Mieszkam sobie w Amsterdamie od sześciu lat i ośmiu miesięcy.
We wrześniu 2006 byłem przerażony tak strasznie, jak nigdy wcześniej. Wszystkim naraz, w tym faktem, że dostałem tu pracę, tym, że ze mną jedzie Szacowny Małżonek, że nie mam pieniędzy, że rzuciłem bardzo dobrą pracę w Polsce. Tym, że może się nie udać i co wtedy. Na samą myśl o powrocie na tarczy ogarniało mnie uczucie, którego nie chcę wspominać. Od tego czasu już nigdy niczego się aż tak strasznie nie bałem.
Jak łatwo zauważyć, udało się. Po miesiącu próbnym dostałem umowę na rok, po ośmiu miesiącach zamienioną na umowę na czas nieokreślony. Kupiłem mieszkanie na kredyt. Poznałem „scenę” gejowską. Zacząłem kilka książek. Nawiązałem nowe przyjaźnie. Zmienił mi się punkt widzenia na bardzo wiele rzeczy. Zamiast depresji mam aktualnie chorobę dwubiegunową (aktualnie, bo kto wie, co będzie pojutrze 😉 ) I przez te prawie siedem lat żałowałem tylko tego, że nie ruszyłem do Amsterdamu wcześniej.
Znam trochę osób, które rozważają od lat co by było, gdyby. Dotyczy to zarówno rzeczy nieosiągalnych (ach gdybym tak była córką bardzo bogatych rodziców) jak i rzeczy zupełnie osiągalnych (ach gdybym tak ukończył jakieś studia). Osoby te żyją sobie w swoich gdybylandiach i mają jedną cechę wspólną: nigdy nie próbują.
Z pewnymi rzeczami jest tak, że mogą się udać alibo nie. Gdy ruszałem na podbój kowali kampeńskich, amsterdamskich i wojciechowskich pomagała mi rzecz jasna hipomania i związany z nią brak odczucia strachu, ale nie zmieniało to faktu, że zdawałem sobie sprawę z szaleństwa, jakiemu się oddaję. Przecież, jak powiedziała moja mama poinformowana o moim pomyśle, mam taką dobrą pracę przy komputerze. A ja chcę — ja, magister inżynier, matematyk po Politechnice, władający językiem langłydż — kowalem zostać?
Ano, chciałem. Chciałem tego tak bardzo, że nic mi nie mogło stanąć na przeszkodzie, w tym własne „poczucie realizmu” (tym mianem określamy na ogół wpojone nam przez rodziców poczucie, że i tak nic się nie uda, więc po co próbować). Nie stał mi na przeszkodzie strach, bo go nie odczuwałem. A reszta okoliczności spełniła moją maksymę, że jeśli czegoś bardzo chcemy, to wszechświat nam to da. Nie spodziewałem się co prawda okoliczności, w których się to wydarzy, ale aktualnie jestem w sytuacji, w której niderlandzki urząd pracy co jakiś czas dzwoni upewnić się, czy aby na pewno chodzę do kuźni. W ciągu dwóch tygodni powinienem wreszcie zebrać dupę w troki i otworzyć sklepik online z wyrobami mniejszymi i większymi. Aktualnie wykańczam wyroby do sklepiku, kiedy zaś skończę, zajmę się projektowaniem i budową krzeseł do jadalni, a potem zrobię sobie łoże. Naprawdę nie wiedziałem w grudniu 2011, że to się tak ułoży. Ale spróbowałem i udało mi się. Tak samo, jak udało się z przeprowadzką do Amsterdamu.
Nie znaczy to, że po drodze bez przerwy było różowo, a pod stópki sypały mi się płatki róż, podczas gdy anieli grali na harfach moje ulubione utwory Sepultury. Sam bipolar daje mi do tej pory do wiwatu tak, że czasami wstanie z łóżka kończy spis rzeczy wykonanych tego dnia. Ale najważniejszą mądrością, jaką posiadłem w ciągu 35 lat na tym padole pozostaje dowcip o Jasiu, co modlił się o wygraną w loterii, a Pan Bóg odpowiedział mu: Jasiu! Daj mi szansę! Kup los!
Tytułem wstępu, wstęp: miałem tej notki nie publikować, ale kiedy zobaczyłem list tego pana, z którym się zgadzam (z panem i z listem) postanowiłem, że skoro już mam szkic, to jedziemy.
Oraz: tak, wiem, czasami piszę długimi zdaniami złożonymi, albowiem gdyż.
Mam dość! Dość wmawiania młodemu pokoleniu (mojemu pokoleniu), że jest niedouczone, że brak mu podstawowych kompetencji, że ich wykształcenie jest w dużej mierze bezwartościowe, jak również mam dość powtarzania, że wysiłek wieloletniej edukacji był bezcelowy lub co najmniej niewystarczający. Mam tego dość, nawet jeśli to wnioski nie bez przyczyn!
[…] oto mamy główne wydanie „Faktów” TVN i materiał Renaty Kijowskiej „Egzamin dojrzałości?”, a w nim szybka „setka” z Janem Wróblem, który mówi z charakterystyczną dla siebie pogodą ducha: „(Ktoś) spędza nawet kilka lat na takich studiach, kończy je, umiejąc nic, z dyplomem, który wart jest nic, z doświadczeniem życiowym, które jest nic niewarte… no, ten ma parę lat w plecy”. Niebywałe! Takie rzeczy mówi nie tylko znany publicysta, autor książek, ale też człowiek edukacji, dyrektor liceum! Podkreślmy, człowiek, którego zadaniem jest dbać o jak najlepszą wiedzę wśród młodych, mówi, że ktoś po studiach posiada wielkie NIC!
Tyle zacytuję, reszta podlinkowana.
Otóż, panie Piotrze, został pan wystawiony do wiatru, orżnięty i zapeklowany w bańkę spekulacyjną. Bardzo panu współczuję. Jeśli to pana pocieszy, ten los dotknął całą Europę, a może nie tylko.
Pisałem o tym wcześniej i rzecz jasna bardzo jestem zadowolony ze swojego wybitnego intelektu: nie każdy musi mieć wyższe wykształcenie, ba — nawet maturę, bo nie może być tak, żeby na jednego szeregowego pracownika przypadało trzech kierowników. Oczywiście, że każdy, kto ma wyższe wykształcenie chciałby zarabiać „zgodnie z wykształceniem”. Tyle tylko, że wskutek działania kapitalizmu (pozdrowienia dla Zajączka) miejsc na uczelniach jest nie tyle, ile potrzeba, tylko tyle, ile da się zapełnić chcą studiować młodzieżą. Ponieważ w kapitalizmie jest tak, że jeśli jest popyt, to pojawi się i podaż — i dlatego nigdy nikomu nie udało się wyplenić prostytucji, handlu narkotykami, tabloidów i zorganizowanej religii.
Na socjologii uczę się analizy danych, co pozwoli mi pracować nawet w banku. Zdobywam doświadczenie, umiejętności miękkie, wszystko to, co wymieniają pracodawcy, ale i tak nie mam gwarancji, że to pomoże – martwi się Ania Paluszek z Piaseczna.
Mógłbym udawać, że powód, dla którego absolwentka socjologii wybiera się pracować w banku, jest dla mnie tajemnicą, ale nie jest. Rynek najzwyczajniej w świecie nie potrzebuje socjologów. Potrzebna na rynku liczba socjologów czynnych zawodowo to, powiedzmy, jeden na sto tysięcy obywateli, czyli jakieś 400 osób. Socjolog nie umiera i nie odchodzi na emeryturę rok po zakończeniu studiów, tak więc średnio rocznie kierunek ten powinien być oferowany maksymalnie 20 nowym osobom.
Młodzi ludzie są zachęcani, aby wybierać się na studia; wmawia się im, że tylko po studiach znajdą pracę; powinni rzecz jasna studiować to, do czego mają predyspozycje, talent i chęci. Ale tak się składa, że nie wszyscy ludzie na świecie mają predyspozycję, talent i chęci do pracy w banku lub jako programista. A Ania Paluszek wybierając kierunek studiów nie miała 10 lat doświadczenia na różnych stanowiskach, dzięki czemu wiedziałaby, co chce w życiu robić. Może nawet — o zgrozo — jej rodzice, ludzie liberalni i postępowi, pozwolili jej tę decyzję podjąć samodzielnie.
Wyższe wykształcenie to w przypadku wielu młodych ludzi marnowanie czasu, który możnaby spożytkować o wiele przydatniej. Chociażby — zmywając naczynia w Londynie. O wiele więcej można się nauczyć, z pewnością więcej zarobić, a jeśli się trochę odłoży, może nawet zwiedzić kilka innych zakątków świata. Do pracy na kasie w supermarkecie zawsze zdążymy, ze studiami czy bez.
Na koniec zacytuję samego siebie, bo łechce to zarówno moje lenistwo, jak i ego:
Zbudowaliśmy sobie system, który przestał właśnie działać, a my się powoli zaczynamy orientować, że ta chwila nastąpiła. Nie sposób znaleźć szewca, brakuje murarzy, pielęgniarek, brakuje programistów Javy, brakuje kowali (to ostatnie, rzecz jasna, wiem z doświadczenia). Tymczasem nastoletniej młodzieży sugeruje się głównie: 1. karierę w reality szołach, 2. prawo, 3. psychologię i coaching. Osoby, które TERAZ zostają coachami czy prawnikami, mają szanse na karierę i pieniądze. Osoby, które za 5 lat zakończą studia, odkryją, że przez poprzednie 5 lat inni pokończyli studia pierwsi, zapchali rynek i nie ma więcej zapotrzebowania na psychologów. Ilu dziennikarzy skończyło dziennikarstwo? Ilu absolwentów filologii polskiej pracuje w zawodzie? Na Uniwersytecie Śląskim, informuje mnie artykuł z 2008, najwięcej osób chciało wtedy studiować reżyserię. Spodziewam się, że kierunek nie został natychmiast potem zamknięty, a reżyserię można studiować też w innych szkołach. Ilu jest w Polsce zawodowo czynnych reżyserów?
I came across a cache of old photos And invitations to teenage parties
12 lat temu była sobie szóstka chłopców, którzy przyjechali do Londynu na musical Pet Shop Boys „Closer To Heaven”.
Trzech Holendrów, dwóch Polaków i jeden Australijczyk zamieszkali w najtańszym dostępnym hotelu ćwierćgwiazdkowym, gdzie jedną z głównych atrakcji były ogromne karaluchy. Żywili się najtańszym pieczywem, jogurtami i w ramach dekadencji przecenionymi owocami z supermarketu. Posiadane pieniądze — a nie było tego dużo — inwestowali w płyty CD i winylowe (dla młodszej generacji: takie podstawki pod szklanki lub talerze). Australijczyk i ja bawiliśmy się w grę pt. „oceń chłopaka”, a ponieważ mieliśmy bardzo odmienny gust, mężczyźni oceniani przeze mnie na 8/10 u Australijczyka zdobywali max. 2 punkty i odwrotnie.
Dzieliło nas wiele — kraj zamieszkania, orientacja seksualna, wiek, zawód. Łączyła nas miłość do muzyki Pet Shop Boys. Poznaliśmy się na mailingowej liście PSB w czasach, gdy internet wydawał odgłos „pipipi bzzzzzzz” i trzeba się było modlić, żeby mama nie podniosła słuchawki telefonu, bo rozłączy nam połączenie z wczytującą się od 20 minut stroną Sieci Web. Holendrzy i ja spotkaliśmy się w Amsterdamie, skąd polecieliśmy do Londynu; oni przeszli przez kontrolę niedbale machając paszportami z napisem Yuropijen Junion, ja musiałem pokazywać gotówkę i wołać jednego Holendra, żeby pokazał rezerwację hotelową. Ale to wszystko nie było ważne. Poznaliśmy osobiście aktorów z musicalu, zrobiliśmy sobie z nimi zdjęcia, uścisnęliśmy dłoń Chrisa Lowe, nie zrobiliśmy sobie z nim zdjęcia, bo uciekł. Chcieliśmy zwiedzić Farrow Design, ale umarliśmy ze strachu i nie zwiedziliśmy. Dzięki polskiej pokojówce w naszym hotelu dostawaliśmy na śniadanie więcej chleba niż inni goście, dzięki czemu nie umarłem z głodu.
„We were never feeling bored ’Cause we were never being boring We had too much time to find for ourselves And we were never being boring We dressed up and fought, then thought: „Make amends” And we were never holding back or worried that Time would come to an end”
Tydzień temu pożegnałem Australijczyka, który odwiedził nas tutaj w Holandii po raz pierwszy od 2004. Nie mogę przestać myśleć, jak wiele się zmieniło w tym czasie.
Drugi z Polaków zerwał ze mną kontakty, ponieważ byłem dla niego zbyt ostentacyjnie homoseksualny. Był to pierwszy taki cios w moim życiu. Chyba łatwiej było zaakceptować to, że odwróciła się ode mnie część rodziny; rodzina to w końcu losowi ludzie zetknięci z nami wyłącznie przez „więzy krwi”. Przyjaciele — to przyjaciele. Ten akurat wydzwaniał do mnie pół roku wcześniej w nocy, aby wypłakać się na mym ramieniu i opowiedzieć o dziewczynie, która go rzuciła. Słuchałem cierpliwie i nigdy nie powiedziałem, że jest dla mnie zbyt ostentacyjnie heteroseksualny. Po mailu, w którym wyjaśniał mi, że nie życzy sobie nigdy więcej ze mną rozmawiać, bardzo długo czekałem, aż zmieni zdanie, napisze, przeprosi, wytłumaczy, że to było głupie, ale zrozumiał swoje błędy. Nie napisał, nie wytłumaczył, nie zrozumiał.
Now I sit with different faces In rented rooms and foreign places All the people I was kissing Some are here and some are missing
Dwaj Holendrzy, K. i R., mieszkają w innych miastach, daleko od Amsterdamu. Mają swoje życie, swoich przyjaciół, K. jest zamężny, R. chyba resztę życia spędzi sam. Na propozycję spotkania K. odpowiedział „hmmm, od poniedziałku do niedzieli od 10 rano do nocy? to mi chyba nie pasuje…”, a R. napisał tonem urzędowym „z uwagi na wcześniej podjęte zobowiązania niestety nie jestem w stanie przyjąć państwa inwitacji”. Tym oto sposobem nie udał nam się nawet reunion osób mieszkających w Holandii z Australijczykiem. Nie do końca wiem, jak to się stało, że nasze życia aż tak się rozjechały; o ile K. nigdy nie zaliczałem do naprawdę bliskich osób, to R. był jeszcze sześć lat temu naprawdę dobrym przyjacielem. Co się zmieniło? On? Ja? Zbyt wiele wody w rzece?
I never dreamt that I would get to be The creature that I always meant to be But I thought in spite of dreams You’d be sitting somewhere here with me
Zreunionowaliśmy się więc we trzech. M., mój przyjaciel, który z totalnego nerda z aparatem na zębach zmienił się w supercool hipstującego DJa i wokalistę undergroundowego zespołu. Ja, który z totalnego nerda bez aparatu, ale za to w swetrze zmieniłem się w wytatuowanego od stóp do głów kowala-pancura. A. zmienił się chyba najmniej, przynajmniej wizualnie. W międzyczasie robił bardzo ciekawe rzeczy — teraz bardziej się ustatkował, może po prostu przez osiągnięcie czterdziestki. M. kiedyś wiecznie trzeźwy i wiecznie wystraszony, że zostanie do śmierci singlem, dziś leczy złamane serce okładając je dużą ilością dziewcząt i różnymi używkami. Ja jestem praktycznie zamężny, chodzę wcześnie spać, kuję, rysuję i od 40 dni nie tknąłem niczego mocniejszego niż słaba kawa.
Życie.
Reunion był sukcesem. Muzyka ciągle kipi nam w żyłach, choć połowa konwersacji składała się z „ta dzisiejsza młądziesz to słucha jakichś Dżastinów Bibrów, my to mieliśmy prawdziwą muzykę jak np. Paula Abdul, a nie jakieś Dżastiny”. A. zwiedził części gejowskiego Amsterdamu, do których nawet ja się nie zapuszczam, a potem zabrał tam M. i mnie. M., heteroseksualny, bawił się świetnie, ja byłem okropnie spięty, ale przez to, że byliśmy razem, wszystko było naprawdę świetne. 12 lat później ciągle wiemy, dlaczego 12 lat temu nie przeszkadzały nam karaluchy i ważne było tylko to, że jest Londyn, są Pet Shop Boys, Felix da Housecat, Miss Kittin i że nasza drużyna mimo braku pieniędzy ani przez chwilę nie narzekała na brak luksusu i nudę.
We were never being boring We were never being bored.
M., A., Ray, Stacey Roca (Shell/Closer To Heaven) w 2001
Kilka dni temu Igor Janke obwieścił, że odchodzi od dziennikarstwa:
Dziennikarstwo przestaje pełnić rolę, do której zostało powołane. Misja, która w mojej pracy była zawsze ważna, jest na coraz dalszym miejscu w niemal wszystkich redakcjach. Coraz dalej dziennikarstwu do mojego ideału – anglosaskiego modelu zdystansowanego, rzetelnego, bezstronnego przyglądania się działaniom władzy i tłumaczeniu tego, co dzieje się na świecie.
Abstrahując od tego, czy Igor Janke jest zdystansowany, rzetelny i bezstronny, zacytuję komentarz Grzegorza Miecugowa:
Problem nie jest więc w dziennikarzach, ale w świecie zewnętrznym. […] Jeśli mam jakiekolwiek wątpliwości dotyczące na przykład katastrofy smoleńskiej, to moi odbiorcy odbierają mi prawo do wątpliwości. Oni nie chcą żadnych wątpliwości. Oni chcą wiedzieć, że ci, którzy głosują na PiS, to wariaci. A wyborcy PiS mówią o tych, którzy bronią premiera: „Zdrajcy”.
Dziennikarstwo dołącza do listy zawodów ginących. Być może Unia powinna je zacząć dofinansowywać. Nie uważam, żeby to była wina złych czytelników, którzy nie chcą, żeby Miecugow miał wątpliwości i przez to Janke odchodzi z mediów. Jest to wina braku kasy, który wziął się z tego, że przez lata przyzwyczajeni do portali czytelnicy nie chcą teraz płacić za newsy — oraz kapitalizmu.
Z pewnością słyszeliście idiotyczny slogan o tym, jak rynek sam się reguluje. Otóż slogan ten jest prawdą w tym samym stopniu, co komunizm i anarchia są działającymi w realnym świecie systemami politycznymi. Kapitalizm, komunizm i anarchia działają wyłącznie we wspólnotach, w których nie występują tak zwani Źli Ludzie i wszyscy chcą wyłącznie wspólnego dobra. Anarchia działa z tych systemów najgorzej, ponieważ czas potrzebny na przedyskutowanie np. planów budowy mostu przez osoby bez żadnej wiedzy potrzebnej do budowy mostu zmierza ku nieskończoności. Komunizm w działaniu już oglądaliśmy. Na przykładzie mediów widzimy zaś, jak działa kapitalizm.
Rynek regulujący media nie jest zainteresowany tym, żeby media mówiły prawdę, ponieważ więcej da się zarobić na przyjmowaniu łapówek od lobbystów. Nie jest też zainteresowany wysoką jakością, bo jakość kosztuje, a w warunkach braku wyboru średnia jakość też jakoś się opędzi. Dla rynku ważny jest zarobek. Apple wprowadziło na rynek pierwszego iPada z miejscem na kamerkę z przodu, ale bez kamerki. Nie dlatego, że z jakiegoś powodu nie dało jej się tam zamontować, tylko dlatego, że analityk rynku rozumiał, że można przyoszczędzić te 40 centów na egzemplarzu, a ludzie i tak kupią. Z tego samego powodu upadają media tradycyjne. Sprzedaż gazet nie wzrasta dlatego, że sławny pan dziennikarz pojechał na rok do Kongo, wrócił i napisał fantastyczny, godny Pulitzera reportaż. Wzrasta dlatego, że na pierwszej stronie jest zdjęcie majtek Dody i tytuł „SMOLEŃSK: KRWAWA PRAWDA”.
Janke, Miecugow i inni zwyczajnie nie odnajdują się w kapitalizmie. Ja zresztą też niespecjalnie. Kapitalizm bez regulacji z zewnątrz działa tak, że docelowo mamy 0.01% bardzo bogatych właścicieli wszystkiego i 99.99% biednych proli, z których jakaś 1/3 to policja opłacana przez bogatych właścicieli wszystkiego. Policja ta pilnuje, żeby prole nie demolowali drogich rezydencji właścicielom. Podgląd kapitalizmu w fazie końcowej to obrady parlamentu w Atenach w zeszłym roku.
Osoby, które piszą komentarze o tym, jak to protestujący to darmozjady i leniuchy, są albo głupie, albo nie posiadają wyobraźni. Polska, Holandia i wiele innych krajów znajduje się na różnych etapach tej samej drogi, do końca której (a może jeszcze nie do końca?) dotarła Grecja. Polska odkryła właśnie działanie kapitalizmu na przykładzie OFE, które wystawiły emerytom środkowy palec, zawiadomiły, że zapierdoliły kasę na prowizję, a teraz — gdy przyszedł czas wypłat — emeryci mogą im nafiukać. W Holandii prezes Centralnego Biura Planowania odszedł ze stanowiska, na do widzenia odcinając się od pozytywnych prognoz premiera Ruttego dotyczących rozwoju w 2014.
Jest kilka sposobów na to, żeby zakończyć kryzys. Jednym z nich jest wojna światowa. Hitler doszedł do władzy podczas kryzysu ekonomicznego w 1933 roku. Dwa miesiące zajęło mu skupienie nieomal całej władzy w swoich rękach. Obiecywał, rzecz jasna, że nietypowe rozwiązania jak np. zatwierdzanie ustaw bez procedowania ich przez parlament to rozwiązania „tymczasowe” dla „bezpieczeństwa” obywateli. System zadziałał — w 1938 w Niemczech praktycznie znikło bezrobocie. Wystarczyło zmusić imigrantów i kobiety do rezygnacji z pracy, co zwolniło miejsce dla niemieckich mężczyzn. Hitler wydawał też lekką ręką ogromne ilości pieniędzy, wpędzając niemiecką gospodarkę w długi, których nigdy nie planował spłacać.
Kiedy Igor Janke chce odejść z dziennikarstwa, prezentuje podejście zdrowsze, ale trudniejsze do zastosowania. Janke mianowicie rozumie, że znalazł się w sytuacji, z której nie ma wyjścia. Praca, której poświęcił 20 lat, praktycznie już wyginęła, ustępując miejsca produktom kapitalizmu regulującego rynek: Pudelek, Lula, Groszki i Perez Hilton — oto nasze nowe media. Zamiast reportaży z Kongo będziemy czytać reportaże z pobytu Lindsay Lohan na odwyku. Zamiast zdjęć z nurkowania w podwodnych jaskiniach obejrzymy zdjęcia majtek Kim Kardashian, której podwinęła się spódnica. Tak wygląda samoregulujący się rynek. Na większą skalę zaś rynek reguluje się w stronę skupienia całej władzy i pieniędzy w rękach jednej osoby.
Nie jest pan zwolennikiem wydłużenia wieku emerytalnego?
– To oczywiście trzeba zrobić, ale musimy jednak także zmienić model finansowania potrzeb społecznych. Z pracy już się tego zrobić nie uda.
A z czego?
– Stańmy tam, gdzie Bismarck w II połowie XIX wieku, i zastanówmy się, co będzie rosło w najbliższych latach. Czego opodatkowanie się nam opłaci?
Konsumpcji.
– Właśnie. Następne pokolenia będą co prawda mniej liczne, ale będą konsumowały więcej. Musimy przenieść ciężar z opodatkowania pracy na opodatkowanie konsumpcji. Praca umiera. Polecam powieść s.f. Janusza Zajdla „Limes inferior”. Tam mamy obraz społeczeństwa, które konsumuje, ale gdzie praca jest niepotrzebna, gdzie jest ona przywilejem. I myślę, że takich czasów dożyjemy. Kiedyś praca była obowiązkiem, teraz jest prawem, a w przyszłości będzie przywilejem.
Długi cytat, ale potrzebny. W ogóle cały wywiad polecam. To, co robią politycy nie jest rozwiązywaniem kryzysu, jest próbą przesunięcia kryzysu na następną kadencję w nadziei, że zajmie się nim ktoś inny. Ktoś inny zreformuje KRUS, przejmie ciężar wydłużania wieku emerytalnego, etc. Tymczasem:
Jedyni ludzie, którzy mogą sobie więc pozwolić na zamieszkanie w słynnym najdroższym na świecie apartamentowcu One Hyde Park, gdzie ceny dochodziły do 214 mln dol. za mieszkanie, nie mają specjalnie ochoty w nim przebywać. Według „Vanity Fair” większość właścicieli w tym budynku kryje się za spółkami zarejestrowanymi w rajach podatkowych. Po żmudnym śledztwie gazeta odkryła, że są wśród nich między innymi: magnat nieruchomości z Rosji, potentat telekomunikacyjny z Nigerii, najbogatszy Ukrainiec, miliarder z branży miedziowej z Kazachstanu i minister finansów jednego z emiratów. […] Reporter amerykańskiej gazety zagadnął w sklepie Kolumbijkę, mieszkankę Belgravii, opustoszałej luksusowej dzielnicy obok Hyde Parku. Dowiedział się od niej, że na jej ulicy jest tylko dwoje Anglików, a co do pozostałych sąsiadów różnych narodowości, to trudno powiedzieć, kiedy ich znowu będzie można spotkać. Wolała nie podawać nazwiska, „bo boi się Rosjan z narożnej rezydencji”.
I co? I nic. Rozwarstwienie postępuje, rynek się reguluje, Janke odchodzi z dziennikarstwa do PR-u, bezrobocie rośnie, a bomba emerytalna tyka. Czy czas na rewolucję? Tak i nie. Okrzyk „¡Viva la revolucion!” za łatwo przerobić na „Heil Hitler!”. Ale zmiany powinny zajść 1. szybko, 2. w skali światowej, 3. ich koszt powinni ponieść w największym stopniu najbogatsi, a w najmniejszym najbiedniejsi. Połączenie tych trzech postulatów powoduje, rzecz jasna, że najprawdopodobniej nie zmieni się nic. Oprócz tego, rzecz jasna, że apartamenty w One Hyde Park podrożeją jeszcze bardziej, ale za to będą własnością jeszcze mniejszej grupy ludzi.