W dzień, w którym oficjalnie stałem się 35-latkiem, otrzymałem również nową diagnozę psychiatryczną, wedle której nie mam depresji. Cierpię na co innego, niż to, na co — jak mi się zdawało — cierpiałem latami i na co byłem leczony.

Mój lek zaczął generować niepokojące objawy już koło maja, kiedy to czułem się nieco zbyt wesoły, zbyt energiczny i zbyt kreatywny. O trzeciej w nocy obmyślałem raźno nowe projekty, sposoby na reklamę swojej nowej firmy i generalnie zajmowałem się rzeczami bardzo miłymi. Niespecjalnie szło mi natomiast spanie. Ale co z tego, skoro po czterech godzinach snu czułem się wypoczęty, z radością skakałem między komputerem, gdzie powstawały świetne projekty, iPadem, na którym czytałem pięć książek naraz, stołem pokrytym grubą warstwą produktów metalowych wykonanych przeze mnie oraz z powrotem do komputera, z pomysłem na nowy utwór muzyczny. W międzyczasie wyskakiwałem na siłownię, wracając umawiałem się jednego dnia na seks-randkę, a drugiego na nagrywanie piosenki z kumplem i w ogóle nie przyszłoby mi do głowy, że coś jest z tym stanem nie tak, gdyby nie brak snu. Oraz fakt, że kilka razy popłakałem się ze szczęścia.

Uznałem, że to drugie wydaje mi się nieco nadmierną reakcją na antydepresant, a pierwsze mi się jednak nie podoba, bo jest niezdrowe i zmniejszyłem dawkę z 450 do 375 mg. Przez jakiś czas było świetnie, po czym po dwóch miesiącach brak snu i łzy szczęścia powróciły. Zinterpretowałem to tak, że organizm daje mi do zrozumienia, że depresja się skończyła i zmniejszyłem dawkę do 300 mg, planując już, jak za trzy miesiące zejdziemy do 225, a w ciągu 6-8 przestaniemy używać leków w ogóle. I byłoby super, gdybym miesiąc później nie obudził się ze wszystkimi objawami stanu depresyjnego i atakiem paniki.

Poprzedniego wieczora po raz kolejny popłakałem się ze szczęścia, opowiadając przyjaciółce o tym, jak cudowny jest mój Zbrojmistrz i umawiając się z nią na współpracę przy jej stronie WWW. Tym bardziej przeraziło mnie obudzenie się w stanie ataku paniki i ciężkiej depresji następnego poranka. Od tej pory, jakoś od sierpnia, nie przestałem się zastanawiać: co się właściwie stało?

Moje nawroty depresji zawsze były czymś spowodowane. Pierwszy rzut zaczął się tak, że zmarła moja babcia, zerwałem z chłopakiem, a najlepsza przyjaciółka wyprowadziła się z Warszawy. Każdy byłby, rzecz jasna, zdołowany. Tyle, że osoba zdrowa po kilku tygodniach przestałaby już intensywnie cierpieć, a ja nie przestałem. Kilka miesięcy później cierpienie nie miało już powodu; po prostu było mi strasznie źle i chciałem umrzeć, bez związku z czymkolwiek w świecie realnym. Zapomniałem, jak to jest się śmiać. Nie czułem zapachów, smaków, kolory były poszarzałe, kończyny — ciężkie, posprzątanie w łazience — zadaniem ponad siły. A jednak ciągle zdarzały się lepsze dni, w które wmawiałem sobie, że to już koniec i nie ma się co wygłupiać i wyobrażać sobie chorób, cóż znowu, po prostu, źle się poczułem, a teraz jest dobrze.

Po roku dopiero zebrałem się w sobie i postanowiłem szukać pomocy. Pewien wpływ miał na to moment, kiedy wybrałem w telefonie numer do znajomego lekarza, żeby go spytać, czy sześć pięter wystarczy, żebym się zabił, czy lepiej wejść wyżej. Tuż przed zadzwonieniem do mojego otępiałego z bólu mózgu przebiła się myśl: a może jednak spróbować zamiast tego poszukać pomocy? Lekarza? Spróbowałem. Owszem, próba samobójcza jeszcze mi się przydarzyła (nieudana, jak widać…), było ciężko i strasznie, ale przeżyłem. A potem spędziłem pięć lat bez depresji.

Nawrót w zeszłym roku miał swoje powody i byłem ich świadom. Sytuacja w pracy dobijała mnie każdego dnia. Nudne zajęcie, jakkolwiek wysoko płatne, żarło mój mózg łyżeczką, ciamkając z ukontentowaniem. Ja zaś tłumaczyłem sobie, że przecież kryzys, mili współpracownicy, kredyt na mieszkanie, etc. Aż nadszedł dzień, kiedy nie byłem w stanie wyleźć z łóżka po 12 godzinach snu, nieważne, jak mili współpracownicy i jak ważny kredyt.

Od tego czasu minęło 15 miesięcy. Moje życie jest trudne, ale fascynujące. Co dnia robię coś nowego, bawię się przy tym świetnie, firma powoli, ale się rozkręca. Widzę mnóstwo pozytywów. Czuję się silny, kreatywny, zdolny i chwalony z każdej strony. Produkty kowalskie jestem w stanie sprzedać za tyle pieniędzy, że nie dokładam już do swojej edukacji, tylko na niej zarabiam. Pierwszy wieczór w charakterze barmana był sukcesem, a co więcej — był też bardzo przyjemny. Więc co jest źle? Gdzie źródło nawrotu? Ta myśl okropnie mnie męczyła. Co ja też mogłem zrobić nie tak…?! Czego NIE WIDZĘ?

Nowa diagnoza, choroba afektywna dwubiegunowa, czyli bipolar, spadła na mnie jak fortepian na kojota goniącego Strusia Pędziwiatra. Dwóch lekarzy wypytywało mnie przez dwie godziny, zadając mi pytania, które mi w ogóle nie przyszły do głowy. Po sesji zacząłem się zastanawiać, spędziłem trochę czasu z guglem i zdiagnozowałem sobie bipolar samodzielnie, a dwa dni później — w moje 35 urodziny — diagnoza została potwierdzona.

Jak się okazało, okres, w którym byłem przekonany o swoim wyleczeniu, nie był wcale czasem zdrowia i kwitnienia, tylko czymś, co się nazywa hipomania. Moje pomysły nie były do końca moje, a moja energia nie do końca pochodziła ze spożywanych posiłków. Moje kontakty z pogańskimi bóstwami też okazują się być objawem, a co gorsza od dwóch miesięcy nagle się zakończyły. Szczerze mówiąc, bardzo mi ich brakuje. Szczęście, kreatywność, nowe pomysły co pięć minut, wszystko wzięło się wypierdoliło na mordę i ni ma więcej. To znaczy, czasami jest, przez dwie godziny, a potem znowu nie. Jak się domyślacie, to mi utrudnia pracę…

Pociesza mnie natomiast fakt, że depresja jest chorobą bardziej psychologiczną, a bipolar — chemiczną. Co oznacza, że mój nawrót nie musi być spowodowany niczym konkretnym, po prostu chemia się rąbła na pysk. Jest nadzieja, że niedługo wstanie z powrotem, a ja wrócę do swojego normalnego („normalnego”? — redakcja) życia. Kolejna wizyta u lekarzy jutro…

Oraz puszczalska paskuda, co porzuca mnie, jak tylko się obejrzę.

W poniedziałek: świetny nastrój, kreatywność, humor, praca 14 godzin aby nadrobić rzeczy zaniedbane w poprzednim tygodniu, pisanie, projektowanie, muzyka, pochwały z każdej strony.

We wtorek: pierwsza myśl po przebudzeniu to przerażone „och nie… to z pewnością nie jest prawda, niemożliwe, na pewno telefon się zepsuł”. Nie zepsuł, rzeczywiście była 8:15. Już po 40 minutach wylazłem z łóżka, po trzech godzinach wyjechałem na rowerze na siłownię dla fighterów MMA, odkryłem, że jest w remoncie, ale w zasadzie można z niej korzystać, mimo to nie skorzystałem i wróciłem do domu. Cały dzień spędzony z bardzo długim i rozwlekłym atakiem paniki bez powodu.

W środę: świetny dzień w kuźni, kreatywność i radość, mimo tego dręczącego uczucia w żołądku, że zaraz wydarzy się coś bardzo złego. W końcu wydarzyło się, kiedy spaliłem pracę w ramach perfekcjonizmu — nieskończonego poprawiania kształtu jednego fragmentu, aż będzie idealny. Kiedy się spalił, przestał być nie tylko idealny, ale też używalny. Ale co z tego, skoro skończyłem rosiczkę o imieniu Jessica i w ciągu godziny od wrzucenia fotek na Facebooka miałem chętną do jej zakupu.

W czwartek, czyli dzisiaj: dzień spędzony z Marian Keyes, której nową książkę zrecenzuję porządnie, bo jest tego warta (spoiler alert: 5/5). Niezdolność skupienia się na pracy. Myśli samobójcze. Czekanie na jutrzejszą wizytę u lekarza, który oby dopasował leki. I oby one magicznie zadziałały natychmiast. Wątpliwości dotyczące właściwie wszystkiego oprócz Zbrojmistrza. Obawy. Zmartwienia. Zmory.

Jutro: A cholera wie. W ostatnich tygodniach nigdy nie wiem, czego się spodziewać następnego dnia. Czasami budzę się i jest dobrze. Czasami budzę się i jest strasznie. Czasami coś pośrodku.

Mam tego dosyć. Czy mogę poprosić o stabilizację? Nie powiem, że mi wszystko jedno, na jakim poziomie serotonina my love ma się ustabilizować, ale poproszę JAKIŚ. W miarę możliwości wysoki. Brakuje mi nawet manii z lipca, kiedy nie mogłem spać, byłem bez przerwy albo szczęśliwy, albo bardzo szczęśliwy, kreatywność wzmagała się ok. 1 w nocy, ale przynajmniej byłem w stanie coś robić. Teraz głównie jem i leżę, z wyjątkiem dni takich jak poniedziałek, kiedy zapierdalam jak mały karabinek maszynowy na wytatuowanych nóżkach.

Zaczynam mieć wrażenie, że moja książka, którą dłubię niekiedy w przypływach natchnienia, nie będzie mieć happy endu. Co gorsza, ona w ogóle może nie mieć endu. Wygląda na to, że życie zaplanowało doświadczać mnie losowo co jakiś czas. Chwilowo „co jakiś czas” oznacza „co dwie godziny” co jest naprawdę nadmiarem doświadczeń. Czy nie mógłbym, wzorem przyjaciółki Joanny Chmielewskiej, poprosić o życie urozmaicone NA PRZYJEMNIE?

Dużo ciekawych komentarzy pod poprzednią notką, bardzo dziękuję. Nie zaskoczyło mnie tak naprawdę ani to, że wielu moich czytelników zmaga się z problemami podobnymi do tych, które sam miałem, ani to, że wielu z nich się do tej pory nie ujawniało. Te dwie rzeczy rzecz jasna są ze sobą powiązane.

Fobie, utrudniające nam życie, są trudne do przezwyciężenia między innymi dlatego, że nie są logiczne. Boimy się wykonać telefon, czy też odezwać do innej osoby, ale nie dlatego, że mamy powody, które potrafimy logicznie wyłuszczyć. Boimy się i już. Mi osobiście pomogło rozważanie dość długo i częściowo na piśmie pytania CZEGO się boję, ale nie twierdzę, że pomoże każdemu.

Skoro mowa o każdym, Daria zapytała mnie również:

Ray, masz może swój jakiś sprawdzony sposób na zagadanie ? Tematy, które się zawsze sprawdzają, żarty, które zawsze śmieszą ?

Absolutnie nie. Każdy ma inne poczucie humoru, inne zainteresowania… Na ogół zauważam inną osobę dlatego, że ma w swoim wyglądzie coś interesującego — nietypową fryzurę, nietypowy t-shirt, buty… Wybieram się wtedy do tej osoby i mówię jej: cześć, nazywam się Ray i chciałem powiedzieć, że bardzo podoba mi się Twoja fryzura/t-shirt/buty. W przypadku odzieżowym można również spytać gdzie kupiłaś/eś coś tak fajnego? Ale — zawsze musimy liczyć się z tym, że druga osoba zwyczajnie nie będzie nami zainteresowana tak, jak my nią. Nas być może bardzo ekscytuje, że ktoś inny słucha zespołu Tyr, ale tego kogoś innego może w ogóle to nie rusza, że my też kochamy album Eric The Red. Mój sposób pozwala nawiązać rozmowę, ale nie gwarantuje, że rozmowa przetrwa dłużej, niż dwa zdania. Tyle, że ja się tym w ogóle nie przejmuję, bo nie uważam, że każdy musi się mną interesować, każdemu muszę się podobać i z każdym być w stanie nawiązać kontakt.

Tutaj pasuje mi komentarz mat:

ze small talkami w firmowej kuchni nie mam problemu, raczej z tym, żeby zabiegać o zainteresowanie, spotkania itp. tzn już nie mam problemu odkąd doszłam do wniosku, że lubię to w sobie. jak już sobie zdałam z tego sprawę to nagle okazało się, że wychodzę na piwo z 5 osobową ekipą z pracy i jest mega fajnie.

No i właśnie. Ja też kiedyś chciałem być kochany przez wszystkich, a czułem się przez wszystkich ignorowany (w najlepszym wypadku). Aż mi przeszło i zacząłem akceptować swoje dziwactwa. Przestałem zabiegać o to, żeby lubiły mnie osoby, które mnie nie akceptowały takim, jakim byłem. I ku mojemu wielkiemu zdziwieniu to WTEDY zacząłem być lubiany. Nie przez wszystkich; nie przez średnią społeczeństwa. Ale przez grupę freaków, squattersów, artystów i generalnie ludzi, którzy pasowali do mnie tak samo, jak ja pasowałem do nich. Ja po prostu nie jestem taki, jak inni. Oni też nie są tacy, jak inni. (Pytanie, kim są inni i jak wygląda średni inny, to materiał na… inną notkę.) Owszem, w moim dziale w firmie — gdzie pracowały głównie dzieciate pary hetero — rzadko zdarzało mi się nawiązać bliższy osobisty kontakt. Ale kiedy zrozumiałem, że NIE MUSZĘ go nawiązywać… wtedy zaczęło mi się udawać.

Grześ pisze:

E tam, pomaga.
Niby to wiem i sam się śmieję ze swojego przejmowania się, ale i tak zawsze mam wrażenie: Bosze, po co to powiedziałeś, Bosze, jak gupio wypadłeś, Bosze…

Nieśmiałość i kompleksy często łączą się z poczuciem własnej wyjątkowości. Ciężko jest nam (mówię nam, bo rzecz jasna mam na myśli także siebie) przyjąć do wiadomości, że ludzie NAPRAWDĘ nie zajmują się skrzętnym zapisywaniem popełnionych przez nas gaf i niepasujących do sytuacji dowcipów. Częścią problemu mojej nieśmiałości było właśnie silne doznanie, że nie powinienem się odzywać, bo powiem coś głupiego. Tak więc na wszelki wypadek nie mówiłem nic, dzięki czemu zapracowałem na reputację nietowarzyskiego milczka. A przecież tak bardzo chciałem, żeby mnie lubiano! Tak się starałem!

Kluczem okazało się niestaranie — ale też odnotowanie, że każdy mówi głupoty. Szczególnie w sytuacji towarzyskiej, kiedy jesteśmy po kilku piwach  dowcipy zaczynają być głupie, gafy padają średnio co pięć minut, a jedyną osobą, która je odnotowuje, jest ta, która je wypowiedziała. Przyjrzyjcie się tymczasem politykom. Ileż głupot wygaduje CO DNIA Jarosław Kaczyński czy Stefan Niesiołowski? A to są przecież reprezentanci narodu, wybrani naszymi głosami i sowicie opłacani. Jak bardzo liczy się źle dobrany dowcip przy piwie w zestawieniu ze Smoleńskiem?

gmina_wiżajny:

Teraz jest trend na naprawianie w człowieku wszystkiego i wszystko w zasadzie nadaje się na terapię / operację / sesję z kołczem. Odstawanie od radosnej, korporacyjnej, wyluzowanej normy z reklam telefonów komórkowych budzi w ludziach poczucie winy. We mnie też cały czas budzi, ale staram się buntować i trochę się ze sobą pogodzić.

No właśnie. Tak się czułem przez całe lata: czemu ja jestem taki nie taki? Przecież wszyscy w reklamach tak się dobrze bawią, i kochają futbol, i są tacy razem piękni i szczęśliwi. A ja siedzę w domu i zadręczam się, że trzy godziny temu powiedziałem do kolegi coś, co on być może źle zinterpretuje i co teraz.

Terapie i sesje z kołczem pomagają, jeśli męczymy się sami ze sobą. Ale nie wierzę w to, że jest jeden obiektywny standard, do jakiego należy aspirować. Z pewnością nie jestem tym standardem również ja. Sam aspiruję do tego, żeby być szczęśliwym kowalem, to jest cała moja życiowa aspiracja w tej chwili. A czy będę szczęśliwym kowalem zamężnym, czy singlem — intro- czy ekstrawertycznym — z irokezem czy bez, to jest zupełnie nieważne. W reklamie telefonu miałbym szansę wylądować, czemu nie. W roli „dziwnego włochatego wytatuowanego kryminalisty”, zapewne. I kompletnie mi z tym dobrze, bo lubię wyglądać tak, jak wyglądam i robić to, co robię.

Nigdy nie będę ślicznym blond tatusiem z bejbi w ramionach, jadącym z żoną Toyotą na wakacje w ośrodku dla rodzin wielodzietnych. Nigdy nie zaprzyjaźnię się z Michałem Figurskim, nie wystylizuje mnie Michał Piróg i nigdy nie zatańczę z gwiazdami. Nie będę gwiazdą pop, tenisistą ani kickbokserem. Nigdy nie będę najpopularniejszą osobą w barze dla modnych i popularnych dwudziestosiedmioletnich biznesmenów i menażerów. Wszystkie te rzeczy mam w dupie. 🙂 I myślę, że tak naprawdę zaakceptowanie tego, że nigdy nie będziemy osobami, którymi powinniśmy być według reklam jest kluczem do tego, żebyśmy stali się zwyczajnie szczęśliwi. A jak dowodzi mat, do szczęśliwości nie jest potrzebne zaadaptowanie się do najbliższego stereotypu, tylko zaakceptowanie, że pewne cechy mamy, zawsze będziemy mieć i nauczenie się kochania samego/samej siebie razem z tymi cechami.

Komentarz do poprzedniej notki podesłała Daria:

Parę razy wspomniałeś o swojej nieśmiałości w latach przeszłych. Czy mogłabym prosić Cię o jakąś notkę na temat poradzenia sobie z tym problemem ? Twoje życie towarzyskie wydaje się być wyjątkowo bujne, zastanawiam się jak dojść do takiej przemiany. Będę bardzo wdzięczna.

Poza tym życzę wszystkiego dobrego. Sama depresji nie mam, ale przeróżne fobie i lęki.

W pewnym stopniu można powiedzieć, że oszukałem, ale odpowiedź na to pytanie wymaga dłuższego wyjaśnienia.

Mój wygląd przez lata stanowił coś w rodzaju zbroi, mającej odstraszać kandydatów chętnych do rozmowy ze mną. Znający mnie dobrze wiedzieli, że irokez, tatuaże i groźna mina to fałszywka, a w rzeczywistości jestem uroczym pancurem. Chodziło o nieznajomych, albowiem gdyż bałem się ich okropnie. I bez powodu.

Fobie miałem w ogóle różne. Na przykład telefoniczną — okropne problemy z rozmawianiem przez telefon, zwłaszcza z osobami nieznajomymi. (Z Mamą rozmawiam co tydzień i fobia się nie miesza.) Obawy przed odwiedzaniem nieznanych miejsc. Nieśmiałość sięgającą absurdu — obawę przed tym, że ktoś się do mnie odezwie I CO WTEDY. Aż pewnego dnia ten straszny przypadek nastąpił. Poznałem niejakiego Misia Z Kolonii, który zaczekał, aż znajomy, z którym byłem wyjdzie na papierosa, po czym przyszedł i do mnie zagadał. Ja zaś o mało nie umarłem z przerażenia, po czym przypomniałem sobie, że on przecież nie wie — że jestem nieśmiały, że się boję, że nie spędzam całego życia na gadaniu z obcymi brodaczami. Odpowiedziałem na jego pytania, zadałem kilka swoich i niebo nie zawaliło mi się na głowę.

Ośmielony tym sukcesem zapragnąłem kolejnych, a okazja nadarzyła się niedługo potem, gdy wybrałem się na kurs w Londynie. Zwykle w takich wypadkach siadałem z dala od wszystkich, samotnie, unikając spojrzeń i dystansując się na wszelkie możliwe sposoby. Tym razem zmusiłem się do tego, aby usiąść między dwiema osobami, pomiędzy którymi było jedno wolne miejsce. Co gorsza, odezwałem się do obu, zapytałem, jak się nazywają i skąd pochodzą. Tego, ile mnie ta odzywka kosztowała, osoby nie wiedziały. Pod koniec kursu odbyło się ćwiczenie, w ramach którego należało opisać sąsiadów, jak ich widzimy, jakie mają cechy osobowości, etc. Obie osoby siedzące obok mnie stwierdziły, że jestem odważnym, radosnym ekstrawertykiem. Tego nie zdzierżyłem, ryknąłem śmiechem i wyjaśniłem im, że w rzeczywistości jestem nieśmiałym introwertykiem. Nie uwierzyli. A niebo znów nie zawaliło mi się na głowę.

Kiedy poznałem DJa, dowiedziałem się, jak bezczelnie można się odzywać do każdego i każdej. Nie wiedziałem wtedy, że śmiałość DJa w rzeczywistości jest oznaką problemów z osobowością; narcyzm ma między innymi taką cechę, że osoba cierpiąca na ten problem MUSI być najlepsza, najpiękniejsza i najmądrzejsza wśród wszystkich obecnych. U DJa objawiało się to na przykład tak, że na każdej imprezie uderzał do najbardziej glamorous persony w pomieszczeniu i mówił jej różne impertynencje. Ja skręcałem się z przerażenia i ekscytacji naraz, po czym persona odpowiadała, na ogół zaskoczona przyjemnie tym, że ktoś się jej wreszcie nie boi. A niebo nie zawalało się na głowy.

Do tej pory pamiętam, że w końcu przemogłem się i sam zagadałem do obcego faceta na imprezie. Facet był ubrany w coś niezwykle oryginalnego, co mi się bardzo podobało. Pół godziny zbierałem odwagę, aż w końcu go spytałem, gdzie to coś kupił. Facet był kompletnie mną niezainteresowany, ale odpowiedzi udzielił, uprzejmie i rzeczowo, po czym przeprosił grzecznie i udał się do swojej dziewczyny. A niebo nie zawaliło mi się na głowę.

Dowcip o niebie powtarzam, ponieważ teraz, kiedy przyglądam się swojej przeszłej nieśmiałości, kompletnie jej nie rozumiem. Bałem się CZEGOŚ. Tyle, że nie umiem powiedzieć, czego. Kiedy zadałem sobie to pytanie, nie umiałem na nie w żaden sposób odpowiedzieć. Tyle, że fobie nie kierują się logiką. Kiedy bałem się pająków (co również należy do przeszłości) nie bałem się ich przecież dlatego, że są ode mnie większe i silniejsze, tylko dlatego, że się ich bałem i już. Tak samo było z obawami przed poznaniem kogoś nowego, albo zapytaniem faceta o to, gdzie nabył spodnie.

Aż pewnego dnia pojawiła się depresja, a za nią antydepresanty, a po kilku miesiącach odnotowałem efekt uboczny pod postacią zaniku odczucia strachu.

To właśnie miałem na myśli mówiąc, że oszukałem. Proces pozbywania się nieśmiałości podążał we właściwym kierunku i z pewnością po roku-dwóch udałoby mi się nawiązać kontakt z kimś nieznajomym bez potrzeby zbierania odwagi przez pół godziny. Tyle, że nagle okazało się, że odwagę mam zawsze, a obaw nie miewam nigdy. Przestałem się bać czegokolwiek. Odkrycie skrzętnie wykorzystałem do pozbycia się wszelkich posiadanych obaw i fobii. Właziłem do nieznanych miejsc, gadałem do obcych ludzi, usuwałem własnoręcznie pająki, poznawałem kolejnych kowali, odbywałem rozmowy telefoniczne, w tym rozmowy z kowalami w polskich wsiach, podrywałem Zbrojmistrzy… Jeśli przypomniało mi się cokolwiek, czego się bałem, natychmiast przystępowałem do robienia tego. Tym sposobem nauczyłem się networkingu, wybrałem na kurs kowalstwa, założyłem firmę, a jakby w międzyczasie stałem się tym odważnym, radosnym ekstrawertykiem, którego jakiś czas wcześniej mi sugerowano. A teraz nieśmiały i strachliwy facet, który bał się odezwać do kogokolwiek, został poproszony o dołączenie do teamu barmanów, bo przecież jest taki towarzyski.

Dario, poleciłbym Ci pozbywanie się fobii kroczek po kroczku. Bez pośpiechu, spokojnie, robiąc naprawdę małe kroki i zapisując sukcesy (poważnie, mózg inaczej przetwarza informację zapisaną niż pomyślaną). A co do chemicznych ułatwień, istnieją leki przeciwko lękowi i też je polecam. Bo działają. Stawiam siebie za przykład.

Czy pomogłem?