdzie, ale tam musi być postój taksówek. Na miejscu odkryliśmy, że Wolin jest takim wyjątkowym miasteczkiem turystycznym, gdzie na zewnątrz dworca taksówki mają zakaz postoju, a informacja nie podaje numeru radio taxi. Na szczęście ja już sobie w międzyczasie przypomniałem filmy Barei (w czym pomogły mi konwersacje ze znajomymi w Gawrych Rudzie) i w ciągu pięciu minut załatwiłem numer taksówki przez kolegów, którzy w tym czasie zażywali chłodu (?) na plaży nudystów w Międzyzdrojach.

Przed wyruszeniem w drogę powrotną okropnie bałem się, że w pociągu będą nam towarzyszyć polscy patrioci, tzn. kibice Legii wracający ze Szczecina. Na szczęście zaoszczędzono mi tej przyjemności, wystawiono za to na doświadczenie pociągu Intercity bez przedziałów i bez klimatyzacji przy temperaturze 36 stopni. Gdy dojechaliśmy do Poznania, stanęliśmy tam na 20 minut i nawet ta mikroskopijna ilość powietrza, która wlatuje przez mikroskopijne okienka „klimatyzowanych” wagonów przestała się poruszać, postanowiłem, że umieram i nic mnie nie powstrzyma. Niemniej jednak nie umarłem, czego dowodem notka ta. Trzeba było Thora prosić o burze z piorunami, a nie trzymanie kibiców z daleka, kibice zapewne pojechali sobie oddzielnym wagonem, w którym klimatyzacja się nie zepsuła, było im bardzo przyjemnie i mogli demolować patriotycznie pociąg w przyjemnym chłodzie.

*

W ostatnich dniach pobytu w Warszawie odnotowaliśmy, że dzieje się coś patriotycznego.

Przy pomniku, którego nazwy nie mogłem sobie przypomnieć, instalowano otóż ekrany, scenę i głośniki. Ciężko mi było uwierzyć, że przy tym akurat pomniku odbędzie się promocja piwa lub występ zespołu Kombii, tak więc zgadłem, że nadchodzi jakaś rocznica.

— Nie wiesz, czemu są flagi na autobusach? — spytałem mamę.

— Nie wiem — odparła. — Wiesz, że mnie to nieprzesadnie ciekawi.

— No, mnie w sumie też nie, ale Zbrojmistrz chciałby wiedzieć.

Na to, czego to jest rocznica, nie naprowadziła mnie nawet kończąca moje tournee po kraju wizyta w salonie tatuażu, podczas której do salonu wparowało kilku na sterydach pędzonych panów, z których jeden domagał się wytatuowania mu na całych plecach Powstania Warszawskiego.

— A co konkretnie by pan chciał? proszę mi przynieść jakieś zdjęcia, wydruki — prosił uprzejmie tatuażysta, nie przerywając pracy.

— No Powstanie…! — odpowiadał Pan Steryd.

— No tak, ja rozumiem. Ale co, czołgi, karabiny, ludzie?

— Coś fajnego. Bo ja wiem. Kanały. Mury…

— Mury to chyba średnio fajne…?

— O! Już wiem — ucieszył się Pan Steryd. — Takiego małego chłopca z karabinem w za dużym hełmie!

Siedziałem cierpliwie, acz nerwowo, bojąc się, że tatuażyście drgnie ręka i mój młot Thora zamieni się w małego chłopca w za dużym hełmie, ale na szczęście Pan Steryd z kolegami zabrali się po otrzymaniu informacji, że sesja kosztuje 400 zł i trzeba na nią czekać 6 miesięcy. Zbrojmistrz i ja dosiedzieliśmy zaś do końca, przy czym pod koniec on chyba był bardziej cierpliwy niż ja, zafoliowaliśmy moje udo i udaliśmy się z moją mamą na polędwiczki wołowe w sosie śmietanowo-kurkowym, popędzone babeczkami z budyniem. Utyliśmy po 2 kg na osobę i poprzysięgliśmy sobie ścisłą dietę po powrocie.

*

Jadąc na Okęcie rozmyślałem o wielu rzeczach.

O tym, że jeśli nie wiem, że 1 sierpnia jest w Polsce Bardzo Ważna Rocznica, to zdecydowanie słusznie robię, nie głosując. O tym, że muszę teraz jeść wyłącznie pierś z kurczaka na parze i brokuły. O tym, że przez te trzy tygodnie czułem się albo dobrze, albo świetnie. O tym, że Polska jest mi jednocześnie znajoma i obca. O patriotach-kibicach i o staruszkach, nadających raźnie przez iPhone’y o swoich lekarstwach. O tym, że czekają na mnie rachunki do zapłacenia, życiorysy do wysłania, portfolio do dokończenia, urząd pracy, kuźnia, posty na blogu, książki do napisania i do przeczytania. O tym, że przetrwaliśmy ze Zbrojmistrzem nasz pierwszy urlop za granicą — trzy tygodnie! — nie kłócąc się ani razu. O tym, że nie podobało mi się samoograniczenie polegające na używaniu wyrazu „kolega” do jego opisu i nie braniu go publicznie za rękę. O tym, że nowa Warszawa podoba mi się bardziej niż ta sprzed siedmiu lat, ale jej nie rozumiem.

O tym, że nie muszę jej rozumieć.

Drzwi taksówki otworzyły się i wysiadłem na lotnisku, oślepiony światłem słonecznym, robiąc pierwszy od trzech tygodni krok w kierunku prawdziwego życia.

Tak wiele się zmieniło.
Nic się nie zmieniło.

Takie myśli towarzyszyły mi podczas właśnie zakończonych wakacji w Polsce, kraju, który znam tak dobrze i w ogóle go już nie znam, w podróżach autobusami, pociągami i tramwajami przez Warszawę, Lublin, Suwałki i Międzyzdroje ze Zbrojmistrzem u boku. Zbrojmistrzem, któremu trzeba było pewne rzeczy tłumaczyć i który jeszcze dobitniej pozwolił mi pewne rzeczy dostrzec.

Czy w ogóle jest taki kraj „Polska”? Co, oprócz lokalizacji geograficznej, łączy „radiomaryjnych” i „krytykopolitycznych”? Najlepszą ilustracją tego, jak fantastycznie nam Polakom udaje się „pięknie różnić” jest ten rodzaj pięknej dyskusji, który towarzyszy Smoleńskowi.

A jednak coś nas łączy.

*

Jedziemy autobusem. Po prawej śliczna hipsterka, chuda i długowłosa zgodnie z zaleceniami najnowszego numeru Glamour, wypukuje paznokietkiem na swoim iFonie „plotek.pl” i zagłębia się w lekturę. Po lewej pani około siedemdziesiątki głosem słyszalnym w całym autobusie streszcza historię wszystkich swoich chorób i leków osobie po drugiej stronie. Jak widać, bóstwom telefonii komórkowej oddają cześć wszystkie grupy społeczne.

*

Właścicielka pensjonatu, w którym zatrzymaliśmy się z okazji zlotu kowali w Wojciechowie (zdjęcia na facebooku kowalskim) bez protestów wręcza nam klucz do dwuosobowego pokoju z łożem małżeńskim. Rozmawia wyłącznie ze mną, gdyż z języków obcych włada niemieckim i rosyjskim, a Zbrojmistrz angielskim i francuskim. Błyskawicznie wykluwa się forma „kolega” celem referowania do Zbrojmistrza i rozmowa prowadzona jest w pełnym szacunku i z elegancją. To nie jest ironia. Żadnych mrugnięć, skrzywień, spluwania na bok. Cała rodzina traktuje nas elegancko, córka podwozi do Muzeum Kowalstwa celem wydrukowania biletu kolejowego, zaś pani domu karmi niesamowitymi frykasami w ogromnych ilościach, i za te pyszności — np. wędliny domowej roboty — obciąża nasz rachunek kwotą 15 zł od osoby. Tyjemy po 2 kg na osobę i przysięgamy sobie ścisłą dietę po powrocie do domu, w międzyczasie zaś chętnie zjemy jeszcze kiełbasy. (W życiu nie jadłem tak dobrej kiełbasy.)

Pensjonat, gdyby to nie było oczywiste, polecam całym sercem i zachęcam zwłaszcza osoby szukające spokoju, zieleni, dobrego jedzenia i NIE będące na diecie.

*

Na początek zlotu mistrz Czerniec, właściciel słynnej wojciechowskiej kuźni, wyciąga mnie na środek i przedstawia obecnym jako gościa z Amsterdamu.

1002144_418646678255120_1228083156_n

Pan Czerniec jest najbardziej wygadanym człowiekiem na świecie i robi show, który w telewizji miałby oglądalność wyższą, niż „Klan” i „Dynastia” razem wzięte. Kolejne godziny spędzamy fotografując kowalom ręce, chowając się przed deszczem w pobliskiej karczmie (również własność rodziny Czernieców), jedząc golonkę i schabowe. Tyjemy po 2 kg na osobę i przysięgamy sobie ścisłą dietę po powrocie do domu.

Niektóre prace konkursowe są fantastyczne, niektóre ciekawe, niektóre po prostu bardzo dobre. Czuję się jednocześnie uszczęśliwiony faktem, że w sumie nie zobaczyłem nic nowego — znam wszystkie stosowane techniki — i zdołowany tym, że kowale na stworzenie swoich prac mieli po 4 godziny, a mi zajęłoby to 4 tygodnie. Jestem też napompowany pozytywną energią i ręce rwą się, aby „pożyczyć” od kogoś młot, obcęgi i palenisko — mimo, że wiem, że do tych zawodowców brakuje mi jeszcze duuuuużo.

Wracamy piechotą do pensjonatu, aby spalić trochę kalorii ze schabowych i golonki, po czym gospodyni podejmuje nas trzydaniowym obiadem i dwoma rodzajami ciasta. Tyjemy po 2 kg na osobę i przysięgamy sobie ścisłą dietę po powrocie do domu.

*

Czekając na pociąg z Wojciechowa zaprzyjaźniam się z jednym z czeladników kowalskich, który też czeka na pociąg, tyle, że inny. Dowiaduję się, jak przebiegała jego kariera — on dla odmiany do kowalstwa dotarł przez bycie promotorem imprez. Słucham o kończącej imprezie, na którą na wszelki wypadek nie poszedłem i o rozpalaniu ogniska rozpuszczalnikiem bez wcześniejszego wylania rozpuszczalnika z plastikowego kanistra. My, Polacy, charakteryzujemy się wciąż ułańską fantazją i mocnymi wątrobami. Czeladnik nieco zmarnowany, bo pił od południa do czwartej nad ranem. Ja po cichu gratuluję sobie, żem niepijący od 4.5 miesiąca, a Zbrojmistrz po jednym piwie traci zainteresowanie, ale też leciutko zazdroszczę atmosfery kowalskiej szatni przy woniejącym chemią ognisku.

W pociągu towarzyszy nam dama o aparycji posłanki Sobeckiej, afiszująca się swoimi poglądami religijnymi za pomocą masywnego krzyża na masywnym biuście, pisma „Gość Niedzielny”, w które wgłębia się z wielkim zainteresowaniem i czekającego obok nieznanego mi czasopisma, które opisuje — sądząc po tytule widocznego artykułu — ploteczki i smaczki ze sceny biskupów i arcybiskupów. Dama uprzejmie życzy nam miłego pobytu w Warszawie, a my równie uprzejmie się z nią żegnamy.

W Warszawie wita mnie mama, która podejmuje nas wszystkim, na co spojrzymy w sposób nie do końca wyrażający obrzydzenie. Idziemy na lody, a skoro już jesteśmy w cukierni, kupujemy też ciasto. Tyjemy po 2 kg na osobę i przysięgamy sobie ścisłą dietę po powrocie do domu.

*

Następnego dnia jedziemy do miejscowości Gawrych Ruda pod Suwałkami, gdzie spędzamy kolejne 6 dni. Tym razem jedziemy w autobusie firmy Żakekspres, który posiada niedziałające WiFi i niedziałający odtwarzacz DVD. Szczęśliwie nie po to jadę tym autobusem, żeby używać internetu i oglądać filmy, więc zupełnie mnie to nie wzrusza. Po wylądowaniu w Suwałkach odkrywamy zaś Polskę, no, nie chciałbym nikogo urazić mówiąc B, więc powiedzmy, że Ą.

W Polsce Ą na początek udajemy się na dworzec PKS zapytać, skąd odjeżdżają autobusy miejskie i dowiadujemy się, że nikt na dworcu PKS takiej informacji nie posiada. Normalka, wszakże któryż podróżny z obcego miasta mógłby chcieć zażyć autobusu transportu miejskiego. W obliczu porażki ruszamy do widocznego na horyzoncie baru, albowiem głód trawi nas od środka. Po wejściu dowiadujemy się, że bar czynny jest do godziny 16. Nie OD, tylko DO godziny 16. W związku z czym nie otrzymujemy posiłku, ale udaje nam się wydębić darmowe siusiu.

Suwałki dręczą nas upiornie zimną mżaweczką (jak się później dowiaduję, aż do poprzedniego wieczora panowała śliczna, letnia pogoda) więc uciekamy jak najprędzej do następnej knajpy na horyzoncie. Przy okazji w kiosku dowiadujemy się, gdzie jest przystanek. Knajpa okazuje się być barem mlecznym, gdzie zjadamy kotlety schabowe. Poprzysięgam sobie nie jeść więcej schabowych przynajmniej przez miesiąc. (Od razu powiem, że pierwszego dnia wybraliśmy się na obiad do restauracji, złożyłem zamówienie, po czym okazało się, że tego, co chcę zamówić nie ma, ale jest kotlet schabowy.)

W Gawrych Rudzie zajmujemy się tym, czym należy się zajmować na wakacjach, czyli niczym. Nie ma tam internetu (a przynajmniej ja nie mam), telewizji, gazet, polityki. Są za to kartacze (wielkie mięsne pyzy), soczewiaki (ziemniaczane buły z nadzieniem z soczewicy), wieprzowina w grzybowym sosie smakująca sto razy lepiej niż wyglądająca — oraz lody. Wieczorami zaś odbywa się grill, z wyjątkiem jednego dnia, kiedy Suwałki pokazują nam, o co chodzi z reputacją bieguna zimna i powietrze osiąga temperaturę maksymalną 15 stopni, zaś po południem aura przypomina arktyczną. Spędzamy wieczór na próbach rozpalenia w kominku, skutkujących głównie dymem i rozgrzaniem się ciężką pracą fizyczną. Jak się potem okazuje, dostępne drewno jest raczej niepalne, ale udaje mi się bardzo ładnie wysmarować sadzą, najpierw przypadkiem, a potem z premedytacją.

Znajomi, niestety, są wszyscy ludźmi inteligentnymi i ze wspaniałym poziomem humoru. Są też Polakami. Oznacza to, że spożywają alkohol, po czym zaczynają rzucać takimi dowcipami, że od śmiechu boli mnie brzuch, tyle, że muszę prędko tłumaczyć symultanicznie na angielski, co nas właśnie rozbawiło. Co nie działa do końca doskonale, ponieważ okazuję się być kiepskim tłumaczem symultanicznym. Tak więc przez połowę czasu ja turlam się ze śmiechu, znajomi — ludzie okrutni — nie robią przerw w kolejnych anegdotkach i grach słownych, a Zbrojmistrz patrzy się w przestrzeń i czeka na tłumaczenie. To chyba wtedy postanawia, że nauczy się podstaw polskiego, co mi komunikuje tydzień później.

Wracając oglądamy film „Dziewiąte Wrota” z lektorem. Wszystkim gościom z każdej zagranicy trzeba od nowa tłumaczyć, co to jest lektor i jak wygląda tłumaczenie przez niego scen grupowych i łóżkowych. W autobusie przymieram głodem, po dojeździe zaś otrzymuję zrazy i zjadam dwa i pół. Czuję, jak nowo kupione spodnie robią się ciasne. Westchnąłbym, ale nie ma miejsca w pasie na wzdychanie. Żywię nadzieję, że dzięki przegłodzeniu się przez cały dzień utyję dziś tylko o 1 kg i poprzysięgam sobie ścisłą dietę zaraz po powrocie.

(Część II nastąpi za kilka dni.)