Nie polecam nagłych nawrotów depresji. Nawet mimo tego, że mają pewne plusy dodatnie w porównaniu z nawrotami powolnymi. Nie musiałem czekać trzy miesiące, żeby odnotować nawrót, nie musiało dojść do tego, że nie jestem w stanie wygramolić się samodzielnie z łóżka, lub spędzam 45 minut pod prysznicem, bo nie mogę zakręcić wody i wstać. Różnicę zauważyłem natychmiast. Ot, w środę tydzień temu spędziłem cudowny wieczór z przyjaciółką i Zbrojmistrzem, poszedłem spać w świetnym nastroju, a w czwartek rano wstałem i miałem nawrót.

Nie do końca rozumiem, skąd się ta zdzira znowu wzięła. Owszem, moja pierwsza firmowa faktura magicznie zamieniła się w pierwszą niezapłaconą fakturę, a pierwszy miesiąc działania firmy okazał się wielce obiecujący, ale nic ponad to. Mam wielu chętnych, żeby ze mną KIEDYŚ pracować. Jakoś tak za jakiś nieokreślony czas gdzieś kiedyś nad czymś. Ale żadna z tych osób nie jest gotowa podać konkretnej daty, a mój bank bardzo konkretnie ściąga raty kredytu za mieszkanie co miesiąc.

Mimo wszystko, nie rozumiem nawrotu. W środę moja sytuacja finansowa wcale nie była lepsza, niż w czwartek. Ba, środowa przyjaciółka chce ze mną pracować, a dzisiaj miałem jej wysłać wycenę. Zabranie się do pisania wyceny zajęło mi trzy godziny, a po napisaniu trzech czwartych przeniosłem się na kanapę, gdzie spędziłem resztę popołudnia. W kuźni idzie doskonale. Jedna z moich ulubionych kowalek, Bex Simon, udzieliła mi wywiadu. W miłości również idzie doskonale i jeśli coś mi pomaga na stan zdrowia, to obecność Zbrojmistrza. Tyle, że w pewnym momencie Zbrojmistrz musi iść do pracy, do domu, czy w ogóle gdziekolwiek, ja go żegnam, zamykam drzwi i czuję, jak zdzira ziewa, rozprostowuje kości i zasiada wygodnie na moich ramionach.

Nagłość nawrotu w połączeniu z moją inteligencją powoduje, że do pewnego stopnia udaje mi się jednak funkcjonować. Rozumiem, że myśli samobójczo-okaleczeniowe nie są naprawdę moje, tylko depresyjne; że wcale nie jest prawdą, że nagle jestem głupszy/brzydszy/mniej kochany, niż w środę tydzień temu, kiedy czułem się mądry, piękny i uwielbiany przez ogół. Ale niestety nie powoduje to gwałtownego polepszenia nastroju. W ostatnim tygodniu czułem się dobrze tylko w dwóch sytuacjach: w kuźni i w towarzystwie Zbrojmistrza. Przez właściwie cały pozostały czas czuję się raz źle, a raz fatalnie. Znikły doznania smakowe – wszystko smakuje jak papier. Muzyka brzmi płasko i monofonicznie. Siłownia wzbudza we mnie wyłącznie chęć wyjścia i udania się do domu i położenia na kanapie. Nie czytam, nie pracuję, nie tworzę, z wyjątkiem pobytów w kuźni nie robię właściwie nic interesującego, chyba, że kręci Was wiadomość, że obejrzałem pierwszy sezon „Gry o tron”. I te wszystkie zmiany nadeszły z dnia na dzień.

Miesiąc temu zmniejszyłem dawkę medykamentu z 375 mg do 300 dziennie, ponieważ czułem się trochę zbyt szczęśliwy. Mam na myśli podejrzenia manii – miliony pomysłów dziennie, łzy szczęścia w oczach średnio co dwadzieścia minut, nadmiar energii i problemy ze snem, bo jak tu spać, kiedy mamy tyle świetnych pomysłów o trzeciej nad ranem. Nie wiem, czy nagłe pogorszenie nastroju ma związek ze zmniejszeniem dawki, bo wedle swojej wiedzy źle powinienem się czuć raczej przez poprzednie trzy tygodnie, a nie teraz. Wiem natomiast, że o wiele bardziej podobało mi się, kiedy byłem bez przerwy szczęśliwy, śmiały i przepełniony pomysłami, nawet jeśli oznaczało to cztery godziny snu na dobę. Teraz pomysły są głównie z kategorii „co by tu sobie zrobić złego”, śmiałość zdechła (razem z chęcią wychodzenia z domu), a śpię nadal beznadziejnie źle. Nie tak to miało być.

Zakończyłbym tę notkę jakoś wesoło, ale chwilowo nic mi nie przychodzi do głowy.

a-be w komentarzu do poprzedniej notki:

Ray, ta polityka tak u ciebie wraca i wraca, przez co zaczęłam zastanawiać się, jaki ty właściwie czujesz związek z Polską. (Ofc, o ile można spytać.) Bo te wszystkie wpisy jakoś tak pokazują, że może i mieszkasz daleko, może i cieszysz się, że wyjechałeś, ale jakoś rusza cię to, co się tu u nas dzieje. I zastanawiam się, w jaki sposób cię to rusza, dlaczego. Nie byłoby o wiele łatwiej po prostu zapomnieć o tym piekiełku, skoro już się z niego uwolniłeś i, najwyraźniej (i bardzo dobrze), jesteś szczęśliwy?

Wydaje mi się, że odpowiedź na to pytanie zasługuje na notkę.

Mieszkam w Amsterdamie już prawie sześć lat. Zasymilowałem się w dużym stopniu, czuję się tu w domu, to zdecydowanie moje miejsce na świecie i moje miasto. Mam tu przyjaciół, mężczyznę, kuźnię i możliwość bycia sobą – jak bym sobie nie życzył tego definiować. Ale to nie znaczy, że potrafię po prostu zapomnieć o Polsce i „move on”.

Po pierwsze primo, w Polsce mieszka moja rodzina i przyjaciele, a ja nie przyjechałem tutaj po to, żeby się od nich odciąć i zapomnieć. Jeżdżę więc na wakacje, wiem, co się w ich życiu dzieje, czytam wiadomości. Nie tylko z masochizmu, ale po prostu dlatego, że przez 28 lat był to mój kraj. A przynajmniej chciałem, żeby nim był. Kocham Mazury, kucia uczyłem się najpierw w Wojciechowie, mam przepiękne wspomnienia z Zakopanego… Tyle, że nie uznaję papieża („Oh no, he’s dead”) za autorytet moralny, nie głosuję na Herr Von Thuske ani na jednego bliźniaka, nie jestem hetero, nie jestem katolikiem, a w Polsce się komuś takiemu zajebiście ciężko odnaleźć.

Na zdjęciu: Polak 🙂

Bardzo cenię polską kulturę. Do tej pory słucham Nazara i Justyny Steczkowskiej; cytuję Seksmisję, Misia i Hydrozagadkę; Joanna Chmielewska co prawda niestety nie przestała pisać po „Autobiografii”, ale niemal wszystko, co powstało przedtem bardzo mi się podoba. Nie mam tego w Holandii. Nie wiem, jaki jest holenderski odpowiednik Seksmisji, nie umiem cytować z pamięci „Theo i Thei” albo „Kreatief met kurk”, ich poczucie humoru czasami bawi, a czasami nie. Nie poznałbym holenderskiego wieszcza, gdybym się o niego potknął i przewrócił. Ich muzyka kompletnie mi nie pasuje, głównie z uwagi na niegrzeszący urodą język. Język polski jest PIĘKNY (i trudny) – Leśmian, Osiecka i Białoszewski potrafili robić z polszczyzną rzeczy nieprawdopodobne. Niderlandzki do tej pory kojarzy mi się z osobą mówiącą po hiszpańsku w trakcie ataku wymiotów.

Nie uważam, że Polska i Polacy posiadają wyłącznie wady. Owszem, głównie zajmuję się czepialstwem i wytykaniem, ale to poniekąd objaw trudnej miłości bez wzajemności 🙂 Owszem, polska gościnność dotyczy głównie heteroseksualnych katolików, ale nikt nigdy nie mówił o niderlandzkiej gościnności i są ku temu powody. (Określenie „going Dutch” oznacza dzielenie rachunku w restauracji z dokładnością do ułamka eurocenta i miałem takich Holendrów w swoim życiu, którzy jak najpoważniej to robili.) Polska jest krajem niezwykle szczęśliwie położonym; dostęp do morza, góry, pojezierza, lasy, wielkie miasta i malutkie wioski… Holandia jest płaska. Już. Koniec opisu przyrody Holandii. Przy czym są to piękne płaszczyzny, ale… eee… no… płaskie…

No i na koniec (ostatnie primo) przyznam się, że kiedy wyjechałem, przez dłuższy czas wstydziłem się przyznać, że jestem Polakiem. Na pytanie „skąd pochodzisz” odpowiadałem „z Amsterdamu”, a jeśli rozmówca pytał „a przedtem?”, robiłem się różowy i mamrotałem coś niewyraźnie. Przeszło mi to zupełnie, kiedy zrozumiałem, że brednie polityków, pijackie orgie polskich budowlańców i wyroki na Dodę za obrazę uczuć religijnych NIE POWINNY budować jedynego obrazu Polski i Polaków w oczach świata – i cokolwiek ma na ten temat do powiedzenia Fronda, ja też jestem Polakiem. Ja też stanowię element obrazu Polski za granicą. Nie wyrzekam się jej, nie rzucam wzgardliwie paszportem. Już nie.

A o obywatelstwo chciałbym wystąpić głównie dlatego, że aktualnie wkurwia mnie niemożebnie niderlandzka polityka, ale to inna sprawa 🙂

Warszawski protest w obronie Pussy Riot. Zdjęcie: Der Spiegel

Oczywiście nie zgadzam się z wyrokiem w sprawie Pussy Riot. To nikogo, jak sądzę, nie zaskakuje. Nie zgadzam się również z wyrokiem w sprawie Doroty Nieznalskiej, w sprawie Dody, w sprawie Jerzego Urbana i w ogóle w żadnej sprawie, w której padają słowa „obraza uczuć religijnych”. Z wyjątkiem tych, które kończą się uniewinnieniem.

W czasie, kiedy Pussy Riot odczytywano wydany na nie wyrok, w Polsce bawił patriarcha Cyryl I. Odwiedził marszałka Senatu, prezydenta oraz biskupa Michalika, z którym wspólnie wystosowali oświadczenie, potępiające (niespodzianka) aborcję, eutanazję oraz związki osób tej samej płci. Oświadczenie to wzywa również do pojednania Rosjan i Polaków. Rzecz jasna, wyłącznie heteroseksualnych i potępiających aborcję i eutanazję. Polacy i Rosjanie homoseksualni, albo ubrani w kolorowe kominiarki, powinni ewentualnie jednać się w łagrze. Ku zdziwieniu naiwnych, ani Komorowski, ani marszałek Senatu, ani Michalik nie mieli nic ciekawego do powiedzenia w temacie wyroku odczytanego Pussy Riot. To znaczy, Komorowski rzucił dowcipem o wzajemnej autonomii państwa i Kościoła w Polsce.

W ramach zachęcania do jednania się w łagrze, sąd miejski w Moskwie potwierdził wcześniejszy wyrok zakazujący organizowania parad LGTB przez… sto lat. O ileż łagodniej traktuje takie sprawy Polska! Od paru lat już się parad nie zakazuje, co najwyżej utrudnia, a Dodę skazano jedynie na pięć tysięcy grzywny, a nie na lata łagru. Przypomina się dowcip o Stalinie, co wrzasnął „spierdalaj”, a mógł zabić! Nasz rodzimy Stalin, którego dla ułatwienia nazwiemy Sejmokościołem, również nie zabija, wszakże w naturze jego leży miłosierdzie. Grzywna i odrzucanie projektów ustaw o związkach bez czytania wystarczy. Nie ma nawet „spierdalaj”, tylko łagodne „odejdź w pokoju, zanim sięgnę po taser”.

Tak się składa, że od niedawna coś tak jakby zaczynam nie być ateistą. Nie bardzo chcę się wgłębiać w szczegóły, dodam tylko, że rzecz jasna nie chodzi o Boga katolickiego. Moje uczucia religijne nie potrzebują obrony. Nie potrzebują też kościołów, księży, ofiar na tacę, a przede wszystkim nie potrzebują tego, żeby ktokolwiek został skazany na dwa lata łagru (a nie trzy — znaczy, władza rosyjska łagodnie oceniła) za tańce i piosenki na ołtarzu dowolnego bóstwa. Sprzeciw budzi we mnie nie tylko instytucja kościoła katolickiego i prawosławnego, ale w ogóle każdego. Moje wierzenia należą do mnie i rozważam je sobie sam. Nie potrzebuję do tego żadnych budowli, żadnych instytucji, ba, nawet świętych ksiąg, za których spalenie grozi kara więzienia.

Istnienie paragrafu o obrazie uczuć religijnych budzi we mnie dojmujące doznanie, że bóstwo, którego dotyczy, musi być niezwykle słabe. Przecież prawdziwy, istniejący Bóg, mógłby grzesznika zwyczajnie pieprznąć piorunem między oczy. Tymczasem, Bóg nie zauważa, że jest obrażany – zapewne jest zbyt zajęty zaglądaniem parafianom pod kołdry – i musi zajmować się tym sąd, który powołuje biegłych celem ustalania, czy określenie „napruci winem” obraża bóstwo. Nikt, mówiący cokolwiek na temat mojej wiary, nie jest w stanie wpłynąć na potęgę bóstw(a), które wyznaję. Nie wpływa na nią również uprawianie dowolnej formy seksu przez osoby niebędące mną, palenie dowolnych książek, darcie ich, plucie na nie oraz występy dowolnej ilości zespołów punkowych w dowolnej ilości budynków dowolnego kultu.

Przy okazju researchu ziemkiewiczowskiego… chciałem powiedzieć, guglania w temacie Cyryla przeczytałem, że Ruch Palikota wniósł projekt ustawy przewidujący wykreślenie z kodeksu karnego przepisu o karaniu za obrazę uczuć religijnych. W marcu Sejm odrzucił projekt po pierwszym czytaniu. „To nie o uczucia religijne, ale o pokój społeczny w tym przepisie chodzi. Jego znaczenie doceniali nawet komuniści w PRL. (…) W dobrze rządzonym państwie nie ma miejsca na wojny religijne, bo to osłabi państwo” – stwierdził Jerzy Kozdroń z Platformy.

Państwa wyznaniowe, takie, jak Polska czy Rosja (w tym przypadku chodzi oczywiście o religię putinosławia), wydają się niezwykle słabe. Legalizacja związków homoseksualnych może doprowadzić do zapaści małżeństw. Zezwolenie, aby każdy mówił szczerze, co myśli o religii i polityce, prowadzi do „wojen religijnych”. Zakazywanie jest bronią słabych. Zdawałoby się, że po tylu latach komunizmu Polacy i Rosjanie powinni to już zauważyć. Okazuje się, że wcale nie.

*

Tymczasem ja akurat w piątek przeżyłem jeden z najpiękniejszych dni swojego życia.

Rano wstałem o ósmej, zjadłem śniadanie i przystąpiłem do pracy nad prezentacją mojej pierwszej większej pracy kowalskiej na zamówienie. Potem przeszedłem płynnie do programowania tematu WordPressa na zamówienie innej firmy. O 15:30 wybrałem się odebrać płyty CD z wykonanymi przeze mnie remiksami, a o 16 dotarłem na umówione spotkanie, na którym przyjęto z entuzjazmem mój projekt – tak więc wygląda na to, że zarobię sumę z dwoma zerami za pracę w kuźni. Po spotkaniu wyskoczyłem na jednego do ulubionego baru, gdzie spotkałem rudego rugbystę. Tenże na mój widok ucieszył się bardzo i zamówił sobie u mnie… kolejną, niedużą pracę kowalską. Po piwie pojechałem na kolację do niderlandzkiego muzyka, który zapytał, czy wyprodukuję jego następną płytę. Na koniec zaś spotkaliśmy się ze Zbrojmistrzem na promie, dotarliśmy do jego domu, wyszliśmy po drabinie na dach, rozpaliliśmy sobie tam ognisko i kochaliśmy się pod gwiazdami dosłownie i w przenośni. Piątek był początkiem fantastycznego weekendu, jednego z najlepszych, jakie kiedykolwiek przeżyłem. A informacje z Rosji i Polski spowodowały głównie tyle, że kilkakrotnie dziękowałem w duchu za to, że mieszkam w Amsterdamie, gdzie mogę być kim chcę, wyglądać jak chcę i robić, co chcę.

*

No wiem, że miałem nie pisać o polityce, ale tak się składa, że o Pussy Riot, o Cyrylu i o Dodzie mówi się i pisze również w Holandii. I tutaj raczej nie odnotowują, że polski Stalin słabiej bije. Polska i Rosja postrzegane są podobnie. Jako postkomunistyczne, szare molochy, gdzie mają już pieniądze, ale ciągle nie lubią gejów i dławią wolność słowa. A mi nie chce się tłumaczyć, na czym dokładnie polega różnica. Po części dlatego, że w odróżnieniu od Komorowskiego nie jestem hipokrytą.

W Polsce właśnie ma się ukazać „50 szmir Greya”, czyli wielki hicior rynków wydawniczych, opowiadający o (rzecz jasna) niewinnej i dziewiczej Anastasii Steele i o (rzecz jasna) zdeprawowanym, lecz jakże przystojnym (rzecz jasna) milionerze Christianie Greyu. Grey, jak to przystojni milionerowie, lubi seks z udziwnieniami, a Ana, jak to dziewice, usiłuje go skłonić, żeby zamiast tego robił to po ciemku i w pozycji misjonarskiej. Tu wstawić 600 stron, na każdej z których Ana przygryza wargę.

Ja zaś kupiłem sobie na Kindle książkę Jaya Wisemana „SM 101: A Realistic Introduction” i czytam z zainteresowaniem. Wiseman, eks-pracownik pogotowia ratunkowego, opowiada o swoich doświadczeniach z BDSM, a ma o czym opowiadać — 25 lat praktyki, założony przez siebie klub Gemini w połączeniu ze świadomością ryzyka niektórych praktyk dla zdrowia i życia oraz talentem pisarskim dają lekturę absolutnie fascynującą.

BDSM to coś, co część ludzi przeraża, u części wywołuje obrazę i oskarżenia o zboczone praktyki seksualne, a u części nerwowy chichocik. Ci, którzy się BDSM oddają, nader rzadko gotowi są się do tego przyznać, a jeśli już, to raczej z zawstydzeniem i mamrotaniem pod nosem, że oczywiście bardzo rzadko i wyłącznie gdy skłoni ich do tego przystojny milioner. Wiseman przemyślał sprawę dokładnie i uznał, że z uwagi na prowadzenie własnej działalności szef go nie zwolni, z uwagi na nieposiadanie żony ta się z nim nie rozwiedzie, dzieci i tak nie widuje więc prawa do ich widywania nie utraci, a opinia obcych ludzi mu zwisa i powiewa. Po czym opublikował książkę i podpisał ją swoim nazwiskiem.

Bardzo interesujące jest spojrzenie na zdjęcie Wisemana, który opisuje siebie jako dominującego heteroseksualistę, lubi zadawać ból, ale otrzymywać niekoniecznie, a najbardziej kręci go wiązanie:

Nie wygląda jak groźny brutalny psychopata, prawda? Może dlatego, że nim nie jest.

*

Wiseman dużo pisze o pytaniu, które regularnie zadają sobie osoby lubiące BDSM: dlaczego? Czy jest to efekt traumy z dzieciństwa? (Według autorki „50 szmir Greya” jest, według psychologów nie.) Kompensowanie czegoś? Jakieś uszkodzenie mózgu? Nie będę streszczać odpowiedzi Wisemana na te pytania, podam swoją.

Jakiś czas temu wybrałem się do terapeuty opowiadać mu o swoich problemach związkowych i konwersacja zjechała na moje zainteresowanie BDSM. Rozważałem dość długo kwestię odpowiedzi na pytanie „dlaczego?” aż terapeucie się znudziło i poinformował mnie, że odpowiedź na to pytanie jest nieistotna, natomiast istotne jest znalezienie odpowiedzi na pytanie o jeden stopień głębiej: dlaczego pytam dlaczego? Przecież nikogo nie krzywdzę wbrew woli tej osoby, nikt nie krzywdzi mnie wbrew mojej woli, nie cierpi wskutek moich upodobań nikt niezainteresowany. Dlaczego potrzebuję uzasadnienia?

Umilkłem, zastanowiłem się i uznałem, że istotnie w sumie aż tak mnie to nie ciekawi.

Zainteresowanie BDSM potrafi być źródłem pewnych problemów. Zarówno po stronie domów (aktywów), jak i subów (pasywów) trafiają się psychopaci. Jedni lubią torturować bezbronne ofiary nie bacząc na błagania o zaprzestanie „zabawy”, drudzy chcą po prostu cierpieć, nieważne, jak bardzo autodestruktywnie i nie cofając się przed niczym. Dla żadnej z tych grup nie ma granic, czy zainteresowania odczuciami drugiej osoby. Nie ma to nic wspólnego ze „zdrowym” BDSM, jedno i drugie jest oznaką poważnych zaburzeń psychicznych, ale dla osoby „z zewnątrz” różnica może być ciężka do zrozumienia. Nawet dla osoby z dużym doświadczeniem napotkanie niebezpiecznego psychopaty może zakończyć się źle. Osobiście odmawiam spotkań, jeśli ktoś, z kim rozmawiam online lub w barze sprawia na mnie złe wrażenie, lub nie wydaje mi się szczery. Moja intuicja jak na razie nigdy mnie nie zawiodła. Często intuicję zawodzę ja, ignorując wskazania większej głowy na rzecz wskazań główki mniejszej, ale nigdy w przypadku BDSM. Jeśli nie czuję się stuprocentowo pewnie i nie ufam drugiej osobie, nie ma takiej siły, która by mnie skłoniła do spotkania.

*

BDSM, podobnie jak pornografia, przedstawia sobą zupełnie inne problemy w przypadku osób homo- i heteroseksualnych.

Para homoseksualna nie ma na ogół problemu poprawności politycznej (chociaż widziałem kiedyś protest przeciwko filmowi, w którym trzech blondynów dominowało czarnoskórego mężczyznę i przyznam, że mną ten widok również wstrząsnął o wiele bardziej, niż gdyby trzech czarnoskórych dominowało jednego blondyna). W przypadku pary hetero stereotypy dotyczące płci potrafią boleć o wiele bardziej niż razy batem — zarówno „mężczyzna dominujący kobietę” jak i „kobieta dominująca mężczyznę” niosą ze sobą bardzo nieprzyjemne konotacje dla osoby wychowanej na stereotypach płciowych, to pierwsze kojarzy się z przemocą domową, a drugie — z niemęskością i zniewieścieniem. (Rzecz jasna nie mi się kojarzy…)

Wiseman i temu poświęca dłuższy fragment tekstu, wymieniając 12 różnic między grą S/M uprawianą za obopólną zgodą, a przemocą domową, mniejsza które z partnerów znęca się nad którym. Różnice te dają się tak naprawdę streścić w tych dwóch słowach: obopólna zgoda. Nie: wymuszona, nie: brak zainteresowania jej istnieniem, nie: wmawianie „tradycyjnych ról w małżeństwie” typu „jak się kobity nie bije, to jej wątroba gnije”. Obopólna zgoda.

Wiseman wspomina o przeczytanym eseju autorstwa feministki (nazwiska niestety nie podał) która stwierdza, że kobieta „nie jest w stanie udzielić zgody na bycie stroną pasywną w S/M” ponieważ system patriarchalny zgodę na niej poniekąd wymusza. Jest to niestety podobny argument do tego, jakim niektóre gałęzie feminizmu posługują się zwalczając pornografię: kobieta nie jest w stanie zgodzić się na występ w filmie porno kręconym dla mężczyzn z własnej woli, ponieważ system ją uprzedmiotawia i czyni przedmiotem niezdolnym do podjęcia obiektywnej decyzji. Dotyczy to również prostytucji, etc. Osobiście uważam ten argument za nadzwyczaj nietrafiony i raczej antyfeministyczny — stwierdzenie, że kobieta nie jest zdolna do decyzji, czy ma ochotę być związana, czy nie wydaje mi się bardzo patriarchalne. Co tam będzie kobieta sama decydować, na co ma ochotę! My jej powiemy, a jak ona uważa inaczej, to znaczy, że system wyprał jej mózg i że ona się myli.

Nie jest to wyłącznie problem feminizmu i dominowanych kobiet. W 1990 roku w Manchesterze w ramach Operation Spanner skazano 16 homo- i biseksualnych mężczyzn, którzy uprawiali seks S/M. Domów skazano za napaść, a subów — za pomoc w napaści… na samych siebie. Brytyjskie prawo zostało wtedy zinterpretowane następująco: nie można udzielić zgody na uszkodzenie własnego ciała podczas seksu (mimo, że można jej udzielić podczas boksu i innych sportów walki, kolczykowania i procedur medycznych nieratujących zdrowia jak np. chirurgia plastyczna).

*

Nie potrafię ocenić, czy łatwiej jest być partnerem aktywnym, czy pasywnym.

Bywałem w obydwu rolach i łatwiej odnajduję się w pasywnej, ponieważ dokładnie wiem, gdzie leżą moje granice i jestem bardzo skłonny do mówienia „stop” w momencie, gdy partner zbliża się do ich przekroczenia. W aktywnej potrzebuję tego samego — sub musi mi okazywać, że podoba mu się to, co z nim robię. Trafił mi się kiedyś partner, który w milczeniu znosił wszystko i nie okazywał ani przyjemności, ani jej braku. Po pięciu minutach przerwałem sesję, ponieważ czułem się źle i zupełnie mnie to nie kręciło.

W BDSM najbardziej kręcą mnie chyba konotacje psychologiczne. Między domem w garniturze, z batem w dłoni i nagim subem, doprowadzonym do płaczu, ale żądającym kontynuacji rozgrywa się bardzo skomplikowana gra, której najmniej ważnym elementem jest sam bat. BDSM to łamanie tabu, i właśnie to łamanie tabu jest tym, co ekscytuje partnerów. Wiele gier S/M w ogóle nie zawiera w sobie tego, co „normalni” ludzie uważają za seks — nie następuje penetracja, seks oralny, nie następuje orgazm, często w ogóle nie występuje żadna stymulacja genitaliów. Zdarzyło mi się kiedyś odbyć bardzo satysfakcjonującą sesję, podczas której nie została zdjęta w ogóle żadna część garderoby, wszystko odbywało się w jednym z amsterdamskich barów, a nieuświadomiony świadek poprosił, żebyśmy „przestali się już bić”. Strasznie nas to rozbawiło.

Nie jestem pewien, co myśleć o popularności „Greya”. Mnóstwo bywało już powieści z BDSM w podkładzie, wiele z nich było o wiele lepiej napisanych, ale nie wiadomo czemu to akurat Ana Steele podbiła wyobraźnię czytelniczek. Być może dlatego, że autorka napisała zwyczajnego Harlekina z biczowaniem. Być może bardziej wyrafinowana proza była zwyczajnie za trudna i zbyt, bo ja wiem? przerażająca? realistyczna? Przeciętnej czytelniczce utworów o Greyu nigdy nie przydarzy się spotkanie z bogatym milionerem i zostanie jego kochanką. Lektura książki E. L. James jest równie bezpieczna, jak fantazje — wszystko pozostaje między autorką, a czytelniczką. A jeśli pod wpływem lektury pani Kasia z Poznania nabędzie seksowną bieliznę, a jej mąż Stefan — kajdanki z futerkiem, more power to them.

Z drugiej strony, jeśli już interesuje Was BDSM, polecam raczej utwór Wisemana. Występuje w nim o wiele mniej milionerów, za to o wiele więcej faktów.

Ciąg dalszy nastąpi, chyba, że sobie nie życzycie 😉