Kiedyś czytałem o kryzysie wieku średniego. Nie do końca wiem, kiedy właściwie zaczyna się wiek średni. Puszczając oczko mówiłem, że mam swój zaplanowany – motocykl, u boku obowiązkowy dwudziestolatek z sianem w głowie, siłownia, botoks (OK, żartuję), koszulki ze sklepu Cool Cat, którego klientela według szefa marketingu ma 16-24 lata. Miałem wtedy trzydzieści lat. Nie przyszło mi do głowy, że wiek średni jest czymś, co rzeczywiście może mi się pewnego dnia przytrafić.
Na samym środku brody pyszni się siwy włos. Próbowałem go wyrwać, ale trzyma się, drań, boli. Oprócz tego siwieję na skroniach. Gdybym usiłował wyglądać „normalnie”, zapewne efekt byłby dość elegancki. Nie próbuję, golę boki głowy i udaję, że siwizna znika. Ubieram się tak samo, jak dziesięć lat temu – dżinsy, ramoneska, t-shirt. Kiedy po roku treningów na siłowni miałem po raz pierwszy w życiu wyraźnie zarysowane mięśnie kupowałem koszulki w rozmiarze M, żeby je podkreślić. Teraz kupuję XL i chowam się w nich. Czasami z motywami kowalskimi, czasami z jednym z tych sklepów internetowych, gdzie produkt dostępny jest tylko przez jeden dzień. Kiedy coś, co noszę okazuje się nagle modne, czuję się osaczony – tak, jak kilka lat temu, gdy arafatki nagle były in i publicznie oskarżono mnie o ubieranie się modnie. Proszę zostawić moje ciuchy w spokoju. Potrzeba bycia widzianym i podziwianym znikła. Zapewne poszła tam, gdzie moja chęć do imprezowania.




