Bunio jest jednym z niewielu pozostałych mi uzależnień i bardzo chciałbym się go pozbyć. I wish I could quit you, Bunio.

Wstydliwe wyznanie: czytuję grupę „Beka z mamuś na forach”. Z jednej strony stanowi ona formę cyber-bullyingu, nawet mimo usuwania nazwisk i zdjęć profilowych, bo wiele wątków wrzucanych jest na publiczne grupy, grupę da się znaleźć w 30 sekund i pod postami nagle pojawiają się linki do pełnego wątku, bo tam „więcej beki”. (Admin linki wyrzuca, ale nie mieszka w komputerze i czasami trochę czasu upłynie, zanim link zniknie.) Stąd mój wstyd. Z drugiej strony jednak „Beka” jest świetną odtrutką na bańkę rzeczywistości wirtualnej, jaką generują posty na Buniu.

Dotyczy to wszystkich postów. Na grupie „Kowalstwo dla początkujących” pojawiają się niewiarygodnie dopracowane rzeczy z podpisem „to moja pierwsza siekiera/miecz/świecznik/rzeźba abstrakcyjna”. W feedach przyjaciół roześmiane gębusie, słoneczko, plaża. Nowy motocykl, nowy pies lub kot, nowe dziecko. Bezrefleksyjna lektura Bunia daje silne wrażenie, że wszyscy oprócz nas prowadzą zajebiste życie pełne hajsu i imprez, a tylko my mamy doła, nie mamy piniondza, jesteśmy głupi i mało atrakcyjni. Więc dokładamy się do bańki Bunia, wrzucając jedyne zdjęcie z pięćdziesięciu zrobionych, na którym wyglądamy ładnie i szczupło, albo śmieszny filmik z kotkami, chociaż gdybyśmy byli zupełnie szczerzy, napisalibyśmy „jestem w nastroju, żeby zrobić sobie krzywdę”.

Czytaj dalej

Rozmawiałem ostatnio ze swoją dwubiegunową kumpelą i doszliśmy do zgodnego wniosku: choroba zabiera nas w naprawdę zajebiste miejsca, po czym maksymalnie utrudnia cieszenie się nimi.

Zgodnie z obrazkiem powyżej: bipolar jest chorobą, która jest bardzo niejednoznaczna. Mało jest ludzi, którzy cieszą się depresją, rakiem, cukrzycą lub stwardnieniem rozsianym. Tymczasem ChAD potrafi naprawdę uprzyjemnić życie, zmienić je na lepsze, doprowadzić nas na szczyty, a potem powalić kopniakiem i przysypać gruzem. W rezultacie, owszem, jesteśmy na szczycie, ale z uwagi na pokrywający nas gruz nie mamy jak wbić chorągwi i odtrąbić zwycięstwa.

Rozważania na temat „co by było gdyby” są o tyle utrudnione, że nie mam pod ręką drugiego Raya, który nie ma dwubiegunówki i z którym można porównać, ale mniej więcej wiem, jaki jestem bez hipomanii, jej radosnych pomysłów i straceńczej odwagi. Tak więc mniej-więcej próbuję sobie wyobrazić życie Raya bez dwubiegunówki i wychodzi mi coś takiego:

Czytaj dalej

Według Google Translate „ondertrouw” oznacza zawiadomienie o ślubie, tak więc zawiadamiam. 😉

Wzięcie ślubu w Holandii jest – jak wszystko – poprzedzone wizytą w urzędzie. Na wizytę trzeba się umówić, tak więc umówiliśmy się na wizytę w celu umówienia się na termin ślubu. Wizyta odbyła się dzisiaj, sympatyczna pani skopiowała nasze dowody osobiste, akty urodzenia miała w komputerze (jakie to miłe, mieszkać w kraju, w którym urząd ma dokumenty w komputerze…), spytała nas podchwytliwie, czy NA PEWNO chcemy wziąć ślub (czym nas na moment zaskoczyła), wydrukowała papierki do podpisania, kazała wybrać wzór Książeczki Ślubnej (wzięliśmy czerwoną, bo czerwona książeczka jest fajna)… i już. Zapłaciliśmy 4 euro 75 groszy i jesteśmy w stanie ondertrouw.

Czytaj dalej

Dzisiaj notka będzie mocno nerdowska (nie enerdowska) i okropnie długa, za co z góry przepraszam.

Po raz pierwszy Macintosha zobaczyłem na własne oczy w roku 1999. Widziałem je oczywiście wcześniej na zdjęciach i wiedziałem, że to komputery dla grafików (w Polsce ich ceny były jeszcze bardziej zaporowe, niż są dzisiaj). Model Maca, na którym dane mi było uczyć się, co to Finder, na zdjęciu powyżej. Urządzenie miało procesor o prędkości 300 MHz (prawdopodobnie w tej chwili Wasz telewizor ma szybszy), dysk twardy 6 GB (prawdopodobnie w tej chwili Wasz tablet z Biedronki ma więcej pamięci) i było niesamowite.

Przyznam się od razu do czegoś naprawdę głupiego: kiedy zaczynałem pracę jako asystent grafika, nie wiedziałem o projektowaniu do tego stopnia nic, że chciałem mierzyć wysokość strony na ekranie linijką. Taką plastikową. No bo skoro what you see is what you get… Szybko mi to wyperswadowano i nauczono korzystania z QuarkXPress oraz eksportowania plików do druku na dyski ZIP, które nazywaliśmy pieszczotliwie zipkietkami. Pojemność dysku ZIP była zawrotna, wynosiła całe 100 MB (tyle zajmuje na Waszym komputerze JEDNA płyta zgrana w niezłej jakości do MP3/M4A) i mogłem na nim zmieścić całą książkę gotową do druku.

ZIP_Drive_100,_2

Czytaj dalej