(Część I w poprzedniej notce.)

Wracamy do Warszawy i spędzamy tam kilka dni. To w Warszawie najlepiej widać schizofrenię Polski. Obok siebie w autobusach siedzą naprany o jedenastej rano pijak (zapewne po ciężkiej nocy) i eleganccy panowie w garniturach. Klimatyzacja działa wyłącznie w dni zimne, w gorące zaś albo się psuje, albo po prostu nie jest włączana. Miasto pokryte jest grubą warstwą pięknych prac metalowych, które fotografuję, oraz tablic i pomników o treści martyrologicznej, których nie fotografuję, ale na które uwagę zwraca Zbrojmistrz, pytając, czemu jest ich tak wiele. Nie mam dla niego jednoznacznej odpowiedzi, podobnie, jak na pytanie, czemu w budowie jest tak wiele kościołów, albo czemu Praga jest usiana na zmianę pięknymi, nowymi elewacjami oraz budynkami z zamurowanymi oknami i drzwiami, podpisanymi „grozi zawaleniem”.

Bazar Różyckiego wzbudza we Zbrojmistrzu zaciekawienie głównie z jednego powodu — ciekawi go mianowicie powód, dla którego jedna trzecia stoisk sprzedaje suknie ślubne. Ja również nie do końca umiem sobie wyobrazić te tłumy przyszłych panien młodych, z obłędem w oczach szturmujących akurat Bazar Różyckiego, ale być może w Chinach mieli akurat promocję, albo coś. W następnej kolejności zwiedziliśmy Łazienki i natrafiliśmy na kolejny śliczny przykład warszawskiej schizofrenii, gdy szliśmy sobie wzdłuż wystawy nowoczesnego francuskiego plakatu, a po drugiej stronie 10 demonstrujących i 30 policjantów anonsowało, że „Rostowski to złodziej” oraz „Tusku zagłodzisz nas”. Nie podjąłbym się powiedzieć, która strona ulicy lepiej i prawdziwiej opisywała polską rzeczywistość. Obie. Żadna.

Zachwycamy się niezwykle tanimi (jak na holenderskie ceny) owocami i zażeramy żółtymi czereśniami, których Zbrojmistrz w życiu nie widział na oczy. Przedstawiam go śledzikom ze śliwką, z wisienką i z rodzynkami. (W Holandii śledzia podaje się w dwóch wersjach: z cebulą i bez cebuli.) Tyjemy po 2 kg na osobę i przysięgamy sobie ścisłą dietę po powrocie do domu. W międzyczasie zaś porównujemy lody Grycana z lodami Zielonej Budki. Grycan wygrywa.

Na okładce Polityki — żywność ekologiczna. Na billboardzie supermarketu — żywność tania. Oczywistym jest, że nawet na krótkiej drodze z kiosku do billboardu przeskakujemy magicznym sposobem przez granicę między dwoma krajami. Supermarket Biedronka, bo my Polacy tak mamy. Pod wejściem pan z samochodu sprzedaje czereśnie, na wierzchu ładne, pod spodem — jak odkrywamy w domu — nadpsute. Pan jutro będzie stał gdzie indziej, żeby nie nachodzili go nadmiernie klienci z dnia poprzedniego.

*

Jedziemy pociągiem Tanich Linii Kolejowych do Międzyzdrojów, spotykamy tam znajomych i udajemy się razem na Festiwal Wikingów w skansenie w Wolinie. W pociągu, rzecz jasna, nie ma klimatyzacji, bo tanie linie są dobre i tanie, ale nie są chłodne. Obok nas dwie sympatyczne dziewczyny, chyba para, głaszczą się po stopach i dzwonią do mamy jednej z nich, umawiając się na kolację. Obok dziewczyn starsza pani z wnusią. Wnusia lat na oko osiem słucha głośno metalu i hip-hopu „z brzydkimi wyrazami”, rozmawia aroganckim tonem przez dwie komórki i upuszcza przedmioty, które babcia podnosi. Zbrojmistrz komentuje po niderlandzku, że jedna z komórek do rozmów prywatnych, a druga do służbowych. W ogóle wygodnie jest mieć język, którego prawie nikt nie rozumie.

Kolejny pensjonat, kolejna właścicielka, kolejny sklep spożywczy, zakupy pięć minut przed zamknięciem — o 21. „O której pan jutro zaczyna pracę?” pyta żartem kolega, z którym przyjechaliśmy. „O szóstej” odpowiada poważnie pan. Ech, myślę do siebie i nie tłumaczę Zbrojmistrzowi rozmowy. W Holandii nie pracuje się powyżej ośmiu godzin dziennie, na umowy śmieciowe i nie wypłaca 2/3 pensji pod stołem, chyba, że mamy do czynienia z Polakami.

Międzyzdroje sprawiają na mnie wrażenie tego, czym są — wrzaskliwego pokazu złego gustu. Panowie z małymi ptaszkami ryczą silnikami quadów. Brzuchaci i cycaci dżentelmeni z godnością wylewają się ze swoich spodni, bo takiego ciała nie można zakrywać podkoszulkiem. Dochodzę do wniosku, że lokalne obyczaje pozwalają na chodzenie bez koszulek i pozbywam się swojej, bo temperatura zupełnie niepodobna do suwalskiej. Taksówka do Wolina kosztuje 30 złotych, a do Dargobędza, gdzie się zatrzymaliśmy, 20. Zbrojmistrz, informowany na bieżąco ile wydajemy, śmieje się tylko z niedowierzaniem.

Zlot Wikingów jest właściwie nie do opisania. Moja utracona w 2011 nieśmiałość nigdy nie powróciła, co bardzo mnie cieszy i pozwala podchodzić śmiało do co piękniejszych i pytać, czy mogę sobie z nimi zrobić zdjęcie. Stroje powalają. Smak kwasu chlebowego zachwyca. Temperatura zabija. W pewnym momencie zdejmuję tunikę, dołączając do tłumu innych rosłych, półnagich, wytatuowanych Wikingów. Współczuję tym, którzy biorą udział w bitwach, co oznacza, że ubrani są nie tylko w zbroje, ale również grube kaftany pod nimi.

IMG_7926

Bitwa rozczarowuje w pełni. Oczekiwanie trwa 20 minut w pełnym, prażącym słońcu. (Na szczęście brodate i uzbrojone widoki umilają oczekiwanie.) Sama bitwa trwa dwie minuty, odbywa się tak daleko od nas, jak to możliwe, po czym nie dowiaduję się, kto wygrał. Przy czym informacja o tym nie pomogłaby mi w niczym, ponieważ nie wiem, która drużyna jest która. Ochrona tak dobrze i nieco głośno zadbała, żeby nikt nie ucierpiał, że nie udało się w żaden sposób dosłyszeć, gdzie stoją Słowianie, a gdzie Wikingowie. Dosłyszeć za to dało się grające zespoły, co było zbawieniem, ponieważ grały fantastycznie. Nie wiem, kto dobierał muzykę, ale sprawił(a) mi ogromną przyjemność.

O godzinie 17 musiałem niestety opuścić festiwal, ponieważ nawet po spożyciu dwóch litrów wody, dwóch kubków kwasu chlebowego i siedząc w cieniu nie dawało się żyć i już. Po prostu nie. Byliśmy ugotowani żywcem. Udaliśmy się więc do knajpy wolińskiej, gdzie na moje pierwsze pytanie o pierś z kurczaka zasugerowano mi co prawda kotlet schabowy zamiast, ale w końcu zjedliśmy znane polskie danie befstro gonof w zupełnie zachęcającej cenie i było dobrze. Następnie zaś strzeliło mi do głowy wycyganienie od pani restauratorki tego oto pięknego (przyznacie?) plakatu:

Plakat otrzymałem, a dodatkowo dowiedziałem się, gdzie jest centrum informacyjne festiwalu. Uzbrojony w wiedzę wyruszyłem w miejsce, które — jak mi się zdawało — pani opisała. Nie było tam niczego, co wyglądałoby jak centrum informacyjne. Zwiedziliśmy więc cały deptak, strefę obok festiwalu, gdzie urządzono skrzyżowanie wesołego miasteczka z pchlim targiem uświetnione koncertem rosyjskiego disco polo, po czym wróciliśmy do punktu startu. Tam wytłumaczono nam dokładnie, gdzie mamy pójść. Udałem się tam kroczek po kroczku, już dość powoli, bo żar wciąż zabijał. Na miejscu powitał mnie pan w zupełnie prawidłowym stroju z białą tuniką i kłem wilka na szyi i powiedział, nieco zdziwiony:

— Przecież centrum informacyjne to nie tutaj. Od kiedy się festiwal zaczął, jest na terenie festiwalu…

Wyszliśmy, dziękując ciepło (bo chłodno się nie dało) i na ostatnich nogach ruszyliśmy w kierunku dworca kolejowego, przekonani, że gdzie jak gdzie, ale tam musi być postój taksówek. Na miejscu odkryliśmy, że Wolin jest takim wyjątkowym miasteczkiem turystycznym, gdzie na zewnątrz dworca taksówki mają zakaz postoju, a informacja nie podaje numeru radio taxi. Na szczęście ja już sobie w międzyczasie przypomniałem filmy Barei (w czym pomogły mi konwersacje ze znajomymi w Gawrych Rudzie) i w ciągu pięciu minut załatwiłem numer taksówki przez kolegów, którzy w tym czasie zażywali chłodu (?) na plaży nudystów w Międzyzdrojach.

Przed wyruszeniem w drogę powrotną okropnie bałem się, że w pociągu będą nam towarzyszyć polscy patrioci, tzn. kibice Legii wracający ze Szczecina. Na szczęście zaoszczędzono mi tej przyjemności, wystawiono za to na doświadczenie pociągu Intercity bez przedziałów i bez klimatyzacji przy temperaturze 36 stopni. Gdy dojechaliśmy do Poznania, stanęliśmy tam na 20 minut i nawet ta mikroskopijna ilość powietrza, która wlatuje przez mikroskopijne okienka „klimatyzowanych” wagonów przestała się poruszać, postanowiłem, że umieram i nic mnie nie powstrzyma. Niemniej jednak nie umarłem, czego dowodem notka ta. Trzeba było Thora prosić o burze z piorunami, a nie trzymanie kibiców z daleka, kibice zapewne pojechali sobie oddzielnym wagonem, w którym klimatyzacja się nie zepsuła, było im bardzo przyjemnie i mogli demolować patriotycznie pociąg w przyjemnym chłodzie.

*

W ostatnich dniach pobytu w Warszawie odnotowaliśmy, że dzieje się coś patriotycznego.

Przy pomniku, którego nazwy nie mogłem sobie przypomnieć, instalowano otóż ekrany, scenę i głośniki. Ciężko mi było uwierzyć, że przy tym akurat pomniku odbędzie się promocja piwa lub występ zespołu Kombii, tak więc zgadłem, że nadchodzi jakaś rocznica.

— Nie wiesz, czemu są flagi na autobusach? — spytałem mamę.

— Nie wiem — odparła. — Wiesz, że mnie to nieprzesadnie ciekawi.

— No, mnie w sumie też nie, ale Zbrojmistrz chciałby wiedzieć.

Na to, czego to jest rocznica, nie naprowadziła mnie nawet kończąca moje tournee po kraju wizyta w salonie tatuażu, podczas której do salonu wparowało kilku na sterydach pędzonych panów, z których jeden domagał się wytatuowania mu na całych plecach Powstania Warszawskiego.

— A co konkretnie by pan chciał? proszę mi przynieść jakieś zdjęcia, wydruki — prosił uprzejmie tatuażysta, nie przerywając pracy.

— No Powstanie…! — odpowiadał Pan Steryd.

— No tak, ja rozumiem. Ale co, czołgi, karabiny, ludzie?

— Coś fajnego. Bo ja wiem. Kanały. Mury…

— Mury to chyba średnio fajne…?

— O! Już wiem — ucieszył się Pan Steryd. — Takiego małego chłopca z karabinem w za dużym hełmie!

Siedziałem cierpliwie, acz nerwowo, bojąc się, że tatuażyście drgnie ręka i mój młot Thora zamieni się w małego chłopca w za dużym hełmie, ale na szczęście Pan Steryd z kolegami zabrali się po otrzymaniu informacji, że sesja kosztuje 400 zł i trzeba na nią czekać 6 miesięcy. Zbrojmistrz i ja dosiedzieliśmy zaś do końca, przy czym pod koniec on chyba był bardziej cierpliwy niż ja, zafoliowaliśmy moje udo i udaliśmy się z moją mamą na polędwiczki wołowe w sosie śmietanowo-kurkowym, popędzone babeczkami z budyniem. Utyliśmy po 2 kg na osobę i poprzysięgliśmy sobie ścisłą dietę po powrocie.

*

Jadąc na Okęcie rozmyślałem o wielu rzeczach.

O tym, że jeśli nie wiem, że 1 sierpnia jest w Polsce Bardzo Ważna Rocznica, to zdecydowanie słusznie robię, nie głosując. O tym, że muszę teraz jeść wyłącznie pierś z kurczaka na parze i brokuły. O tym, że przez te trzy tygodnie czułem się albo dobrze, albo świetnie. O tym, że Polska jest mi jednocześnie znajoma i obca. O patriotach-kibicach i o staruszkach, nadających raźnie przez iPhone’y o swoich lekarstwach. O tym, że czekają na mnie rachunki do zapłacenia, życiorysy do wysłania, portfolio do dokończenia, urząd pracy, kuźnia, posty na blogu, książki do napisania i do przeczytania. O tym, że przetrwaliśmy ze Zbrojmistrzem nasz pierwszy urlop za granicą — trzy tygodnie! — nie kłócąc się ani razu. O tym, że nie podobało mi się samoograniczenie polegające na używaniu wyrazu „kolega” do jego opisu i nie braniu go publicznie za rękę. O tym, że nowa Warszawa podoba mi się bardziej niż ta sprzed siedmiu lat, ale jej nie rozumiem.

O tym, że nie muszę jej rozumieć.

Drzwi taksówki otworzyły się i wysiadłem na lotnisku, oślepiony światłem słonecznym, robiąc pierwszy od trzech tygodni krok w kierunku prawdziwego życia.

Tak wiele się zmieniło.
Nic się nie zmieniło.

Takie myśli towarzyszyły mi podczas właśnie zakończonych wakacji w Polsce, kraju, który znam tak dobrze i w ogóle go już nie znam, w podróżach autobusami, pociągami i tramwajami przez Warszawę, Lublin, Suwałki i Międzyzdroje ze Zbrojmistrzem u boku. Zbrojmistrzem, któremu trzeba było pewne rzeczy tłumaczyć i który jeszcze dobitniej pozwolił mi pewne rzeczy dostrzec.

Czy w ogóle jest taki kraj „Polska”? Co, oprócz lokalizacji geograficznej, łączy „radiomaryjnych” i „krytykopolitycznych”? Najlepszą ilustracją tego, jak fantastycznie nam Polakom udaje się „pięknie różnić” jest ten rodzaj pięknej dyskusji, który towarzyszy Smoleńskowi.

A jednak coś nas łączy.

*

Jedziemy autobusem. Po prawej śliczna hipsterka, chuda i długowłosa zgodnie z zaleceniami najnowszego numeru Glamour, wypukuje paznokietkiem na swoim iFonie „plotek.pl” i zagłębia się w lekturę. Po lewej pani około siedemdziesiątki głosem słyszalnym w całym autobusie streszcza historię wszystkich swoich chorób i leków osobie po drugiej stronie. Jak widać, bóstwom telefonii komórkowej oddają cześć wszystkie grupy społeczne.

*

Właścicielka pensjonatu, w którym zatrzymaliśmy się z okazji zlotu kowali w Wojciechowie (zdjęcia na facebooku kowalskim) bez protestów wręcza nam klucz do dwuosobowego pokoju z łożem małżeńskim. Rozmawia wyłącznie ze mną, gdyż z języków obcych włada niemieckim i rosyjskim, a Zbrojmistrz angielskim i francuskim. Błyskawicznie wykluwa się forma „kolega” celem referowania do Zbrojmistrza i rozmowa prowadzona jest w pełnym szacunku i z elegancją. To nie jest ironia. Żadnych mrugnięć, skrzywień, spluwania na bok. Cała rodzina traktuje nas elegancko, córka podwozi do Muzeum Kowalstwa celem wydrukowania biletu kolejowego, zaś pani domu karmi niesamowitymi frykasami w ogromnych ilościach, i za te pyszności — np. wędliny domowej roboty — obciąża nasz rachunek kwotą 15 zł od osoby. Tyjemy po 2 kg na osobę i przysięgamy sobie ścisłą dietę po powrocie do domu, w międzyczasie zaś chętnie zjemy jeszcze kiełbasy. (W życiu nie jadłem tak dobrej kiełbasy.)

Pensjonat, gdyby to nie było oczywiste, polecam całym sercem i zachęcam zwłaszcza osoby szukające spokoju, zieleni, dobrego jedzenia i NIE będące na diecie.

*

Na początek zlotu mistrz Czerniec, właściciel słynnej wojciechowskiej kuźni, wyciąga mnie na środek i przedstawia obecnym jako gościa z Amsterdamu.

1002144_418646678255120_1228083156_n

Pan Czerniec jest najbardziej wygadanym człowiekiem na świecie i robi show, który w telewizji miałby oglądalność wyższą, niż „Klan” i „Dynastia” razem wzięte. Kolejne godziny spędzamy fotografując kowalom ręce, chowając się przed deszczem w pobliskiej karczmie (również własność rodziny Czernieców), jedząc golonkę i schabowe. Tyjemy po 2 kg na osobę i przysięgamy sobie ścisłą dietę po powrocie do domu.

Niektóre prace konkursowe są fantastyczne, niektóre ciekawe, niektóre po prostu bardzo dobre. Czuję się jednocześnie uszczęśliwiony faktem, że w sumie nie zobaczyłem nic nowego — znam wszystkie stosowane techniki — i zdołowany tym, że kowale na stworzenie swoich prac mieli po 4 godziny, a mi zajęłoby to 4 tygodnie. Jestem też napompowany pozytywną energią i ręce rwą się, aby „pożyczyć” od kogoś młot, obcęgi i palenisko — mimo, że wiem, że do tych zawodowców brakuje mi jeszcze duuuuużo.

Wracamy piechotą do pensjonatu, aby spalić trochę kalorii ze schabowych i golonki, po czym gospodyni podejmuje nas trzydaniowym obiadem i dwoma rodzajami ciasta. Tyjemy po 2 kg na osobę i przysięgamy sobie ścisłą dietę po powrocie do domu.

*

Czekając na pociąg z Wojciechowa zaprzyjaźniam się z jednym z czeladników kowalskich, który też czeka na pociąg, tyle, że inny. Dowiaduję się, jak przebiegała jego kariera — on dla odmiany do kowalstwa dotarł przez bycie promotorem imprez. Słucham o kończącej imprezie, na którą na wszelki wypadek nie poszedłem i o rozpalaniu ogniska rozpuszczalnikiem bez wcześniejszego wylania rozpuszczalnika z plastikowego kanistra. My, Polacy, charakteryzujemy się wciąż ułańską fantazją i mocnymi wątrobami. Czeladnik nieco zmarnowany, bo pił od południa do czwartej nad ranem. Ja po cichu gratuluję sobie, żem niepijący od 4.5 miesiąca, a Zbrojmistrz po jednym piwie traci zainteresowanie, ale też leciutko zazdroszczę atmosfery kowalskiej szatni przy woniejącym chemią ognisku.

W pociągu towarzyszy nam dama o aparycji posłanki Sobeckiej, afiszująca się swoimi poglądami religijnymi za pomocą masywnego krzyża na masywnym biuście, pisma „Gość Niedzielny”, w które wgłębia się z wielkim zainteresowaniem i czekającego obok nieznanego mi czasopisma, które opisuje — sądząc po tytule widocznego artykułu — ploteczki i smaczki ze sceny biskupów i arcybiskupów. Dama uprzejmie życzy nam miłego pobytu w Warszawie, a my równie uprzejmie się z nią żegnamy.

W Warszawie wita mnie mama, która podejmuje nas wszystkim, na co spojrzymy w sposób nie do końca wyrażający obrzydzenie. Idziemy na lody, a skoro już jesteśmy w cukierni, kupujemy też ciasto. Tyjemy po 2 kg na osobę i przysięgamy sobie ścisłą dietę po powrocie do domu.

*

Następnego dnia jedziemy do miejscowości Gawrych Ruda pod Suwałkami, gdzie spędzamy kolejne 6 dni. Tym razem jedziemy w autobusie firmy Żakekspres, który posiada niedziałające WiFi i niedziałający odtwarzacz DVD. Szczęśliwie nie po to jadę tym autobusem, żeby używać internetu i oglądać filmy, więc zupełnie mnie to nie wzrusza. Po wylądowaniu w Suwałkach odkrywamy zaś Polskę, no, nie chciałbym nikogo urazić mówiąc B, więc powiedzmy, że Ą.

W Polsce Ą na początek udajemy się na dworzec PKS zapytać, skąd odjeżdżają autobusy miejskie i dowiadujemy się, że nikt na dworcu PKS takiej informacji nie posiada. Normalka, wszakże któryż podróżny z obcego miasta mógłby chcieć zażyć autobusu transportu miejskiego. W obliczu porażki ruszamy do widocznego na horyzoncie baru, albowiem głód trawi nas od środka. Po wejściu dowiadujemy się, że bar czynny jest do godziny 16. Nie OD, tylko DO godziny 16. W związku z czym nie otrzymujemy posiłku, ale udaje nam się wydębić darmowe siusiu.

Suwałki dręczą nas upiornie zimną mżaweczką (jak się później dowiaduję, aż do poprzedniego wieczora panowała śliczna, letnia pogoda) więc uciekamy jak najprędzej do następnej knajpy na horyzoncie. Przy okazji w kiosku dowiadujemy się, gdzie jest przystanek. Knajpa okazuje się być barem mlecznym, gdzie zjadamy kotlety schabowe. Poprzysięgam sobie nie jeść więcej schabowych przynajmniej przez miesiąc. (Od razu powiem, że pierwszego dnia wybraliśmy się na obiad do restauracji, złożyłem zamówienie, po czym okazało się, że tego, co chcę zamówić nie ma, ale jest kotlet schabowy.)

W Gawrych Rudzie zajmujemy się tym, czym należy się zajmować na wakacjach, czyli niczym. Nie ma tam internetu (a przynajmniej ja nie mam), telewizji, gazet, polityki. Są za to kartacze (wielkie mięsne pyzy), soczewiaki (ziemniaczane buły z nadzieniem z soczewicy), wieprzowina w grzybowym sosie smakująca sto razy lepiej niż wyglądająca — oraz lody. Wieczorami zaś odbywa się grill, z wyjątkiem jednego dnia, kiedy Suwałki pokazują nam, o co chodzi z reputacją bieguna zimna i powietrze osiąga temperaturę maksymalną 15 stopni, zaś po południem aura przypomina arktyczną. Spędzamy wieczór na próbach rozpalenia w kominku, skutkujących głównie dymem i rozgrzaniem się ciężką pracą fizyczną. Jak się potem okazuje, dostępne drewno jest raczej niepalne, ale udaje mi się bardzo ładnie wysmarować sadzą, najpierw przypadkiem, a potem z premedytacją.

Znajomi, niestety, są wszyscy ludźmi inteligentnymi i ze wspaniałym poziomem humoru. Są też Polakami. Oznacza to, że spożywają alkohol, po czym zaczynają rzucać takimi dowcipami, że od śmiechu boli mnie brzuch, tyle, że muszę prędko tłumaczyć symultanicznie na angielski, co nas właśnie rozbawiło. Co nie działa do końca doskonale, ponieważ okazuję się być kiepskim tłumaczem symultanicznym. Tak więc przez połowę czasu ja turlam się ze śmiechu, znajomi — ludzie okrutni — nie robią przerw w kolejnych anegdotkach i grach słownych, a Zbrojmistrz patrzy się w przestrzeń i czeka na tłumaczenie. To chyba wtedy postanawia, że nauczy się podstaw polskiego, co mi komunikuje tydzień później.

Wracając oglądamy film „Dziewiąte Wrota” z lektorem. Wszystkim gościom z każdej zagranicy trzeba od nowa tłumaczyć, co to jest lektor i jak wygląda tłumaczenie przez niego scen grupowych i łóżkowych. W autobusie przymieram głodem, po dojeździe zaś otrzymuję zrazy i zjadam dwa i pół. Czuję, jak nowo kupione spodnie robią się ciasne. Westchnąłbym, ale nie ma miejsca w pasie na wzdychanie. Żywię nadzieję, że dzięki przegłodzeniu się przez cały dzień utyję dziś tylko o 1 kg i poprzysięgam sobie ścisłą dietę zaraz po powrocie.

(Część II nastąpi za kilka dni.)

Rozmawiałem w tym tygodniu z dwiema osobami na temat pracy i bezrobocia. Jedną z tych osób jest Nina, która machnęła o tym notkę. Którą polecam. Notkę, nie Ninę, choć Ninę polecam rzecz jasna również.

Mam takiego znajomego Holendra, który prowadzi wielce glamorós tryb życia. Imprezy, moda i uroda, zarwane noce, alkohol i dragi. Para się projektowaniem plakatów dla klubów amsterdamskich, robi zdjęcia z imprez dla gazet, DJ-uje i organizuje własne imprezy. Hipstuje niemiłosiernie w opiętych dżinsach, modnie podartych i spiętych agrafkami, heroinowo chudy i właściwie bez wieku. Naprawdę na oko nie da się powiedzieć, ile ma lat, blady, chudy i z cynicznym uśmiechem na kościstej twarzy. To on był drugą osobą, z którą — tak się złożyło — rozmawialiśmy na ten sam temat.

Jest jeden mały problem. Znajomy nie ma pieniędzy, bo z takiego trybu życia nie da się wyżyć. Spodnie nie są podarte z mody, tylko ze starości. Podobnie jego czteroletnie Conversy. Agrafki to w jego życiu artykuł pierwszej potrzeby, po części dlatego, że nie umie szyć. Spina więc nimi rozpadające się na kawałki ciuchy. A świat mody ubóstwia go nad życie… ale nie płaci. Chudy też jest dlatego, że ciężko się roztyć z diety złożonej z ryżu i szpinaku. Nie pali, bo to za drogo. Nie pije, bo to za drogo. Tabletka ecstasy na szczęście wychodzi tanio, a przy jego wadze da się takową podzielić na dwie imprezy.

Holender jest świadom dokonywanych wyborów. Mógłby ze swoim portfolio wkroczyć na rynek pracy i zapewne również w kryzysie znaleźć dobrze płatną pracę. Siedziałby w niej osiem godzin dziennie pięć dni w tygodniu, zarabiał tyle, żeby kupować nowe Conversy i dżinsy, jeść befsztyk i pić drinki z parasoleczką. Ale postanowił, że jego życie będzie Wyjątkowe. Że nie będzie żył „jak wszyscy”, tylko przeżyje życie po swojemu.

To kosztuje.

*

Liberalizm w połączeniu z kapitalizmem uczą nas, że życie należy brać za rogi i wytrząsać z niego wszystko, czego tylko nam się zechce. Każdy z nas ma szansę na karierę Billa Gatesa, który jak wiadomo zaczynał w garażu, budując komputer z motowidła i dwóch dżdżownic. Każda kobieta ma szansę zostać supermodelką, każdy mężczyzna wystąpić w reklamie Old Spice. Wystarczy tylko się postarać, a amerykański sen jest w naszym zasięgu.

Nie wiadomo czemu jednakowoż tak się składa, że nie każdy zostaje Billem Gatesem. Niektóre kobiety nie mają figury supermodelki, niektórzy mężczyźni budowy Supermana. Niektórzy z nas nigdy nie zarobią swojego pierwszego miliona, nawet po zsumowaniu wszystkich otrzymanych w życiu pensji. Jak to, dziwi się liberalizm. Zapewne się nie postarali wystarczająco! Trzeba jeść ciasto, jak rzekła pouczająco Maria Antonina. A tron przyjdzie.

Za otaczający nas kryzys gospodarczy oraz problemy z pracą dla młodych odpowiedzialne są nie tylko banki i uczelnie. Odpowiedzialne są również oczekiwania młodych, którzy bazują owe oczekiwania na tym, co im wmawiają nieco starsi. Należy otóż budować Karierę, być Indywidualnością i stawiać na Wyjątkowość. Nikt, zapytany w dzieciństwie, kim chciałby zostać, jak dorośnie nie odpowiada przecież „sprzedawcą w Biedronce” lub „zamiataczem ulic”. Celebrytą, biskupem, politykiem — takie odpowiedzi mogę sobie wyobrazić. Ale przecież tak samo, jak nie możemy wszyscy być w 10% najlepiej zarabiających, tak też nie możemy wszyscy zostać celebrytami, bo w świecie z sześcioma miliardami ludzi nie wystarczy oglądających na to, żeby każdy dostał swoje piętnaście minut.

*

Nie mam kasy.

Oczywiście fakt nieposiadania kasy pozostaje w ścisłym związku z faktem posiadania bipolara, z którego się wygrzebuję i powoli zaczynam rozważać powrót na rynek pracy. Nie wiem jednak, czy rynek jest gotów na moje pojawienie się na nim. Ponieważ w związku z chorobą chciałbym rynkowi postawić pewne warunki.

Nie jestem gotów przyjąć pracy ciężko stresującej, w nielimitowanych godzinach, zmianowej, w godzinach nocnych. Nie jestem gotów pracować w otoczeniu, które będzie pobudzać moją chorobę do kolejnych podrygów. Chciałbym znaleźć pracę ze stałą umową, aby uzyskać stabilność, o której tyle mówią mi lekarze. Oczywiście powinna to być praca na część etatu, pozostawiająca mi czas na naukę kucia, jednak płatna na tyle wysoko, żebym mógł się z niej utrzymać.

Nie znaczy to też, że jestem chętny przyjąć pracę w supermarkecie przy kasie. (Inna rzecz, czy to jest mało stresująca praca.) Chciałbym robić coś kreatywnego, rozwijającego i ciekawego, w sławetnym Młodym Zespole (TM), tworzyć fajne rzeczy, którymi zainteresuję wielu ludzi i które da się dołączyć do portfolio. Z zainteresowań wymienić mogę przyrodę, urodę, modę i wygodę, tak więc z pewnością znajdę pracodawcę w ciągu kilku sekund. Tak?

No więc nie wiem. Terapeuta, telewizja i poradniki samorozwoju powiedzą mi, że należy marzyć; liberał doda, że jeszcze trzeba się starać. Ale bezrobocie, również w Amsterdamie, rośnie; sklepy i punkty usługowe zamykają swe podwoje; ulice robią się jakby mniej ruchliwe, a bary mniej zapełnione. Czy to znaczy, że ludzie za mało marzą, a może starają się niewystarczająco? Czy zmniejszenie liczby turystów w mieście to oznaka, że władze miejskie nie marzą wystarczająco? Czy zamknięcie salonu piękności, który przy tej samej ulicy funkcjonował przez 14 lat oznacza, że po 14 latach pani Marianne van der Klomp przestała się starać?

A jednocześnie przecież są zawody, których kryzys nie tknął, ba — pracownicy są poszukiwani, najlepiej od zaraz i z możliwością przyuczenia. Ale te zawody nie są FAJNE. A my jesteśmy od iluś już lat uczeni tego, żeby tworzyć, realizować się, marzyć i sięgać ponad. Od czasu upadku komunizmu nie ma plakatów propagandowych zachwalających wspaniałości zawodu murarza, czy hydraulika. Jedyne plakaty, na których zachęca się do wstępowania w rzeszę pracowników McDonald’s to te opłacone przez McDonald’s. Jak wielu z nas rzeczywiście spełni swoje marzenia? Jak wielu z nas odkryje, że zapuściliśmy korzenie w zbyt małej doniczce? Gdzie leży granica kompromisu między pracą naszych marzeń, a skrzeczącą rzeczywistością niezapłaconych rachunków?

No i na koniec pytanie, które mnie dręczy od dłuższego czasu. Co robią osoby z dwubiegunówką, którym nie przytrafiło się posiadanie talentu Stephena Fry czy Robbiego Williamsa?

EDIT: Podesłano mi ten oto klip, który w zasadzie jest komediowy, ale jakoś mnie nie śmieszy.

Rok temu, 9 lipca 2012 ukazał się w polskim Newsweeku artykuł „Dwie mamy, dziecko i szafa”, w którym para lesbijek ujawniła (jak to brzmi) się jako matki Polki, wychowujące wspólnie synka. (I od razu pierwszy zgryz dla muchologów i innych posłów prawicy. Przecież homoseksualiści chcą molestować dzieci. Czemu lesbijki nie adoptowały dziewczynki? TO MUSI BYĆ PODSTĘP.) Rok później Kamila i Beata mieszkają w Anglii.

Wyjechałyśmy z Polski ze względu na…Polskę. Do decyzji przyczynił się brak jakichkolwiek rozwiązań prawnych dla rodzin LGBT, czyli nie tylko względem naszych dzieci (w naszym przypadku chodzi o adopcję biologicznego dziecka jednej z partnerek przez drugą partnerkę – co chyba jest logiczne i zrozumiałe nawet dla konserwatystów), ale głównie o brak zwyczajnej ustawy o związkach partnerskich, o którą błagamy, żądamy, walczymy i…nic.

Rząd jest głuchy, bezczelny, odbiera nam godność poprzez kolejny brak ustawy – ustawy, która karałaby homofobów za poniżające nas wypowiedzi publiczne, mam na myśli ostatnie chamskie wystąpienia posła Pawłowicz. Jak można dopuścić do tego, by jakakolwiek osoba publicznie obrażała społeczeństwo i nadal utrzymywała swoje stanowisko i nie poniosła żadnych konsekwencji? To przelało czarę goryczy i podjęłyśmy natychmiastową decyzję o wyjeździe. Wcześniej snułyśmy tylko plany o tygodniowych wakacjach w Londynie, a w momencie pierwszego wystąpienia posła Pawłowicz, zmieniłyśmy zdanie. Tu nie ma dla nas miejsca, w tym kraju, w którym człowiekiem gardzi człowiek.

Kamila i Beata w rzeczywistości zrobiły to samo, co ja, tyle, że mi to zajęło o siedem lat mniej. Zrozumiałem, że w Polsce nigdy nie będzie dla mnie miejsca, słuchając w Trójce audycji, do której dzwonili homofobowie i z żalem opowiadali, że za pobicie pedała jest taki sam wyrok, jak za człowieka. Okładka Wprost przedstawiała wyjątkowo nieurodziwych i wyjątkowo rozebranych panów z berlińskiej Love Parade, sugerując, że tak właśnie wygląda polska Parada Równości. Zresztą, co się będę powtarzać, opowiadałem tę historię sto razy. Znudziło mi się czekanie na „nieuniknione zmiany cywilizacyjne” i wyjechałem.

*

W ostatnich tygodniach wspominałem o problemach zdrowotnych w rodzinie. Powiem, o co chodzi. Mój Zbrojmistrz miał nowotwór skóry, zdiagnozowany na szczęście dosyć prędko, ale za to złośliwy. (Być może piszę coś medycznie bez sensu, ale wyznam, że nawet po angielsku się na tym nie znam, a co dopiero po polsku.) Po pierwszej operacji, podczas której usunięto mu niby to niewinne znamię, w ogóle nie przychodziło nam nic podobnego do głowy, aż dopóki nie wybrał się na kontrolę — na której spodziewaliśmy się klepnięcia w ramię i stwierdzenia, że wszystko jest OK — i nagle zawaliły nam się plany. Zamiast rozważań nad urlopem i barbecue zaczęliśmy szukać w Internecie informacji o tym, co to jest głębokość Breslowa i co sądzić o liczbie Clarka.

Trauma spowodowana mieszkaniem w Polsce nie została przeze mnie wyparta całkowicie (co widać chociażby po tym, że piszę nadal tego bloga). Przeraziłem się możliwością, że coś się teraz wydarzy, a ja stracę dostęp do informacji medycznej o moim ukochanym. Zwyczajnie nie obudzi się po operacji, nie da się do niego dodzwonić, a mi odmówią wstępu na oddział szpitala. A co, jeśli będzie trzeba podjąć jakąś decyzję dotyczącą dalszego leczenia? Te i inne teoretyczne pytania nagle pojawiły się w praktyce. Czy musimy wziąć nagły ślub tylko po to, żebym mógł go odwiedzić po operacji?

Zbrojmistrz uspokoił mnie, tłumacząc, że tutaj jest Holandia. Ja jestem jego osobą wyznaczoną do kontaktu, co oznacza, że nikogo innego nie będą w ogóle do szpitala fatygować, a co dopiero wpuszczać, albo i nie. Do przypadku mojego mężczyzny przydzielono głównego chirurga, który wykonał operację, oraz panią praktykantkę, dostępną 7 dni w tygodniu pod komórką celem udzielania informacji. (To, że 7 dni się niespecjalnie przydało, to inna sprawa — Zbrojmistrz wszedł na oddział o 7:30 rano we wtorek, opuścił go zaś w ten sam wtorek 9 godzin i 15 minut później, zoperowany, po posiłku i z zapewnieniem, że na pewno szwy nie rozprują mu się od bardzo powolnego wejścia po schodach.) Pani praktykantka dostępna była wyłącznie jednej osobie, mnie. Gdyby ktoś inny chciał zasięgać informacji o Zbrojmistrzu, np. gdyby takich informacji chciała jego mama, musiałaby dzwonić do mnie.

Od razu dodam, że moje panikarskie pytania nie doczekały się odpowiedzi, bo wszystko poszło dobrze.

Po operacji odebrałem go i przywiozłem do domu taksówką. Przez pierwsze kilka dni biegałem dookoła i donosiłem herbatę, gotowałem, podawałem pilota od telewizora, ba — posuwałem się do wspólnego oglądania „Bargain Hunt” i „Classic Gardens”, czy jak też toto się nazywa. Graliśmy na tablecie w Carcassonne. I czekaliśmy na wyniki biopsji węzła limfatycznego, żeby dowiedzieć się, czy są przerzuty i będzie chemia, czy też nie.

W poniedziałek rano weszliśmy do gabinetu pana doktora, który uściskał nasze dłonie i bez zbędnych wstępów ogłosił, że przerzutów nie stwierdzono. Węzeł jest czysty, guz wycięty wraz z bezpiecznym marginesem, rana goi się prawidłowo, opuchlizna co prawda jest, ale zejdzie, ale wszystko jest w porządku. Trochę łez się w tym szpitalu polało od chwili jego wybudowania, teraz doszły nasze. Poszliśmy uczcić wyniki kawą i ciachem — nawet Zbrojmistrz, który jest większym twardzielem, niż ja w końcu przyznał, że jednak trochę się bał. Trzymaliśmy się za ręce, cmokaliśmy w usteczka i generalnie afiszowaliśmy się orientacją ile wlazło. I przeszkadzało to konkretnie nikomu. Nie krzywiła się do nas kelnerka w kawiarni, nie mamrotał pod nosem pan doktor, pani pielęgniarka nie robiła min. Turek, leżący w pooperacyjnej obok Zbrojmistrza bardzo się przyglądał mojej fryzurze, ale jeśli robił jakieś nieprzyjemne komentarze, to bardzo dobrze się z tym ukrywał. Nikt nie zadawał głupich pytań w stylu „czy to na pewno pana partner”. Nikt nas nie pobił, nie obrażał, nie opluł, nie zabraniał, nie odmawiał patronatu, nie zakazywał, nie odmawiał, nie odrzucał, nie obrzucał (jajami, grudami błota, puszkami z piwem, różnymi rzeczami we mnie w Polsce rzucano), ani nie porównywał Holandii z Rosją.

I tak wygląda równe traktowanie, pani pełnomocniczko do spraw równego traktowania. Fuck you, Platformo. Sami na siebie głosujcie.

971990_589431547744136_2050647027_n

Źródło: https://www.facebook.com/Miloscniewyklucza

Serdeczne pozdrowienia z Amsterdamu dla dwóch nowych Angielek, Kamili i Beaty.

PS. Proszę BEZ MEDYCZNYCH KOMENTARZY. W szczególności takich typu „na kontroli może się jeszcze okazać coś innego”. Ten temat uważam za zakończony na blogu. Gratulować wolno.