Od jakiegoś czasu coraz trudniej jest mi wyjść z domu. Amsterdam jest bardzo zaludnionym miastem, a ja coraz gorzej reaguję na ludzi. Pod nami, na pierwszym piętrze, mieszka para małżeńska z dwójką dzieci. Kłócą się nieregularnie. Niedawno doszli do wrzasków „ja cię zabiję”. Po naszej interwencji, a potem telefonie na policję, ograniczyli się do „jak chcesz się ze mną rozwieść, droga wolna”. Rodzice ci wychowują dwóch chłopców, jakoś tak chyba 5 i 6 lat (nie rozróżniam wieku dzieci, dorosłych też nie, chłopcy na pewno są mali i tyle wiem na pewno).
Na parterze znajduje się bar. Na ogół niepopularny, od kiedy obok otworzył się drugi bar. Po prawej zaś stronie znajduje się hotel. Wszystkie budynki są stare i mają cienkie ściany. Palacze hotelowi wychodzą na tyły, a barowi – do przodu, przed budynek.
Aby wybrać się gdziekolwiek do miasta, nawet do parku, najpierw muszę udać się na prom. Od kilku miesięcy prom kursuje cały dzień co 7.5 minuty, bo kiedy kursował co 15 minut był zapchany nawet w środku dnia. Zatrudniono też ludzi „kierujących ruchem”, bo osoby czekające na prom dostawały małpiego rozumu w przekonaniu, że transport oddali się jeszcze zanim wysiadający go opuszczą. Dzięki regulacji ruchu nie muszę już złośliwie wjeżdżać w pchających się na mnie ludzi – a mania ta czepia się wszystkich, dzieci, staruszek, turystów i lokalsów. Ale wjeżdżania zaoszczędza mi też fobia społeczna, dzięki której coraz rzadziej w ogóle do promu docieram.




