Nie jestem kobietą, jestem w zasadzie w wieku reprodukcyjnym gdybym akurat kobietą był, ale nie mam macicy i co nam pan zrobi. Natomiast do aborcji mam stosunek bardzo osobisty.

Mój biologiczny ojciec poderwał mamę w kawiarni. Zaczęli randkować, było fajnie, aż zaszła w ciążę. Ojciec naburmuszył się i WTEM! przypomniał sobie, że w zasadzie ma już żonę i dzieci, a rodzina jest BARDZO katolicka, więc pozamałżeńskie dzieci nie wchodzą w grę. Zaoferował mamie opłacenie aborcji. Mama się nie zgodziła. Tak więc jestem.

„Syndrom ocaleńca” to coś, czym się wali po głowie, nie wiedzieć czemu, wyłącznie kobiety. Jak można przeczytać na femina.org.pl (artykuł z 2008, ale wyskoczył mi w guglach jako pierwszy):

Czytaj dalej

Zdjęcie powyżej: 2016 vs 2007.

Całość wzięła się oczywiście z tego, że Wentworth Miller napisał gorzki post na Facebooku:

Dzisiaj odkryłem, że stałem się tematem internetowego memu. Nie pierwszy raz.

Ten jest jednak inny niż pozostałe.

W 2010, w przerwie od aktorstwa, nie pokazywałem się w mediach z różnych powodów.

Przede wszystkim, miałem myśli samobójcze.

[…]

Pełen wstydu i bólu, uważałem się za niepełnowartościowego człowieka. I głosy w mojej głowie pchały mnie na ścieżkę do autodestrukcji. Nie po raz pierwszy.

Walczę z depresją od dzieciństwa. To bitwa, która kosztuje mnie czas, szanse, związki i tysiąc bezsennych nocy.

W 2010, w najgorszym okresie mojego dorosłego życia, wszędzie szukałem ulgi/komfortu/rozproszenia. Wybrałem jedzenie. To mogło być cokolwiek. Narkotyki. Alkohol. Seks. Ale jedzenie stało się tą jedną rzeczą, której mogłem oczekiwać. Liczyć, że pomoże mi przetrwać. W pewnych okresach najważniejszymi chwilami w moim tygodniu były ulubione posiłki i nowy odcinek „Top Chef”. Czasami wystarczało. Musiało.

I utyłem. Wielki jebany deal. Pewnego dnia, na wycieczce po Los Angeles z przyjacielem, trafiliśmy na kamerzystów kręcących reality show. Nie wiedziałem o tym, że wokół kręcą się paparazzi. Zrobili mi zdjęcie, fotografie umieszczano obok zdjęć zrobionych w innym okresie mojej kariery. „Od przystojniaka do grubasa”, „Z mięśni w tłuszcz”. Itd.

[…]

Teraz, kiedy widzę to zdjęcie w czerwonym t-shircie, rzadki uśmiech na twarzy, przypomina mi się moja batalia. Moja wytrzymałość i wytrwałość w obliczu różnych rodzajów demonów. Niektórych wewnątrz. Niektórych na zewnątrz. (oryg. „within”/”without”.)

[…]

Kiedy pierwszy raz zobaczyłem ten mem w mediach społecznościowych, muszę przyznać, oddychanie bolało. Ale jak ze wszystkim w życiu mogę przypisać temu znaczenie. A znaczenie, które przypisuję temu/mojemu zdjęciu to Siła. Zdrowienie. Wybaczenie.

Pełen post tutaj. A mem poniżej.

Czytaj dalej

Ciało. Ciałusio. Ciałuchno. Zwałeczki. Dużo do kochania. Dobrze wyglądasz, wnusiu – powiedziałaby babcia, dla której zawsze byłem zbyt chudy. WTEM!!! 96 kg na wadze i za cholerę nie chce być mniej.

Pierwszy raz uświadomiłem sobie, że ciało może się popsuć, gdy wybrałem się na koncert Suzanne Vega. Gdy artystka i jej zespół zeszli ze sceny, postanowiłem wskoczyć na ową (scenę, nie artystkę) i zabrać setlistę. Trzask kolana usłyszałem. Zerwałem sobie wiązadło. Oczywiście o skakaniu gdziekolwiek nie było mowy, ledwie dowlokłem się do domu, biały z bólu, wlokąc nogę za sobą i obficie łzawiąc. Kolano wielkości sporego grejpfruta nie mieściło się w spodniach. Holenderski lekarz zareagował standardowo – „wielkości grejpfruta, a nie arbuza? to proszę przykładać lód i zadzwonić za parę dni jeśli nie przejdzie”. Kilka tygodni spędziłem w łóżku, a towarzystwem była mi myśl, że już nigdy nie będę normalnie chodzić, a tym bardziej tańczyć. Po kilku tygodniach zacząłem jednak chodzić, tzn. ciągnąć za sobą uszkodzoną nogę, przybywałem do pracy i trzymałem nogę na wielkiej nadmuchiwanej piłce. Holenderski ortopeda, oby do końca życia śmierdział szczurzym moczem, wysłał mnie na MRI, po czym stwierdził, że według skanu nie ma żadnych problemów. Osobiście niemożność chodzenia i ból uważałem za zauważalny problem. Nieuk wysłał mnie jednak do fizjoterapeuty, który uratował kolano. Przez pewien czas prawe udo było zauważalnie mniejsze, niż lewe – nieużywane mięśnie zanikały. Powoli wdrażałem się do chodzenia, wykonując ćwiczenia z obciążeniem 20-30 kg, zamiast standardowych 120-150. Fizjo kazał kupić usztywniającą opaskę uciskową, twierdząc, że pomoże. Nie byłem przekonany, ale kupiłem i stał się cud: co prawda noga była sztywna, ale dało się chodzić prawie normalnie. Nosiłem opaskę przez pół roku. Odzyskałem pełną sprawność, pominąwszy to, że jeśli ktoś mnie kopnie w kolano, uderzę się w niewłaściwy sposób, potknę – potrzebna będzie operacja. Kickboxing i rugby mogę tylko oglądać. Nakazano mi też intensywnie ćwiczyć nogi na siłowni. Przez pewien czas każdy mężczyzna, z którym się umawiałem obsypywał mnie komplementami – „ale masz wielkie uda”, a ponieważ w modzie były obcisłe rurki, mogłem chodzić wyłącznie w bojówkach. W 2016 nie pamiętam, kiedy ostatnio bolało. Ale to był pierwszy raz, gdy zrozumiałem: ciało się psuje i czasami nie da się go naprawić.

Czytaj dalej