Część 1

Część 2

Środa

Jest piździelczo zimno. Nic nowego, ale i tak spędzam w łóżku dodatkową godzinę, wijąc się wśród swetrów i kołder. Gdyby się dało, najpierw rozpaliłbym ogień, a potem wyczyścił szybę pieca, ale nawet ja nie mam aż tak odpornych na gorąco dłoni. Wypełzam z łoża, gdy nie mogę dalej ignorować faktu, iż nie robi się ani trochę cieplej.

Prawie udaje mi się zignorować ból i sztywność pleców – dalszy research postaci Gunnara. Co za pech, że nie mogę sobie zrobić gorącej ka… cholera, przecież mogę. Śniadanie, kąpiel, kawa, herbata, książka o neo-nazistach w internecie. Zabawa przednia, ale przerzucam się na „No-One Ever Has Sex In The Suburbs” Tracy Bloom. Potem zaczynam pisać własną notkę o tym, że alt-right nie jest ani alternatywna, ani prawicowa, jest mainstreamem i lepiej do tego przywyknąć, żebyśmy mogli rozpocząć kolejną rewolucję i kontynuować przeciąganie liny. Nie wiem, czy ją publikować, bo w sumie i tak wszyscy to wiemy. W tym czasie kanapowa lewica się oburza za to, czy ktoś użył właściwego zaimka, podczas gdy przez Warszawę przeciąga sześćdziesiąt tysięcy faszystów, a w Ameryce konserwatyści (w tym znany pastor) popierają pedofila na stanowisko senatora. Polska i Ameryka zrobiły się ostatnio do siebie bardzo podobne, tylko zalegalizować w Polsce broń i transformacja będzie niemal kompletna.

Czytaj dalej

Część 1

(Zdjęcie: ścieżka z błotem, przemyślnie kryjącym się pod liśćmi.)

Wtorek

Wydarza się wielki – poważnie – cud: przesypiam noc bez zatyczek do uszu. W Amsterdamie nie udało mi się to od dwóch lat. Najpierw przez bar – hity nadawane były akurat na tyle głośno, żeby mózg mógł zająć się przypominaniem sobie tekstów „Billie Jean” i „Believe”. Sąsiedzi, jak wiadomo, kłócą się po nocach. (Terapeuta ich dzieci kupi kiedyś za terapię jacht.) Jos pochrapuje, cicho, ale na tyle, że dostarcza kolejnych wrażeń zmysłowych. Tym razem usypiam słuchając, jak deszcz uderza o dach.

Czytaj dalej

Poprzedni tydzień spędziłem w miejscu (niemalże) wolnym od internetu, soszjal medjów, a nawet Whatsappa. Pisałem coś w rodzaju dziennika. Po pierwsze primo po angielsku, a po drugie primo bardzo rozwlekle, więc poniżej wersja przetłumaczona i skrócona.

Poniedziałek

Jestem sam.

Trudno mi uwierzyć, że to się naprawdę dzieje. Od miesięcy, może lat chciałem uciec z miasta. Kiedyś moje wymarzone wakacje polegały na zwiedzaniu stolic krajów europejskich; Londyn – gdzie o trzeciej w nocy w środę imprezowicze zakorkowali centrum – wydawał mi się idealnym miejscem do życia. Kiedy się przeprowadzałem, miałem lat 29 i Amsterdam wydawał mi się lepszym wyborem. Może powinno mi dać do myślenia, że już wtedy Londyn wydawał mi się zbyt zatłoczony, ale nie dało.

Czytaj dalej

Piszę od wielu lat, ale brak mi słów, by opisać Islandię, a widziałem jej tylko malutki kawałek.

Większość kraju w ogóle nie nadaje się do zamieszkania, a do dużej części nie wpuszcza się turystów, nawet tych, którzy dysponują jeepem. Przyrodę najlepiej mogę chyba określić słowem „brutalna”. Kiedy bogowie tworzyli Islandię, nie byli przy tym zbyt subtelni. Lawa, kamienie, troszkę trawy i łubiny. Nie cackali się też przesadnie, jeśli chodzi o pogodę. Porywisty wiatr i powtarzające się co pół godziny rzęsiste ulewy to jedna sprawa, ale w połowie czerwca w Islandii nie zapada noc. W ogóle. Robi się trochę mniej słonecznie (no dobrze, trochę ciemniej pochmurno) i tyle. Celem zaśnięcia musieliśmy nabyć gustowne maseczki, na mojej oczywiście znalazł się wulkan i gdy Jos obudził się w „nocy” i spojrzał w moją stronę doznał lekkiego szoku.

Czytaj dalej